Teraz na antenie:
Radio Wnet
Kultura i media

Na krawędzi przyszłości, zanim nauczyliśmy się scrollować, to wiedział o tym David Bowie. 10. rocznica Jego śmierci.

Dziś - 10 stycznia 2026 roku - mija dziesięć lat od śmierci Davida Bowiego. Dziesięć lat od momentu, w którym zniknął artysta totalny.
Na krawędzi przyszłości, zanim nauczyliśmy się scrollować, to wiedział o tym David Bowie. 10. rocznica Jego śmierci.

 Muzyk, performer, aktor, narrator epoki, który nie tyle zmieniał style, co zmieniał reguły gry. Bowie nie był tylko twórcą piosenek. Był systemem wrażliwości, który nieustannie testował granice kultury.

Tomasz Wybranowski


Tutaj do wysłuchania druga część wspominkowego programu „Cienie w jaskini” o Davidzie Bowiem:


 

Niektórzy artyści opisują swój czas. Inni – zupełnie przypadkiem (a może nie?!) – opisują świat, który dopiero nadchodzi. David Bowie należał do tej drugiej grupy. Nie dlatego, że był prorokiem w cekinowym kombinezonie, lecz dlatego, że potrafił słuchać drgań epoki, zanim zamieniły się w hałas.

Urodził się w powojennym Londynie, w mieście, które wciąż pamiętało ruinę. Już sam ten początek niósł napięcie: między tym, co zniszczone, a tym, co dopiero możliwe. Gdy jako dziecko usłyszał „Tutti Frutti”, powiedział później, że „usłyszał Boga” – i od tamtej chwili wiedział, że muzyka nie jest dodatkiem do życia, ale drogą ucieczki i przeznaczeniem

A potem przyszło oko – wypadek, przypadek, trwały znak. Źrenica, która już się nie zwężała, stała się metaforą całej jego twórczości: wiecznie otwarty na więcej światła, niż inni byli w stanie znieść.


Tutaj do wysłuchania trzecia część wspominkowego programu „Cienie w jaskini” o Davidzie Bowiem:


Ucieczka jako metoda twórcza

Pierwsze zespoły, pierwszy debiut, pierwsza porażka. Album nazwany jego imieniem przechodzi bez echa, krytycy wzruszają ramionami, a Bowie uczy się jednej z najważniejszych lekcji: że porażka nie jest końcem, tylko etapem.

Każda kolejna płyta staje się próbą wyrwania się z poprzedniej wersji siebie. Gdy pojawia się kosmiczny major, a potem androgyniczny przybysz z innej planety, Bowie zamienia rock w teatr, a scenę w laboratorium tożsamości. Ziggy nie jest maską tylko jest testem. Sprawdzeniem, jak daleko można się posunąć, zanim publiczność przestanie nadążać.

I gdy tylko świat zaczyna wierzyć, że oto znalazł „prawdziwego” Bowiego, artysta zabija tę postać na scenie. Bo dla niego stagnacja była większym zagrożeniem niż niezrozumienie.


Fragmentacja zamiast jednego głosu

Lata mijają, style się zmieniają, a David Bowie skręca w soul, funk, elektronikę, minimalizm Berlina. Za każdym razem słyszy coś wcześniej. Za każdym razem dociera tam, gdzie reszta dojdzie dopiero po latach. I właśnie z tej pozycji artysty, który już widział, jak kultura się rozpada i składa na nowo – mówi w 1999 roku zdanie, które do dziś brzmi jak diagnoza:

nie ma już jednego głosu pokolenia. Nie będzie nowych Beatlesów. Nie dlatego, że brakuje talentu, ale dlatego, że wspólne doświadczenie przestało istnieć.

Muzyka przestaje być centrum. Staje się tłem. Akcesorium. Rytmem do bycia razem, nie przesłaniem do wyznawania. Artysta nie prowadzi już tłumu tylko idzie obok niego. David Bowie nazywa to fragmentacją. My dziś nazwalibyśmy to bezdusznym i chłodnym algorytmem.


