Sąd Najwyższy USA: „Fill the Seat” vs. „Pack the Court”

8 września zmarła sędzia Sądu Najwyższego Ruth Bader Ginsburg (RBG), nominowana jeszcze przez prezydenta Billa Clintona. Dla Donalda Trumpa i Republikanów był to los wygrany na loterii.

 

Trudno przecenić wagę Sądu Najwyższego w życiu politycznym USA. Powołany w 1789, czyli w roku wybuchu Rewolucji Francuskiej, od 1869 roku liczy 9 sędziów, choć ich liczba może być za zgodą Kongresu zmieniana. Sąd Najwyższy orzeka o zgodności aktów prawnych z Konstytucją, ale także, w przypadku zaistnienia wątpliwości, może zatwierdzić wynik wyborów, co miało miejsce np. w 2000 roku, kiedy tylko decyzji SN prezydenturę zawdzięczał George Bush jr. Do 2016 roku przewagę mieli sędziowie nominowani przez Demokratów, czyli zasadniczo progresiści z lewicowym przechyłem jak RBG.Trump nominował już 2 sędziów: Neila Gorsucha zaprzysiężonego w 2017 i Bretta Kavannaugh zaprzysiężonego w 2018.

Przy nominacji tego drugiego Demokraci, próbując ją zablokować, nie cofnęli się nawet przed oskarżeniem go o gwałt dokonany jakoby w czasach studiów. Narazili na szwank jego reputację, rodzinę, nie oszczędzono mu niczego. Później okazało się, że nawet nie spotkał kobiety oskarżającej go o rzekomy gwałt, a ona sama przyznała, że do oskarżenia została namówiona przez osobę sprzyjającą Demokratom.

Nawiasem mówiąc, w lewicowych mediach, także polskich (portale Polityki, GW, Gazety Prawnej czy Wikipedii) do dzisiaj są jedynie wzmianki o oskarżeniach, ale brak informacji o tym, że okazały się fałszywe.

Do momentu śmierci RBG w SN panowała krucha większość Republikanów (5:4), po jej śmierci i mianowaniu przez Republikanów kolejnego sędziego przewaga Republikanów będzie już bardzo widoczna (6:3). Donald Trump jest pierwszym prezydentem w historii, który obsadził 3 stanowiska sędziów SN, a nie jest to jeszcze koniec w przypadku prawdopodobnej reelekcji, ponieważ jeden z sędziów nominowanych przez Clintona ma już 82 lata.

Na Demokratów padł blady strach, ponieważ w przypadku orzekania przez SN ostatecznego wyniku wyborów w sytuacji prawdopodobnych oszustw wyborczych przy głosowaniu korespondencyjnym i w przypadku jakichkolwiek wątpliwości nie mają żadnych szans na pomyślne dla siebie orzeczenie. Próbowali więc zablokować możliwość wyboru następcy RBG na czas po wyborach, licząc na to, że w przypadku zwycięstwa Bidena to oni nominują nowego sędziego. Jest to już praktycznie b. mało prawdopodobne, ponieważ Donald Trump bardzo szybko nominował na wakujący urząd Amy Conney Barret, odpowiadając na oczekiwania swoich wyborców, którzy natychmiast na rzecz kampanii ukuli nowe hasło: „Fill the Seat”, czyli „Obsadź ten stołek”, a w czwartek zakończyły się trwające 4 dni przesłuchania przed komisją senacką kandydatki, przez które przebrnęła wręcz brawurowo. Teraz tylko opinia FBI zatwierdzająca jej kandydaturę, co jest raczej formalnością i 22 października głosowanie w Senacie zatwierdzające nominację z czym, z uwagi na przewagę Republikanów, nie powinno być problemu, choć dwie republikańskie senator twierdzą, że jej nie poprą, ponieważ pewnie znajdzie się też kilku konserwatywnych demokratów, których do siebie przekonała. W US nie ma czegoś takiego jak obecna w polskiej praktyce politycznej dyscyplina głosowania.

