Teraz na antenie:
Radio Wnet
Kultura i media

Polska scena bez kompleksów. Najlepsze albumy 2025 roku (miejsca od 11. do 6.) według Radia Wnet. Cz. IV

To kolejny rozdział mojej opowieści o najważniejszych muzycznych krążkach roku 2025.
Polska scena bez kompleksów. Najlepsze albumy 2025 roku (miejsca od 11. do 6.) według Radia Wnet. Cz. IV

Miejsca od 11 do 6 w naszym zestawieniu najlepszych polskich albumów 2025 roku pokazują jedno bardzo wyraźnie! Oto polska muzyka jest dziś odważna, różnorodna i światowej klasy i to bez potrzeby oglądania się na zagraniczne wzorce.

To zestawienie artystów, którzy poszerzają granice gatunków: od art rapu i hip-hopu Tokota, przez melancholijną alternatywę tria Bukowicza, synthwave’ową podróż Administratorra Electro, etno-popową wrażliwość Oready, rockową filmowość duetu Jack Moore & Quentin Kovalsky, aż po głęboko zakorzeniony w tradycji, ale nowoczesny folk zespołu Tołhaje.

To przekrój stylów, temperamentów, charakterów, muzycznych marzeń i estetyk, ale też dowód na to, że polscy twórcy nie muszą mieć żadnych kompleksów wobec artystów zza granicy. Nasi twórcy wyróznieni przez nas charakteryzują się oryginalnością i charakterem. Na ich albumach znajdziecie piękne Słuchaczki i zacni Słuchacze emocje, znakomity warsztat, wizje i odwagę.

Tutaj do wysłuchania program z prezentacja tych znakomitych płyt, z dumną nalepką „Made In Poland”:

 

Radio Wnet z dumą prezentuje ten fragment rankingu jako portret sceny, która dojrzewa, eksperymentuje i mówi własnym głosem. To muzyka, która myśli, czuje i zostaje w głowie na długo.

Tomasz Wybranowski


NAJLEPSZE ALBUMY 2025 ROKU – RADIO WNET

 

Igor Toporowski, jako tokot – „Części pierwsze” 

Hip-hop Igora Toporowskiego jako witraż i stan skupienia. Muzyka i metafory jako mikrokosmos samoświadomości.

„Części pierwsze” tokota to nie album — to przestrzeń mentalna, do której się nie tyle wchodzi, co zostaje się do niej wciągniętym. Już sam tytuł sugeruje rozbicie całości na fragmenty, z których słuchacz musi poskładać własną narrację. To płyta o procesie — myślenia, dorastania, artykulacji emocji — nie o gotowych odpowiedziach.

Tutaj do wysłuchania program i Igorze Toporowskim i jego albumie:

Muzycznie Tokot buduje świat na styku hip-hopu, art rapu, jazzu i gitarowego niepokoju. Riffy mają tu fakturę szorstkiej poezji — są napięte, żywe, czasem nerwowe, ale zawsze znaczące. Gitary nie służą dekoracji — pełnią funkcję dramaturgiczną, tworząc napięcie podobne do tego, które znamy z najlepszych płyt crossoverowych. A gdy pojawiają się jazzowe wtręty, dęciaki w marsalisowym duchu, muzyka zaczyna oddychać jak żywy organizm, który co chwila zmienia puls i gamę świateł wokół słuchaczy.

Rytm na tej płycie nie prowadzi przewidywalnie za rękę. On prowokuje i nie pozwala na bierny odsłuch. To album wymagający obecności, skupienia, uważności na mikroprzesunięcia, pauzy, oddechy między wersami. Produkcja nie jest gładka. Tekstura dźwiękowa chropowata i wielowarstwowa. Zamiast radiowej sterylności dostajemy strukturę organiczną, gdzie owe drobne chropowatości stają się wartością, nie błędem.

