Odsłuchaj fragment audycji „Czas na Motorsport”:
Podczas tegorocznego wyścigu na Red Bull Ringu doszło do absurdu. Wszyscy zainteresowani niedzielnym wyścigiem byli zmuszeni czekać wiele godzin na aktualizacje tabeli końcowej. To za sprawą protestu Astona Martina przeciwko wynikom wyścigu. Z tego powodu FIA była zobligowana rozpatrzeć łącznie ponad 1200 wniosków o potencjalne przekroczenie limitów toru. Po kilku godzinach oczekiwania okazało się, że, bagatela, ośmiu kierowców otrzymało powyścigową karę czasową. W tym gronie najpokaźniejszą zaliczkę na poczet swojego końcowego czasu zarobił Estaban Ocon. Francuz otrzymał dodatkowe 30 sekund. Wobec obwieszczenia sędziów o tychże karach, kolejność na mecie uległa znacznej zmianie. Trzeba jednoznacznie przyznać, że sytuacja, w której szczególnie kibice pozostają w niepewności, co do ostatecznych wyników wyścigu, przez kilka godzin po jego zakończeniu, jest nieakceptowalna. W takim wypadku to swego rodzaju sportowa patologia i anomalia, oraz bez wątpienia duży uszczerbek dla widowiska.
W poszukiwania winnego całej sytuacji, wszystkie tropy prowadzą do dyrektora wyścigu – Nielsa Wittich’a. Człowiek ten od początku weekendu na Red Bull Ringu usilnie trzymał się swoich postanowień co do limitów toru. Nie zważał przy tym na liczne wnioski kierowców o złagodzenie limitów toru w pewnych miejscach, chociażby z uwagi na specyficzną charakterystykę austriackiego obiektu. Zdaniem kierowców sprostanie rygorystycznym limitom toru w niektórych miejscach było po prostu nie do wykonania. Dyrektor wyścigu był jednak głuchy na te głosy, co poskutkowało ww. kontrowersją z powyścigowymi rozstrzygnięciami oraz łącznie 130 okrążeniami skasowanymi na przestrzeni całego weekendu.
Opisana wyżej sytuacja ma jeszcze inny czarny odcień. W takich okolicznościach końcowy rezultat może być bardziej odpowiedzią na pytanie – kto otrzymał mniej kar czasowych, zamiast kto miał najlepsze tempo wyścigowe. Ryzyko takiego zajścia zauważaliśmy w miniony weekend Formuły 1.





