Teraz na antenie:
Radio Wnet
Kultura i media

Muzycy Davida Bowiego w Dublinie. Gerry Leonard, Mark Plati, Mick Garson i Earl Slick zgodnie: Jego legenda wciąż trwa!

Byłem uczestnikiem 11. edycji Dublin Bowie Festival, z okazji pięćdziesięciolecia od premiery Station to Station oraz dziesięciolecia od premiery Blackstar.
Muzycy Davida Bowiego w Dublinie. Gerry Leonard, Mark Plati, Mick Garson i Earl Slick zgodnie: Jego legenda wciąż trwa!

To wydarzenie, choć zorganizowane dziesięć lat po jego śmierci, nie miało w sobie smutku po utracie artysty. Dla mnie, dla wielu, David Bowie wciąż żyje w jego muzyce, kreacjach, w duchu tych, którzy nigdy nie przestali Go słuchać, czytać i patrzeć na świat jego oczami.

Wspomnienia z tego festiwalu uderzały wprost w serce, bo dotykały esencji tego, co David Bowie tworzył: zmian, odwagi, wrażliwości i nieustannego eksperymentu.

Tutaj do wysłuchania wspomnienia legend związanych z Davidem Bowiem – Gerry’ego Leonarda, Marka Platiego, Mike’a Garsona i Earla Slicka:

I choć wielu widziało w tym po prostu święto muzyki, dla mnie było jasne: to miejsce po Davidzie, po jego energii, po jego cieniu, 10 lat po jego odejściu. Przechadzając się między stoiskami, słysząc fragmenty jego utworów i patrząc na obrazy, zdjęcia, gadżety, czułem dziwne, nieco melancholijne ciepło. Jakby jego duch dryfował nad salą, a my, zgromadzeni fani, byliśmy jedynie jego echem.

Nie mogłem przestać myśleć o ludziach, którzy stali u jego boku przez lata. Muzykach, którzy nie tylko grali jego utwory, ale stali się jego prawdziwymi partnerami w tworzeniu magii sceny i studia.

Tutaj do wysłuchania wspomnienie o Davidzie Bowiem:


 

 

W ramach 11. edycji Duncan O’Bowie Pass-Up podczas Dublin Bowie Festival odbyło się wyjątkowe spotkanie poświęcone dwóm rocznicom: 50-lecia albumu „Station to Station” oraz dekady od premiery ostatniej płyty Davida Bowie „Blackstar”.

Rozmowę poprowadził Tony Clayton-Lea, ceniony dziennikarz i współpracownik The Irish Times, specjalizujący się w kulturze popularnej. Na scenie zasiedli muzycy, którzy współtworzyli brzmienie Bowiego przez dekady: Gerry Leonard, Earl Slick, Mick Garson oraz Mark Plati.

Nie było to jednak akademickie wspomnienie. Była to rozmowa pełna humoru, czułości i szczerości. Dokładnie taka, jaką, jak podkreślali, lubił sam David Bowie. Już od pierwszych minut czuć było, że to nie panel dyskusyjny, lecz spotkanie ludzi, których połączyło doświadczenie intensywne, co nieczęsto jest przeżyć twórcom w nurcie muzyki popularnej.

Atmosfera swobodnej wymiany zdań i wspomnień bardzo szybko przerodziła się w opowieść o przyjaźni, ryzyku, artystycznej odwadze i prawdziwym Davidzie Bowiem.

 

Gerry Leonard – irlandzki gitarzysta, kompozytor i producent muzyczny, znany przede wszystkim jako wieloletni współpracownik Davida Bowiego. Przez ponad siedemnaście lat był gitarzystą i dyrektorem muzycznym jego zespołu, współtworząc brzmienie koncertów i nagrań z późnego okresu kariery artysty, m.in. przy albumach Heathen i Reality. Leonard brał udział w ostatniej wielkiej trasie Bowiego – Reality Tour (2003–2004), a jego charakterystyczna, przestrzenna gra na gitarze stała się jednym z ważnych elementów scenicznego brzmienia zespołu. Poza współpracą z Bowiem pracował także z wieloma innymi artystami, m.in. z Suzanne Vega, Laurie Anderson czy Rufusem Wainwrightem, rozwijając własne projekty muzyczne i producenckie.

