W 2025 roku, który zmierza ku mecie, Irlandia, zanurzona w sprzecznościach, zdaje się balansować na krawędzi dwóch światów. Oto z jednej strony, politycy obiecują przyszłość różnorodną, z rosnącą liczbą uchodźców, często nielegalnych, co stało się zapalnikiem setek manifestacji i protestów. I nie dlatego, że Irlandczycy nie lubią obcych (jest wręcz przeciwnie), tylko dlatego, że nie chcą utrzymywać tych, co nie chcą pracować i tworzyć bogactwo Irlandii.
Po drugiej stronie medalu coraz bardziej blakną jej dawne wartości i tradycje. Świat od zawsze w dynamice ruchu zmienił się i zmienia. Ale…
Ulice irlandzkich miast coraz częściej wypełniają bezdomni, będący częścią tego społeczeństwa, które nie potrafi poradzić sobie z nową rzeczywistością. Irlandczycy nie rozumieją dlaczego najpierw, pod dyktando Brukseli pomaga się „obcym” a nie tym, którzy od zawsze tu mieszkali. Irlandia zawsze była przyjazna i gościnna, ale – jak twierdzą moi irlandzcy sąsiedzi po siedemdziesiątce „proporcje zostały mocno zachwiane”.
Tymczasem młodsze pokolenie, zapatrzone w modny marketing „nowej Irlandii”, zatraciło kontakt z tradycją, oddając hołd „starej” kulturze poprzez palenie palet i sztucznie wykreowane merkantylne rytuały, zamiast sięgnąć po prawdziwe dziedzictwo przodków, które wciąż echem rozbrzmiewa w tej mistycznej ziemi. Inna sprawa, że wykształcona irlandzka młodzież coraz częściej udaje się na emigrację.







