Teraz na antenie:
Radio Wnet
Kultura i media

15 lat od smierci Gary’ego Moore’a. Czas pamięci i wielka pustka…

Dziś, 6 lutego, mija piętnaście lat od chwili, gdy Gary Moore odszedł na drugą stronę luster… A ja wciąż nie potrafię się z tym pogodzić.
15 lat od smierci Gary’ego Moore’a. Czas pamięci i wielka pustka…

Gary Moore. Fot. Nymf (talk). Wikimedia Commons CC BY-SA 3.0

Wciąż naiwnie wierzę, że jeszcze usłyszę Jego nowe nagrania, zobaczę roześmianą twarz na scenie, w wywiadzie, w świetle reflektorów i kamer.
Gary Moore był, jest i zawsze będzie dla mnie kimś więcej niż tylko muzykiem. Był głosem serca, duchowym towarzyszem i artystą, który kształtował moją wrażliwość, emocje i muzyczne marzenia.

Choć nie zawsze wymieniano Go jednym tchem wśród „największych gitarzystów świata”, dla mnie był absolutnym mistrzem. Bez względu na to, czy sięgam po nagrania Thin Lizzy, heavy-metalowe eksplozje, czy bluesowe arcydzieła — zawsze odnajduję w nich prawdę, pasję i duszę. Patrząc na własną drogę życia, wiem jedno: Gary Moore był jednym z najważniejszych muzyków mojego świata.

 Grał w rodzaju natchnionego gitarowego wieszcza, który raz staje się nastrojowym lordem Byronem, aby za chwilę przemienić się w Oscara Wilde’a gitary. I był też znakomitym pieśniarzem skąpanym w tej irlandzkiej szmaragdowości. Już wtedy wykreował swój specyficzny styl. Bez znaczenia było już co w danej chwili gra, heavy metal, rock domieszką hard, eksperymentatorski fussion, czy najsmakowitszy blues. Biały blues. Zawsze było wiadomo, że to On.

Tomasz Wybranowski


Tutaj do wysłuchania jeden z programów o muzyce i niezwykłości Gary’ego Moore’a sprzed dokładnie 5 lat:


Głos, który dotykał duszy

Był przede wszystkim genialnym gitarzystą, lecz ja zakochałem się także w Jego głosie. Nieważne, czy wykrzykiwał gniewne frazy w „Murder In The Skies” i „Run For Cover”, czy śpiewał czule i boleśnie „Still Got The Blues”, „Separate Ways” albo „Empty Rooms” — w balladach był bezkonkurencyjny.
Śpiewał całym sobą, z prawdą, tęsknotą i bólem, który wydawał się autentyczny do granic możliwości.

Czy istnieje ktoś, kto nie zna Jego gitarowego brzmienia? Kto nie rozpoznaje tego dźwięku — długiego, przeciąganego, drżącego jak emocje? Jego gra miała w sobie coś nienamacalnego, coś, co łączyło rękę i duszę w jedno, sprawiając, że każdy dźwięk zdawał się mówić coś więcej niż słowa.

Miałem okazję spotkać Go kilkakrotnie w Dublinie i porozmawiać. Prywatnie był bardzo skromnym człowiekiem, typem wyspiarskiego dżentelmena w każdym calu. Jak mawiał pasją Jego życia była muzyka. A muzyka była Jego życiem. Jego znakami firmowymi były (i będą na zawsze) TO charakterystyczne brzmienie oraz długo wydobywane dźwięki, które wywołują drżenia serca i spragnionej światła duszy. Jego gra, muzyczne dokonania i niezwykłe koncerty zawsze będą inspirować, tak gitarzystów, jak i miliony fanów na całym globie.

 

Robert William Gary Moore urodził się 4 kwietnia 1952 roku w Belfaście, w Irlandii Północnej. Muzyką zaraził go ojciec, który podarował mu pierwszą gitarę — zdezelowaną akustykę, na której młody Gary odgrywał melodie The Shadows.
Później pojawił się Fender Telecaster — instrument, który otworzył mu drzwi do świata profesjonalnej muzyki.

Po obejrzeniu koncertów Jimiego Hendrixa i Johna Mayalla wiedział już, że jego przyszłość należy do bluesa i rocka. To był moment, w którym muzyka przestała być tylko pasją — stała się koniecznością życia.