Taki układ głosów na lata zapewniłby Republikanom korzystny dla nich wynik głosowań, nawet po przegranych wyborach. Dlatego wśród Demokratów pojawił się pomysł zaradzenia tej sytuacji i, w przypadku zwycięstwa Bidena oraz utrzymania przewagi w Kongresie, poszerzenia składu Sądu do 15, a nawet podwojenia go (Pack the Court). Nominowanie przez lewicę, która od dawna rozdaje karty w Partii Demokratycznej, 8 lub 9 sędziów jednorazowo, a nie ewolucyjnie zrujnowałoby praktycznie tę instytucję.

Skąd takie zapędy Demokratów? Zdają sobie sprawę, jak bardzo udało im się przemodelować amerykańską scenę polityczną. Metodą małych kroków, czy może raczej stopniowego podgrzewania wody w garnku, w którym siedzi żaba, w tym przypadku amerykańska demokracja, doprowadzili do tego, że zdecydowana większość Amerykanów, czyli konserwatywni chrześcijanie utracili wpływ na procesy legislacyjne, a nawet na wychowanie swoich dzieci. Począwszy od sprawy Roe v. Wade, w której efekcie dopuszczono tzw. późną aborcję na życzenie, przez legalizację ruchu LGBT aż po jego praktyczną afirmację, legalizację małżeństw homoseksualnych i adopcję dzieci przez pary homoseksualne, wprowadzane w imię „tolerancji”, doprowadzono do sytuacji, kiedy większość obywateli czuje się obco w swoim kraju. Stało się tak, ponieważ lewica, często skrajna, przejęła amerykański system edukacyjny, ale o tym napiszę osobno. W każdym razie Demokraci, czując najwyraźniej niekorzystne dla nich zmiany w nastawieniu społeczeństwa, obawiają się odwrócenia sytuacji i przeprowadzenia przez Republikanów, wśród których w przeciwieństwie do Demokratów, rosną wpływy konserwatystów, zmian, które unicestwią ich wątpliwy „dorobek”/dziedzictwo, a lewica utraci wpływy polityczne.

Dotyczy to także bardzo kontrowersyjnej ustawy o tzw. Obamacare, czyli powszechnym, według Demokratów, dostępie do opieki medycznej i socjalnej, której zdecydowanym przeciwnikiem jest Trump i której los będzie się decydował w najbliższym czasie.

Już wcześniej wspominałem, że kandydatura Amy Conney Barret, czy ACB jak już zaczęto o niej mówić, co wskazuje na skalę popularności, była strzałem w dziesiątkę. Fantastyczna kobieta, wykładowca prestiżowego katolickiego Uniwersytetu Notre Dame, matka siedmiorga dzieci, w tym jednego z zespołem Downa i dwójki adoptowanych sierot z Haiti, godząca rolę matki, pracę sędziego i karierą naukową. Jak mówi Trump: wniesie powiew świeżego powietrza do SN.

Jeżeli ktokolwiek miał wątpliwości co do tej nominacji, to po przesłuchaniach w Senacie musiał się ich pozbyć. Niesamowity spokój, pewność siebie, erudycja, poczucie humoru a przy tym wszystkim niezwykła i naturalna skromność, zapewniły jej nie tylko sympatię milionów ludzi w USA i na całym świecie, ale dla wielu, szczególnie konserwatywnych, kobiet stała się wzorem kobiety sukcesu. Kobiety, której całe życie, a jak na niespełna 50 lat osiągnęła naprawdę wiele, pokazuje, że można sprawdzać się zarówno na polu zawodowym, jak i rodzinnym bez konieczności rezygnacji z CZEGOKOLWIEK.

Sam byłem zdziwiony, kiedy w trakcie dyskusji w Fox News, jedna z czołowych dziennikarek stacji, sama przecież będąca bardzo atrakcyjną kobietą sukcesu, mówiła o ACB z wyraźnym podziwem i sympatią.