 

Gerry Leonard – ostatnie 17 lat życia Davida Bowie i Jego nowe otwarcie

Irlandczyk Gerry Leonard dołączył do zespołu Bowiego w późniejszym okresie jego kariery, stając się liderem zespołu towarzyszącego artyście w ostatnich 15 latach jego życia. Jego gitara zawsze przestrzenna, nastrojowa, często operująca fakturą bardziej niż riffem idealnie wpisała się w estetykę późnych tras koncertowych. Leonard, znany także ze współpracy z U2 czy Suzanne Vega, wniósł do zespołu wrażliwość producenta i architekta dźwięku.

Leonard podkreślał, że Bowie w XXI wieku był zupełnie innym liderem niż w latach 70. Zamiast dystansu i chłodu pojawiła się otwartość i partnerskie relacje. Trasy koncertowe stały się bardziej kolektywne – każdy muzyk miał przestrzeń, by wnosić własne pomysły. Wspominał, że Bowie potrafił godzinami rozmawiać o brzmieniu jednego dźwięku, bo wierzył, że to właśnie detale budują emocję.

Wspominając pracę nad albumem The Next Day, Gerry Leonard mówił o atmosferze tajemnicy i skupienia. Powrót Bowiego po latach milczenia był wydarzeniem globalnym, ale w studiu panowała cisza i koncentracja. To był Bowie dojrzały, świadomy, a jednocześnie wciąż głodny nowych rozwiązań.

Gerry Leonard – przyjaciel i ostatni świadek na scenie Davida Bowiego

Gerry Leonard był jego gitarzystą i liderem zespołu, który towarzyszył Davidowi przez ponad siedemnaście lat, aż do ostatniej trasy Reality i przerwanego koncertu w Pradze w 2003 roku. Gerry opowiadał mi, jak wiele wspólnych chwil dzielili w Nowym Jorku, przy porannej kawie w domu Bowiego, gdzie rozmawiali o muzyce, o codzienności i o świecie, który Bowie obserwował z zawsze lekkim dystansem.

David miał w sobie coś, co sprawiało, że każdy moment stawał się intensywny, nawet zwykła kawa w kuchni była jak scena z filmu. – mówił Gerry. – I właśnie dzięki tym zwykłym chwilom zrozumiałem, że muzyka Bowiego nie była tylko dźwiękiem. To były emocje zamknięte w tonach i rytmach, to były gesty, spojrzenia, spojrzenia pełne ciekawości i przewrotnej inteligencji.

Gerry Leonard, który towarzyszył Bowie przez ponad siedemnaście lat w studiu i na scenie, mówił mi o tych latach z niezwykłą szczerością.

Pamiętam każdy koncert, każdą próbę. David miał w sobie coś, co sprawiało, że muzyka stawała się prawdziwa dopiero w momencie, gdy razem ją graliśmy. To była magia, nie technika.

Gerry wspominał też trasę Reality i przerwany koncert w Pradze w 2003 roku:

Był w swoim nowojorskim domu, lubił pić ze mną kawę i rozmawiać o wszystkim – o muzyce, o życiu, o tym, jak trudno jest utrzymać równowagę. Był wymagający, ale nigdy nie bez ciepła. Rozumiał, że muzyka to nie tylko dźwięki, to emocje, które się przenoszą.

Jego opowieści odkrywały Bowiego nie tylko jako gwiazdę, ale jako człowieka, który potrzebował bliskości i rozmowy, który potrafił cieszyć się drobnymi chwilami:

Czasami siadał przy fortepianie i po prostu grał – nie dla świata, nie dla krytyków, tylko dla siebie. I wtedy widać było prawdziwego Davida, którego nie da się zobaczyć na zdjęciach ani w teledyskach.

Gerry Leonard podkreślał też wielką wytrwałość Bowiego:

Na scenie nigdy nie było improwizacji bez celu. Każdy dźwięk, każde wejście było przemyślane, ale przy tym naturalne, jakby David tylko podsuwał nam drogę do jego świata.

