– Zacznijmy od początku. Co to jest hip hop?
Albert Kowalewski: Przede wszystkim hip-hop to kultura i styl życia. W tę kulturę wpisują się 4 elementy: rap, graffiti, taniec i DJ. Każdy raper dąży do własnego niepodrabialnego stylu nawijania, czyli do tak zwanego w świecie hip-hopowym flow. W ten styl wchodzi wiele takich aspektów jak tematyka tekstów, balansujący rodzaj nawijania ze śpiewaniem i maniera, czyli np. dodawanie do wokalu chrypy, agresji bądź lansu. Każdy raper ma na to swój własny przepis. Niestety, na przestrzeni lat zwiększyła się ilość XeroBoyów, czyli osób, które kopiują flow od innych, nie mając własnej tożsamości.
– Jako pierwsze wyróżniłeś tematykę tekstów.
Albert Kowalewski: Co do samych tekstów, to treści są takie, jakie są, w zależności od tego, do jakiego słuchacza artysta kieruje słowa. Trzeba wziąć pod uwagę, iż odbiorcą tej muzyki zazwyczaj nie są literata czy poloniści, a młodzi i często wkurzeni na całą tę rzeczywistość, w jakiej przyszło im żyć ludzie. Dlatego też i treści niosą za sobą agresję, słowa otuchy bądź marzenia o lepszym jutrze. Często teksty raperskie podawane są z domieszką kolokwializmu i brutalnej rzeczywistości, na którą osoby wysoko sytuowane nie chcą patrzeć i udają, że taki świat ich nie dotyczy lub co gorsza – nie istnieje.


Albert Kowalewski: Uniwersalizm zmieszany z inteligencją oraz szczyptą geniuszu (śmiech). To wszystko powoduje, że hip-hop i rap nigdy się nie ze starzeją. Mogą zmieniać się bardzo, mogą pójść w takie kierunki, że nawet dla mnie – osoby, która uważa się za artystę otwartego na wszystko i wszystkich, może się to nie podobać, ale to nadal będzie rap i hip-hop. Problemem rocka i każdej innej muzyki aspirującej do miana kultury wyższej jest moim zdaniem to, że jest on mocno zakorzeniony w przeszłości. Jako artysta pracuję w studiu z wieloma osobami siedzącymi w różnej muzyce, mam własną kapelę grającą na „żywych instrumentach”, z którą też koncertuję, dzięki czemu mogę powiedzieć, że jednak mało osób chce się rozwijać muzycznie, a przede wszystkim są to muzycy grający rocka. Być może jest to określenie kontrowersyjne, ale tak to odbieram. Ludzie siedzący w rocku uważają swoją muzykę za najlepszą na świecie i wszystko, co jest nowe lub inne, jest mówiąc kolokwialnie „ch…” (śmiech). Taki muzyk robiąc rocka, nie wyobraża sobie, że ktoś mógłby dodać tam jakąś elektronikę w stylu dubstep, lub powykręcać coś nietuzinkowego. W rapie nie ma takiego problemu. Ta muzyka podąża za trendami, gdzie inne style muzyczne twardo pozostają okopane przy swoich starych ideałach i racjach.
