Teraz na antenie:
Radio Wnet
Kultura i media

Powrót do arche wszech rzeczy i pierwotnego impulsu: Atavia – muzyczne czyste doświadczenie dźwięku i ciała

Michalina Maja Rutkowska jest artystką, która nie traktuje nowych projektów jak kolejnych etapów kariery, lecz jak osobne światy, które wymagają własnej logiki, oddechu i specyficznego rodzaju ciszy. W formacji Datûra Jej głos nabiera szlachetnego ciężaru, staje się częścią zwartej, post-metalowej materii, która buduje napięcie poprzez gęstość i siłę brzmienia.
Powrót do arche wszech rzeczy i pierwotnego impulsu: Atavia – muzyczne czyste doświadczenie dźwięku i ciała

ATAVIA – Michalina “Maja” Rutkowska. Fot. Aleksandra Krucza

W Atavii natomiast ten sam głos zostaje odsłonięty, niejako pozbawiony ochronnej warstwy dźwiękowej monumentalnej ściany i zaczyna funkcjonować w zupełnie innej przestrzeni. Bardziej intymnej, pierwotnej, mniej oswojonej, ale rozpoznawalnej przez wielką naszą ludzką podświadomość.

Atavia nie jest więc ani projektem pobocznym, ani eksperymentem stylistycznym. Jest równoległym językiem, który nie potrzebuje monumentalności, by dotykać tematów granicznych. To muzyka, która nie podnosi głosu, a mimo to pozostaje słyszalna długo po wybrzmieniu.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Michaliną Mają Rutkowską:

Geneza projektu

Początek Atavii sięga roku 2018, kiedy projekt funkcjonował jeszcze jako samotna inicjatywa kompozytorska Michaliny Mai Rutkowskiej. Wczesne nagrania miały charakter bardziej zbliżony do dźwiękowych instalacji niż do klasycznych utworów muzycznych. Były to pejzaże ambientowe, psychodeliczne i nieco zanurzone w estetyce dark folkowej, które nie tyle prowadziły narrację, co tworzyły ową przestrzeń do zanurzenia się w nich.

Ich odbiór – jak wspomina Michalina Maja Rutkowska – przypominał bardziej doświadczenie niż słuchanie. Były one jak krajobrazy emocjonalne, które nie wymagają interpretacji, lecz obecności.

Z czasem jednak ta samotna struktura zaczęła się zmieniać. W kompozycjach pojawił się rytm, a wraz z nim powtarzalność, która otworzyła drzwi do bardziej fizycznego odczuwania muzyki. To przesunięcie zbiegło się z przekształceniem projektu w trio, kiedy do Michaliny Mai dołączyli dwaj muzycy, którzy wnieśli do Atavii jej aktualne, żywe ciało sceniczne.

Atavia. Fot. Aleksandra Krucza

Tomek Wazia odpowiada za perkusję, za puls, który nie tylko porządkuje utwory, ale nadaje im organiczne napięcie, jakby rytm nie był metronomem, lecz oddechem. Z kolei Szymon Stadniczenko wnosi gitarę, która nie dominuje, lecz buduje przestrzeń – często bardziej maluje tło niż prowadzi narrację, tworząc wrażenie zawieszonego krajobrazu dźwiękowego. Wspólnie nie rozbijają pierwotnej intymności projektu, lecz ją zagęszczają, sprawiając, że z samotnej wizji powstał wspólny, ale nadal bardzo wewnętrzny puls.

Nazwa jako deklaracja kierunku

Sama nazwa projektu nie jest przypadkowa ani dekoracyjna. Odwołuje się do pojęcia atawistycznej nostalgii, obecnego w refleksji Phila Hine’a, związanego z nurtem magii chaosu. Jest to tęsknota za pierwotnymi strukturami doświadczenia, za czymś, co poprzedzało racjonalizację świata i jego symboliczne uporządkowanie.

W tym sensie Atavia nie opisuje muzyki, ale ją ukierunkowuje. To projekt zanurzony w tym, co przedjęzykowe, instynktowne i bardzo cielesne (ale pięknie niewinne i intymne) w obszarze, gdzie dźwięk nie jest jeszcze komunikatem, lecz reakcją.

Słowa, jeśli się pojawiają, nie pełnią funkcji wyjaśniającej. Raczej wyznaczają granice, których nie trzeba przekraczać, aby zrozumieć sens. Tak jak w „To the Old Ones”:

Za każdą chwilę w twoich ramionach
Za każdą łzę, która spływała z twoich oczu
Czekałam miesiące, dni, godziny
A jednak wciąż byłam tylko twoim dzieckiem

Oddała mnie Starym
Zaprowadziła mnie między stare kamienie
A każda góra, na którą się wspinałam —
Twoje serce — może być moim sanktuarium

Zabierz te kamienie z serca mego
Złóż je w pieczarze dla mojego umysłu
Zrób miejsce na miłość i jeszcze na miłość
Zrób miejsce dla nas — dla naszych dawnych dróg

Oddała mnie Starym
Zaprowadziła mnie między stare kamienie
A każda góra, na którą się wspinałam
— Twoje serce — może być moim sanktuarium

To nie jest tekst. To moment inicjacji. Nie prowadzi, tylko wciąga. Nie tłumaczy tylko przestawia wewnętrzny ciężar. Już po pierwszych wersach czujesz, że coś się kończy i jednocześnie coś zostaje oddane i to bezwarunkowo, bez negocjacji. Najmocniejsze jest pęknięcie między dzieckiem a tym, co zostaje złożone „Starym”. To nie bunt, to przekazanie. Ciche, nieodwracalne.