 

Mark Plati – amerykański producent muzyczny, gitarzysta, basista i multiinstrumentalista, jeden z najbliższych współpracowników Davida Bowiego w latach 90. i na początku XXI wieku. Pracował z nim jako producent i muzyk przy kilku ważnych albumach, m.in. Earthling (1997), Hours (1999) oraz Heathen (2002). Plati był również współautorem wielu aranżacji i brał udział w sesjach nagraniowych, w których Bowie eksperymentował z elektroniką, industrialem i nowoczesną produkcją studyjną. Znany z wszechstronności instrumentalnej i otwartości na eksperymenty brzmieniowe, współtworzył charakterystyczne, nowoczesne brzmienie późnego okresu twórczości Bowiego. Poza tą współpracą produkował i nagrywał z wieloma artystami sceny alternatywnej i rockowej oraz realizował własne projekty muzyczne.

 

Mark Plati – mistrz dźwięków i labiryntów

Mark Plati, producent, gitarzysta, basista i multiinstrumentalista, to człowiek, który znał Davida Bowiego od strony studia, gdzie magia nabierała kształtu. Mark wspominał te nieskończone godziny nagrań, kiedy Bowie potrafił zmieniać aranżacje w locie, przesuwać akcenty rytmiczne, jakby cały zespół był jego instrumentem.

David wiedział dokładnie, czego chce, ale nigdy nie narzucał. On dawał przestrzeń, która była wyzwaniem, ale też wielką przyjemnością. Grało się z nim inaczej niż z kimkolwiek innym – mówił Mark.

Plati wspominał też konkretne momenty: nagrania do Earthling, gdy każdy dźwięk był eksperymentem, a każdy błąd – potencjalną magią.

Niektóre linie basu, które wymyśliłem w biegu, David słyszał i natychmiast wiedział, gdzie powinien wprowadzić gitarę, gdzie klawisz. To była telepatia, czysta energia muzyczna.

Mark Plati pracował z Bowiem w studiu i to on widział przemiany albumów od kuchni.

David miał niesamowitą wyobraźnię. Nigdy nie bał się próbować czegoś nowego. Gdy pracowaliśmy nad materiałem, on potrafił wejść w przestrzeń, gdzie dźwięk, słowo i obraz łączyły się w jedno. Nigdy nie było schematów tylko odkrywanie.

Plati wspominał też anegdoty z sesji nagraniowych:

Czasem mówił: ’Spróbujmy tego, choć nie wiem, czy to zadziała.’ A ja odpowiadałem: ’David, zadziała na pewno.’ I zazwyczaj działało. Właśnie w tym tkwił jego geniusz – odwaga w eksperymencie, ale też zaufanie do ludzi wokół niego.

Podczas spotkania Plati zwrócił uwagę na wizualny aspekt twórczości Bowiego. Station to Station nie było jedynie albumem. To przełomowe i zaskakujące arcydzieło było częścią większej narracji, obejmującej scenografię, kostiumy i teatralną personę Thin White Duke’a.

Bowie myślał totalnie – muzyka była jednym z elementów większej całości. Praca z Davidem Bowie wymagała elastyczności: jednego dnia nagrywano surowe gitary, drugiego eksperymentowano z elektroniką i samplam – podkreślał Plati.

Mówił też o tym, że Bowie nigdy nie traktował swojej przeszłości jak zamkniętego rozdziału. Potrafił cytować samego siebie, przekształcać motywy i nadawać im nowe znaczenia.

Dlatego Jego twórczość pozostaje wciąż tak aktualna, bowiem zawsze była dialogiem a nie pomnikiem.

 

Mike Garson – amerykański pianista i kompozytor, jeden z najdłużej współpracujących muzyków Davida Bowiego. Do zespołu artysty dołączył na początku lat 70., a jego awangardowe, jazzujące solo fortepianowe w utworze Aladdin Sane (1973) przeszło do historii rocka jako jeden z najbardziej charakterystycznych momentów w twórczości Bowiego. Garson uczestniczył w licznych nagraniach studyjnych i trasach koncertowych, współtworząc brzmienie wielu projektów artysty przez kolejne dekady. Jego styl gry, łączący jazzową improwizację z rockową ekspresją, stał się ważnym elementem muzycznego języka Bowiego. Poza tą współpracą Garson pracował z wieloma artystami oraz rozwijał własne projekty, pozostając jednym z najbardziej cenionych pianistów na styku jazzu i muzyki popularnej.

