Panoptikum czy wstęp do panteonu? Przegląd polskiej sceny politycznej / Jan Martini, „Wielkopolski Kurier WNET” 64/2019

Najbardziej wyrazisty polityk totalnej opozycji Robert Biedroń powiedział, że jego priorytetem będzie walka z przemocą w rodzinie. Zna się on na przemocy jak mało kto, bo złamał szczękę swojej matce.

Panoptikum czy wstęp do panteonu?

Jan Martini

Niedawna rocznica stulecia odzyskania niepodległości była okazją do przypomnienia polityków, którzy swą działalnością przyczynili się do zmartwychwstania Polski. Obok głównych postaci była cała rzesza ludzi drugiego czy trzeciego szeregu.

Śledząc ich życiorysy i dokonania, trudno wyjść z podziwu. Cóż to za wspaniałe postacie!

Porównując niegdysiejszych i obecnych polityków, mamy wrażenie, że dziś polityką zajmują się ludzie innego formatu – że nastąpiło widoczne pogorszenie „materiału ludzkiego”. Czy powodem tej zmiany jest zanieczyszczenie środowiska (zawartość metali ciężkich w glebie), czy niemal półwiekowa okupacja komunistyczna?

Problem w tym, że podobne zjawisko „spsienia” czy skundlenia (bo psy bywają też rasowe) klasy politycznej obserwujemy również w krajach, które nie były porażone przez komunizm. Chyba wszystko zaczęło się dość dawno. Pierwszym politykiem, któremu wygląd zewnętrzny pomógł zostać prezydentem USA, był wybrany w 1921 roku Warren Harding. Tak się złożyło, że rok wcześniej Amerykanki otrzymały prawo głosu, więc twierdzono, że tego przystojniaczka, uchodzącego za jednego z najgorszych prezydentów, wybrały niewiasty (słowo to pochodzi od „nie wiedzieć”).

Wraz z rozwojem telewizji rola aparycji wydatnie wzrosła. Nad wizerunkiem kandydata pracowały całe czeredy szewców, krawców, fryzjerów, dentystów, wizażystów, a nawet charakteryzatorów (zabawny filmik utrwalił wpadkę, gdy premierowi Kanady odkleiła się brew na wizji). Tony Blair, Bill Clinton, Emmanuel Macron, Justin Trudeau, Donald Tusk, Rafał Trzaskowski – ci mężowie stanu ukształtowali nasze wyobrażenie współczesnego polityka jako wbiegającego po schodkach pajacyka z uśmieszkiem trwale przyklejonym do twarzy. Nietrudno zauważyć, że Kaczyński jest dokładnym zaprzeczeniem tego wizerunku.

Negatywny wpływ na jakość klasy politycznej mają też służby specjalne krajów wrogich i zaprzyjaźnionych, nagminnie „wspomagające” demokrację. Z własnej historii wiemy, że demokracja jest bardzo nieodporna na zewnętrzne wrogie ingerencje. W tej dziedzinie niedościgłymi mistrzami są Rosjanie, którzy zaobserwowali, że stosunkowo łatwo można wytworzyć polityka czy założyć partię w kraju, w którym chcą mieć wpływy. Czasem wystarcza tylko zablokowanie ścieżki awansu dla niewygodnego polityka, ale lepiej mieć swojego (niekoniecznie agenta, choć tacy też bywali), możliwego do sterowania. Stąd liczna rzesza rozmaitych prezydentów, premierów, kanclerzy, sekretarzy generalnych ONZ, którzy byli (lub są) ludźmi Moskwy.

Od lat podejrzewano, że Rosjanie ingerują w procesy wyborcze w krajach Zachodu, ale były to tylko przypuszczenia na pograniczu teorii spiskowych. Dziś już są na to twarde dowody.

Postsowieci „interferują” prawdopodobnie we wszystkich demokratycznych krajach świata, gdyż prowadzą politykę globalną, a wciąż obowiązuje (nikt nie odwołał) program KPZR przewidujący rozszerzenie sowieckiego panowania na cały świat.

Przygoda sowieckich kreatorów rzeczywistości z demokracją rozpoczęła się w moskiewskim Instytucie Skutecznej Polityki (wchodzącym w skład słynnej uczelni dyplomatyczno-szpiegowskiej – MGIMO), którego funkcjonariusze od lat jeździli na Zachód, wnikliwie obserwując zasady działania demokratycznych społeczeństw. Ludzie Zachodu chętnie dzielili się swymi umiejętnościami. Nikt się nie spodziewał, że wiedza przekazywana sympatycznym „naukowcom” z kraju bez tradycji demokratycznych może być kiedyś użyta przeciwko demokracji. W tej „placówce naukowej” wypracowano zasady funkcjonowania prawdziwie leninowskiej „partii nowego typu”. Aby była skuteczna w trudnych warunkach demokracji, jej liderzy muszą być przede wszystkim „wybieralni”. Dlatego na frontmanów przewidywano facetów o miłych gębach, wyposażonych w dobre garnitury i markowe zegarki, a także piękne kobiety. Program takiej partii był mniej istotny, bo nie musiał być realizowany. Wiele wskazuje na to, że przemyślenia zagranicznych fachowców mogły mieć wpływ na powstawanie Platformy Obywatelskiej. Akuszerzy partii brali pod uwagę gusty elektoratu – wiadomo było, że Polacy „nie kupią” komunizmu, więc partia musi być postsolidarnościowa, ale nowoczesna, europejsko-liberalna. Słowem – powinna być fajna.

Ponieważ produkt o nazwie „Platforma Obywatelska” odniósł sukces rynkowy i znakomicie służył celom „macherów z zaplecza” (ci mogą już mieć „mordy zakazane”), pomysł został powielony. Jako klon PO powstała Litewska Partia Pracy. Założył ją charyzmatyczny „litewski Palikot” – Wiktor Uspaskich.

Ten odnoszący sukcesy biznesowe milioner (miał wyłączność na import z Gazpromu) pojawił się na Litwie pod koniec lat 80., szybko dostał obywatelstwo litewskie i nie znając języka, rozpoczął błyskawiczną karierę polityczną. Założona przez niego partia stała się główną siłą polityczną na Litwie. Sam lider jednak musiał ustąpić, gdy wyszły na jaw jego przekręty podatkowe i powiązania z rosyjskimi służbami. Uspaskich ewakuował się z Litwy i zniknął gdzieś na bezkresnych obszarach dawnego Związku Radzieckiego. Otrzymał nawet azyl polityczny w Rosji, ale obecnie przed przykrościami chroni go… immunitet eurodeputowanego.

Polskie doświadczenia są powielane nie tylko w krajach dawnego bloku socjalistycznego. Słynne Tuskowe „nieważna jest władza – jedyne, co się liczy w życiu, to miłość” zastosował także w swojej kampanii Nick Clegg – przywódca brytyjskiej Partii Liberalnych Demokratów. Jego strategia bombardowania elektoratu „bombami miłości („love bombs”) okazała się bardzo skuteczna. Warto dodać, że wszystkie wspomniane partie są bardzo postępowe i proeuropejskie – walczące, aby w Europie było „więcej Europy”, co wskazywałoby na ich wspólny rodowód. Wspomniany Clegg to postać przedziwna. Pojawił się na malutkiej, skalistej, szkockiej wysepce Iona. „Ojciec Nicka Clegga w połowie był Rosjaninem wywodzącym się z arystokratycznego rodu, którego przedstawiciele wyemigrowali do Wielkiej Brytanii po obaleniu cara. Matka pochodziła z Holandii, w okresie wojny została internowana przez Japończyków w obozie na terenie Indonezji. Po uwolnieniu zamieszkała w Anglii” (Wikipedia).

Clegg był dziennikarzem w Nowym Jorku, Londynie i Budapeszcie, pracował w Komisji Europejskiej. W 2005 roku dostał się do Izby Gmin, później został liderem Liberalnych Demokratów (partii powstałej z połączenia dwóch niszowych partyjek – Socjaldemokratów i Liberałów) i wszedł w skład Tajnej Rady Królewskiej Mości, a w wyborach 2010 roku wprowadził do Izby Gmin 57 posłów. Liberalni Demokraci stali się trzecią siłą, co zmieniło tradycyjny brytyjski system polityczny. Do koalicji zapraszali Clegga zarówno konserwatyści, jak i laburzyści. Wybrał konserwatystów (był bardziej potrzebny na tym „odcinku”?), stając się wicepremierem w rządzie Davida Camerona.

Polityków odnoszących sukcesy, w biografii których można podejrzewać długie ręce Moskwy, jest w polityce światowej multum. Choćby przyjaciel Rosji, konserwatywny prezydent Francji Sarkozy – arystokrata pochodzenia węgiersko-żydowskiego. Albo urodzona w rodzinie argentyńsko-bułgarskiej Dilma Rousseff, uczestniczka zbrojnej marksistowskiej partyzantki, która jako prezydent Brazylii zaprosiła Władimira Putina, przełamując wielomiesięczną izolację rosyjskiego przywódcy po dziwnej katastrofie smoleńskiej.

Oczywiście nie tylko Rosjanie zajmują się psuciem demokracji – pojętnymi uczniami okazali się Chińczycy.

Podejrzewano, że za karierą Billa Clintona – podrzędnego polityka Partii Demokratycznej z małego stanu Arkansas, który naprzód został gubernatorem, później otrzymał nominację partii na kandydata do prezydentury, by w końcu zostać prezydentem – stały chińskie pieniądze. Możliwe, że były to najlepiej zainwestowane pieniądze w dziejach – nastąpiło „otwarcie” Chin, a amerykańskie kapitały i technologie umożliwiły ogromny, trwający do dziś rozwój kraju.

Nie ma wątpliwości natomiast co do powodów kariery znającego język mandaryński Kevina Rudda, który został premierem Australii w 2007 roku. Po 8 latach rządów konserwatysty Johna Howarda, podczas których nastąpił wielki wzrost dobrobytu, totalnym zaskoczeniem było zwycięstwo Partii Pracy. Pamiętam ówczesne spekulacje prasy australijskiej dociekającej przyczyn tego zwrotu. Ustalono, że winna była… długoletnia susza (rzeczywiście po wyborze Rudda spadł deszcz). Wkrótce Chińczycy zaczęli wykupywać po korzystnych cenach bogate australijskie zasoby surowców, a prasa wyśledziła chińskie powiązania kilku ministrów. Skandal wybuchł dopiero, gdy na jaw wyszły tajne podróże do Chin ministra obrony Fitzgibbona na zaproszenie tajemniczej urodzonej w Pekinie „businesswoman”…

Cechą wspólną polityków wskazującą, że mogą oni być produktem rosyjskich (i nie tylko) fachowców, są dziwaczne, pokrętne i niespójne życiorysy. Nietrudno zauważyć takich i na polskiej scenie politycznej.

