Teraz na antenie:
Radio Wnet
Kultura i media

„Kto tu śni naprawdę?” Źrenice i znakomity album „Śnienie”. Recenzja Tomasza Wybranowskiego

Ta historia radiowa zaczyna się nie od głosu. W jednej z moich niedawnych audycji „Muzyczna Polska Tygodniówka” w Radiu Wnet Hubert Huwer Pomykała mówił o albumie „Śnienie” z dziwną mieszaniną spokoju, ale – jak mniemam – odrobiną niepewności i nie końca pewien, czy opisuje gotową płytę formacji Źrenice, czy raczej proces, który nadal trwa.
„Kto tu śni naprawdę?” Źrenice i znakomity album „Śnienie”. Recenzja Tomasza Wybranowskiego

Formacja Źrenice. Fot. Grzegorz Makarski

W jego słowach nie ma promocyjnej narracji, nie ma wygładzonych formułek o „dojrzałym debiucie”. Jest raczej coś odwrotnego, piękną polszczyzną opowiedzenie o odsłanianiu mechanizmu, który wciąż pracuje, tworzy i daje przestrzeń dla słuchaczy do imaginacji i zawinięcia do portu „gdzie jestem?”

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Hubertem Huwerem Pomykałą:

„Śnienie” zostaje albumem tygodnia Radia Wnet przez dni 14. Nie jako ciekawostka ze świata muzyki, nie jako niszowy eksperyment, ale jako pełnoprawna i dojrzała płyta, która przyciąga uwagę nie dlatego, że jest łatwy, lecz dlatego, że nie daje się szybko rozpoznać i trzeba z nią się zżyć.

I być może to jest najlepszy punkt wejścia do tej płyty, nie recenzja, nie odsłuch, lecz rozmowa z kimś, kto sam uczestniczy w jej nieustannym stawaniu się. Bowiem „Śnienie” nie zachowuje się jak skończony produkt. Bardziej jak owo nieuchwytne „coś”, co dopiero nauczyło się istnieć i oswajać przestrzeń wokół.

Album, który nie zaczyna się od muzyki

Pierwsza minuta „Śnienia” nie działa jak intro. Raczej jak utrata orientacji. Dla mnie „Brama lasu…” nie otwiera albumu tylko otwiera percepcję. Dźwięki nie prowadzą w żadnym kierunku, tylko rozpuszczają granice tego, co jeszcze chwilę wcześniej było „słuchaniem muzyki”. Zamiast wejścia w album mamy wejście w stan.

Ten stan nie jest snem w klasycznym sensie. Sen jest narracją zamkniętą, nawet jeśli absurdalną. „Śnienie” natomiast jest procesem, który nie ma obowiązku prowadzić do czegokolwiek. To raczej trwanie w półkroku między emocją a jej uświadomieniem. I już tutaj widać podstawową zasadę działania Źrenic: nic nie jest dane wprost. Wszystko dzieje się w przesunięciu.

Styl Źrenic, który nie chce być stylem

Najtrudniejsze w opisie tej płyty jest to, że każda próba przypisania jej do gatunku kończy się niepowodzeniem już po kilku minutach. Post punk? Tak, ale tylko jako energetyczność i emocjonalny chłód, nie jako forma. Cold wave? Oczywiście, ale bardziej jako dystans niż estetyka. Post-metal? Tak, ale bez typowej struktury riffu. Sludge? Zdecydowanie, ale rozpuszczony w czymś bardziej organicznym, niemal rytualnym.

Źrenice nie budują stylu z elementów. One budują stan, w którym style przestają być potrzebne. To muzyka, która bardziej pamięta gatunki, niż je gra. Jakby wszystkie te estetyki były śladami w emocjonalnej pamięci, a nie narzędziami kompozycji.

Dlatego „Śnienie” nie brzmi jak kolaż. Brzmi jak coś, co samo wykształciło swój język.