 

Mike Garson – pianista, mistrz detali

Mike Garson był pianistą, który w pełni rozumiał Bowiego. To on wnosił do kompozycji tę nieuchwytną, dramatyczną elegancję.

David często mówił mi: ‘Nie gram dla ciebie, nie gram dla publiczności. Gram dla tego momentu.’ To było jak mantra. Każda nuta musiała mieć sens w tym jednym oddechu, w tej jednej chwili, na tej jednej scenie. – wspomina Garson.

W jego opowieściach pojawiały się nocne sesje, czasem bez światła, czasem przy przyćmionym lampionie, gdzie David i Mark snuli dźwiękowe pejzaże, które później stawały się kultowymi fragmentami albumów.

Były chwile, gdy David mówił: ‘Zagraj to inaczej, tak jakbyś patrzył na niebo nocą.’ I ja wtedy grałem, a on słuchał i kiwał głową, jakby dokładnie widział to, co ja w sobie czułem.

Mike Garson, pianista, dodawał w rozmowie refleksji o artystycznej wrażliwości Bowiego:

Nigdy nie byłem w zespole, gdzie każdy dźwięk miał takie znaczenie. David słuchał wszystkiego, co graliśmy. Nawet najdrobniejsza fraza była dla niego istotna. I nie chodziło tylko o perfekcję – chodziło o emocje. Czasem jego spojrzenie wystarczyło, by wiedzieć, że coś jest dobre, albo trzeba spróbować inaczej.

Wspominał też życie w trasie:

Było mnóstwo żartów, śmiechu, ale i momentów, kiedy wszystko było poważne. David potrafił zmieniać nastrój w jednej sekundzie, i to było fascynujące. Nigdy nie można było przewidzieć, co się wydarzy, a to było najlepsze.

Mick Garson, pianista, dodawał w rozmowie refleksji o artystycznej wrażliwości Bowiego:

Nigdy nie byłem w zespole, gdzie każdy dźwięk miał takie znaczenie. David słuchał wszystkiego, co graliśmy. Nawet najdrobniejsza fraza była dla niego istotna. I nie chodziło tylko o perfekcję, chodziło o emocje. Czasem jego spojrzenie wystarczyło, by wiedzieć, że coś jest dobre, albo trzeba spróbować inaczej.

Podczas spotkania w pięknej auli dublińskiego Royal College of Surgeons in Ireland wspominał, jak trudne było balansowanie między wizją Bowiego a koniecznością utrzymania struktury nagrań. Kluczową rolę odegrał producent Harry Maslin, który – jak podkreślał Garson – potrafił utrzymać porządek w studiu, nie tłumiąc przy tym artystycznego ognia. Garson mówił o momentach, w których Bowie dawał mu całkowitą wolność, oczekując, że fortepian „opowie własną historię”, nawet jeśli będzie ona niepokojąca czy zgrzytliwa.

 

Earl Slick – amerykański gitarzysta rockowy, jeden z najbardziej charakterystycznych muzyków współpracujących z Davidem Bowiem. Do zespołu artysty dołączył w połowie lat 70., zastępując Micka Ronsona podczas okresu Diamond Dogs. Jego surowy, energetyczny styl gry stał się ważnym elementem koncertowego brzmienia Bowiego. Slick brał udział w nagraniach albumów Station to Station (1976) oraz Heathen (2002), a także występował podczas wielu tras koncertowych artysty. Przez lata współpracował również z innymi znanymi wykonawcami, m.in. z Johnem Lennonem i Yoko Ono, budując reputację gitarzysty o wyjątkowej ekspresji scenicznej i rockowej charyzmie.

 

Earl Slick – Brooklyn i ogień gitar

Earl Slick, gitarzysta z Brooklynu, wchodził do zespołu po Marku Ronsonie, tuż po albumie Diamond Dogs. Jego energia była nieoceniona – mieszanka ulicznego temperamentu, improwizacji i klasycznego wyczucia rockowego riffu.

