Teraz na antenie:
Radio Wnet
Kultura i media

Samotne wilki brytyjskiej elektroniki. MESH o fake newsach, buncie i płycie „The Truth Doesn’t Matter” 

Od 1991 roku niezmiennie udowadniają, że w chłodnej elektronice potrafi bić bardzo gorące serce. Brytyjska formacja MESH to fenomen na scenie synth-popu – duet, który stworzył swój własny, niepodrabialny, mroczno-melodyjny styl, zdobywając przy tym szczyty europejskich list przebojów. Ich najnowszy album, „The Truth Doesn't Matter”, trafia w sam punkt naszych współczesnych lęków związanych z dezinformacją i sztuczną inteligencją. Dosłownie na kilkanaście godzin przed oficjalną premierą płyty porozmawiałem z Richardem Silverthornem – współzałożycielem i głównym kompozytorem zespołu. Było o ucieczce przed łatką „drugiego Depeche Mode”, magii starych syntezatorów i o tym, dlaczego MESH tak bardzo lubi wracać do Polski.
Samotne wilki brytyjskiej elektroniki. MESH o fake newsach, buncie i płycie „The Truth Doesn’t Matter”

foto: Kieran Gallop


Radek Ruciński: Cześć Richard. Wasz nowy album nosi tytuł The Truth Doesn’t Matter (Prawda nie ma znaczenia). Żyjemy w epoce fake newsów i dezinformacji. Czy ten tytuł jest wyrazem Twojej osobistej frustracji obecnym stanem świata, czy raczej chłodną obserwacją tego, jak dzisiaj konsumujemy informacje i karmimy się iluzjami?

Richard Silverthorn: Tak, dokładnie tak to wygląda. Trafiłeś w sedno. To takie oparte na obserwacji spojrzenie na to, jak komunikujemy się jako ludzie, a wiesz, w dużym stopniu polegamy na mediach i mediach społecznościowych. Myślę, że w dzisiejszych czasach, wraz z eksplozją sztucznej inteligencji, zawsze zadajesz sobie to pytanie… zwłaszcza, gdy widzisz teraz pewne rzeczy: „Czy to w ogóle jest prawdziwe?”. Z jednej strony niektóre z tych rzeczy są całkiem zabawne, ale jest w tym też bardzo, bardzo złowieszczy podtekst. Myślisz sobie, że to może być również naprawdę niebezpieczne. Więc tak, to jest właśnie nasze spojrzenie na tę kwestię.

Radek Ruciński: Przed premierą całego albumu wypuściliście w świat serię świetnych singli, takich jak „Exile”, „This World” czy „Hey Stranger”. Zawsze mieliście niezwykły talent do pisania piosenek z mrocznym podtekstem, które są jednocześnie chwytliwe od pierwszego przesłuchania i idealnie sprawdzają się w klubach. Biorąc pod uwagę te nowe utwory, powiedz mi, jaki jest Wasz sekret na napisanie idealnego elektronicznego refrenu, który zmusza nas, słuchaczy, do natychmiastowego nucenia?

Richard Silverthorn: Myślę, że to może kwestia mojego wychowania i rzeczy, których kiedyś słuchałem. Moi rodzice zawsze puszczali muzykę, a ja zawsze lubiłem potężne refreny, wielkie melodie i tym podobne rzeczy. Ale z drugiej strony jest też we mnie część, która lubi tę nieco mroczniejszą stronę. Więc myślę, że to tak naprawdę połączenie tych dwóch elementów. Do tego uważam, że Mark Hockings pisze bardzo niejednoznaczne teksty, więc nie do końca rozumiesz, o czym dokładnie jest piosenka, ale w jakiś sposób się z nią łączysz. Często, gdy wysyła mi różne pomysły, są one bardzo melodyjne i dość „lekkie” – nie mam na myśli niczego złego, po prostu bardzo melodyjne. A potem, kiedy zabieram się za muzykę, staram się uczynić ją nieco mroczniejszą, nadać jej ten niemal melancholijny podtekst. Dzięki temu wciąż mamy ten wielki refren, wciąż mamy tę melodię i rzeczy, które można łatwo podchwycić i które zapadają w pamięć, ale jednocześnie niesie to ze sobą bardzo poważną treść.