Mężowie stanu na ciężkie czasy

Czasy w Polsce są ciężkie właściwie od zawsze, co stanowi wyzwanie dla naszych polityków. Czy obecni politycy – nawet z doktoratami (dr Spurek, dr Śmiszek) podołają problemom nurtującym Polaków? Drożyzna na bazarach, ocieplenie klimatu, przemoc domowa, mniej lub bardziej okrutne prześladowanie mniejszości seksualnych, walka o praworządność i różnorodność (z homoseksualizmem jako najwyższa formą różnorodności) – takie palące problemy trzeba szybko rozwiązać, w czym z pewnością pomogą połączone agentury. Bo Polska – ze względu na swe niefortunne położenie geopolityczne – „pozostaje w zainteresowaniu” licznych służb „tajnych, jawnych i dwupłciowych”, a wszystkie one mają swoje ulubione formacje polityczne i umiłowanych polityków. Stosunkowo łatwo zorientować się, który polityk skłania się do jakiej służby. Testem może być stosunek do katastrofy smoleńskiej i przekopu Mierzei Wiślanej. Ci od drugich sąsiadów będą raczej mówić o dekarbonizacji i zmianach klimatycznych, ale wszystkim nie podoba się Centralny Port Komunikacyjny, fuzja Lotosu z Orlenem i obecność wojsk amerykańskich. Dlatego jako „silni razem” zjednoczą się we wspólnym „Froncie Wyzwolenia Narodowego”, by odsunąć obecną ekipę. I nad tym też pracować będą połączone agentury.

Najnowszym podmiotem na politycznej mapie Polski jest Konfederacja – i jako taka budzi zainteresowanie nie tylko potencjalnych wyborców. Byłoby ciężkim zaniedbaniem obowiązków, gdyby stosowne służby nie szukały dojść do polityków Konfederacji. Zwłaszcza, że jej główną agendą wydaje się być zagrożenie na kierunku żydowskim i amerykańskim.

Do ugrupowania odeszło wielu radykalnych zwolenników PiS rozczarowanych powściągliwością i brakiem zdecydowania formacji Kaczyńskiego. Niestety ostre słowa, wynikające właśnie z radykalizmu i braku powściągliwości, mogą uniemożliwić ewentualną przyszłą koalicję.

Najbardziej rozpoznawalnym politykiem ugrupowania jest legendarny, żyjący jeszcze Korwin-Mikke. Ten niebanalny, chodzący własnymi drogami (niektóre z tych dróg prowadzą go na przyjęcia w ambasadzie rosyjskiej) polityk regularnie odbiera w wyborach ok. 3% głosów Kaczyńskiemu. Korwin Mikke wszedł już do naszej historii przez fakt, że publicznie spoliczkował europosła Boniego (PO), którego Polacy wybrali do parlamentu jako walczącego o wolność solidarnościowca, a który służył sowietom jako tajny współpracownik SB o pseudonimie „Znak”. Rozpoznawalny jest także reżyser Grzegorz Braun (wielka szkoda, że nie robi już filmów), który w momencie największego pognębienia Grzegorza Schetyny przewidział triumfalny come back tego polityka. Nie były to jednak zdolności profetyczne, lecz wynik kwerendy w ogólnie dostępnych źródłach. Braun znalazł dowody, że „centrala” trzymała parasol ochronny nad podziemnym działaczem antykomunistycznym Schetyną, blokując rozpracowywanie tego figuranta przez lokalną SB. Cel takich działań mógł być tylko jeden – po „upadku komuny” opozycjonista był przewidziany przez „reżyserów historii” na polityka (w czasach budowania sceny politycznej zapotrzebowanie na ludzi o „pięknych, opozycyjnych życiorysach” było duże). A może podobnym przypadkiem był kolega Schetyny z podziemia, obecny baron Platformy – Rafał Grupiński?

Schetyna w bardzo młodym wieku zrobił ogromną karierę – został dyrektorem Urzędu Wojewódzkiego we Wrocławiu, wicewojewodą, właścicielem radia Eska i wojskowego klubu sportowego „Śląsk”. W czasach, gdy Grzegorz Schetyna był ministrem spraw wewnętrznych, codziennie otrzymywał na biurko meldunki tajnych służb, a jego ulubionym zajęciem była stopniowa wymiana komendantów wojewódzkich policji na swoich ludzi. Kojarząc te fakty, Braun doszedł do wniosku, że za dużo zostało zainwestowane w tego polityka, żeby go można było tak po prostu odstawić na boczny tor.

Ponieważ Braun „ma gadane”, jego filmiki na Youtube cieszą się dużą oglądalnością. Dlatego źli ludzie podrzucają mu pewne tematy do nagłośnienia. Kiedyś reżyser ogłosił o „przejęciu rzeszowskiego lotniska przez Żydów”. Przypadkiem znam okoliczności tego „przejęcia” – otóż od lat co roku odbywają się pielgrzymki chasydów do grobu słynnego cadyka w Leżajsku. W ciągu 2 dni ląduje w Rzeszowie kilkanaście czarterowych samolotów, przywożąc 10 tys. Żydów w kapeluszach i z pejsami (marzenie terrorysty!). Lotnisko zarabia na każdym 32 złote i wielką ulgą dla jego skromnej załogi jest to, że pielgrzymi mają własną ochronę. Warto wiedzieć, że podczas zeszłorocznych furiackich ataków na Polskę w Izraelu tylko chasydzi demonstrowali z polską flagą w naszej obronie.

Dziwaczną osobliwością Konfederacji jest mówienie o „okupacyjnych wojskach amerykańskich”, największym osiągnięciem zaś był protest przeciw ustawie 447. Nagłośniony został niepokojący problem, którego wyraźnie boją się poruszać rządzący.

W przeciwieństwie do Konfederacji, starą, sezonowaną opozycją są ludowcy, szczycący się 125-letnią tradycją („od Witosa”). Taką narrację mogą „kupić” tylko młodzi ludzie. Ci, co pamiętają PRL, wiedzą, że fundamentem komunistycznej Polski był tzw. sojusz robotniczo-chłopski. Dlatego marszałkiem Sejmu był z urzędu towarzysz ludowiec z ZSL. Po 1989 roku zmieniono nazwę na historyczną „PSL”, z zachowaniem całości kadr i struktur, co można określić jako kradzież znaku towarowego. Do takiej partii dołączył najświeższy ludowiec – Paweł Kukiz. Zastał tam inne spady-odpady w rodzaju Protasiewicza i Niesiołowskiego. Zanim Kukiz pojawił się na scenie politycznej Polski, w całej Europie nagle zaczęły powstawać partie „antysystemowe”. Można było zastanawiać się, czy „projekt Kukiz” nie był powołany, by odebrać głosy PiS, lecz zadziałał w drugą stronę – odbierając głosy PO?

Z Kukizem dostało się przy okazji do Sejmu wielu wartościowych ludzi, a trzech z nich w dramatycznym momencie puczu grudniowego 2016 r. pomogło utrzymać legalną władzę. Reszta, niestety, nie angażując się, faktycznie wsparła puczystów.

Kukiza chcieli widzieć w swych szeregach konfederaci nawet za cenę zmiany nazwy na „Kukiz i Konfederacja”, prezes Kaczyński zaś ponoć oferował mu stanowisko wicepremiera. On jednak wybrał ludowców… Po dziwacznej wolcie byłego antysystemowca nasuwa się pytanie – czyżby ktoś dysponował Kukizem i rzucił go na zagrożony odcinek, by zasłużona dla ustroju postkomunistycznego partia nie znalazła się na śmietniku historii?

Najbardziej wyrazisty polityk totalnej opozycji – Robert Biedroń – powiedział niedawno, że jego priorytetem będzie walka z przemocą w rodzinie. Zna się on na przemocy jak mało kto, bo w czasach, gdy nie obowiązywała jeszcze zakazująca przemocy Konwencja Stambulska, obiecujący polityk złamał szczękę swojej matce (nawet opresyjny, patriarchalny mężczyzna rzadko łamie szczęki swoim bliskim). Jako prezydent Słupska Biedroń poruszył w wywiadzie wątek osobisty, zwierzając się, że „jak boli tyłek, to było dobrze”. Wprawdzie lubimy szczerych polityków, ale takie wyznania osoby publicznej budzą niesmak i zdumienie (żenada, z którą porównać można tylko skandowanie „We free people” przez Kwaśniewskiego i Frasyniuka w Gdańsku). O swojej współpracy z Niemcami polityk powiedział: „W Słupsku wydarzenia są finansowane przez wiele niemieckich fundacji, m.in. fundację Róży Luksemburg, fundację Eberta, fundację Heinricha Bölla, Fundację Współpracy Polsko-Niemieckiej. Tych fundacji niemieckich, które w Słupsku robią projekty, jest bardzo, bardzo wiele. Praktycznie każda działająca w Polsce fundacja niemiecka coś robi w naszym mieście”. Na uwagę, że Fundacja Eberta jest powiązana z SPD i finansowana przez min. spraw zagranicznych Niemiec, odpowiedział, że fundacja jest niezależna i „nie oczekuje żadnej wdzięczności”…

Nawet jak Niemcy nie oczekują wdzięczności, Robert Biedroń chyba czuje się zobowiązany, deklarując szybką „dekarbonizację” i likwidacje kopalń, bo Niemcy po uruchomieniu Nord Stream II będą mieli ogromne ilości gazu do rozprowadzenia (na świecie istnieje wielka nadpodaż gazu). Dlatego mówi się o „brudnej” lub „czarnej energii”, w przeciwieństwie do „błękitnego paliwa”, a agresywni „zieloni” atakują transporty węgla. Równocześnie nie mający żadnych surowców energetycznych Japończycy, którzy likwidują wszystkie swoje elektrownie atomowe, po rozpatrzeniu opcji gaz – ropa – węgiel postawili na energetykę węglową.