David miał w sobie coś z dyrygenta orkiestry, ale też z kogoś, kto chce ryzykować. A ja wchodziłem w te przestrzenie jak piorun – i David Bowie kochał to napięcie! – wspomina.

Earl Slick dodawał:

Na scenie było jak w laboratorium chemicznym – każdy dźwięk reagował z innym, a David był katalizatorem. W studio potrafił siedzieć godzinami, słuchając, poprawiając, nakręcając atmosferę. Nigdy nie było rutyny.

Earl Slick opowiadał o Bowiem jako o muzyku i człowieku pełnym kontrastów:

Był wymagający, ale nie w sposób narzucający, tylko inspirujący. Miał niesamowite wyczucie muzyki, ale też życia. Na scenie był transformacją, w życiu codziennym – przyjacielem, który słuchał, który chciał wiedzieć, co myślisz, co czujesz.

Slick wspominał również wspólne podróże i sesje prób:

Czasem siadał przy gitarze, patrzył w przestrzeń i mówił: ’Poczuj to, Earl. To nie jest dla ludzi, to dla nas. A jeśli oni poczują to samo, to cudownie.’ I wtedy muzyka stawała się czymś więcej niż dźwiękiem. Była życiem.

 

 

Przeskok: Los Angeles, 1975

Wracając w czasie, do września 1975 roku, kiedy David Bowie kończył zdjęcia do filmu The Man Who Fell to Earth w Los Angeles. bowiem tam też zaczęła się jedna z najbardziej kreatywnych er. „Sis Cocaine”, nieprzespane noce, paranoja. ale też geniusz. Bowie wspominał, że pamięta „tylko fragmenty” sesji nagraniowych Station to Station, bo życie w L.A. było chaotyczne, pełne świateł, ludzi, narkotyków i dziwacznych zdarzeń.

Gerry Leonard w swoich wspomnieniach mówił, że Bowie potrafił wejść do studia w środku nocy i natychmiast wiedzieć, jak zmienić utwór.

Nie pamiętał wcześniej zapisanych nut, nie potrzebował ich. Widział muzykę jak film w głowie.

Wtóruje mu Mark Plati:

Sesje były jak rytuał. Niektórzy wchodzili, żeby nagrać jedną linię, a wychodzili trzy godziny później, bo David chciał przesunąć akcent, wprowadzić nowy efekt, zmienić tempo. Nigdy nie było rutyny, zawsze była eksploracja.

Garson dodawał: „David eksperymentował z każdym instrumentem. Na Station to Station słyszysz to – klawisze, które nagle stają się wokalem, gitarę, która jest perkusją. Wszystko było połączone.”

Earl Slick znakomicie to podsumowywał:

Nigdy wcześniej nie grałem w czymś tak intensywnym i gęstym. To nie było granie nut, to było jak granie życia.

 

Trasa koncertowa – między mitem a rzeczywistością

Muzyczni paneliści obalali romantyczny mit rockowej trasy. Owszem, były momenty luksusu, szczególnie w latach 70.XX wieku, ale za kulisami kryła się codzienność pełna zmęczenia, samotności i logistycznego chaosu. Często więcej czasu spędzało się w autobusach i hotelach niż na scenie, a adrenalina koncertu mieszała się z ciszą garderoby.

A jednak wszyscy podkreślali jedno. Słowa wspólnota i więź co chwila padały co kilka chwil z ich ust. Z czasem zespół stał się rodziną. David Bowie, zwłaszcza w późniejszych latach, budował atmosferę wzajemnego szacunku. Każdy muzyk miał swoje miejsce i głos, a koncert stawał się wspólnym rytuałem, nie tylko spektaklem.

Spotkanie w Dublinie nie było jedynie celebracją rocznic. Było świadectwem relacji. Muzycy żartowali, przerywali sobie, wspominali pierwsze zetknięcie z muzyką Davida Bowiego. W ich opowieściach nie było patosu, Napiszę więcej! W tych gawędach przeważała wdzięczność i świadomość, że uczestniczyli w czymś absolutnie wyjątkowym.