Internet jako nowy buntownik

W studiu BBC Bowie siedzi naprzeciw Jeremy’ego Paxmana, jednego z najbardziej sceptycznych, ironicznych i bezlitośnie racjonalnych brytyjskich dziennikarzy. Dlaczego to przytaczam i oznaczam etykietą „to bardzo ważne”. Już tłumaczę, ta rozmowa nie była spotkaniem wizjonera z entuzjastą technologii, lecz z kimś, kto z definicji nie ufa wielkim narracjom.

I właśnie wtedy Bowie wykonuje skręt, którego Paxman się nie spodziewa. Mówi, że

„internet przejmuje rolę, jaką kiedyś pełnił rock’n’roll”.

Że staje się nową siłą wywrotową – demokratyczną, niepokorną, trudną do kontrolowania.

Nie jako narzędzie. Bardziej ako relacja. Między twórcą a odbiorcą. Między tym, kto mówi, a tym, kto odpowiada. Bowie nie pyta, czy sieć zmieni muzykę. Pyta tylko: jak bardzo. Sam już wtedy buduje własną przestrzeń online, udostępnia dźwięki, rozmawia z fanami, zanim świat nauczy się mówić „społeczność”.

On słuchał przyszłości, tak jak zawsze. A ona wysyłała mu pocztówki i legendy do przyszłych map.


Śmierć jednej prawdy

Pada jeszcze jedno zdanie, które dziś brzmi niemal jak ostrzeżenie: „zawsze są dwie, trzy, cztery strony każdej historii.”

To zapowiedź końca jednej narracji, jedynego autorytetu przed końcem historii i jednej wersji rzeczywistości. Internet nie tworzy jednej prawdy. Tworzy ich wiele naraz. Wolność miesza się z chaosem, pluralizm z zagubieniem, a mikrofon dostaje każdy, choć coraz rzadziej ktoś chce wysłuchać tego do końca.

David Bowie widział to bez paniki. Bez moralizowania, jak gdyby wiedział, że każda epoka ma swój własny rodzaj dezorientacji.


Scena ostatnia

Kiedy milknie na niemal dekadę, świat myśli, że to koniec. A potem wraca, jak zawsze bez heroldów, trąb i zapowiedzi. Cicho i pokornie, z dystansem do siebie i świata, ale nigdy przyszłości! Najpierw pojawia się album „The Next Day” (2013), który dzieli od poprzedniego „Reality” doskładnie 10 lat. Trzy lata później daruje nam „Blackstar” – album – testament, który nie jest zapowiedzią, że powróci w nowej kreacji i masce, ale świadomym pożegnaniem i przeczuciem finału ziemskiego.

„Blacstar” to album – zagadka, płyta – symbol, artystyczny testament, w którym śmierć nie jest tragedią w żałodnych kokardach, lecz kolejną transformacją. Bowie nie żegna się łzami, ani mazgajeniem złamanego człowieka. On jest „niebieskim ptakiem”, który żegna się formą i to jak zawsze kunsztowną, wymagającą skupienia, zrozumienia, oczytania i erudycji. Do końca nie schlebiał masom ani fanom. Tak jak cesarz poetów Zbigniew Herbert.

Nie przewidział przyszłości.
On ją usłyszał.

Tak jak i wtedy, kiedy mówił spokojnie o czymś, co miało być jednocześnie ekscytujące i przerażające. Nie straszył. Nie uciekał w nostalgię. Traktował przyszłość jak kolejną scenę – nawet jeśli światła były zbyt jasne, a muzyka jeszcze nienapisana.

My dziś żyjemy wewnątrz tego echa.
I być może wciąż stoimy dokładnie tam, gdzie on wtedy –
na krawędzi czegoś, co jednocześnie zachwyca i niepokoi.

Tomasz Wybranowski

Autorzy:

Przeczytaj więcej

Lato z Rafaelem ruszyło pełną parą!
Lato z Rafaelem ruszyło pełną parą!
WNET Kultura ruszyła. Nowe formaty i transmisje na YouTube
WNET Kultura ruszyła. Nowe formaty i transmisje na YouTube
Dlaczego Niemcy wciąż ufają swoim mediom? Raport Reutersa obnaża paradoks
Dlaczego Niemcy wciąż ufają swoim mediom? Raport Reutersa obnaża paradoks