Bo ACB nie da się nie lubić! Z długiego procesu przesłuchań utkwiły mi w pamięci szczególnie trzy sceny. Z dnia pierwszego, kiedy za ACB wmaszerowała grzecznie cała jej najbliższa rodzina, w tym mąż, szóstka dzieci (oprócz najmłodszego z zespołem Downa), siostra i kuzynki, a ona na prośbę jednego z senatorów przedstawiła wszystkich z imienia. Jak na przesłuchania senackie widok zaiste niezwykły i wzruszający. Nawiasem mówiąc, republikański senator Howley, o którym jeszcze będzie zaraz mowa, pogratulował w imieniu swoim i swojej żony jako rodziców dwóch synów, ACB i jej mężowi Jessiemu wychowania dzieci, które razem z nimi cierpliwie i grzecznie siedzą na sali. Zażartował, że chętnie po zakończeniu przesłuchań poprosi ich o kilka wskazówek jak wychowywać dzieci. Drugi, z dnia drugiego, kiedy senator zdziwiony tym, że, w przeciwieństwie do innych przesłuchiwanych, nie jest obłożona stertą notatek i skoroszytów i ma tylko jeden notatnik, zapytał co to za źródło informacji. ACB pokazała bloczek czystych kartek bez jakichkolwiek notatek, a kiedy polityk dopytał, co to jest, odpowiedziała z uśmiechem, że jest tam tylko napis „US Senate”, wywołując śmiech i komentarz kręcącego głową polityka: „Imponujące”.

Moment trzeci, już po zakończeniu przesłuchania ACB, kiedy przed komisją senacką wypowiadała się jej była studentka będąca pierwszą niewidomą kobietą, która po ukończeniu studiów prawniczych pracuje jako urzędnik w Sądzie Najwyższym. Laura Wolk opowiadała, jak wiele zawdzięcza ACB, która opiekowała się nią podczas studiów i pomogła jej je ukończyć, poświęcając nierzadko swój prywatny czas. ACB jest niewątpliwe modelowym wzorem postawy chrześcijańskiej w każdym jej wymiarze.
Głównym i w zasadzie jedynym „zarzutem”, który Demokraci stawiają ACB, jest jej deklarowany i praktykowany katolicyzm. Jak ona sama powtarzała wielokrotnie, jest jak jej mentor i wieloletni sędzia SN, wybitny prawnik, zmarły w 2016 Antonin Scalia, powołany jeszcze przez Ronalda Reagana w 1986 [na marginesie: sędzia Scalia otrzymał m.in. w 2008 roku Nagrodę im. Pawła Włodkowica przyznaną mu przez Rzecznika Praw Obywatelskich RP śp. Janusza Kochanowskiego] zwolenniczką oryginalizmu, czyli interpretowania prawa dokładnie w duchu intencji twórców Amerykańskiej Konstytucji, bez prób dostosowywania orzeczeń do np. aktualnej sytuacji politycznej.

W trakcie przesłuchań przed komisją senacką stwierdziła m.in.: „Ja, jako sędzia, mam obowiązek szanować i egzekwować tylko to prawo, które przyjęli sami ludzie….. Jak powiedziałam wcześniej, to nie jest prawo Amy, to prawo narodu amerykańskiego. Uważam, że oryginalizm i tekstualizm sprowadzają się do tego – do zobowiązania się do praworządności, do niezakłócania, zmieniania, aktualizowania lub dostosowywania zgodnie z moimi własnymi preferencjami politycznymi, tego, czego wymaga to prawo ”.

Mimo tak jednoznacznego przedstawienia swego stanowiska i braku w jej praktyce sędziowskiej jakichkolwiek przykładów niespójnego zachowania, była przez 4 dni przesłuchań grillowana, jak określali to często obserwujący dziennikarze, przez demokratycznych senatorów. Doszło np. do sytuacji, kiedy jeden z senatorów wydawał się mieć do niej pretensje o to, że prezydent Trump nie odciął się bardziej wyraźnie od „białych supremistów”. Nic jednak nie zdołało wyprowadzić jej z równowagi i zaburzyć wizerunku. Największym i jedynym „osiągnięciem” Demokratów było doprowadzenie jej przez senator Dianne Feinstein z Kalifornii do przeproszenia za użycie terminu „preferencje seksualne”, które to określenie, według senator, jest archaiczne, niepoprawne politycznie i stygmatyzujące!
Najlepiej stanowisko, postawę i zachowanie Demokratów podsumował w ostatnim dniu przesłuchań republikański senator z Missouri Josh Hawley, swoją drogą niezwykle obiecujący młody konserwatywny polityk, przed którym, podobnie jak przed moją ulubioną gubernator Dakoty Płd. Kristie Noem, wydaje się stać wielka polityczna kariera.