Kamienie nie są tu tylko metaforą! Są one materią przejścia. Ciężar zamienia się w konstrukcję: grób dla umysłu i jednocześnie narodzenie dla czucia, dla zmysłów w ich pełnej palecie.

Ten tekst nie chce być zrozumiany. On chce zostać przeżyty! I zostaje pod skórą dłużej, niż się wydaje.

 „To the Old Ones” muzyczny rytuał przejścia

Pierwszy singiel zapowiadający album „To the Old Ones” nie funkcjonuje jak klasyczny debiut. Nie ma w nim potrzeby prezentacji ani wprowadzenia. Jest raczej gestem wejścia w przestrzeń, która już istnieje, ale wymaga decyzji, by ją przekroczyć.

„To The Old Ones” opowiada o odcięciu, które nie ma charakteru spektakularnego buntu. To raczej cicha, wewnętrzna decyzja, która zmienia wszystko, nie podnosząc głosu. W jej tle pojawia się doświadczenie utraty, ale także narodzin – jakby jeden stan świadomości musiał się zakończyć, by mógł powstać inny.

Motyw zerwania więzi nie odnosi się wyłącznie do relacji interpersonalnych. Staje się metaforą głębszego procesu przejścia, bo opuszczenia znanego „ja”, które przestaje już wystarczać.

Brzmienie: ciało zamiast monumentalności

W porównaniu do Datûry, Atavia operuje inną logiką napięcia. Zamiast ciężaru i monumentalnych struktur pojawia się oszczędność, powtarzalność i transowość. To muzyka, która nie buduje emocji przez ich kumulację, lecz przez ich stopniowe ujawnianie.

Głos Michaliny Mai Rutkowskiej, który zaraża śpiewnością, raz mrokiem groty a zaraz krynicznym kryształem światła, nie jest tu dominującym środkiem ekspresji w tradycyjnym sensie. Często funkcjonuje jak strumień intuicji, raz szeptany, raz hipnotyczny, ale zawsze bliski ciału, a nie konstrukcji formalnej. W efekcie muzyka Atavii działa nie tyle na poziomie intelektualnym, ile fizycznym. Jest odczuwana zanim zostanie nazwana.

Proces twórczy jako zamknięty krąg

Jednym z kluczowych elementów tożsamości projektu jest jego wewnętrzna produkcja. Album powstaje bez udziału zewnętrznych producentów, co nadaje mu charakter w pełni autonomiczny. Za miks i mastering odpowiada również Szymon Stadniczenko, co wzmacnia spójność materiału i zamyka go w obrębie jednej, zespołowej wizji brzmieniowej.

Nie jest to jednak decyzja techniczna, lecz estetyczna i emocjonalna. „To the Old Ones” nie brzmi jak produkt studyjny, ale jak zapis procesu, w którym ważniejsze od perfekcji jest napięcie chwili. Niedoskonałości, przestrzeń i momenty zawieszenia nie są tu błędem! One są częścią języka.

Muzyczne trio Atavia jako układ sił

W obecnym kształcie Atavia funkcjonuje jako trio, w którym każdy z muzyków wnosi inny rodzaj energii, ale żaden nie pełni funkcji dominującej w sensie hierarchicznym.

Tomasz Wazia buduje fundament rytmiczny, który nie tylko porządkuje kompozycje, ale nadaje im fizyczność – jego gra sprawia, że muzyka zaczyna oddychać w sposób niemal organiczny. Szymon Stadniczenko z kolei odpowiada za gitarową przestrzeń, która nie tyle prowadzi narrację, co ją otwiera, pozostawiając wrażenie szerokiego, często półmrocznego krajobrazu dźwiękowego.

Na tym tle głos Mai pozostaje centrum emocjonalnym. Nie dlatego, że dominuje, lecz dlatego, że spaja całość doświadczenia, nadając mu kierunek wewnętrzny, a nie strukturalny.

Nie sposób pominąć relacji między Atavią a Datûrą, ale też nie ma potrzeby ich hierarchizowania. Oba projekty istnieją jako różne formy ekspresji tej samej wrażliwości.

Jeśli Datûra jest doświadczeniem zbiorowym, intensywnym i skierowanym na zewnątrz, to Atavia przesuwa uwagę do środka. Tam, gdzie w jednym projekcie pojawia się siła i gęstość, w drugim pojawia się skupienie i redukcja. Tam, gdzie jeden mówi wprost, drugi sugeruje. To nie są przeciwieństwa, lecz dwa sposoby oddychania tej samej emocji.