Już sam tytuł niesie w sobie obietnicę czegoś nieuchwytnego. „Śnienie” to nie sen ani jego spełnienie, lecz proces. Trwanie w stanie pomiędzy. To moja impresja, że oto ktoś zaprosił nas do świata, w którym rzeczywistość nie kończy się na tym, co widzialne, a zaczyna się tam, gdzie dźwięk styka się z emocją. I Źrenice tę obietnicę spełniają. Czynią te bez pośpiechu, bez taniego efekciarstwa, z cierpliwością kogoś, kto wie, że najważniejsze rzeczy dzieją się poza światłem reflektorów i nie na otwartej przestrzeni.

Od pierwszych minut tej płyty czuć, że mamy do czynienia z narracją. Nie linearną, nie opowiedzianą wprost. lecz rozproszoną, jak wspomnienie snu, które wraca fragmentami. Kompozycje nie prowadzą słuchacza za rękę. One go zostawiają. W półmroku. W niedopowiedzeniu. W przestrzeni, gdzie każdy dźwięk ma swój cień.

I właśnie w tym cieniu zaczyna pulsować coś znajomego. Nie jako cytat, nie jako hołd, lecz jako duch — duch północnej Anglii, duch Manchesteru, miasta, które nauczyło świat, że chłód może być formą ekspresji. W tej muzyce pobrzmiewa echo tego, co kiedyś tworzyli Joy Division i The Cure, ale nie w warstwie brzmieniowej. Raczej w temperaturze emocji.

Tam była pustka ubrana w prostotę. Tu jest pustka, która obrasta ciężarem.

Źrenice biorą ten post-punkowy gen i zanurzają go w gęstej materii dźwięku. Czasem gdzieś pomiędzy doomem, post-metalem a czymś jeszcze bardziej pierwotnym. I nagle okazuje się, że melancholia może mieć wagę. Może ciążyć. Może przygniatać.

Bas jako głos spod powierzchni

W centrum tego języka znajduje się bas Huberta „Huwer” Pomykały. Nie jako fundament czy rytmiczna baza. Ale jako aspekt, który mówi z głębi utworów. Dźwięki piękne, ale nie emitowane podczas gry, lecz wydobywane z wnętrza struktury.

Bas Huberta Pomykały to osobna opowieść. To głos, który nie domaga się uwagi, a jednak ją przyciąga. Są momenty, kiedy jego linie prowadzą słuchacza jak nić Ariadny przez labirynt dźwięków. Powtarzalne, repetytywne, niemal mantryczne, które przywołują skojarzenia z tym, co robił kiedyś Peter Hook. Ale to tylko punkt wyjścia.

Bo tam, gdzie Hook unosił bas ku górze, czyniąc go niemal świetlistym, Pomykała prowadzi go niżej, głębiej i bliżej ziemi. Jego dźwięk nie przecina przestrzeni. On ją wypełnia, rozlewa dostojną pulsacją.

To właśnie w basie najpełniej słychać to, co można by nazwać „manchesterską polewą” tej płyty, czyli cieniuteńką, chłodną warstwą, która osiada na ciężkiej strukturze utworów i nadaje im inny wymiar. Bez niej „Śnienie” byłoby być może tylko kolejną sprawnie zrealizowaną płytą z pogranicza gatunków. Z nią staje się czymś więcej. Staje się doświadczeniem.

Jego linie są powtarzalne, ale nie monotonne. Repetycja nie służy tu budowaniu groove’u, lecz napięcia psychicznego. Każde powtórzenie nie jest powrotem do punktu wyjścia, ale pogłębieniem tego samego gestu. W tym sensie bas Huberta nie prowadzi muzyki. On ją zagęszcza, jakby każda nuta była cięższa od poprzedniej nie dlatego, że zmienia się jej wysokość, ale dlatego, że rośnie jej znaczenie.