Howley powiedział: „Od wielu dni jesteśmy świadkami ataku liberalnych mediów na ACB i jej rodzinę. Na jej wiarę, na sposób, w jaki wychowuje dzieci. Podobnie zresztą zachowują się członkowie tej komisji, włącznie z kandydatką na wiceprezydent Kamalą Harris, kwestionując jej zdolność do objęcia stanowiska, z uwagi na jej członkostwo w Rycerzach Kolumba, największej na świecie katolickiej organizacji charytatywnej.

ACB nie jest jedynym sędzią, którą atakuje się za przekonania religijne. To powtarza się bez przerwy. Postawmy sprawę jasno, to próba przesunięcia granic, ustanowienia nowych standardów. W rzeczywistości jest to próba powrotu do starych standardów, którym Konstytucja USA miała przeciwdziałać, czyli oceniania zdolności do pełnienia funkcji przez pryzmat religii. Art. 6 Konstytucji USA, samej Konstytucji powstałej przed Kartą Praw [Bill of Rights- pierwsze 10 poprawek do Konstytucji, które powstały w 1789], mówi wyraźnie, że żadna ocena pod kątem wierzeń religijnych NIE MOŻE być stosowana przy ocenie przydatności do pełnienia żadnego stanowiska. Dla niektórych może te słowa powstałe w 1789 roku mogą się wydać czymś nowym!

Nigdy wcześniej, w żadnym państwie nie było takiej gwarancji wolności przekonań, wyznania i religijnej wolności. Wszystkie inne kraje wymagały powiązania pełnionego urzędu z wyznaniem oficjalnym. Tak było od cesarstwa rzymskiego do powstania USA.

Twórcy naszego państwa w art. 6 Konstytucji dokonali świadomego wyboru – odrzucili przeszłość i stwierdzili, że w naszym kraju musi być inaczej. W USA nie pozwalamy rządzącym używać władzy przeciwko czyjejś wierze. W naszym kraju wolni ludzie mają prawo wyznawać swoją wiarę, a ludzie wierzący są mile widziani w sferze publicznej. Ludzie wszystkich wyznań…..

Żaden przedstawiciel władzy nie może kontrolować wiary i przekonań amerykańskich obywateli.To podstawy naszego państwa, mówią rządowi, czego nie wolno mu robić, czego narzucać, a nam zapewnia wolność wiary, przekonań i działań. To fundament amerykańskiej wolności, który teraz jest atakowany!

Bo to jest prawdziwa stawka, o którą chodzi w tych wszystkich przekazach medialnych, pytaniach zadawanych przez Demokratów ACB i innym kandydatom na urzędy. To próba powrotu do czasów, kiedy trzeba było się wykazać „właściwą postawą”, „właściwą religią”. To prawdziwy cel tej procedury zatwierdzania. Tak, ACB jest katoliczką, jej mąż też jest katolikiem i na katolików wychowują swoje dzieci. Są katolikami, podobnie jak przeszło 65 mln innych obywateli, a jeszcze znacznie więcej obywateli chrześcijanami innych denominacji. Powiedziano im tutaj, że, jako osoby wierzące, nie mogą pracować w służbie publicznej. W ogóle nie są mile widziani w sferze publicznej….. Nie chcę żyć w takiej Ameryce!

Konstytucja zabrania tego w oczywisty sposób. Konstytucja mówi, że ludzie tacy jak ACB są mile widziani na wysokich urzędach państwowych, na wszystkich urzędach…. Chcę powiedzieć moim demokratycznym kolegom, że ich postawa to przykład antyreligijnej bigoterii….Powiedzenie komuś, że jest katolickim, a nie amerykańskim sędzią to bigoteria! Ta postawa praktycznej bigoterii wśród członków tej komisji musi zniknąć…. To odpowiedni czas, ten właśnie rok, żeby ostatecznie wrócić do korzeni i skończyć z oceną przydatności do urzędu ze względu na wyznanie!”.