O Michalinie Mai Rutkowskiej między Jungiem, Hine’em, Horney i filozofią duszy

W muzyce Michaliny Mai Rutkowskiej duchowość nie pojawia się jako deklaracja ani system, który można by objaśnić wprost. Jest raczej sposobem zanurzania się w doświadczeniu – cichym przesunięciem uwagi w stronę tego, co w człowieku starsze niż język, wcześniejsze niż decyzja i mniej podatne na kontrolę.

Punktem wyjścia tej wrażliwości jest pojęcie „atawistycznej nostalgii” zaczerpnięte z refleksji Phila Hine’a, autora z kręgu magii chaosu. W jego pracach („Condensed Chaos”, „Prime Chaos”) pojawia się myślenie o świadomości jako czymś plastycznym, co może świadomie „przeprogramowywać” własne stany i symbole. Hine opisuje też napięcie między racjonalnym „ja” a warstwami umysłu, które działają bardziej instynktownie i obrazowo. W jednym z często przywoływanych motywów jego pisania (ujęcie ideowe): „rzeczywistość psychiczna zmienia się, gdy zmieniasz sposób, w jaki ją symbolizujesz”.

Ten kierunek myślenia wyraźnie rezonuje z psychologią Carla Gustava Junga („Archetypy i nieświadomość zbiorowa”). Jego koncepcja nieświadomości zbiorowej i archetypów otwiera przestrzeń, w której jednostkowe „ja” nie jest początkiem, lecz fragmentem większej, starszej struktury psychicznej. W tej perspektywie istnieją w człowieku obrazy i impulsy, które nie są jego własnością, lecz wspólnym dziedzictwem doświadczenia gatunku.

U Platona („Państwo”) i Arystotelesa („O duszy”) pojawia się wspólny gest myślenia: przekonanie, że człowiek nie jest wyłącznie tym, co widzialne i aktualne, ale nosi w sobie wymiar przekraczający jego codzienną formę istnienia.

Atavia, czytana w tym kontekście, nie tyle odwołuje się do metafizyki, ile do doświadczenia tego „więcej niż aktualne” – czegoś, co nie daje się uchwycić jako idea, ale może zostać rozpoznane jako wibracja, napięcie, intuicja.

Do tej mapy dochodzi jeszcze perspektywa, jak mi się zdaje Karen Horney, zwłaszcza „The Neurotic Personality of Our Time”, bardziej psychologiczna i zakorzeniona w relacjach społecznych. W jej ujęciu pojawia się napięcie między „prawdziwym ja” a „ja idealnym”, które powstaje pod wpływem presji otoczenia i lęku podstawowego.

Wszystkie te linie od Hine’a, Junga, Platona, Arystotelesa aż po Horney, nie tworzą tu systemu, lecz raczej wspólne pole napięcia. W muzyce Michaliny Mai Rutkowskiej nie zostają one uporządkowane ani zsyntetyzowane. Raczej współistnieją jako różne języki opisujące to samo przesunięcie: ruch w stronę tego, co pierwotne, nie w sensie historycznym, lecz wewnętrznym.

Atavia nie proponuje odpowiedzi. Raczej otwiera przestrzeń, w której można usłyszeć, że pod warstwą tego, co codzienne i uformowane, nadal pracuje coś starszego – nie w pełni nazwane, ale wciąż obecne.

ATAVIA – Michalina “Maja” Rutkowska. Fot. Aleksandra Krucza

Oczekiwanie na album

Zapowiedziany na 11 czerwca 2026 roku album „To the Old Ones” nie buduje napięcia w sposób typowy dla współczesnych strategii promocyjnych. Nie jest to oczekiwanie oparte na obietnicy spektaklu, lecz raczej na ciekawości, czy ta forma pozostanie wierna swojej pierwotnej surowości, czy też rozwinie się w bardziej rozbudowane struktury.

Wszystko wskazuje na to, że będzie to materiał spójny, emocjonalny i wymagający uważności – nie jako warunek zrozumienia, ale jako naturalny sposób jego odbioru.

Atavia nie jest próbą stworzenia nowej tożsamości, lecz raczej dotarciem do tej najstarszej, która istnieje pod warstwami doświadczeń, stylów i ról. „To The Old Ones” zapowiada album, który nie będzie łatwy ani oczywisty, ale właśnie dlatego może okazać się istotny.

Bo w tej muzyce prawda nie potrzebuje dekoracji ani sztucznych fajerwerków. Ona po prostuu jest i trwa!

Tomasz Wybranowski

Przeczytaj więcej

Lato z Rafaelem ruszyło pełną parą!
Lato z Rafaelem ruszyło pełną parą!
WNET Kultura ruszyła. Nowe formaty i transmisje na YouTube
WNET Kultura ruszyła. Nowe formaty i transmisje na YouTube
Dlaczego Niemcy wciąż ufają swoim mediom? Raport Reutersa obnaża paradoks
Dlaczego Niemcy wciąż ufają swoim mediom? Raport Reutersa obnaża paradoks