Słowo Tokota działa jak żywa tkanka narracyjna. To rap w fazie formowania — jeszcze nie do końca zamknięty w definicjach, ale już świadomy własnej tożsamości. Jego wersy balansują między brutalnością a czułością, między uliczną prawdą a introspekcyjną liryką. Nie ma tu pozy, nie ma rapowej kalki. Jest za to młodzieńcza inteligencja emocjonalna, która zamiast krzyczeć, woli analizować.

Tokot nie moralizuje. Nie stawia manifestów. Raczej rejestruje stan świata i stan własnej głowy, tworząc coś w rodzaju dziennika świadomości — pociętego na dźwięki, obrazy i myśli. To hip-hop, który nie tyle opowiada o rzeczywistości, co próbuje ją zrozumieć.

„Części pierwsze”, gdzie w roli głównej Igor Toporowski, brzmią jak początek większej drogi. To album otwierający proces i ledwie pierwszy rozdział. Chaos spotyka tu harmonię, a emocjonalna szczerość skryta w znakomitych tekstach wygrywa z kalkulacją.


 

 

10. Bukowicz – „Zbliżamy się tylko do siebie”

Drugi album Bukowicza brzmi jak nocny przejazd przez miasto, które pamięta więcej niż my sami. „Zbliżamy się tylko do siebie” to płyta utkane z półcieni — z ciszy między zdaniami, z niedopowiedzeń, z emocji, które nie chcą krzyczeć, lecz wolą drżeć pod powierzchnią dźwięku.

To muzyka pogranicza: coldwave’owy chłód spotyka shoegaze’ową mgłę, synthpopową pulsację i gitarowy smutek, który ma w sobie coś z estetyki lat 80., ale nie popada w nostalgiczną kalkę. Bukowicz nie rekonstruuje przeszłości — on ją filtruje przez teraźniejszość.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Jakubem Buczkiem, liderem tria Bukowicz:

 

Już otwierające „Nie zawsze myślisz o nas źle” wprowadza nas w świat subtelnych napięć. Bas prowadzi tu narrację jak cień niespełnionych rozmów, a wokal Jakuba Buczka balansuje między rezygnacją a nadzieją, ale nigdy nie przekraczając granicy patosu. To piosenka, która nie prosi o uwagę — ona ją hipnotycznie przejmuje.

„Mimo maskarady” zaskakuje jazzowym oddechem trąbki Szymona Paciory, dźwiękiem, który działa jak trzeci księżyc nad pejzażem albumu, nadając mu wymiar niemal literacki. Bukowicz buduje swoje utwory jak krótkie opowiadania: każde ma własny klimat, własny dramat, własną ciszę.

„Symbolicznie” i „Zbliżamy się tylko do siebie” eksplorują temat bliskości, która nigdy nie jest pełna, bo w wiecznej sinusoidzie między pragnieniem a dystansem.

Słychać tu echa The Cure, Variété, Siekiery — ale są to raczej duchy inspiracji niż bezpośrednie cytaty. Bukowicz zachowuje własną tożsamość: melancholijną, introspekcyjną, delikatnie neurotyczną. Kulminacyjne „Odruchy” domykają płytę jak emocjonalny epilog — nie dając ulgi, lecz zostawiając słuchacza w stanie miękkiego, twórczego niepokoju.

To nie jest album do szybkiego odsłuchu. Krążek tria Bukowicz trzeba oswoić, choć – w moim przypadku – to on oswoił i zniewolił mnie. 
Zmierzch i noc to dobry czas na słuchanie tych pieknych, czasami smutno barokowych nagrań. One wymagają ciszy, czasu i uważności. Tutaj recenzja albumu – „Bukowicz o zbliżeniach” – kliknij. 

„Zbliżamy się tylko do siebie” kunsztownie smutny manifest wrażliwości. To muzyka dla tych, którzy nie boją się melancholii, bo wiedzą, że w smutku czasem mieszka prawda.