Albert Kowalewski: O kurcze… dalej to czuję! Naprawdę było to świetne doświadczenie i ciekawe wyzwanie. Aby dostać się na tą ścieżkę dźwiękową, musieliśmy jako ekipa wygrać konkurs, bo tylko najlepsi z Białegostoku mieli możliwość wystąpienia na niej. No i stało się. Dostałem telefon od Bazyla – gościa, który posiadał kontakt z panem Latkowskim i powiedział, że nasze dwa numery spodobały mu się i chce, aby znalazły się właśnie na tej płycie. Jako nieliczni posiadaliśmy wtedy dwa numery. Większość składów miała tylko po jednym, a my – bum niespodzianka! (śmiech). Oprócz nas jeszcze tylko Głos Ulic i de fakto – nasze ziomki z tego samego studia nagraniowego też mieli dwa numery. Po tym projekcie – przyznam – uderzyła nam trochę sława i woda sodowa do głowy. W tamtym czasie w świecie hip-hopowego undergroundu staliśmy się bardzo rozpoznawalni, każdy chciał być blisko, każdy chciał nagrywać i pojawiać się w naszym towarzystwie. Wtedy też pojawiły się problemy z alkoholem, używkami i dziewczynami. Każdego młodego artystę to spotyka, a zwłaszcza takiego, który nigdy nie przypuszczał, że może stać się rozpoznawalnym. Teraz patrzę na siebie z tamtych czasów bardzo chłodnym okiem i widzę, jak mógłbym być dziś daleko, gdybym był wtedy mądrzejszy. No ale cóż… nie byłbym chyba dzisiaj takim, jaki jestem, gdybym nie miał tych doświadczeń z przeszłości. Na koniec dodam, że można mnie – dwudziestokilkuletniego chłopaka z bloków na Spotify cały czas usłyszeć wpisując: Klatka Sylwester Latkowski, a moje numery to Babillon – „Spisani na straty” i Babillon – „Bez kompromisu”
Albert Kowalewski: Ja! (śmiech). Jest to prezentacja mnie, nie jako rapera, ale jako producenta muzycznego. Mój obecny producent Janusz Balczun z iStudio, z którym właśnie zacząłem na nowo swoją muzyczną karierę, powiedział – Albert ty jesteś samowystarczalny i to lubię. Sam możesz produkować i robić bity. Po rozpadzie Babillonu, zacząłem wykręcać bity jak i zajmować się produkcją dla innych raperów. Przyjąłem wtedy pseudonim Junior/Babillon Production. Ta forma została zaczerpnięta przeze mnie ze znanego serwisu SoundClick, gdzie zagraniczni producenci sprzedawali swoje bity za dość dobre pieniądze, a że ja też chciałem tak zarabiać, więc poszedłem za ciosem jak oni. Sprzedałem klika bitów właśnie na SoundClicku i Allegro oraz wyprodukowałem trzy płyty kilku raperom z Białegostoku i okolic. Te ostatnie projekty były naprawdę dobre, ale wszystko rozbija się o pieniądze, bez których nie zrobisz dziś dobrej promocji swojej płyty. Dlatego też wielu lokalnych raperów niekiedy z o wiele lepszym materiałem, niż to, co wychodzi legalnie, zanikają w podziemiu, bo rzeczywistość mówi – dawaj hajs na rachunki, a ty… robisz rap za friko. Co wtedy robią? Odstawiają kochaną muzykę na bok, emigrując na obczyznę za chlebem.
Albert Kowalewski: My raperzy jesteśmy jak samuraje. Jedni mają swojego Pana, jakim jest wytwórnia, inni tacy jak ja są Roninami – samurajami bez zwierzchnika. Tak, posiadamy kodeks honorowy mówiący, co możesz, a czego nie możesz zrobić, bo dostaniesz ekskomunikę. Pierwsze przykazanie to „bądź prawdziwy”. Czy to w tekstach, czy w życiu. Nigdy nie nawijaj o tym, co ciebie nie dotyczy i nigdy nie wyrzekaj się swoich zasad i ideałów. Chyba największą bolesną medialną ekskomuniką w świecie hip-hopowym było wyrzucenie z niego Jędkera z WWO po tym, co zrobił w projekcie Monopol. Niestety, ale prawda jest taka, że do dzisiaj jest on tematem drwin i braku szacunku. Ostatnio oglądałem z nim wywiad na YouTube na kanale CGM.PL – Trudne Pytania i widać, że stara się naprawić swój błąd, ale jakoś mu to nie wychodzi. Kibicuję mu, bo wydaje się być spoko ziomkiem, który gdzieś tam zabłądził i zagalopował się w tej swojej karierze. Zawsze będzie mieć u mnie kredyt zaufania, zwłaszcza za płyty WWO. No cóż zrobisz… wychowałem się na nim i jego muzyce i może dlatego sercem jestem z nim. Być może dlatego identyfikuje się z nim, bo w życiu też błądziłem i byłem wiele razy odrzucany. Słuchałem jego nowych numerów i powiem szczerze, że chętnie bym go wyprodukował na nowo, bo to, co wrzucił na YouTube mnie nie powaliło. Co do ubrań i ogólnie samego biznesu muzycznego to uważam to za props – za coś dobrego. Muzyka to biznes, a skoro można na wielu rzeczach zarabiać pieniądze, to czemu nie? Ja sam niedługo otwieram swoją własną kolekcję ubrań i butów, jak tylko do końca dopnę sprawy umów i kontraktów. Ups… mały spoiler (śmiech). Czy da się oddzielić rap od tego całego anturażu i subkulturowej przynależności? Oczywiście że tak. Ja jestem tego najlepszym przykładem. „Szary Styl” opisany wcześniej jest odpowiedzią na twoje tak postawione pytanie.