Szekspir pod gwiazdami

Radek Ruciński: Zauważyłem ciekawy szczegół. Na waszym singlu „This World” znajduje się świetny utwór zatytułowany „Lone Wolf”, ale nie znajdziemy go na głównej liście utworów nowego albumu. Dlaczego? Czy to prezent dla fanów kupujących fizyczne single?

Richard Silverthorn: Cóż, historia jest taka, że pisaliśmy piosenki, a „Lone Wolf” był jedną z pierwszych, które napisaliśmy. Mieliśmy pomysł, żeby napisać 12 utworów na płytę, co jest standardową długością albumu. A potem zawsze słyszymy od naszej wytwórni: „Och, fajnie byłoby zrobić wersję deluxe i mieć jakieś dodatkowe utwory, albo remiksy”. Więc Mark i ja po prostu pisaliśmy dalej i ostatecznie skończyliśmy z 16 utworami. Potem dochodzi do momentu, w którym trzeba je podzielić i zastanawiasz się, które z nich tak naprawdę trafią na dodatkowy dysk, a które na główny. Myślę, że z racji tego, że była to jedna z pierwszych piosenek, byliśmy już nią trochę zmęczeni w studiu i pomyśleliśmy: „Damy to jako utwór bonusowy”. Nadal jesteśmy z niego dumni, ale po prostu niekoniecznie musiał znaleźć się na głównym albumie.

Radek Ruciński: Tworzycie MESH od 1991 roku. Zawsze mieliście jasny podział ról: ty komponujesz muzykę, a Mark pisze teksty. Jak po ponad 30 latach tej twórczej współpracy udaje wam się utrzymać tę iskrę przy życiu? Czy w 2026 roku potraficie się jeszcze wzajemnie zaskoczyć w studiu nagraniowym?

Richard Silverthorn: Tak, tak mi się wydaje. Poza muzyką jesteśmy po prostu dobrymi przyjaciółmi. Nie chodzi tylko o to, że robimy to, bo jesteśmy razem w zespole. Dorastaliśmy, mieszkając dość blisko siebie. Nasze życia biegły równolegle: on miał dzieci, ja miałem dzieci. Dorastaliśmy, robiąc te same rzeczy. Stąd bierze się trwałość naszej relacji. Jeśli chodzi o pisanie, to tak naprawdę nie piszemy razem, co jest dość niezwykłe. Zazwyczaj ja piszę muzykę i mu ją daję, albo on pisze całą piosenkę i daje ją mnie, i po prostu odbijamy od siebie pomysły. Zawsze kręci mnie to, co on robi, i działa to w drugą stronę. Stale się zaskakujemy. Na nowym albumie przy „This World” chciałem zrobić coś naprawdę wielkiego, filmowego, a nie taki typowy kawałek do tańca. Kiedy wysłałem mu muzykę, on zaczerpnął z tego energię i wymyślił zupełnie inny tekst. Szczerze mówiąc, to właśnie ten sposób naszej współpracy sprawia, że brzmimy tak, a nie inaczej. To jak pieczenie ciasta – wrzucasz do niego te wszystkie składniki.

Szekspir pod gwiazdami

Radek Ruciński: Zastanawiam się, jak bardzo ewoluował wasz proces produkcji na przestrzeni lat. Wolicie dzisiaj pracować na starych, analogowych syntezatorach, czy nowoczesna technologia daje wam zupełnie nową, cyfrową wolność?

Richard Silverthorn: Dziś na pewno jest łatwiej. Nawet samo oprogramowanie komputera oferuje ci tak wiele. Niedawno słuchałem niektórych naszych starych rzeczy i pomyślałem: „Musiałbym się teraz nieźle namęczyć, żeby przypomnieć sobie, jak to wtedy robiliśmy”. Używaliśmy samplerów i podobnego sprzętu, podczas gdy dzisiejsza technologia ułatwia chociażby pobranie pętli perkusyjnej, która nagle idealnie trzyma tempo. Kiedyś wymagałoby to godzin pracy. Ale wciąż kocham brzmienie starego, analogowego sprzętu i możliwość dotknięcia tego własnymi rękami. Jest we mnie cząstka, która nadal bardzo lubi stare automaty perkusyjne i syntezatory, przepuszczanie ich przez efekty i nagrywanie. Próbujesz iść z duchem czasu i technologią, ale nadal używasz wszystkiego, czego nauczyłeś się po drodze.