Gitary jako architektura, która nie chce być ukończona jak La Sagrada Familia

Gitara Krzysztofa K. Pomykały działa jak szkic świata, który nigdy nie zostaje domknięty. To on często przynosi do zespołu punkty wyjścia, owe fragmenty, strzępy muzycznych meldunków, które nie są jeszcze utworami, ale mają w sobie potencjał napięcia. Jego gitara nie buduje melodii w tradycyjnym sensie. Raczej rysuje przestrzeń, w której coś może się wydarzyć, ale nie musi.

Druga gitara, Łukasza Hawryluka, działa jak siła rozszczelniająca. Wprowadza drobne przesunięcia, niepewność, mikropęknięcia w strukturze. Dzięki temu nic nie jest stabilne do końca. Każdy moment może się jeszcze zmienić.

Maciej Ciupa gra tak, jakby rytm był czymś żywym, a nie mechanicznym. On reaguje na ich napięcie. Czasem przyspiesza jak emocja, która nie zdążyła zostać jeszcze nazwana. Czasem zwalnia jak myśl, która nie wie jeszcze, czy chce się ujawnić. Nie ma tu klasycznego „napędu”. Jest to raczej biologiczna zmienność i kolistość obrotu wszech rzeczy.

Głos Kamili Kuś i warstwa, która nie tłumaczy

Wokale Kamili Kuś są jednym z najważniejszych elementów tej płyty, ale i jednym z najbardziej nieoczywistych. To nie jest głos narratora ani bohatera. To jest głos, który unosi się nad muzyką jak osobna warstwa istnienia. Czasem brzmi jak wspomnienie, czasem jak coś, co dopiero próbuje się uformować. Czasem jak echo, które nie ma źródła.

W wywiadzie Hubert Pomykała mówił, że jej obecność Kamili Kuś „doprecyzowała emocjonalny rdzeń zespołu”. Ale owo doprecyzowanie nie oznacza wyjaśnienia, to zdecydowanie pogłębienie niejednoznaczności. Są bowiem rozproszone, cofnięte, niemal zawieszone w tle. Są cieniem, który przesuwa się po ścianach dźwięku. Dzięki temu słowa przestają być komunikatem, a stają się emocją. Nastrojem. Echem. Za chwilę szczegóły.

 „Neuroza”, „Endymion”, „Sam”, „Inni” – mapa stanów, które nie prowadzą nigdzie

„Śnienie” nie składa się z piosenek w klasycznym sensie. Każdy utwór jest raczej stanem, który istnieje przez pewien czas, po czym zanika bez domknięcia. „Neuroza” nie opowiada o lęku. Ta pieśń jest lękiem, który jeszcze nie zdecydował, czy chce być nazwany.

„Endymion” działa jak cykl rozpadu i powrotu, ale bez katharsis. To nie jest historia o transformacji, lecz ciągłym zawieszeniem między światłem (światem) a jego brakiem. Tu warto pokuszę się o refleksję, że język polski jest jedyny w którego słowniku słowo „światło” zawiera inne słowo „świat”!

Utwór „Sam” zaś jest najbardziej intymnym momentem albumu. Piekną, kryształową samotnością, która nie dramatyzuje, tylko trwa.

Song „Inni” natomiast przełamuje tę strukturę. Tu emocja staje się bardziej fizyczna. Basowe intro, nagłe zagęszczenie, wokal, który traci eteryczność i wszystko wskazuje na pęknięcie. Ale nawet ono nie prowadzi do eksplozji. Raczej do ujawnienia tego, co zawsze było pod spodem.

Źrenice. Fot. Grzegorz Makarski

Bo to również warto podkreślić: „Śnienie” nie jest zbiorem utworów. To zamknięta forma i specjalny rytuał przejścia. Od pierwszych dźwięków po ostatnie wyciszenie prowadzi nas przez liczne stany: od zagubienia, przez napięcie, aż po coś, co trudno nazwać (co redaktor piszący te słowa nazywa „nieuchwytnym COŚ”). Może to pogodzenie ze sobą i kosmosem, a może tylko chwilowe zawieszenie…?