Jest oczywiście wielu nijakich polityków, ale są też zdumiewający, którzy z pewnością zasilą panoptikum. Znacznie mniej jest potencjalnych kandydatów do panteonu. Jeśli się uda skomplikowana nawigacja nawy państwowej między rafami, to Jarosław Kaczyński będzie jednym z nich.

Możemy mieć różne pretensje do działań rządu, ale musimy sobie zdawać sprawę, że Porozumienie Centrum i późniejszy PiS to jedyne liczące się ugrupowania powstałe BEZ wsparcia komunistycznych służb. Dlatego można powiedzieć, że partia Jarosława Kaczyńskiego jest partią autentycznie antysystemową („system” budowały służby).

Po transformacji ustrojowej 1990 roku niska płaca została wpisana w doktrynę gospodarczą III RP, a jeden z ministrów Tuska powiedział nawet, że „Polacy nie będą żyć z kapitału” (od życia z kapitału są inne narody). Nieuchronną konsekwencją tego musiała być ucieczka za granicę młodzieży, fachowców i wyludnianie się kraju. Wiadomo, że kosztowne inwestycje w automatyzację i robotyzację, czyli postęp techniczny, są wymuszane przez wysokie koszty pracy. Racjonalnie działający przedsiębiorca, mając do dyspozycji tanich pracowników z łopatami, nie będzie inwestował w koparkę. Mój ojciec, który był za komuny profesorem mechanizacji rolnictwa, porównując stawkę godzinową naukowca z kosztem pracy kombajnu twierdził, że 18 profesorów z cepami znacznie taniej niż kombajn Bizon wymłóci tę samą ilość zboża. Obecna próba podwyższenia płacy minimalnej (czyli polskich zarobków) jest elementem przezwyciężania skutków komunizmu i schodkiem w procesie „wybijania się na niepodległość”, a więc jest czymś znacznie istotniejszym niż „kiełbasa wyborcza”.

Wielki polski optymista Antoni Macierewicz twierdzi, że mamy ogromne szczęście, będąc świadkami stopniowego odzyskiwania niepodległości. Zwłaszcza, że nie kosztuje nas to morza krwi. Nasi ojcowie i dziadowie nie mogli nawet marzyć o takiej sytuacji. Oby miał rację.

Artykuł Jana Martiniego pt. „Panoptikum czy wstęp do panteonu?” znajduje się na s. 7 październikowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 64/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jana Martiniego pt. „Panoptikum czy wstęp do panteonu?” na s. 7 październikowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 64/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Ks. Isakowicz-Zaleski: Kampania wyborcza nie oszczędziła mojego przyjaciela. Paweł Kukiz zamiast służby wybrał zysk

– Nadal jestem w szoku, że Paweł Kukiz poszedł na wybory z PSL-em. Zaprzeczył zasadom ważnym dla całego Kukiz’15. Wciąż jest jednak moim przyjacielem – mówi ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski.


Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, duchowny katolicki obrządków ormiańskiego i łacińskiego, komentuje decyzję Pawła Kukiza o dołączeniu do skupionej wokół Polskiego Stronnictwa Ludowego Koalicji Polskiej. Powołanie zgrupowania ogłoszono 4 lipca, a w jego skład wchodzą również członkowie Unii Europejskich Demokratów, Stronnictwa Demokratycznego, partii Ślonzoki Razem, ugrupowania Polska Nas Potrzebuje i partii Jeden-PL.

Odróżniam Pawła Kukiza jako swojego przyjaciela i człowieka, który (…) jest (…) bardzo zaangażowany choćby w sprawy pomocy osobom niepełnosprawnym (…), tutaj swego pozytywnego zdania nie zmienię. Natomiast jestem w szoku do tej pory, że poszedł razem z PSL-em (…), bo pójście z PSL-em to jest zaprzeczenie tym zasadom, które były ważne dla całego ugrupowania (…). Mamy kolejny przykład, że jednak w decydującym momencie ideały idą w bok, a zostaje ta brutalna polityka.

Gość Studio Dublin zwraca przy tym uwagę, że słowa ministerministrant oznaczają prawie to samo, czyli osobę, która służy. Mówi, że chrześcijańska idea wzajemnej pomocy realizuje się również poprzez politykę, ale nie w znaczeniu zdobywania władzy i płynących z niej korzyści, lecz właśnie poprzez służbę. W tym miejscu z żalem stwierdza, że trwająca kampania wyborcza jest przede wszystkim walką o władzę i zyski dla kandydata lub ugrupowania.

Duchowny dzieli się także swoimi wskazówkami dotyczącymi wyboru polityka, na którego głosować będzie można już w niedzielę. Radzi, by wybrać człowieka, który będzie służyć społeczeństwu, a który nie musi być „jedynką” na danej liście. Nawołuje ponadto, by oddać głos na przedstawiciela partii, która w poprzednich latach wywiązała się z danych obietnic.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.K.

Minister infrastruktury: Jeśli Polacy zagłosują na PiS, do 2030 r. nie będą musieli jechać na narty do Austrii i Francji

– Część osób jeździ na narty do Austrii czy Francji dlatego, że może tam dojechać bezkolizyjnie i szybciej niż w polskie góry. PiS podjęło już działania mające to zmienić – mówi Andrzej Adamczyk.

 

 

Andrzej Adamczyk, minister infrastruktury, odnosi się do dzisiejszego spotkania polityków Prawa i Sprawiedliwości z wyborcami, które rozpoczęło się o godz. 7 w Oświęcimiu. W czasie jego trwania była premier Beata Szydło wygłosiła informację, którą gość Studio Dublin nazywa „historyczną dla Oświęcimia”. Jest nią wiadomość o ogłoszeniu przetargu na budowę drogi ekspresowej S-1, która połączy węzeł Kosztowy II w Mysłowicach z Bielskiem-Białą.

Wczoraj natomiast minister infrastruktury wraz z przedstawicielami urzędu marszałkowskiego województwa małopolskiego, starostów tatrzańskiego i nowotarskiego oraz burmistrzów Zakopanego i Nowego Targu podpisali w Krakowie list intencyjny powołujący do życia Program rozwoju systemu transportowego obszaru Podtatrza. W ramach tej inwestycji przebudowane mają być m.in. zaniedbane szlaki prowadzące do Ustronia czy Wisły.

Ktoś kiedyś powiedział – dlaczego jedziesz na narty do Austrii (…), w Alpy francuskie? A jadę dlatego, że szybciej tam dojadę, bezkolizyjnie (…) i wrócę w przewidywalnym czasie. Pragniemy – i wiemy, jak to zrobić – doprowadzić do tego, żeby już w 2030 r. dojazd w polskie góry do pensjonatu (…) był przewidywalny, bezpieczny, wygodny i komfortowy.

Adamczyk dzieli się ponadto swoimi przemyśleniami dotyczącymi Krakowa. Marzy, by stał się on miastem dobrze skomunikowanym i znanym wśród zagranicznych turystów z czegoś więcej niż tylko taniego nocnego życia.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.K.

Nikt już nie wygra z Prawem i Sprawiedliwością (w nadchodzących wyborach) / Felieton sobotni Jana A. Kowalskiego

A to znaczy, że nie jest dobrze… ale nie najgorzej jest 🙂 Takie to mieszane uczucia zagościły w mojej głowie przed zbliżającymi się wyborami. Oczywiście zagłosuję kolejny już raz.

Tym razem na Elżbietę Zielińską, która przeszła z Kukiz ’15 do Prawa i Sprawiedliwości, a jest członkiem niewielkiego koła UPR w Sejmie. Zagłosuję, mając świadomość, jak małą ma szansę zostać posłem. I tego, że głosy na nią oddane zasilą partyjną listę, promując miernych ale wiernych z pierwszych miejsc. (Pamiętam, że miałem napisać o wadliwej ordynacji i napisałem… do październikowego „Kuriera WNET” – kupujcie, proszę :).

Mógłbym jeszcze nie głosować, jak robiłem przez wiele lat, ale bardzo zależy mi na wysokiej wygranej obozu Dobrej Zmiany. Na ostatecznym pokonaniu systemu Okrągłego Stołu, III RP, przez obóz IV RP, który traktuję jako towarzyszy podróży do V Rzeczypospolitej. Na pokonaniu politycznych oszustów (nawet dziś ich lider Schetyna sączył miód do moich uszu o rozwaleniu centralnego budżetu, a nie zająknął się o tym nawet, gdy rządził) przez uczciwych socjalistów. Nawet Kasprzak i Mazguła, o red. Żakowskim nie wspominając, nie wytrzymają kolejnych czterech lat rządów PiS.

I tylko dlatego nie zagłosuję ani na PSL (+Kukiz), ani na Konfederację. Choć obu tworom życzę dostania się do Sejmu z poparciem co najmniej 10%. 55% PiS, 10% PSL i 10% Konfederacja. A 25% do zagospodarowania przez KO i Lewicę. Jak Wam się taka prognoza podoba? Bo mnie bardzo.

Prawo i Sprawiedliwość mogłoby kontynuować samodzielne rządy i mogłoby wreszcie zmienić tę okropną komuszą konstytucję, która upadla nasze państwo i naród. I trzyma nas w postkomunizmie. Ale do takiej zmiany potrzebowałoby współpracy z PSL (+Kukiz) i Konfederacją. Pierwiastek wolnościowy miałby zatem realne szanse na zagoszczenie w Ustawie Najwyższej. Socjaliści z PiS musieliby zrezygnować z części władzy biurokratycznej/partyjnej na rzecz oddania części władzy decydowania o sobie obywatelom.

Dlatego apeluję przed wyborami do liderów PiS, PSL (+ Kukiz) i Konfederacji: nie okładajcie się maczugami. Nie sugerujcie przez swoich hunwejbinów agenturalności przeciwnika, ruskiej lub polińskiej. Bo jeszcze uwierzycie we własne słowa i po wyborach nie będziecie się mogli dogadać, nawet w najważniejszej sprawie, jaką jest pozbycie się resztek bolszewii i budowa  prawdziwie polskiego państwa.

Jan A. Kowalski

PS. Oczywiście, że dalej pozostaję ukrytym zwolennikiem Partii Drobnych Ciułaczy i jak tylko się uaktywni, zaraz na nią zagłosuję :).

Sachajko: Potrzeba stworzyć trwałe podstawy rozwoju mniejszych miejscowości

Jarosław Sachajko o tym jak PiS „zapomniał” jak walczyć z ASF, inflacji, problemach rolnictwa i programie 500+.