Radek Ruciński: Płyty takie jak Automation Baby czy Looking Skyward przyniosły wam ogromny sukces zwłaszcza w Niemczech, gdzie dotarliście na szczyty list sprzedaży. Czemu wasz mroczny synth-pop jest bardziej doceniany w Europie kontynentalnej niż w Wielkiej Brytanii? Z czego to wynika?

Richard Silverthorn: Zaczynaliśmy w Wielkiej Brytanii i mieliśmy tam bazę fanów, ale kiedy wcześnie wyjechaliśmy do Skandynawii czy Niemiec, czuliśmy, że tamtejszy rynek muzyczny jest znacznie szerszy. Wielka Brytania była wtedy skupiona na zespołach typu Oasis i nie interesowała się niczym innym. Kiedy pojechałeś do Niemiec, na listach przebojów widziałeś mnóstwo gatunków i czuło się, że jest miejsce na wszystko. Myślę, że dlatego bardziej skupiliśmy się na Europie. Kiedy dziś gramy w UK, wciąż mamy świetne koncerty, ale ta publiczność na pewno nie jest tak duża.

Szekspir pod gwiazdami

Radek Ruciński: Pamiętam, że pracowaliście nad albumem We Collide z legendarnym producentem Garethem Jonesem. Jak to doświadczenie i praca z człowiekiem, który stworzył brzmienie Depeche Mode, wpłynęły na to, jak samodzielnie produkujesz MESH dzisiaj?

Richard Silverthorn: Co ciekawe, to wytwórnia płytowa chciała, żebyśmy z nim popracowali. My od razu powiedzieliśmy „nie”, ponieważ byliśmy potwornie zmęczeni łatką Depeche Mode. Jeśli używasz syntezatorów, zawsze przypinają ci łatkę „brzmi jak Depeche Mode”. Choć bardzo ich lubimy, nie widziałem sensu w próbach brzmienia jak oni. 

Więc odrzuciliśmy tę opcję i przy płycie Who Watches Over Me współpracowaliśmy z innym facetem. Potem, kiedy doszło do We Collide, znów go zaproponowali. Powiedzieliśmy: „Słuchajcie, dobra, spróbujemy, zobaczymy jak to będzie”. Pracowaliśmy więc z Garethem, to naprawdę miły gość, bardzo interesujący, ma mnóstwo świetnych historii. I tak, był dobry! W pewnym sensie wyłapywał różne rzeczy… wysłaliśmy mu praktycznie wszystkie piosenki, więc on tylko miksował, nie produkował.

Ale sposób, w jaki to miksował… wybierał pewne linie melodyczne i wysuwał je na pierwszy plan,  rzeczy, które my prawdopodobnie zostawilibyśmy w tle, on wyciągał, mówiąc: „Cóż, to jest naprawdę świetna partia, wyciągnijmy ją na front”, i to trochę zmieniało balans całej kompozycji. Ale to było dobre doświadczenie, tak jak mówiłem, to bardzo mądry facet. Robił to wszystko siedząc wtedy na jakimś Apple Macu, czy tam MacBooku, i to nas trochę przeraziło, bo spodziewaliśmy się pracy w wielkim studiu, a on był całkiem zadowolony robiąc to na swoim Macu. I tak, od tamtej pory w sumie zostaliśmy przyjaciółmi. To naprawdę równy gość.

Szekspir pod gwiazdami

Radek Ruciński: W 2015 roku wystąpiliście na festiwalu Gothic Meets Klassik z prawdziwą orkiestrą. Wkrótce wyruszacie w trasę. Czy po tamtych symfonicznych eksperymentach planujecie wpleść jakieś organiczne instrumenty do nowych koncertów, czy skupiacie się na czystym, synth-popowym ogniu w klubowym wydaniu? 

Richard Silverthorn: Będzie w sumie tak, jak było do tej pory, czyli na scenie będzie nas czterech. Oczywiście staramy się grać na żywo tak dużo, jak to tylko możliwe. Ja gram na gitarze, Sean na perkusji, a do tego dochodzą dwa zestawy klawiszy. I to by było na tyle, jeśli chodzi o koncerty. Ale zdecydowanie, ten koncert z orkiestrą był dla mnie niesamowitym przeżyciem. Bardzo lubię takie orkiestrowe aranżacje, więc to było fantastyczne, kiedy to zrobiliśmy, i szczerze mówiąc, z przyjemnością zrobiłbym to ponownie. Coś w tym stylu na pewno pasowałoby do tego albumu, ponieważ myślę, że wiele piosenek po prostu nadaje się do tego, by nadać im taką formę. 