Źrenice jako organizm, który myśli dźwiękiem

Źrenice nie funkcjonują jak klasyczny skład. Kamila Kuś nie jest tylko wokalistką. Ona jest warstwą emocjonalną, która zmienia sposób, w jaki dźwięk jest odczuwany. Hubert „Huwer” Pomykała nie gra partii basu. On buduje podskórną narrację napięcia. Krzysztof K. Pomykała nie tworzy riffów tylko projektuje architekturę możliwości gitariady i imaginacji, zaś Łukasz Hawryluk nie wzmacnia siły gitar. On je rozszczelnia. Serce Źrenic – Maciej Ciupa nie trzyma rytmu tylko czyni go wolnym i pozwala mu żyć. Dlatego Źrenice nie są sumą ról w zespole. To system współzależności.

Nie można też pominąć sposobu, w jaki Źrenice operują dynamiką. To muzyka, która rozumie ciszę i nie boi się zatrzymać, aby zostawić pojedynczy dźwięk, pozwolić mu wybrzmieć, a dopiero potem (bardzo powoli, wręcz delikatnie) zacząć budować napięcie.

Tu nie ma przypadkowych eksplozji. Każdy wzrost głośności, każdy cięższy fragment jest konsekwencją (potoczystością) wynikającą z tego, co było wcześniej. To tak jak w dobrym opowiadaniu: nic nie dzieje się bez powodu.

„Śnienie” nie działa natychmiast. Pierwszy kontakt często kończy się dystansem, drugi — dezorientacją. Trzeci zaś zaczyna zmieniać pamięć o poprzednich. A potem dzieje się coś dziwnego: muzyka zaczyna wracać sama. Nie jako utwory z albumu ani jakiś konkretny jego fragment tylko jako stan.

Lynchowskie pęknięcie rzeczywistości

W pewnym momencie ta płyta przestaje być tylko muzyką i zaczyna być pytaniem. David Lynch w „Twin Peaks: The Return” wypowiada zdanie, które w tym kontekście brzmi jak otwarcie szczeliny w rzeczywistości:

„Ale kto jest tym śniącym?”

To nie jest pytanie o autora czy o słuchacza. To pytanie o granicę między nimi. Bo jeśli „Śnienie” jest procesem, który się wydarza, to kto go doświadcza? A może doświadczenie i dźwięk są tym samym ruchem, tylko widzianym z dwóch stron?

A potem wszystko cichnie. Nie w sposób gwałtowny ani dramatyczny. Raczej tak, jakby cały świat stopniowo zapomniał, że był dźwiękiem, tak jak my zapominamy o oddychaniu.

Las, który wcześniej był muzyką, znów staje się lasem, ale już nie tym samym. Ścieżki nie są wyraźniejsze. Przeciwnie! Mniej pewne niż wcześniej. I wtedy, gdzieś pomiędzy pamięcią a amnezją, pojawia się wrażenie, że coś nadal trwa. Tak jak w ten naszej podświadomości zbiorowej czy wypartej zaprzeszłości wieków. Nie muzyka. Nie piosenki. Nie historia.

Tylko ktoś, kto wciąż słucha, choć nie wiadomo już, czy to człowiek słucha płyty, czy płyta słucha człowieka. A w tej ciszy, która nie jest końcem, tylko przejściem, zostaje jedno zdanie, które nie ma właściciela:

„Ale kto jest tym śniącym?”

I las nie odpowiada. Bo las nigdy nie odpowiada. On tylko śni dale i szeleści swoje opowieści. Polecam ten album tygodnia Radia Wnet – Źrenice i znakomity album „Śnienie”.

Tomasz Wybranowski

Przeczytaj więcej

Lato z Rafaelem ruszyło pełną parą!
Lato z Rafaelem ruszyło pełną parą!
WNET Kultura ruszyła. Nowe formaty i transmisje na YouTube
WNET Kultura ruszyła. Nowe formaty i transmisje na YouTube
Dlaczego Niemcy wciąż ufają swoim mediom? Raport Reutersa obnaża paradoks
Dlaczego Niemcy wciąż ufają swoim mediom? Raport Reutersa obnaża paradoks