 

 

9. Administratorr Electro – „Potem i tam” 

„Potem i tam” Bartosza Marmola to album, który brzmi jak list wysłany z przyszłości do samego siebie sprzed lat. To muzyczna rozmowa z czasem, Proustowsko z tym utraconym, odłożonym na później, przemilczanym, ale też z tym, który właśnie teraz domaga się decyzji, odwagi i ruchu naprzód.

Administratorr Electro wraca z płytą, która zanurza się w estetyce lat 80., lecz nie robi tego jako muzealny kustosz. To nie rekonstrukcja, ale przefiltrowana przez pryzmat przeszłych wydarzeń, radości, smutków i młodzieńczych porażek i straconych złudzeń

kunsztowna  reinterpretacja ducha epoki: neonowe światła „Miami Vice”, filmowy rozmach „Top Gun” i nostalgia „Rain Mana”, syntezatorowa przestrzeń i gitarowe przestery, które spływają dźwiękiem niczym lipcowy deszcz na rozgrzanym asfalcie.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Bartoszem Marmolem:

Brzmienie albumu jest gęste, szerokie, kinowe i przestrzenne. To produkcja Roberta i Magdy Srzednickich (Studio Serakos) nadaje całości monumentalny, ale intymny charakter. Tu każda każda warstwa dźwięku prowadzi do emocji, nie tylko do efektu.

Już „Córka ogrodnika” ustawia ton i przesłanie liryczne albumu: relacje skazane na pęknięcie, piękno niedoskonałości, miłość balansująca na krawędzi rozczarowania. Bartosz Administratorr Electro, któremu towarzyszą Paweł Kowalski i Maciej Dymek, ma dar opowiadania o sprawach osobistych bez taniej konfekcji i pustosłowia. Jego teksty są szczere, czasem bolesne, czasem gorzkie, zawsze prawdziwe.

„Zimne ręce”, „Bateria uczuć”, „Złodziej czasu” czy „Magia niewypowiedzianych słów” układają się w emocjonalny pamiętnik współczesnego człowieka, który próbuje nadążyć za sobą samym. To płyta o odkładaniu marzeń, o straconych okazjach, o nadziei, że jeszcze nie wszystko zostało przegrane.

Gościnne głosy Kafi (BAiKA) i Pawła Swiernalisa wzbogacają paletę emocji, bowiem dodają innej perspektywy, innego odcienia wrażliwości. A jednocześnie to wciąż bardzo osobista płyta, w której Marmol odsłania swoje lęki, tęsknoty i decyzje.

„Potem i tam” działa jak fala — unosi słuchacza na syntezatorowej przestrzeni, prowadzi przez gitarowe przestery, pozwala odpłynąć, ale nie pozwala zapomnieć. To album nostalgiczny, ale nie eskapistyczny. Zamiast uciekać w przeszłość, mówi jasno:


„Teraz i tu zaczyna się twoje potem.”

To nie tylko jedna z ciekawszych płyt roku 2025. To emocjonalny zapis czasu, w którym żyjemy i dowód, że polska scena elektroniczna może brzmieć światowo, stylowo i bez najmniejszych kompleksów. I jeszcze jedno dodam od siebie, ta płyta przez wspomnienia wzmaga w nas już w wieku dojrzałym głód marzeń. I za to Bartkowi bardziej niż dziękuję i składam hołd!


 

8. Oreada – „Jesteśmy tu tylko na chwilę”

Etnopop jako modlitwa o obecność. Muzyka jak oddech między wczoraj a jutrem.

Drugi album Oready brzmi jak czułe i bolesne przypomnienie, że wszystko jest chwilą. I właśnie dlatego wszystko ma znaczenie. „Jesteśmy tu tylko na chwilę” to płyta zanurzona w refleksji nad czasem, przemijaniem i kruchością codzienności, ale jednocześnie pełna światła, miękkiej siły i kobiecej intuicji.

Zespół wykonał wyraźny krok naprzód. Ta muzyczna marszruta od słowiańskiego folku ku nowoczesnemu etno-popowi podszytemu elektroniką, zmieniła wizerunek Oready, ale nie zatraciła przy tym jej autentyczności i tego, co nazywam radością grania i dobrostanem słuchania.