Jarosław Sachajko mówi o sprawowaniu mandatu i swojej działalności z ostatnich czterech lat.

Myślę, że mieszkańcy znają mnie i wiedzą co zrobiłem.

Jak zaznacza, zrobił ostatnio analizę aktywności posłów z tego okręgu i jak się okazało, ponad połowa aktywności, jeżeli liczymy interpelacje, wystąpienia i zapytania, należy właśnie do niego.

Wincenty Witos mówił o jednomandatowych okręgach wyborczych, o wyborze posłów, a nie partii.

Jak komentuje swój start z list Polskiego Stronnictwa Ludowego, Prawo i Sprawiedliwość przez cztery lata nie chciało upodmiotowić obywateli, wprowadzając Jednomandatowe Okręgi Wyborcze. Dodaje, że kandyduje z list PSL, gdyż to ugrupowanie „zrozumiało, co jest ważne, wróciło do swych korzeni”.

Prawo i Sprawiedliwość wiedziało, co zrobić jak wygrać z ASF-em jak było w opozycji.

Poseł krytykuje postępowanie obecnego obozu władzy wobec afrykańskiego pomoru świń. Mimo, że kiedy PiS był w opozycji, to wiedział, że w celu zatrzymania epidemii, trzeba odstrzeliwać dziki, to ugiął się pod presją części opozycji, nie potrafiąc wytłumaczyć społeczeństwu swojego stanowiska. Jednocześnie, jak stwierdza Sachajko, „mamy skandalicznie niskie ceny na produkty rolne”, a do żadnej zapowiadanej repolonizacji rolnictwa nie doszło.

Chodzi o stworzenie trwałych podstaw rozwoju mniejszych miejscowości.

Gość „Poranka WNET” stwierdza, że jednym z problemów rolnictwa jest inflacja, która jest związana z programem 500+. Ten ostatni ocenia pozytywnie, jednak podkreśla, że trzeba także zatroszczyć się o rozwój małych i drobnych przedsiębiorstw, które jak stwierdza, są kołem zamachowym polskiej gospodarki. Podkreśla potrzebę zwiększenia kwoty wolnej od podatku do przynajmniej takiej, jaką mają posłowie- 30 tys. zł.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.M.K./A.P.

O micie jedności narodu przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi / Felieton sobotni Jana Azji Kowalskiego

Jest to mit narodowy polski bardzo niebezpieczny. Bo im bardziej zaciekły jest upór, z jakim do jedności dążymy, tym większe następują w tak zwanym społeczeństwie podziały i wzajemne nienawiści.

W Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej rodzice mają łatwiej niż w Polsce. W Stanach – państwie pełnej demokracji – gdzie raz zwyciężają demokraci, a innym razem republikanie, prawie nie ma mieszanych małżeństw. Zwolennik republikanów żeni się z republikanką, a młoda demokratka szuka kandydata na męża tylko wśród zwolenników Partii Demokratycznej. Dlatego amerykańskie rodziny w pełni mogą cieszyć się ze zwycięstwa swojego kandydata lub wspólnie pocieszać w przypadku przegranej. I żyć w nadziei do kolejnych wyborów.

A u nas? Moja córka na przykład, nie pytając o zgodę swojego ojca, wyszła za mąż za klasycznego leminga, syna lemingów. Sympatycznych, dobrze ułożonych i w pełni kulturalnych przedstawicieli „krakówka”. Również starałem się być dla nich miły i sympatyczny, a oni dla mnie. Do czasu zaprezentowania im moich sympatii politycznych. Od tej chwili przestali być dla mnie mili i sympatyczni, bo okazało się, że nie jestem lemingiem. A mili i sympatyczni mogą być tylko dla osób podzielających te same sympatie polityczne. I nie miało znaczenia, że w przypływie uczuć, jakby nie było rodzinnych, przyznałem im prawo do politycznego błądzenia. Niestety, bez wzajemności.

Pozwoliłem sobie na tak osobisty wtręt, żeby tym wyraźniej rozprawić się z hulającym bezkarnie w Necie mitem jedności narodu jako wartości samej w sobie. Wartości, do której z uporem powinniśmy dążyć. Jest to mit narodowy polski bardzo niebezpieczny. Bo im bardziej zaciekły jest upór, z jakim do jedności dążymy, tym większe następują w tak zwanym społeczeństwie podziały i wzajemne nienawiści.

Nie potrzebujemy żadnej Jedności Narodu. Potrzebujemy jak najbardziej wyraźnie zarysowanych różnic programowych. Przy spełnieniu jednego wszak warunku: uczciwej dyskusji na rzeczowe argumenty.

Wydaje się to Wam pewnie proste. Otóż nic bardziej mylnego. Powinno być proste, ale w Polsce, w roku 2019, wcale proste nie jest. Nie jest, ponieważ od roku 1989, od czasu Okrągłego Stołu, żyjemy w jednym wielkim oszustwie politycznym serwowanym nam przez układ władzy. Przez stary układ władzy (komunistów), zamieniony cudownie w nowy układ władzy (liberałów).

Bez fundamentalnego oszustwa z roku 1989 i jego kontynuowania do dnia dzisiejszego wszystko byłoby prostsze. Również dla mnie i również rodzinnie. Do czego doszedłem po dogłębnej analizie, czyli kilkugodzinnej zażartej wojnie z własnymi myślami. Bo na dobrą sprawę całą rodziną, ja sam i moi swatowie, powinniśmy głosować tak samo. Na tę samą partię, na Partię Drobnych Ciułaczy. Co byłoby chyba wyborem oczywistym w przypadku naszym, drobnych ciułaczy. Tymczasem w nadchodzących wyborach ja zagłosuję na Prawo i Sprawiedliwość, a oni na Platformę Obywatelską.

Ja zagłosuję na PiS, bo chociaż to socjaliści, ale patrioci i nie okradają Polaków. A nie zagłosuję na PO, bo od samego początku, założona przez wojskowe komunistyczne służby (WSI), miała za zadanie oszukać wyborców.

Przekonać ich, że wolnorynkowy program gospodarczy, JOW-y i przebudowa Polski w państwo nowoczesne są punktami prawdziwymi. Punktami, które partia będzie realizować. A okazało się, że jest ta deklaracja tyle warta, co kiedyś najbardziej liberalna na świecie konstytucja rosyjskiego cara Aleksandra I.

A moi swatowie? Oni tego wszystkiego, kiedyś skutecznie oszukani, nie wiedzą i na wszelki wypadek nie chcą się dowiedzieć.

Czas na konkluzję. Moi Drodzy, nie musimy się zgadzać we wszystkim.

Jak najbardziej powinniśmy się różnić. Ale żeby uniknąć niepotrzebnych nieporozumień, powinniśmy najpierw oczyścić polską scenę polityczną z oszustów. Ze „złodziei i kurew”, jak to kiedyś zgrabnie ujął Marszałek Piłsudski.

I dlatego, kompletnie wbrew własnym przekonaniom na gospodarkę i zarządzanie państwem, zagłosuję na Prawo i Sprawiedliwość. Bo jest to prawdziwa część polskiej sceny politycznej, chociaż lewa. Zatem mamy wcale niemało – gotową jedną część sceny politycznej. W interesie Polski, w interesie nas wszystkich, leży powstanie prawdziwej, patriotycznej części po stronie prawej.

I na koniec optymistycznie. Jeżeli tylko uda się wyrzucić na śmietnik polityki oszustów udających polskich wolnościowców i powstanie partia prawdziwa i prawa (Partia Drobnych Ciułaczy), dojdzie wreszcie do zgody w mojej poszerzonej rodzinie. Natychmiast i wspólnie zagłosujemy w kolejnych wyborach na tę samą partię. A inne rodziny, mające inne poglądy, niech sobie głosują na PiS.

Jan A. Kowalski

P.S. Już sobie wyobrażam te wspólne rodzinne imprezki z okazji najchętniej wygranej lub przegranej 🙁 naszej partii w kolejnych wyborach. Póki co, pa, pa! i trzymajcie się ciepło 🙂

Suski: To czy po wyborach Jarosław Kaczyński będzie premierem to jego decyzja

O aferach związanych z obozem rządzącym, tym czy Jarosław Kaczyński będzie premierem i energii atomowej w Polsce mówi Marek Suski.

Marek Suski stwierdza, że Marek Kuchciński podał się do dymisji ze stanowiska marszałka Sejmu, ponieważ po aferze związaną z lotami samolotowymi opinia publiczna byłą niezadowolona. Poniósł, jak mówi nasz gość, wysoką cenę polityczną i wybory przesądzą o jego politycznym losie. Suski opowiada również o aferze w Ministerstwie Sprawiedliwości. Wiceminister Łukasz Piebiak, będąc sędzią, miał być apolitycznym fachowcem, tymczasem jak mówi Suski, „zachował się w sposób, w jaki nie powinien”. Podkreśla, że „to była prywatna inicjatywa tego człowieka”.

Przejęliśmy władzę w sytuacji, kiedy w Polsce nic się nie opłacało. […] Przed nami jeszcze dużo pracy, dużo rzeczy jeszcze można poprawić.

Suski komentuje także frustracje małych i średnich przedsiębiorców. Poinformował także, iż na 99 proc. jest decyzja pozytywna w sprawie budowy elektrowni atomowej w Polsce.

Prezes Jarosław Kaczyński jest wybitnym mężem stanu, cenionym na całym świecie, a to czy będzie premierem, to będzie decyzja prezesa Kaczyńskiego. […] Prezesem partii jest Jarosław Kaczyński, on desygnował na premiera Mateusza Morawieckiego, z tego, co wiem, w wielu elementach ocenia premiera bardzo wysoko. […] Ja oceniam bardzo pozytywnie działalność obecnego premiera, a co będzie po wyborach, to zobaczymy.

Szef Gabinetu Politycznego Prezesa Rady Ministrów odnosi się do wypowiedzi wicepremiera Jarosława Gowina, który stwierdził, że po wygranych przez Zjednoczoną Prawicę wyborach nowym premierem może zostać Jarosław Kaczyński. Jak mówi, „proszę zapytać premiera Gowina jak rozumie swoją wypowiedź”. Stwierdza, że prawdopodobnie po prostu „widzi, że liderem obozu Zjednoczonej Prawicy jest Jarosław Kaczyński”.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

K.T./A.P.