Peter Green — mistrz i inspiracja

Jednym z największych wzorów Moore’a był Peter Green z Fleetwood Mac. Spotkanie z nim stało się niemal mitycznym momentem w jego życiu. To właśnie od Greena odkupił legendarną gitarę Gibson Les Paul Standard z 1959 roku — instrument, który przez lata był przedłużeniem jego duszy. Po latach oddał swojemu mistrzowi hołd albumem „Blues for Greeny”, jednym z najpiękniejszych bluesowych wydawnictw w historii.

Green pokazał mu, że gitara może być czymś więcej niż narzędziem — może być lustrem duszy, przekaźnikiem emocji i wehikułem wspomnień. To doświadczenie na zawsze ukształtowało styl Moore’a: prosty, a zarazem nasycony wewnętrzną dramaturgią.

Phil Lynott i Thin Lizzy — przyjaźń, muzyka, los

Przenosiny do Dublina w wieku piętnastu lat związały jego los z Philem Lynnottem. Ich przyjaźń była pełna pasji, wspólnych marzeń, sukcesów i dramatów. Ale najpierw przygoda ze Skid Row.

Skid Row wydał kilka singli i albumów, zagrał parę udanych tras koncertowych, ale komercyjnego sukcesu nie odniósł. Zniechęcony takim obrotem sprawy Moore pożegnał się z formacją w roku 1972 i założył własny zespół: Gary Moore Band. Trio z którym wydał album „Grinding Stone” (1973). W tym czasie współpracował także z Philem Lynnottem z Thin Lizzy oraz w legendarnej formacji Colosseum II.

W składzie Thin Lizzy zagościł kilka lat później, kiedy Lynnott poprosił go o gitarowe wsparcie podczas koncertów na amerykańskiej trasie wschodzącej wtedy gwiazdy grupy Queen. Styl gry Moore’a podbił serca fanów i zdrową zazdrość samego Briana May.

Z Thin Lizzy i w projektach solowych Moore budował swoją legendę, aż w 1978 roku powstało „Back On The Streets” — album, który przyniósł światu nieśmiertelną balladę „Parisienne Walkways”. Trwająca niewiele ponad trzy minuty piosenka podbiła cały świat. Utwór powstał w oparciu o melodię jazzowego standardu „Blue Bossa” Kenny’ego Dorhama.

Ten riff zna każdy. Zakochani, tęskniący, marzyciele — wszyscy. Twórczość Moore’a i Lynnotta była dialogiem dusz: instrument i głos, struna i serce, tworzyły coś, co wykraczało poza muzykę.

Narodziny solowej gwiazdy

Lata 80. to prawdziwy rozkwit Moore’a. Albumy „Corridors Of Power”, „Victims Of The Future” i koncertowe „We Want Moore!” potwierdziły jego status gitarowego czarodzieja. Ballady takie jak „Always Gonna Love You” i „Empty Rooms” stały się hymnami wrażliwych serc.

Kirk Hammett z Metalliki wspominał, że Moore nie potrzebował efektów! Jego brzmienie tkwiło w dłoniach. To była nie tylko technika. To była osobowość, którą słychać w każdym przełykanym oddechu gitary, w każdym przeciągniętym dźwięku, który zdawał się dotykać samych fundamentów duszy.

Rok 1985 przyniósł album „Run For Cover”, uznawany przez wielu za najwybitniejsze dzieło Moore’a.
Singiel „Out In The Fields”, nagrany z Philem Lynnottem, stał się wielkim przebojem i jednocześnie jednym z ostatnich muzycznych triumfów Lynnotta. Utwór „Military Man” pozostał jego łabędzim śpiewem, przejmującym i bolesnym.

To była muzyka, w której radość i melancholia splatały się w jedno. Właśnie takie połączenie sprawiało, że Gary Moore był wyjątkowy — nie tylko gitarzysta, ale alchemik emocji.

„Wild Frontier” — duch Irlandii i samotność

Album „Wild Frontier” był hołdem dla Irlandii, dzieciństwa i utraconych przyjaciół.
„Over The Hills And Far Away” przesiąknięte było celtyckim duchem, a instrumentalne „The Loner” stało się jednym z najbardziej wzruszających gitarowych monologów w historii rocka — muzyką samotności, tęsknoty i światła.

Każdy motyw, każda nuta była jak echo dawnych ulic Belfastu, wspomnień z dzieciństwa, straconych przyjaźni i marzeń o nieśmiertelności poprzez dźwięk.