Zdecydowałem się przytoczyć prawie całą wypowiedź senatora Howley’a, ponieważ ona tak naprawdę pokazuje wagę tego, co dzieje się teraz w USA, a dzieją się rzeczy, które naprawdę zadecydują o przyszłości nie tylko USA, ale całego świata. Zdecydowanie ma rację Donald Trump, że to najważniejsze wybory w historii. O tym wkrótce.

Adam Becker

Pozostałe korespondencje Adama Beckera znajdują się tutaj

Kto przyczynił się do tego, że pustoszeją świątynie i zamiera pobożność? / Herbert Kopiec, „Śląski Kurier Wnet” 70/2020

Sformułowanie „wierzący niepraktykujący” jest pozbawione sensu. Samo uznanie istnienia Boga nie jest wiarą w Niego, zakwestionowanie zaś Jego przykazań i prawdy przez Niego objawionej to akt niewiary.

Herbert Kopiec

Marksizm kulturowy w zakrystii

Porozmawiajmy dziś o tym, jak to się stało, że w ciągu zaledwie kilku dekad XX wieku KATOLICKIE społeczeństwa Francji, Hiszpanii, czy Irlandii uległy w dużej mierze laicyzacji? Co i kto się tak naprawdę przyczynił się do tego, że pustoszeją świątynie, zamiera pobożność nominalnie wierzących ludzi? Czy Kościoły w tych krajach nie zauważyły zagrożeń prowadzących do takiej sytuacji? Dla uniknięcia nieporozumień odnotujmy, że interesuje mnie los wiary/religii Kościoła katolickiego. Dlaczego? Ano – zauważmy – świat przepełniony jest religiami. Ale to są religie neopogańskie, które choć w sensie społecznym są religiami, to jakoś (o dziwo!) nikt z nimi za bardzo nie walczy. Walczy się natomiast wyłącznie z religią KATOLICKĄ. Wygląda na to, że przyczyna leży w tym, iż nie ma drugiej takiej religii, która by narzucała człowiekowi NIEZALEŻNĄ od człowieka doktrynę moralności i Objawienia.

Z obserwacji wynika – pisali już o tym w latach 70. XX wieku konserwatywni zachodni badacze – że w gruncie rzeczy wzmiankowane wyżej ewidentne sukcesy laicyzacyjne były następstwem tego, iż dominujące w świecie lewoskrętne/ marksistowskie siły postępu przybrały oblicze „zakrystiana”.

Próba opanowania Kościoła wymagała zakorzenienia się w nim i podjęcia próby zabicia go od środka.

Strategia ta była konsekwencją tego, iż komuniści/marksiści zdali sobie sprawę z klęski poniesionej w ciągu ostatnich stu lat walki z Kościołem, prowadzonej od ZEWNĄTRZ. Marksizm od początku był ideologią skrajnie antyreligijną. Włodzimierz Lenin o wrogości wobec religii pisał: „Forma naszego komunistycznego społeczeństwa została przez nas stworzona tylko dlatego, aby walczyć przeciw wpływom jakiejkolwiek religii na świadomość klasy robotniczej. Marksizm powinien być materialistyczny. Mówiąc inaczej, powinien być wrogiem religii. Komuniści to nieprzejednani wrogowie fanatyzmu religijnego i ceremonii religijnych” (W. Lenin, Socjalizm a religia, 1905). Kościół katolicki jako instytucja stojąca na straży wartości absolutnych – życia, rodziny, prawdy, dobra – bronił tego, co było obiektem ataku marksistów, dlatego był i jest dla nich głównym ośrodkiem antyrewolucyjnym.

Kościół katolicki jest podstawowym budulcem tradycyjnej kultury, dlatego nie da się tej kultury zmienić bez zniszczenia Kościoła.