Skoro Polska tak pięknie się rozwija, to dlaczego przedsiębiorcy płaczą? (2) / Felieton sobotni Jana A. Kowalskiego

500-. Oddajcie nasze pieniądze! to piękny program dla prawicowej i patriotycznej opozycji w stosunku do Prawa i Sprawiedliwości, na które zagłosuję na jesieni, bo nie mam na razie alternatywy.

Poprzednim razem podałem trochę danych i obliczeń jednoznacznie dowodzących, że to polscy przedsiębiorcy utrzymują państwo polskie. I to właśnie oni ponoszą koszt ambitnych programów socjalnych obozu Dobrej Zmiany. Utrzymują w sposób bezpośredni i pośredni, poprzez swoich pracowników. Jednak ich punktu widzenia i interesów nie reprezentuje dziś nie tylko socjalistyczny obóz Dobrej Zmiany, ale też żaden z odłamów totalnej opozycji. Bo totalna opozycja chce tylko i wyłącznie odzyskać utracone żerowisko, nawet za cenę utraty państwa. I nie przedstawia żadnego sensownego programu, a tylko licytuje się z Prawem i Sprawiedliwością na jeszcze większe rozdawnictwo. Z kieszeni nieswoich, rzecz jasna.

Dlatego dziś, trochę zazdroszcząc Klaudii Jachirze, przedstawię swój program dla opozycji wobec obozu Dobrej Zmiany. Zgodnie z zapowiedzią z poprzedniego odcinka, nazwijmy go: 500-. Oddajcie nasze pieniądze!

Taki program jest bardzo potrzebny, bo jak prorokuję od co najmniej dwóch lat, w połowie przyszłej kadencji rządów Prawa i Sprawiedliwości zabraknie w kasie państwa pieniędzy. Zabraknie naprawdę i nie pomoże ich dodrukowywanie (za ostatni rok podaż pieniądza w Polsce wzrosła o 10%). Bo rozhuśta to tylko inflację lub padną prywatne firmy, a tym samym padnie najlepszy polski rząd po roku 1939, nie licząc tego na emigracji. Nie chcąc zatem powrotu totalnej opozycji i totalnej patologii zarazem, zawczasu musimy stworzyć odpowiedzialną opozycję. Odpowiedzialną i patriotyczną. Zatem, jako Wasz odpowiedzialny i patriotyczny główny ideolog, zamysł cały poniżej przedstawię.

500-. Oddajcie nasze pieniądze! to program dla wszystkich Polaków, którzy odrzucają 500+. Bo 500+ to bardzo kosztowna redystrybucja, powodująca jedynie rozrost biurokracji. I kosztująca każdego pracującego Polaka, przedsiębiorcę i pracownika co najmniej 1000 zł miesięcznie – na utrzymanie biurokratycznego półtoramilionowego molocha, który próbuje nam wmówić, że to on jest państwem. Państwem patriotycznym, sprawiedliwym i łaskawym, bo rozdaje lekką ręką.

Polityka jest głupia, nudna i wzbudza u większości normalnych ludzi jedynie obrzydzenie. I tylko z tego powodu politycy mogą nam wszystkim wmówić tak niesłychane dyrdymały, jak te o rozdawaniu przez nich pieniędzy. Gdy tymczasem są to nasze pieniądze, odebrane nam wcześniej i rzeczywiście później rozdawane, po potrąceniu pięćdziesięcioprocentowej prowizji dla zbierających.

Program 500-. Oddajcie nasze pieniądze!, przyniesie co najmniej kilka korzyści wprost. Wymieńmy je:

1.      15 milionów ludzi (= pracowników) w dniu wypłaty dostanie na rękę lub na konto dodatkowe 500 zł lub więcej.

2.      1,6 miliona przedsiębiorców zaoszczędzi na każdym zatrudnionym pracowniku co najmniej 500 złotych.

3.      1,5 miliona osób niepotrzebnie zasilających państwowego molocha biurokracji trafi na rynek pracy, tak spragniony pracownika, że aż wymuszający na władzach państwowych nielimitowany import pracowników z Azji. (Dostałem na mejla taki elaborat z BCC [Bussines Centre Club, czyli Klubu Czerwonych Biznesmenów, w tłumaczeniu na polski] i powiem tak: aż strach się bać).

Program 500-. Oddajcie nasze pieniądze!, przyniesie też kilka korzyści nie wprost:

1.      Wróci do Polski 2,5 miliony naszych rodaków, wypchniętych wcześniej przez nienasycony apetyt państwowego molocha.

2.      Wróci na rynek pracy 2 miliony ludzi szarej strefy, pracujących dorywczo w Polsce i za granicą.

3.      Rząd zajmie się rządzeniem, czyli sprawnym zarządzaniem państwem, a nie odbieraniem nam pieniędzy i fałszywą filantropią. Co za sztuka odebrać wszystkim po 1000 złotych, żeby potem rozdać nielicznym po 500?

4.      Odzyskamy konkurencyjność na globalnym rynku, obniżając drastycznie koszty pracy dla naszych firm.

5.      To w Polsce, dzięki naszej pracowitości i naszym polskim pieniądzom, będziemy wytwarzać narodowy dobrobyt, mając gdzieś unijne i każde inne zagraniczne fundusze, które nas uzależniają i demoralizują. Żeby w końcu doprowadzić nas do ruiny.

Prawda, że piękny program dla polskiej, prawicowej i patriotycznej opozycji w stosunku do Prawa i Sprawiedliwości, na które zagłosuję na jesieni, bo nie mam na razie alternatywy?

Aha, nie liczcie na mnie. Ideolog nie jest od tego, żeby poza światłą ideą cokolwiek tworzyć, wdrażać lub uczestniczyć 🙂

Jan A. Kowalski

Jesteśmy w grze! Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla Mediów WNET/ Rozmawia Krzysztof Skowroński, „Kurier WNET” 60/2019

Tusk twierdzi, że my mamy olbrzymią przewagę w mediach. To właśnie tamta strona ma przewagę w mediach. To dzieje się na zasadzie, że ktoś kogoś przewrócił i kopie, a jednocześnie wrzeszczy o pomoc.

Jarosław Kaczyński
Krzysztof Skowroński

Jesteśmy w grze

Z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim rozmawia Krzysztof Skowroński.

Spotykamy się czwartego czerwca 2019 roku. Jak Pan wspomina tę pamiętną datę?

Ten pierwszy czwarty czerwca z osiemdziesiątego dziewiątego roku to jest wspomnienie bardzo miłe. Czekałem z pewnym napięciem w Elblągu na wynik wyborów, bo informacje, które przychodziły z Warszawy, zaliczyły Elbląg do tych okręgów, gdzie będzie druga runda, jeżeli chodzi o Senat, a nawet Sejm. Później okazało się to na szczęście nieprawdą, pewnie wygraliśmy w pierwszej rundzie. Oczywiście bardzo się cieszyłem z tego zwycięstwa, a już najbardziej się cieszyłem, kiedy dowiedziałem się, że wygrał mój świętej pamięci brat, więc radość była wielka i miałem poczucie wielkiej zmiany. Nie ukrywałem w czasie kampanii wyborczej, nawet w przemówieniu do wojska – bo w Elblągu był bardzo duży garnizon, tam stacjonowała dywizja – że naszym celem jest przejęcie władzy. I na to w tym wojsku burzyli się tylko panowie bez mundurów, czyli ci ze służb; wszyscy inni przyjmowali to spokojnie. Nawet założyłem się pół roku przed tymi wyborami, że będziemy mieli rząd, i te pół litra wódki wygrałem. Chociaż później mi je ukradziono.

Ale nie tylko Pan się założył, ale i przyczynił się do tego, że powstał pierwszy rząd Tadeusza Mazowieckiego.

Tak, przyczyniłem się do tego. Wraz z bratem dostaliśmy od Lecha Wałęsy polecenie, żeby ten rząd skonstruować. Rozmowy odbywały się głównie z SD, były też jakieś kontakty z ZSL-em. Prowadził je początkowo mój brat, ja włączyłem się później, kiedy brat musiał siedzieć w Gdańsku, bo był pierwszym zastępcą Wałęsy i organizował związek. Ja prowadziłem rozmowy głównie w Warszawie, z różnymi przygodami, trudno je w tej chwili opowiadać. Te środowiska, które do dzisiaj symbolizuje „Gazeta Wyborcza”, stawiały na Bronisława Geremka, a Wałęsa już długo przedtem – bo powiedział o tym mojemu bratu, chyba jeszcze na jesieni ʼ88 roku – stawiał na Tadeusza Mazowieckiego, chociaż miał wahania, bo mówił też Geremku. Wyglądało tak, jakby miał pewien kłopot z powiedzeniem Geremkowi, że to nie on będzie premierem. W końcu ten rząd powstał, ale ja w jego dalszym tworzeniu nie uczestniczyłem.

I potem obóz Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego się rozpadł, a jeszcze później były wybory prezydenckie, w których Jarosław i śp. Lech Kaczyński doprowadzili do zwycięstwa Lecha Wałęsy.

Jeśli chodzi o mojego brata, to jest nieporozumienie. Mój brat był zdecydowanym przeciwnikiem tego, żeby Lech Wałęsa był prezydentem.

Nie należał do komitetu wyborczego Lecha Wałęsy i ogóle nie brał w tym wszystkim udziału. Dzięki Lechowi Kaczyńskiemu powstało Porozumienie Centrum. Dzięki mojemu bratu dostałem nominację na redaktora naczelnego „Tygodnika Solidarność”. To był jego pomysł – i jego małżonki, żeby być całkowicie precyzyjnym. Jako naczelny „Tygodnika” miałem siłę przyciągania, dzięki temu mogła powstać nasza partia, a tylko Leszek był w stanie załatwić tę nominację, i to w ciągu krótkiej rozmowy z Wałęsą. Ja wtedy takiej możliwości nie miałem; też należałem do kierownictwa Solidarności, ale nie byłem taką ważną personą jak mój brat. Zacząłem zbierać ludzi i w ten sposób dość łatwo udało się zorganizować grupę, która później zmieniła się w partię polityczną. Ta partia postawiła na Lecha Wałęsę, którego ja znałem właściwie z tych jego świetnych czasów w ʼ88 roku – strajki itd. Natomiast Leszek, który znał Wałęsę dużo lepiej niż ja, mówił mi, że to jest błąd. Ja jednak postawiłem na swoim, bo chciałem wyjść z tego układu, który kojarzyłem jako swego rodzaju kontynuację frakcji puławskiej komunistów jeszcze z ʼ56 roku, dążącego do stworzenia jednej formacji, i uważałem, że to nie jest dobre dla Polski rozwiązanie. I stąd ta cała inicjatywa. Nie ma tutaj czasu opowiadać całej tej historii.