Publiczność mogła zadawać pytania, a odpowiedzi często prowadziły do nieoczekiwanych historii – o improwizowanych solówkach, o chwilach zwątpienia, o ciszy w studiu tuż przed nagraniem wokalu. Te drobne anegdoty budowały portret artysty nie jako mitu, lecz jako człowieka z krwi i kości.

 

 

Dublin, znów teraz – echo i wspomnienia

Stojąc pod niebem Dublina, słuchając utworów Station to Station i Blackstar, pomyślałem o tych wszystkich momentach. O kawach mistrza Bowiego z Gerrym Leonardem, godzinach w studiu z Markiem Platim, Mikiem Garsonem i Earlem Slickiem, o tym, jak każdy dźwięk był wyborem, a każdy wybór świadectwem wielkiego geniuszu.

„David nie potrzebował tłumów, żeby pokazać magię – ona była w ludziach, którzy z nim pracowali”przypomniałem sobie słowa jednego z muzyków. I to była prawda: magia Bowiego była w nich.

David Bowie wciąż żyje w nagraniach, w koncertach, w opowieściach ludzi, którzy go znali i tych, którzy nigdy go nie spotkali. W Dublinie czułem, jak jego muzyka splata się z naszym życiem, jak każdy akord Station to Station czy Blackstar rezonuje w sercach fanów. To nie jest sentymentalny spadek po legendzie, to wiecznie pulsująca żywa energia, którą możemy czuć i doświadczać. Ale to czarne miejsce po lśniącej gwieżdzie wciąż przejmująci puste i zimne…

 

David Bowie jako most

Z rozmowy na cztery głosy w auli dublińskiego Royal College of Surgeons in Ireland wyłonił się obraz artysty totalnego. Bowie łączył muzykę z modą, teatrem, literaturą i sztukami wizualnymi. Każda era była osobnym rozdziałem, ale wszystkie razem tworzyły spójną opowieść o nieustannej przemianie. Był mostem między gatunkami, pokoleniami i estetykami.

Station to Station pozostaje jednym z jej najważniejszych punktów – albumem przejścia, napięcia i duchowego poszukiwania. The Next Day i Blackstar dowiodły, że nawet po dekadach Bowie potrafił zaskakiwać. Dublin stał się na jeden wieczór stacją pamięci – miejscem, gdzie wspomnienia nie były ciężarem, lecz żywą energią.

Bo jak wynikało z tej rozmowy:

David Bowie nie był tylko ikoną. Był przestrzenią, w której inni mogli stać się lepsi. I może właśnie dlatego jego muzyka wciąż brzmi tak, jakby dopiero miała nadejść a my z wypiekami na twarzy możemy ją dopiero dojrzale smakować i odkrywać.

 

Refleksja red. Wybrana na koniec

Dziesięć lat po śmierci Bowiego nie oznacza końca jego historii. To dopiero nowy rozdział w życiu fanów, w historii muzyki, w pamięci tych, którzy z nim pracowali i tych, którzy słuchają jego nagrań. Gerry Leonard, Mark Plati, Mark Garson i Earl Slick pokazują, że Bowie był czymś więcej niż muzykiem – był inspiracją, przewodnikiem i przyjacielem.

I choć zmarł 10 lat temu, to wciąż żyje w nas, w naszej pamięci, w muzyce, którą kochamy, i w świecie, który dzięki niemu stał się trochę bardziej niezwykły. I za to dziękuję twórcom Dublin Bowie Festival! Jesteście wielcy!

Tomasz Wybranowski

Współpraca: Katarzyna Sudak / Studio 37 

 

Przeczytaj więcej

Lato z Rafaelem ruszyło pełną parą!
Lato z Rafaelem ruszyło pełną parą!
WNET Kultura ruszyła. Nowe formaty i transmisje na YouTube
WNET Kultura ruszyła. Nowe formaty i transmisje na YouTube
Dlaczego Niemcy wciąż ufają swoim mediom? Raport Reutersa obnaża paradoks
Dlaczego Niemcy wciąż ufają swoim mediom? Raport Reutersa obnaża paradoks