Sowieccy czekiści – przypomnijmy – bezcześcili kościoły, hiszpańscy republikanie mordowali księży i gwałcili zakonnice, a współcześni wrogowie Kościoła „tylko” wieszają na krzyżu genitalia albo śpiewają kolędy, ilustrując je stosunkiem seksualnym. Polską tradycję katolicką niszczy się więc bezkrwawo – wulgaryzmami i śmiechem.

Najbardziej opiniotwórczy ongiś dziennik w Polsce nie po raz pierwszy wzruszył się swego czasu przedświątecznym losem karpi: „Bóg się rodzi, karp truchleje”. „Gazeta Wyborcza” przytaczała opinie ekspertów potwierdzające, że zabijane ryby cierpią! Zamieszcza też fragment listu obrońców zwierząt do Episkopatu Polski wzywający do niejedzenia ryb. Wreszcie opisuje akcję „wypuszczania karpi na wolność”. „Ryby nie są rzeczami. Cierpień, jakie im się zadaje, nie można usprawiedliwiać tradycją” – stwierdził jeden z organizatorów protestu przeciwko tradycji. Dramatyczne opisy rybiego losu i wypuszczanie złowionych ryb (zamiast przekazania ich na wigilijne stoły np. w domach dziecka) mogą sugerować, że ludzkie cierpienia nieczęsto zasługują na porównanie do cierpień zwierząt… Dzięki artykułowi (Kto nie lubi świąt?, „Nasz Dziennik”, 2005) wiemy już, że w niechęci do Świąt Bożego Narodzenia przodują dwa „humanistyczne” byty/podmioty: karpie i „Gazeta Wyborcza”.

Moc i urok laickiego humanizmu

Wciąż zbyt mała jest świadomość, że są HUMANIZMY będące ukrytą formą Bogobójstwa, detronizacji Boga, zwalczające Boga i Kościół katolicki. Odnotujmy, że rosyjski XIX-wieczny myśliciel prawosławny Władimir Sołowjow (1853–1900) przewidywał, że nadejdą takie czasy, w których powstanie chrześcijaństwo, które nie będzie skoncentrowane na Chrystusie rzeczywistym, tylko na jakimś Chrystusie zniekształconym. Chrystusie bez krzyża. Chrystusie pomieszanym z ideami pogańskimi, z kompromisami etycznymi czy synkretyzmem religijnym. Inaczej mówiąc, kiedy się analizuje humanizm, należy przyglądać się jego czystym, wzniosłym odłamom, ale też trzeba analizować te jego odłamy, które mogą być satanistyczne. Antychryst – ostrzegał Sołowjow – będzie również filantropem, ekologiem (skąd my to znamy!), humanistą, czyli w ogóle będzie czarował ludzi. Będzie się ludziom podobał, natomiast nie będzie w nim Chrystusa. Bez większego ryzyka popełnienia błędu da się przyjąć, że w takim odłamie humanizmu mógł się zrodzić pomysł organizowania tzw. „ślubów humanistycznych”.

Ach, co to był/jest za ślub…

Jeszcze do niedawna było wiadome, że jest ślub cywilny i ślub kościelny. Ale to już przeszłość. Dzięki temu, że „humaniści” nie zasypiają gruszek w popiele, mamy nową kategorię ślubu, tzw. ślub humanistyczny – bez księdza i urzędnika stanu cywilnego. Stanowi alternatywę dla ślubu cywilnego i kościelnego. Pierwszy taki ślub (w Polsce nie ma on skutków prawnych) odbył się w 2007 roku w Warszawie. Ponieważ nie było mi jeszcze dane uczestniczyć w takim ślubie (nikt mnie nie zaprosił), w internecie znalazłem informacje o urokach i blaskach humanistycznego ślubu, które mnie oczarowały. Wstyd się przyznać, ale na chwilę nawet zapomniałem, że to cudo pomyślane jest nie dla mnie, bo dla osób, które nie utożsamiają się z żadną wiarą ani wyznaniem. I choć promotorzy ślubu wzmiankują o swojej bezradności w opisie ceremonii – to jednak swoje zrobili. Posłuchajmy: „Ta energia, to coś, co nie sposób jest opisać. Te Panny Młode mają w sobie to coś. Mają w sobie piękno, subtelność i niezwykły blask. To coś, czego nie sposób jest się nauczyć. To się ma, lub tego się nie ma. I kiedy patrzymy na zdjęcia z tej jakże duchowej ceremonii, to widzimy właśnie taki blask – przepełniony subtelnością i delikatnością”.