Rzeczywiście mocno przyczyniłem się razem z bratem do powstania pierwszego rządu i tego nie żałuję. Natomiast jeżeli chodzi o Lecha Wałęsę – to już mam nadzieję, że Bóg na Sądzie Ostatecznym mi to wybaczy.

Jeszcze chwilę o historii. Potem były wybory w ʼ91 roku. W ramach Porozumienia Obywatelskiego Centrum startował w tych wyborach Kongres Liberalno-Demokratyczny z młodym politykiem, który nazywał się Donald Tusk.

Nie, to zupełnie nieporozumienie. KLD miał własny gabinet wyborczy. Opowieści o KLD jako części Porozumienia Centrum można znaleźć w wielu książkach, ale są nieprawdziwe. Były rzeczywiście pewne relacje między nami, wielu ludzi się znało, na przykład mój świętej pamięci brat świetnie znał Donalda Tuska, ale to nie ma dzisiaj znaczenia, bo skoro dzisiaj Donald Tusk był łaskaw powiedzieć na przykład, że mój brat pił razem z Kiszczakiem w Magdalence. Wyjaśnię, że było trzech ludzi, którzy się tam wtedy nie fraternizowali: to był mój świętej pamięci brat, Tadeusz Mazowiecki i Władysław Frasyniuk. Natomiast inni rzeczywiście poszli na daleko idącą wódczaną fraternizację i słusznie są z tego powodu krytykowani. Ja o tym wiedziałem od brata. To wywoływało absmak już wtedy. Donald Tusk ma zwyczaj kłamać w każdej sprawie, także i w tej, chociaż oczywiście on w Magdalence nie był, bo był wtedy człowiekiem, powiedzmy, niespecjalnie ważnym.

Czy możemy uznać, że czwarty czerwca dwa tysiące dziewiętnastego roku to jest dzień początku kampanii do polskiego parlamentu?

Nie znam jeszcze dokładnie dzisiejszego przemówienia Tuska, ale mogę powiedzieć jedno: zdaje się, że było jak zawsze, to znaczy, że wielkie oczekiwania i nic z tego, więc ja bym jeszcze o początku kampanii nie mówił.

To była postawienia linii demarkacyjnej między Prawem i Sprawiedliwością a opozycją. Wyznacza ją mniej więcej to zdanie, które przytoczę: „Oni mają telewizję, a my mamy gazetki, powielacze i musimy w ten sposób iść do zwycięstwa”. Czyli – my jesteśmy opozycją, my reprezentujemy Solidarność i wolność, a oni – władzę, która dąży do tego, żeby być władzą autorytarną.

Nie sądzę, żeby ktokolwiek się nabrał na tak prymitywny chwyt. Każdy ma w domu pilota telewizyjnego i może sobie obejrzeć ileś tam programów, które są zupełnie inne niż telewizja publiczna i bardzo, bardzo ostro nas atakują, z TVN-em na czele. To dotyczy także innych, mniejszych i większych stacji, na przykład Polsatu, nie mówiąc już o różnych radiach.

Z tego wynikałoby, że TOK FM na przykład też jest po stronie Prawa i Sprawiedliwości; to naprawdę wielkie odkrycie.

Takie słowa mogą przemówić tylko do ludzi, którzy albo nie mają elementarnej wiedzy, albo mają najskrajniejszą złą wolę. To jest chwyt tak zupełnie oderwany od rzeczywistości, że nie warto o nim dyskutować. Sytuacja trochę podobna do tej, o której mówił Donald Tusk, dotyczyła Prawa i Sprawiedliwości, kiedy przy władzy była Platforma i PSL. Wtedy rzeczywiście oni mieli wszystkie mocne media, a my mieliśmy bardzo, bardzo niewiele, chociaż te media, które na szczęście były, odegrały bardzo pozytywną rolę w tym, że sytuację polityczną w Polsce udało się zmienić.

Powiedział Pan, że kampania, która nadchodzi, będzie bardziej brutalna niż ta, którą mamy za sobą. Dlaczego?

To jest kwestia znajomości naszych przeciwników, a także konkretnej wiedzy, z którą nie będę się w tej chwili dzielił, dotyczącej tego, co oni przygotowują, że tak powiem, w różnych wymiarach.

Strategia na kampanię europejską, przynajmniej reprezentowana przez „Gazetę Wyborczą”, to były najpierw „dwie wieże” i Jarosław Kaczyński, a na końcu premier Mateusz Morawiecki i jego działka.

Okazało się, że jestem najbardziej „dorobionym” politykiem, właściwie miliarderem. Powiedzieć można wszystko, na przykład – co bardzo chętnie bym przyjął, że jestem wysokim, młodym, pięknym blondynem. Chociaż tego akurat nasi przeciwnicy nie powiedzą. Ale jest, jak jest: kłamać, kłamać i jeszcze raz kłamać. To jest polityka, którą oni uprawiali przez cały czas. Wtedy, kiedy byliśmy po raz pierwszy przy władzy, kiedy byliśmy w opozycji i teraz, kiedy oni są w opozycji

Cała ta opowieść o dyktaturze w Polsce, o naszej przewadze medialnej jest komiczna, bo do niedawna mówiło się, że telewizji publicznej nikt nie ogląda, że telewizja publiczna to jest jedna wielka klęska.

To jak może odnosić takie sukcesy, że mówi się, że te wybory wygrał Jacek Kurski? Ale ich sprzeczności nie zniechęcają, oni uważają, że ludziom można wmówić wszystko.

Co by Pan odpowiedział dziennikarzowi niemieckiemu na pytanie: „Dokąd doprowadzi Polskę żądza władzy Kaczyńskiego?

Zachęciłbym go, żeby przyjechał do Polski na kilka tygodni, bo tyle czasu pewnie trzeba, żeby się jakoś poważnie rozejrzeć, i zobaczył, jak jest naprawdę, jeżeli chodzi o tę żądzę władzy i tę władzę w ogóle, i jej zakres, i sposób postępowania opozycji, i tego, kto ma większą siłę w mediach, także w bardzo wielu samorządach itd.

To jest twierdzenie tego typu jak to, że to Polska napadła na Niemcy w ʼ39 roku i po podboju Niemiec zmusiła Niemców do wymordowania Żydów.

Tylko że kłamstwo powtórzone sto razy staje się prawdą. I  w Paryżu na przykład odczuwamy pewien antypolonizm, którego kiedyś nie było.

To jest właśnie skutek tego rodzaju polityki. Ta całkowicie fałszywa opowieść, która niestety ma źródła w Polsce, a która jest szkodzeniem nie tylko Polsce, ale także konkretnym Polakom, którzy wyjeżdżają tylko na wycieczkę albo na przykład po to, żeby skończyć studia. To jest wprowadzenie w błąd tamtych, tyle że oni chcą być wprowadzani w błąd, bo oni chcą mieć w Polsce taki rząd, jaki im się podoba. Ale to Polacy decydują o tym, kto w Polsce rządzi.

Politycy Konfederacji mówią o tym, antypolonizm i oskarżanie Polski o antysemityzm to jest przygotowanie gruntu do tego, żeby w którymś momencie ustawa amerykańska 447 zaczęła działać, zwiększać ciśnienie na Polskę, żeby zrobiła jakiś gest w kierunku społeczności żydowskiej.

Nie chcę komentować wypowiedzi konfederacji. To jest formacja prorosyjska i po prostu szkodliwa. Powtórzę po prostu: Prawo i Sprawiedliwość jest gwarancją, oczywiście jeżeli rządzi, że Polska nie będzie płaciła za niemieckie zbrodnie II wojny światowej. Jeżeli Żydzi mają jakieś roszczenia, niech zwracają się do Niemiec. Polacy nie są im absolutnie nic winni.

Dokument, który może być częścią programu Platformy Obywatelskiej, nosi tytuł „Wielka Polska, bo obywatelska. Czym będą chcieli przeciwnicy polityczni przekonać teraz wyborców?

Sądzę, że z jednej strony będzie to, co się w nowopolszczyźnie nazywa hejtem…

Czy Pan przyzwyczaił się do hejtu i nie robi on już na Panu żadnego wrażenia?

To nie chodzi o mnie, bo ja się musiałem do bardzo wielu różnych rzeczy przyzwyczaić, nie zawsze miłych. To jest problem skuteczności wobec społeczeństwa. i Na pytanie, które Pan postawił, nie ma w tej chwili odpowiedzi. Właściwie zostało zapowiedziane, że ten hejt, który zastosowano przy końcu tej kampanii wyborczej, będzie zdecydowanie wzmocniony w trakcie kampanii wyborczej do parlamentu. Sądzę, że to jest ich główna nadzieja na zwycięstwo.

Oszukiwać, opluwać, obrzucać błotem – to potrafią, natomiast nie są w stanie przedstawić żadnego alternatywnego programu. I to jest ich cecha, można powiedzieć, immanentna.

Po prostu nie potrafią nic poza takimi programami, które skądinąd znam już z początku lat 90., a które mają w istocie jeden cel: zlikwidować Polskę jako podmiot polityczny, a z czasem mechanizm, który tam zaplanowano, zlikwidowałby też naród Polski. To są niewątpliwie rzeczy suflowane z zewnątrz. Tym powinni się zająć politycy, politolodzy, historycy, ale może jeszcze ktoś inny.

A gdybyśmy mieli określić, o co idzie bitwa w tej kampanii wyborczej i w najbliższych wyborach w 2019 roku?