Radek Ruciński:Premiera waszego nowego albumu, The Truth Doesn’t Matter, przypada dokładnie 27 marca. To bardzo interesująca data, ponieważ na całym świecie obchodzimy wtedy Międzynarodowy Dzień Teatru. Wasza muzyka kryje w sobie mnóstwo dramatyzmu, głębokich emocji i, jak już wcześniej wspomniałem, mrocznych podtekstów. Biorąc pod uwagę to święto, czy fani mogą spodziewać się pewnej teatralności i rozbudowanej oprawy wizualnej na waszej nadchodzącej trasie, czy też wolicie surową, bezpośrednią energię klubową na scenie? 

Richard Silverthorn: Cóż, nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale na pewno będzie kilka niespodzianek. Myślę, że wizualnie to będzie wyglądać niesamowicie. Współpracujemy z tym samym facetem, z którym pracowaliśmy od zawsze, Pete’em, który zajmuje się projektowaniem oświetlenia. Ale wspólnie wymyśliliśmy pewne pomysły na to, jak chcemy, żeby to wyglądało. Więc taki jest plan, to będzie dość wciągające widowisko. Od samego początku czuliśmy, że ponieważ jesteśmy uwięzieni za klawiszami, musimy postarać się dać ludziom prawdziwe widowisko. Uwielbiam, gdy ludzie mówią, że to było wspaniałe show. Nie chcę, żeby to był tylko świetny występ, chcę, żeby to było show. Taki był nasz cel i udało nam się go zrealizować. Myślę, że to będzie naprawdę oszałamiające.

Szekspir pod gwiazdami

Radek Ruciński: Macie ogromną bazę fanów w Europie, zwłaszcza w Niemczech, ale również tutaj, w Polsce, czeka na was niezwykle lojalna i oddana publiczność. Graliście u nas wiele razy na przestrzeni lat. Kiedy myślisz o koncertach w Polsce, jakie wspomnienia przychodzą ci na myśl jako pierwsze? Jak ogólnie postrzegasz nasz kraj i energię tutejszych fanów electro-popu? 

Richard Silverthorn: Graliśmy u was wiele razy i zawsze było super. Pamiętam też, jak poproszono nas, żebyśmy poszli do sklepu muzycznego w Polsce na podpisywanie płyt. Wszyscy myśleliśmy: „Cóż, przyjdą może ze dwie osoby?”. Byliśmy sceptyczni, myśląc, że to będzie żenujące. A kiedy dotarliśmy na miejsce, było absolutnie zapchane ludźmi! To był niezły szok. Myślę, że jest tam wielu ludzi, których kręci to, co robimy. Z przyjemnością wrócimy, i wiem na pewno, że jedną z dat na nowej trasie pod koniec roku jest koncert w Polsce!

Radek Ruciński: Rozmawiałem kiedyś z Midge’em Ure’em z Ultravox. Opowiadał mi, że w latach 80. po koncertach w Polsce nakupił mnóstwo kartonów z kryształowymi kieliszkami, bo tylko to można było u nas kupić za zarobione pieniądze! Zabrał je do Wielkiej Brytanii i rozdał znajomym. Mam nadzieję, że wy wywieziecie z Polski równie dobre wspomnienia, gdy spotkamy się pod sceną. 

Richard Silverthorn: Tak, to byłoby fantastyczne!

Szekspir pod gwiazdami

Radek Ruciński: Bardzo dziękuję za wywiad i mocno trzymamy kciuki za premierę płyty.

Richard Silverthorn: Dziękuję bardzo i dziękuję za wsparcie!


Rozmawiał Radek Ruciński

Przeczytaj więcej

Koniec farm trolli? Miłosz Lodowski: „Wojnę o Wołyń w sieci wygraliśmy dzięki nowej funkcji”
Koniec farm trolli? Miłosz Lodowski: „Wojnę o Wołyń w sieci wygraliśmy dzięki nowej funkcji”
,,Mistyczka”, czyli historia Alicji Lenczewskiej wkrótce w kinach!
,,Mistyczka”, czyli historia Alicji Lenczewskiej wkrótce w kinach!
Ojcowie tak samo ważni jak matki – przypominamy jak istotna jest rola taty i celebracja święta ojca
Ojcowie tak samo ważni jak matki – przypominamy jak istotna jest rola taty i celebracja święta ojca