To muzyka wciąż zakorzeniona w tradycji, ale odważnie spoglądająca w przyszłość powiązaną z perfekcyjną produkcją. Syntezatory spotykają tu instrumenty akustyczne, dawne melodie splatają się z nowoczesną produkcją, a całość tworzy brzmienie organiczne, żywe i emocjonalnie prawdziwe.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Kasią Biesagą, wokalistą Oready:

Serce albumu bije w głosie Kasi Biesagi , wokalistki, która nie tylko śpiewa, ale prowadzi słuchacza przez wewnętrzny krajobraz płyty. Jej interpretacje mają w sobie intymność szeptu, siłę wyznania i czystość ludowej pieśni, ale ubraną w współczesną formę. To głos, który nie udaje. On mówi wprost z doświadczenia, z życia, z codziennych zmagań, z miłości i z przemijania.

Tematyka albumu krąży wokół „tu i teraz”: akceptacji chwili i momentu, świadomości czasu, dojrzałości, empirii i odpowiedzialności ze świadomością kruchości ludzkiego losu. „Jesteśmy tu tylko na chwilę” to płyta pisana z perspektywy życia, które nie jest już tylko marzeniem, ale doświadczeniem: rodzicielstwem, pracą, relacjami, zmęczeniem i nadzieją.

Muzycznie Oreada balansuje między mistyką a przystępnością. Z jednej strony słychać słowiańskie korzenie, etniczne harmonie i duchowy wymiar pieśni, z drugiej — nowoczesne aranżacje, popową strukturę i subtelne elektroniczne pulsowanie.

Ten balans sprawia, że album jest jednocześnie transowy i komunikatywny, głęboki, ale nie hermetyczny.

„Jesteśmy tu tylko na chwilę” to płyta, która nie dominuje słuchacza — ona go obejmuje. Nie krzyczy, nie epatuje efektem, nie szuka taniego wzruszenia. Zamiast tego oferuje spokojną, dojrzałą emocję, rodzaj muzycznego lustra, w którym można zobaczyć własne lęki, tęsknoty i marzenia.

To album o przemijaniu, ale nie w wieńcu smutku, ale bukietu pełnej świadomości. I przez to krążek „Jesteśmy tu tylko na chwilę” jest piękny w swojej ulotności i przesłaniu „jutro może być za późno”. A o tym w świecie TikToka, ery cyber i oceanu przebodźcowania niesty zapominamy.

Kasia Biesaga, Kacper Bienia i reszta wspaniałego zespołu skanduje: „Człowieku, żyj pięknie!”


7. Jack Moore & Quentin Kowalsky – „Electric Neverland”

Gitara jako opowieść. Rock podróżą a emocje kompaem dwóch nomadów.

„Electric Neverland” brzmi jak mapa świata, który istnieje tylko w muzyce — kraina utkane z dźwięków, wspomnień, rockowej tradycji i świeżej, nieoczywistej wrażliwości. To debiutancki album duetu, który zamiast grać bezpiecznie, od razu sięga po pełnię wyrazu.

Jack Moore, syn legendarnego Gary’ego Moore’a, niesie w palcach dziedzictwo bluesa i rocka, ale nie jest jego więźniem. Jego gitara na tej płycie nie popisuje się techniką, bowiem ona opowiada historie z podróży. Każdy dźwięk brzmi jak fragment osobistej historii: czasem liryczny, czasem gniewny, czasem delikatny jak szept. W „Heavenly Light” struny stają się niemal modlitwą, co w połączeniu z natchnioną interpretacją Quentina Kovalsky’ego przynosi delikatną próbę ocalenia emocji przed rozpadem i lawiną brudów współczesności.

Quentin Kovalsky (Szymon Pejski) wnosi do projektu filmową aurę, retro-charyzmę i artystyczną wszechstronność. Jego głos ma w sobie coś z bohatera kina drogi — trochę Tarantino, trochę lat 70., a jednocześnie coś świeżego, niepodrabialnego. Kovalsky nie tylko śpiewa — on interpretuje świat, nadając utworom osobisty ciężar emocjonalny.