O to, czy w Polsce będzie coraz lepiej, tak jak jest pod naszymi rządami, chociaż oczywiście jeszcze bardzo daleko do tego, co być powinno – czy też będzie tak jak przedtem: coraz lepiej stosunkowo wąskiej elicie, a innym, powiedzmy sobie, różnie. Czasem coś tam spadało z pańskiego stołu, ale ten pański stół był dla bardzo dużej części społeczeństwa czymś zewnętrznym, abstrakcyjnym. My działamy w tym kierunku, żeby tego stołu już nie było i żeby jednocześnie wszyscy mogli zyskiwać możliwie najwięcej, chociaż powtarzam, droga do tego daleka, bo i musimy stać się bogatsi, i jeszcze mechanizmy podziału muszą być udoskonalone; jednak do tego dążymy. A jednocześnie działamy w tym kierunku, żeby Polskie interesy były przez Polskie państwo bronione, a siły, które są inspirowane zewnętrznie, zostały zmarginalizowane.

W czasie minionej kampanii była „Piątka Jarosława Kaczyńskiego”. Czy teraz pojawi się coś nowego?

Po pierwsze „Piątka” jeszcze nie jest do końca zrealizowana. Od lipca będziemy mieli na każde dziecko pięćset złotych. Na jesieni wprowadzimy zapowiedziane rozwiązania podatkowe. To już są poważne konkrety. A po drugie – będziemy mieli jeszcze inne propozycje programowe, ale w tej chwili nie chcę o nich mówić. Zresztą Państwo będą ten proces przygotowania programu mogli w niemałej mierze obserwować.

Wybory europejskie są już za nami. Wygląda na to, że Europa troszkę się zmieniła. Coś drgnęło w europejskim układzie. Ale ci, którzy mieli możliwość sterowania tym, co się dzieje w Europie, nadal ją zachowują.

Zachowują, chociaż nastąpiły pewne zmiany. Ale jaki będzie ostateczny efekt, jeszcze nie potrafię powiedzieć.

A straty?

Jesteśmy w grze. Prowadzimy różne rozmowy.

Co będzie w tych negocjacjach sukcesem Prawa i Sprawiedliwości, sukcesem rządu premiera Mateusza Morawieckiego?

Jeżeli chodzi o sukces rządu, w tej chwili w centrum jest budżet. To, co zostało przedstawione, to jest tylko bardzo wstępny projekt przygotowany na podstawie tzw. metodologii berlińskiej z 1999 r., która zakłada, że jak ktoś odnosi sukcesy – a Polska odnosiła sukcesy – to dostaje mniej. My będziemy twardo walczyć o to, żeby tych środków było znacznie więcej niż to, co zostało nam zaproponowane. Ale jeżeli ktoś mógł przeciwdziałać – nie wiem, czy skutecznie – były to dwie osoby: Donald Tusk, bo był przewodniczącym Rady Europejskiej, i pani Bieńkowska, która jest komisarzem Komisji Europejskiej. Bo można było walczyć o przyjęcie innej metodologii. Ale to jest wyłącznie punkt wyjścia i czeka nas wielka bitwa. Natomiast jeżeli chodzi o inne kwestie,

dążymy do tego, żeby Grupa Wyszehradzka, która, być może, będzie się jeszcze rozszerzała, była w Unii Europejskiej nie do zlekceważenia, tak jak nie lekceważy się Francji czy Niemiec. I to jest cel, do którego, jak sądzę, się zbliżamy. Chciałbym, żeby ten proces postępował szybciej, ale zbliżamy się z całą pewnością.

Czy sojusznikiem Prawa i Sprawiedliwości może być pan Salvini?

Pan Salvini chce założyć nową grupę wspólnie z takimi formacjami, jak Zgromadzenie Narodowe pani Le Pen, a także takie formacje jak Alternatywa dla Niemiec, czego my w żadnym razie nie jesteśmy w stanie zaakceptować.

Właściwie PiS jest partią wyjątkową w Europie, bo reprezentuje wizję Europy ojczyzn. I wygląda na to, że ta koncepcja Prawa i Sprawiedliwości jest dość osamotniona.

W dalszym ciągu tworzymy stosunkowo dużą grupę, która ma szanse się powiększać. Pan Salvini zaś wybrał inną drogę. On nie jest tak skrajny, żeby musiał iść razem z panią Le Pen. Ale… cóż, tak wybrał. On dąży do stworzenia bardzo dużej grupy. Wtedy musielibyśmy się wszyscy zjednoczyć i takie propozycje padały. Ale powtarzam, nam nie po drodze z formacją, która jest wyraźnie prorosyjska, a z drugiej strony jej źródła są z naszego punktu widzenia trudne do zaakceptowania. Mówię tutaj nie o samej pani Le Pen, tylko o jej ojcu. I o różnych rzeczach, które mówił w ciągu ostatnich dziesięcioleci, kogo popierał; ludzie starszego pokolenia to pamiętają. To tak jakby w drugą stronę ktoś nas ciągnął do komunistów.

Wspomniał Pan o Rosji. Było spotkanie ministra spraw zagranicznych Czaputowicza z ministrem spraw zagranicznych Rosji. Polscy prokuratorzy są w Smoleńsku. Czy można poprawić stosunki polsko-rosyjskie?

To to musiałaby być decyzja Rosji, że zmienia stosunek do Polski. Czy można się spodziewać takiej decyzji? Mówię tu o decyzji strategicznej, a nie o różnych grach taktycznych. Obawiam się, że będzie z tym kłopot.

Czyli nie stanie się to w najbliższym czasie?

Bardzo chciałbym się mylić, ale nie. Gdybym się pomylił, bardzo bym się ucieszył, bo nie jest w naszym interesie pozostawać w ostrym sporze z Rosją. Ale, cóż… życie.

Druga strona najwyraźniej nie przyzwyczaiła się jeszcze do tego, że tutaj istnieje państwo podmiotowe, które może odgrywać znaczną w Środkowej Europie i w tym sensie jest konkurencyjne wobec Rosji.

Do tej podmiotowości nie mogą się też przyzwyczaić nasi zachodni sąsiedzi.

A to też prawda. To jest po prostu taka tradycja. Oczywiście to się wyraża w zupełnie innych formach. Ale generalnie rzecz biorąc, chodzi o to samo. A my tę podmiotowość musimy umieć wywalczyć. Bo jeżeli ktoś nie walczy o swoje interesy, jeżeli się zgadza na niepodmiotową pozycję, to pod każdym względem – nie tylko reputacji, godności, ale pod każdym, także ekonomicznym – straszliwie na tym traci.

Mamy pewne historyczne szczęście. Wybór Donalda Trumpa i to, że chyba dobrze się współpracuje z nim i jego administracją.

Niewątpliwie mielibyśmy bardzo poważne kłopoty, gdyby wybrana została pani Clinton. A jeżeli chodzi o Donalda Trumpa, to wiele spraw posuwa się do przodu.

Powstanie w Polsce Fort Trump?

Tego nie wiem. Może nazwa jest nie najlepiej wymyślona. Natomiast wojska amerykańskie są w Polsce i sądzę, że będzie ich więcej, chociaż nie jakieś wielkie siły. Ale ich obecność tutaj wyraźnie zwiększa nasze bezpieczeństwo. Tym bardziej, że nie będzie to obecność symboliczna.

To się zdecyduje m.in. w czasie wizyty prezydenta Andrzeja Dudy w Stanach Zjednoczonych. Czy nowy, właściwie nowo-stary rząd to jest drużyna na wybory w 2019 roku?

Nie sądzę, żeby przed wyborami miało się jeszcze coś zmienić. Ale byłoby lepiej, żeby na to pytanie odpowiedział premier, a tutaj go nie ma.

Zaskoczył Pana wynik wyborczy pani premier Beaty Szydło?

Był jeszcze lepszy, niż sądziłem, ale byłem przekonany, że będzie bardzo dobry. Uważałem, że jest w jej zasięgu pokonać Jerzego Buzka. I pokonała go wyraźnie.

Kiedyś powiedział Pan, że profesor Andrzej Nowak jest jedynym historykiem, który zna się na polityce jakby od wewnątrz. Co to znaczy: znać się na polityce?

Andrzej Nowak – niezależnie od jego wspaniałej historii Polski, która jest dziełem na pograniczu literatury i historii sensu stricto, bardzo wybitnym dziełem bardzo wybitnego intelektualisty – napisał książki, które pokazują, że dobrze rozumie i potrafi przedstawić, na czym polega polityka. Jak bardzo jest nieprzewidywalna, jak zmieniają się decyzje, sytuacje zaskakują; jak różne rozumowania, wydawałoby się całkowicie logiczne, okazują się zawodne. Myślę tu głównie o kilku książkach dotyczących polskiej polityki wschodniej do roku 1921 – po prostu znakomicie przedstawiają politykę, tak jak ona wygląda naprawdę. Nie w opisach, proszę wybaczyć, dziennikarzy i publicystów, ale realnie.

Pamiętam wypowiedziane przez Pana tutaj po którychś wyborach zdanie: „Wy kompletnie nic nie rozumiecie”. Czy takie ma Pan wrażenie, czytając gazety, słuchając komentarzy publicystycznych?

Panie Redaktorze, ja jeszcze ciągle jestem w polityce, więc nie będę się narażał dziennikarzom.

Zbliża się kongres Polska Wielki Projekt. Od dziesięciu lat trwa ten namysł nad Polską. Czego Pan się spodziewa po nie-politykach w czasie tej edycji? Jaki może być ich wkład w to, co Prawo i Sprawiedliwość zaproponuje Polakom?

Spodziewam się, że będzie szereg wypowiedzi, pomysłów, analiz, które na przykład pomogą nam przygotować ten program, o którym mówiłem i który ogłosimy niedługo później, a który jest przygotowywany także na różnego rodzaju konferencjach.

Proszę pamiętać, że jest coś, co wyrosło z kongresów inteligenckich Solidarności. Uczestniczyłem wraz z grupą przyjaciół w przygotowaniu do Wielkiego Kongresu Polskiej Inteligencji. Ale koło północy spasowałem. A moi przyjaciele pozostali do trzeciej w nocy i bez mojego udziału wymyślili Polskę Wielki Projekt. I to był znakomity pomysł, miał się odbywać we współpracy z moim śp. bratem, ale on zginął, tak że w 2010 r. do tego kongresu nie doszło, a miał być wydarzeniem na dużą skalę. Od 2011 roku jednak funkcjonuje i to jest naprawdę bardzo pożyteczna inicjatywa – namysł nad polskimi sprawami, ale nie z punktu widzenia politycznych rozgrywek, tylko czysto merytorycznie, w najróżniejszych dziedzinach, a zarazem biorąca także pod uwagę nasze życie duchowe. Mnie na przykład bardzo zainteresowały i zachwyciły rozważania na temat polskiego mesjanizmu; był kiedyś taki panel w Bibliotece Rolniczej. W to przedsięwzięcie włączyli się także intelektualiści z zagranicy. To jest bardzo ważne wydarzenie i jestem ogromnie wdzięczny tym, którzy to wymyślili – tutaj muszę wspomnieć o Annie Bieleckiej – którzy to prowadzą, którzy założyli też w końcu fundację. Dzisiaj ta instytucja – bo to już jest instytucja – uniezależniła się całkowicie i w sferze namysłu nad Polską intelektualistów, uczonych, publicystów stała się najważniejszą instytucją w naszym kraju.

