Wciąż naiwnie wierzę, że jeszcze usłyszę Jego nowe nagrania, zobaczę roześmianą twarz na scenie, w wywiadzie, w świetle reflektorów i kamer.
Gary Moore był, jest i zawsze będzie dla mnie kimś więcej niż tylko muzykiem. Był głosem serca, duchowym towarzyszem i artystą, który kształtował moją wrażliwość, emocje i muzyczne marzenia.
Choć nie zawsze wymieniano Go jednym tchem wśród „największych gitarzystów świata”, dla mnie był absolutnym mistrzem. Bez względu na to, czy sięgam po nagrania Thin Lizzy, heavy-metalowe eksplozje, czy bluesowe arcydzieła — zawsze odnajduję w nich prawdę, pasję i duszę. Patrząc na własną drogę życia, wiem jedno: Gary Moore był jednym z najważniejszych muzyków mojego świata.
Grał w rodzaju natchnionego gitarowego wieszcza, który raz staje się nastrojowym lordem Byronem, aby za chwilę przemienić się w Oscara Wilde’a gitary. I był też znakomitym pieśniarzem skąpanym w tej irlandzkiej szmaragdowości. Już wtedy wykreował swój specyficzny styl. Bez znaczenia było już co w danej chwili gra, heavy metal, rock domieszką hard, eksperymentatorski fussion, czy najsmakowitszy blues. Biały blues. Zawsze było wiadomo, że to On.
Tomasz Wybranowski