Muzycznie „Electric Neverland” balansuje między klasycznym rockiem, indie, elementami progresji i balladową intymnością. „Snakes And Ladders” rozwija się jak scena filmowa — od rytmicznej energii po wielowarstwowe, progresywne zakończenie. Z kolei „A Part Of Me”, „Autumn”, „In My Shoes” czy „Peace Of Mind” pokazują, że duet potrafi być jednocześnie przebojowy, refleksyjny i artystycznie nieoczywisty przez co zachwycający. 

To album drogi — zarówno tej geograficznej, jak i wewnętrznej. Muzyka Moore’a i Kovalsky’ego brzmi jak prawdziwa rozmowa z samym sobą (co w czasach kultury cargo i chaosu staje się czymś często nieosiągalnym). To jak poszukiwanie sensu w świecie pełnym szumu i pośpiechu. Jest w tym nomadyczność, ruch, nieustanne poszukiwanie — ale też czułość i potrzeba zatrzymania się na chwilę.

„Electric Neverland” nie próbuje udowadniać oczywistości, że rock żyje. Album po prostu pokazuje, że wciąż może być szczery, emocjonalny i ważny. To płyta, która zostaje w głowie, ale przede wszystkim w sercu.


 

 

6. Tołhaje – „San. Historie pisane rzeką”

Gdy korzenna muzyka i folk stają się rzeką jako ramą narracji. Muzyka jako żywe zaklęcie przeszłości.

„San. Historie pisane rzeką” to nie tylko album. To przede wszystkim koncepcja, rytuał i akt ocalania pamięci w anturazu ukochanego Podkarpacie. Tołhaje celebrowali w 2025 roku swoje 25-lecie istnienia płytą, która brzmi jak muzyczny mit o Podkarpaciu, zapisany głosami przeszłości i przefiltrowany przez współczesną wrażliwość.

Rzeka San staje się tu główną bohaterką — metaforą czasu, historii, ciągłości, ludzkich losów i przemijania. Album płynie jak nurt, czasem spokojny, czasem rwący, czasem nostalgiczny, ale zawsze pełen opowieści i zapominanych duchów przeszłości.

Każdy utwór to jakby kolejna wioska, kolejna twarz, kolejna legenda. Babice, Bóbrka, Iskań, Krasiczyn, Procisne… Te miejsca ożywają w dźwięku. Tołhaje sięgają do źródeł ludowych pieśni Oskara Kolberga, ale nie rekonstruują folkloru jak muzealnego eksponatu. Oni go ożywiają — mieszając tradycję z jazzem, improwizacją, elektroniką i nowoczesną dramaturgią aranżacyjną. Efekt? Folk, który oddycha współczesnością, nie tracąc duszy.

„Dziewczęca z Iskani” to jeden z centralnych punktów albumu — pokazuje, jak dawna melodia może stać się emocjonalnie aktualna, poruszająca i uniwersalna. „Weselna z Iskani” pulsuje radością rytuału, „Duma z Iskani” niesie ciężar tożsamości, a „Historyczna z Procisnego” brzmi jak pieśń kronikarzy, którzy nie chcą pozwolić pamięci umrzeć.

Ogromną rolę odgrywa kobiecy głos Marii Kulik pełen ekspresji, autentyczności i surowego piękna. To śpiew, który nie udaje — on niesie tradycję, ale też ją interpretuje, nadając jej nowe znaczenia.

Instrumentarium zespołu tworzy brzmieniowy pejzaż pełen barw: liry korbowe, saksofony, klarnety, akordeon, gitary, perkusja, śpiew alikwotowy — wszystko splata się w organiczną całość, przypominającą orkiestrę pamięci. W tle pobrzmiewają echa ich imponujących współprac od legendarnego klawiszowca Deep Purple Johna Lorda po Kayah, ale Tołhaje pozostają całkowicie sobą.

