Są w Ameryce Południowej dwie doliny, w których występują blisko spokrewnione drzewa o halucynogennych właściwościach. Oba te drzewa, mimo że należą do różnych gatunków, noszą tę samą nazwę w języku quichua – huilco. W obu tych miejscach istnieją identycznie nazywające się miasteczka – Vilcabamba. Słowo bamba jest tożsame z pampą i oznacza po prostu łąkę.
Gdy przyjechałem do Vilcabamby, uderzyła mnie liczba gringos. W biznesowym centrum Quito pojawiały się w tłumie czasem jaśniejsze twarze. Tu zaś ciężko o Latynosa. Trochę ich jest. Pracują. A gringos siedzą w knajpach, chodzą po placu, sprzedają paciorki. Wielu z nich wygląda jak hippisi. Kobiet z małymi dziećmi jest na pewno większy procent niż w Europie.

Vie, Francuzka mieszkająca w Vilcabambie. Jej imię znaczy „życie”. Na zdjęciu ze swoim koniem Huckleberrym. Nie wszyscy są zmotoryzowani
Exodus ekspatów
– Dużo macie tu gringos? – zagadnąłem taksówkarza.
– E, teraz to nic. Rok temu było ich zdecydowanie więcej, ale wyjechali.
Mój hiszpański nie pozwalał mi na pociągnięcie tematu, a na zwykłe „dlaczego?” kierowca nie znalazł odpowiedzi. Musiałem porozmawiać z samymi gringos, żeby się czegoś dowiedzieć.