To jest wielki sukces tych wszystkich, którzy się w to zaangażowali i dumny jestem z tego, że moja formacja polityczna też wzięła w tym znaczący udział. Chociaż – żeby było jasne – Kongres nigdy nie był partyjny.

Na jakie pytania poszukuje dzisiaj odpowiedzi Jarosław Kaczyński?

Jest tych pytań bardzo wiele. A z takich, które dzisiaj bardzo obchodzą społeczeństwo, to jest na przykład: co zrobić ze służbą zdrowia, żeby te wszystkie mankamenty, rzeczywiście bardzo poważne, można było stosunkowo szybko usunąć? Jaka koncepcja jest tutaj słuszna? Są różne, ja nie będę ich w tej chwili tutaj przedstawiał… Co uczynić? Czy iść drobnymi krokami, czy wielką reformą? W kolejnej kadencji mamy obowiązek ten problem rozwiązać. Nie tylko w ten sposób, że dojdziemy do tych 6% PKB na służbę zdrowia, bo dosypywanie pieniędzy niekoniecznie musi służyć dobru pacjentów; może służyć na przykład budowaniu różnych fortun wokół służby zdrowia, a nie o to nam chodzi. Trzeba tutaj coś, że tak powiem, przełamać, ale po pierwsze nie jestem w tych sprawach specjalistą, a poza tym byłoby to w tej chwili przedwczesne. Ale to jest niesłychanie ważne pytanie.

Tych pytań jest naprawdę mnóstwo. Mamy w tej chwili duże szanse rozwojowe, ale mamy też różne problemy związane na przykład z dzisiejszym kształtem świata, dużo lepszym niż ten, który był kiedyś, ale który powoduje też różne problemy i trudności. Na przykład dzisiaj nie można nikogo zmusić, żeby mieszkał w Polsce, i to jest bardzo dobre, ale trzeba umieć go do tego zachęcić. I o tym naprawdę warto rozmawiać.

Co najbardziej niepokoi Jarosława Kaczyńskiego?

Niepokoi mnie bardzo sytuacja międzynarodowa. Jest ona pełna takich punktów, w których może się coś poważnego wydarzyć, z bardzo daleko idącymi konsekwencjami, które nawet jeżeli nie dotkną Polski bezpośrednio, to poprzez różne mechanizmy, głównie gospodarcze, uderzą też w nasz kraj.

Niepokoi mnie kształt polskiego życia publicznego, który od 2005 roku zmienia się konsekwentnie na coraz gorszy. Przedtem też był daleki od ideału, ale jednak to, co się zaczęło wyprawiać od momentu, w którym pewna grupa nie zrealizowała swoich planów i z polityki, dyskusji gorszych-lepszych, czasem agresywnych, ale jednak dyskusji, przeszła do prowadzenia w istocie wojny, do odrzucenia demokracji – jest niesłychane. Bo jeżeli ktoś twierdzi, że jakaś formacja, która zdobyła większość w wyborach, praktycznie nie ma prawa rządzić i powinna być anihilowana, to w gruncie rzeczy odrzuca demokrację.

Proszę sobie wyobrazić, że ktoś, na przykład w Anglii, mówi: jak dojdziemy do władzy, to już nigdy nie dopuścimy do rządzenia konserwatystów, pozamykamy ich do więzienia itd. Coś takiego w Polsce dzisiaj się dzieje i nie ma na to znikąd poważnej reakcji, także w Unii Europejskiej; to jest skądinąd zdumiewające.

Na to jest jedno lekarstwo – władza Prawa i Sprawiedliwości. Bo my jesteśmy formacją, która nie kwestionuje prawa innych do tego, żeby działać w polityce, nie kwestionuje też ich ewentualnego prawa do przejmowania władzy. Można to zresztą zobaczyć w samorządach; przecież wygrali w dużej części samorządów wojewódzkich i w prawie wszystkich większych miastach – i rządzą, nikt im tego nie odmawia ani nie przygotowuje się do tego, żeby im to zabrać. Krótko mówiąc, mamy do czynienia z sytuacją, która naprawdę bardzo, bardzo niepokoi, bo bardzo bym chciał, żeby w Polsce była normalna dyskusja polityczna, żeby nie opisywano rzeczywistości na zasadzie kontrfaktycznej, bo twierdzenie, że w Polsce istnieje zagrożenie demokracji czy że jedna strona, jak to Tusk twierdzi, ma olbrzymią przewagę w mediach, to przecież kompletna bzdura. To właśnie tamta strona ma przewagę w mediach. To dzieje się na tej zasadzie, że ktoś kogoś przewrócił i kopie, a jednocześnie wrzeszczy o pomoc. Z taką sytuacją mamy do czynienia od 2005 roku właściwie bez przerwy i, powtarzam, to się nie cofa, tylko pogłębia i to jest bardzo, bardzo niepokojące.

Niepokoi też to, że nie tylko w Polsce, ale także w Europie jest coraz mniej wolności. Zabija ją poprawność polityczna, która zaczyna się już zmieniać w system ograniczeń administracyjnych.

Czy jest coś, co sprawiło Panu radość w ostatnim czasie?

Na pewno moment, w którym wychodziłem, żeby ogłosić, że wygraliśmy wybory, był momentem wielkiej radości i chciałbym go za parę miesięcy przeżyć jeszcze raz. Ale poza tym bardzo wiele różnych rzeczy sprawia mi radość, począwszy od spraw bardzo ważnych, jak na przykład wiadomości o polskich sukcesach w różnych dziedzinach, a skończywszy na mruczeniu kota.

Serdecznie dziękuję za rozmowę.

Wywiad Krzysztofa Skowrońskiego z Jarosławem Kaczyńskim, pt. „Jesteśmy w grze”, znajduje się na s. 1 i 7 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 60/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Krzysztofa Skowrońskiego z Jarosławem Kaczyńskim pt. „Jesteśmy w grze” na s. 14 czerwcowego „Kuriera WNET”, nr 60/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Paruch: Polska jako część wspólnoty euroatlantyckiej ma obowiązek wykazywać lojalność sojuszniczą wobec USA

To, że debata odbędzie się w Polsce pokazuje, że jesteśmy bardzo aktywni na arenie międzynarodowej. Jest to potwierdzenie dobrych relacji Polski z Ameryką – mówi w Poranku WNET prof. Paruch.

13 lutego do Polski przyjedzie wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Mike Pence. Będzie uczestniczył w  międzynarodowej konferencji organizowanej przez Polskę i USA, poświęconej pokojowi i stabilności na Bliskim Wschodzie, ze szczególnym uwzględnieniem Iranu, państwa skonfliktowanego z Izraelem. Pomysł zorganizowania spotkania już odbił się negatywnie na kontaktach polsko-irańskich.

– To, że debata odbędzie się w Polsce  pokazuje, że jesteśmy bardzo aktywni na arenie międzynarodowej. Jest to szczyt bardzo istotny dla USA, więc jest to potwierdzenie dobrych relacji  Polski z Ameryką. Jesteśmy częścią wspólnoty euroatlantyckiej i powinniśmy być lojalnym partnerem dla USA. Polska ma wręcz obowiązek wykonywać lojalność sojuszniczą, która powinna działać w dwie strony. To my zabiegamy o to, aby w Polsce została wzmocniona obecność wojsk amerykańskich – mówi gość Poranka WNET prof. Waldemar Paruch.

Prof. Paruch komentuje również sytuację na Polskiej scenie politycznej, która powstała  po morderstwie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Jego zdaniem mamy do czynienia ze zjawiskiem „schizofrenii społecznej”. – Po tragicznym morderstwie prezydenta Gdańska opozycja zaczęła masowo wzywać do obniżenia mowy nienawiści w Polsce. Nie minęło kilka dni i te wezwania zostały złamane, właśnie przez media antyrządowe – wyjaśnia. I dodaje: – W „Gazecie Wyborczej” powstały artykuły, które sugerowały, że Paweł Adamowicz został zamordowany niejako z winy polityki prowadzonej przez rząd Prawa i Sprawiedliwości.

W styczniu ukazał się ważny raport naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego, pokazujący tożsamości dwóch grup wyborców w Polsce. Te grupy to osoby głosujące za PiS-em oraz za PO.

– U podstaw podziałów politycznych w Polsce leżą bardzo zasadnicze różnice między tymi dwoma grupami elektoratu. Wiemy z tych badań , że wyborcy PO mają bardzo wysoką skłonność do hermetyczności i odrzucają jakiekolwiek oferty dialagu z rządem. Uważają wyborców PiS za grupę, która powinna być wręcz wyeliminowana z przestrzeni publicznej – mówi. Zdaniem prof. Parucha poprzez działania te podziały będą się tylko powiększać.

W Poranku WNET Paruch komentuje również aferę związaną z tzw. „taśmami Kaczyńskiego”.

– Kiedy ukazał się tekst w „Gazecie Wyborze”, okazało się, że nie jest to żadna bomba, poza faktem, że sama rozmowa została nagrana, to jedyny problem – mówi. – W tym nagraniu nie ma też niczego, co wskazywało by, aby Kaczyński był kimś innym niż go znamy.

Prof. Paruch komentuje również strategię rządu PiS oraz przygotowania do wyborów europejskich. Jak uważa, zjednoczona prawica tworzy bardzo szeroki wachlarz oferty programowej oraz osobowościowej.

– Beata Szydło ogłosiła wprost, że jest zainteresowana kandydowaniem w wyborach i jest to wysoce prawdopodobne. Wśród kandydatek pojawia się również  minister Beata Kempa,Anna Zalewska. Nikt nie ukrywa, ze są one brane pod uwagę. Mamy również kilku europosłów, którzy zapewne będą chcieli ubiegać się o reelekcję – opowiada.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy!

JN