Szczególną wartością albumu jest jego autentyczne zakorzenienie w miejscu — dzięki pracy w artystycznej zagrodzie MAGiJA w Orelcu, kontaktowi z lokalną społecznością i realnemu dialogowi z tradycją. To słychać. To czuć. To ma ciężar prawdy.

„San. Historie pisane rzeką” to muzyczna rzeka pamięci płynąca między dawnym a współczesnym, między pieśnią a eksperymentem, między historią a teraźniejszością.

To album dla tych, którzy wierzą, że muzyka może być nośnikiem kultury, tożsamości i sensu. To folk i korzennoścki bez kurzu cepelii. Ale przede wszystkim to opowieść, która będzie płynąć długo po wybrzmieniu ostatniego dźwięku.

Muzycy, którzy grają jak rzeka: wielogłosowo, pamiętliwie i bez pośpiechu

Maria Kulik – śpiew
Głos jak żywa pamięć miejsca. Potrafi być surowy jak wiatr nad połoniną i czuły jak pieśń śpiewana przy kuchennym stole przy krojeniu chleba o poranku. Jej interpretacje są przeniesieniem tradycji w teraźniejszość, głosem kobiet sprzed pokoleń i współczesnych emocji zarazem.

Tomasz Duda – saksofony, klarnety
Muzyczny narrator zespołu. Jego dęciaki brzmią jak echo dawnych opowieści, czasem lament, czasem taniec, czasem improwizacyjny lot nad krajobrazem Podkarpacia. Łączy jazzową wolność z etniczną melancholią.

Maciej Cierliński – lira korbowa
Strażnik archaicznego pulsu. Lira w jego rękach brzmi jak mechaniczne serce tradycji, napędzające rytm opowieści. To instrument, który przenosi słuchacza między wiekami.

Paweł Płoskoń – lira korbowa
Drugie skrzydło korbowej narracji — dialog, kontrapunkt, pogłębienie. W duecie z Cierlińskim tworzy brzmieniowy most między dawną wsią a współczesną sceną.

Damian Kurasz – gitary
Gitara jako łącznik między folklorem a nowoczesnością. Potrafi być surowa, rockowa, transowa albo subtelnie ambientowa. W Tołhajach gitara nie dominuje — ona oplata muzykę jak krajobraz horyzont.

Piotr Rychlec – akordeon, instrumenty klawiszowe, gwizdanie, śpiew alikwotowy
Brzmieniowy alchemik zespołu. Akordeon oddycha tu jak miech historii, klawisze tworzą przestrzeń, a alikwoty wprowadzają element niemal mistyczny — jakby duch miejsca przemawiał między dźwiękami.

Janusz Demkowicz – gitara basowa
Bas jako kręgosłup narracji. Jego linie niosą ciężar rytuału i stabilność opowieści. To fundament, na którym reszta zespołu może budować swoje dźwiękowe legendy.

Kuba Madejowski – perkusja
Rytm jak puls ziemi i krok wędrowca. Potrafi być taneczny, ceremonialny, rockowy lub niemal transowy. Jego gra spaja tradycję z energią sceny.


Tołhaje jako zespół w jednym zdaniu:

Tołhaje to orkiestra pamięci i rzeka dźwięków, zespół, który nie odgrywa folkloru — on go ożywia, przepisuje i niesie dalej, udowadniając, że tradycja może być jednocześnie głęboka, nowoczesna i poruszająca.

C.D.N

Tomasz Wybranowski

Przeczytaj więcej

Lato z Rafaelem ruszyło pełną parą!
Lato z Rafaelem ruszyło pełną parą!
WNET Kultura ruszyła. Nowe formaty i transmisje na YouTube
WNET Kultura ruszyła. Nowe formaty i transmisje na YouTube
Dlaczego Niemcy wciąż ufają swoim mediom? Raport Reutersa obnaża paradoks
Dlaczego Niemcy wciąż ufają swoim mediom? Raport Reutersa obnaża paradoks