Blues zawsze był w nim obecny. Pod koniec lat 80. Moore wrócił do niego na dobre — nie jako moda, lecz jako powrót do korzeni i prawdy o sobie. Grał bluesa tak, jakby opowiadał własne życie — z bólem, dumą, nadzieją i niespełnieniem. Miałem okazję spotkać Go kilka razy w Dublinie. Prywatnie był skromnym, spokojnym dżentelmenem. Muzyka była Jego pasją — i całym życiem.

Jego dłonie przemieniały każdą strunę w opowieść o miłości, tęsknocie i gniewie. W każdym utworze słychać było człowieka, który żył muzyką tak intensywnie, jakby każda chwila była ostatnią.

Ostatnie lata działalności Gary’ego Moore’a

Po trzech epizodach w Thin Lizzy, Gary Moore wyruszył na solową ścieżkę, porzucając hard rock dla muzyki swojego dzieciństwa — bluesa.
Do 2006 roku jego kariera obejmowała ponad ćwierć wieku nagrań — od irlandzkiego Skid Row, przez progresywno-fusionową Colosseum II, po hard rockowe eksplozje Thin Lizzy.

Jego pierwszym wielkim sukcesem solowym była „Parisienne Walkways”, nagrana z Philem Lynnottem. Późniejsze projekty — krótko działający G-Force i współpraca z Gregiem Lake — przyniosły kilka wysoko ocenianych albumów hard rockowych. Jednak po trasie z albumem „After The War” w 1989 roku Moore zdecydował się odrzucić skórzane kurtki i wrócić do muzyki swojego dzieciństwa — bluesa.

Album „Still Got The Blues” okazał się najlepiej sprzedającym się solowym wydawnictwem, choć część fanów wciąż pragnęła go zobaczyć przy gitarze elektrycznej w rockowej ekstazie. W 1994 roku spełnił marzenie, grając Claptona z byłymi członkami Cream, Jackiem Bruce’em i Gingerem Bakerem w BBM. Eksperymentował także z samplami i loopami na „A Different Beat” (1999), a w 2002 roku z mocniejszym składem powstało „Scars”, które kontynuowało jego eksplorację twardszego brzmienia. Album „Power Of The Blues” (2004) mówił sam za siebie.

Pomimo że rzadko pojawiał się poza branżowymi magazynami gitarowymi, był ceniony przez muzyków i pozostawał atrakcją koncertową. W 2003 roku wziął udział w trasie Monsters Of Rock, pozostając wierny własnemu stylowi. Jeszcze przed otwarciem koncertów BB Kinga na jego pożegnalnej trasie, Moore pracował nad albumem „Old, New, Ballads, Blues”, wracając myślami do złotych lat lat 80., nagrywając muzykę refleksyjną i pełną celtyckiej melancholii.

Odejście, które boli do dziś

Wczesnym rankiem 6 lutego 2011 roku Gary Moore zmarł we śnie na atak serca, mając 58 lat. Przebywał na wakacjach w Esteponie w Hiszpanii. Został pochowany w Rottingdean w Anglii, a podczas kameralnej ceremonii jego syn i wuj wykonali pieśń „Danny Boy” — utwór, który sprawił, że wielu żegnało go ze łzami. Ale Gary Moore nie odszedł naprawdę. Żyje w dźwiękach, w strunach gitar, w emocjach słuchaczy i sercach fanów na całym świecie. Jego muzyka nadal inspiruje, wzrusza i przypomina, czym jest prawdziwa pasja.

W każdej balladzie, w każdym solowym fragmencie gitarowym kryje się echo życia artysty, jego tęsknoty, triumfy i porażki. Gary Moore pozostawił nam coś, czego czas nie jest w stanie zatrzeć: muzykę, która przemawia bez słów, która dotyka duszy i pozostaje na zawsze.

Cała prawda o Nim — a imię Jego: GARY MOORE.

Tomasz Wybranowski

Przeczytaj więcej

Lato z Rafaelem ruszyło pełną parą!
Lato z Rafaelem ruszyło pełną parą!
WNET Kultura ruszyła. Nowe formaty i transmisje na YouTube
WNET Kultura ruszyła. Nowe formaty i transmisje na YouTube
Dlaczego Niemcy wciąż ufają swoim mediom? Raport Reutersa obnaża paradoks
Dlaczego Niemcy wciąż ufają swoim mediom? Raport Reutersa obnaża paradoks