Niech mi Czytelnik wybaczy, bo może nie powinienem się z tego zwierzać… Fakty są takie, że doznałem chyba czegoś na kształt wzdęcia wyobraźni i radykalnie zrewidowałem swój dotychczasowy stosunek do tej instytucji. I gdybym był trochę młodszy, to kto wie, co bym zrobił… Ale do rzeczy. Otóż okazuje się, że śluby humanistyczne – cytuję: „należą do najdynamiczniej rozwijającego się w świecie rodzaju ślubów. Są one organizowane przez stowarzyszenia humanistyczne. Główny nacisk w ich przypadku, jak sama nazwa wskazuje, kładziony jest na wartości humanistyczne, takie jak: rozum, przyjaźń, wolność jednostki, zaufanie do ludzi, afirmacja tolerancji i różnorodności, równość kobiety i mężczyzny, empatia.

Tym, co jest ważne w przypadku ślubu humanistycznego, to element kreatywności oraz chęć ogłoszenia przez Młodych Zakochanych, że się kochają i chcą założyć rodzinę. I czegóż – zapytajmy – można chcieć więcej?

Wracając do tytułowego wątku dzisiejszego felietonu – zauważmy, że po dotychczasowych nieudanych wysiłkach marksiści podjęli próbę zabicia Kościoła od WEWNĄTRZ, od środka. Zakorzeniają się w Kościele, uczelniach, mediach, środowiskach katolickich. Taka tendencja oczywiście przeraża prawdziwych katolików. A komuniści i wszelkiej maści lewacy się śmieją, bo kto ich wykorzeni z katolickich kręgów, jeśli w Kościele katolickim utrzyma się tendencja, by NIKOGO nie ekskomunikować, czyli mówiąc bardziej współczesnym językiem – NIKOGO nie dyskryminować? (Szwindel ateistycznego komunizmu, „Polonia Christiana”, nr 49/2016). Myślę, że w zarysowanym kontekście łatwiej zrozumieć, dlaczego na Kongresie Eucharystycznym w Filadelfii w 1976 roku Kardynał Karol Wojtyła mówił: „Stoimy dziś wobec ostatecznej konfrontacji między Kościołem a antykościołem, między ewangelią a antyewangelią, między Chrystusem a Antychrystusem. Ta konfrontacja – podkreślił – znajduje się w planach Bożej Opatrzności. Jest zatem w Bożym planie próba, której Kościół musi z odwagą stawić czoła”. To nie kto inny, a Kościół katolicki właśnie – zgodnie ze swoją misją – przypomina światu, katolickim politykom i ustawodawcom obowiązek troski o oparte na naturze ludzkiej wartości fundamentalne, niepodlegające negocjacjom.

Artyści/humaniści w czasach koronawirusa

Jakoś tak się przyjęło, że artyści niejako z samej swej duchowej natury są zazwyczaj lewoskrętni. Nie dziwi więc, że ci zawodowi przeciwnicy Pana Boga nie zaprzepaścili okazji, aby na tym nieszczęściu grasującym po świecie upiec swoją pieczeń. Wpadli na pomysł, aby przypomnieć stąpającym po tej ziemi (a w zasadzie zamkniętym w swoich mieszkaniach w obawie przed koronawirusem) „utwór wszechczasów” – Imagine Johna Lennona. Można było usłyszeć w TVN 24, że jest to piosenka zawierająca w sobie „wielkie pokłady NADZIEI” i z tego powodu dobrze, że się ją przypomina. Ponieważ mniej znana (od niewątpliwie pięknej melodii utworu) jest treść utworu – może warto przypomnieć, w czym Lennon ulokował swoje nadzieje, które tak bardzo urzekły wielu ludzi. Przesławny Beatles odwołuje się do marzeń i wyobraźni: „Wyobraź sobie, że nie ma Nieba. To nie jest trudne, jeśli spróbujesz. Żadnego piekła pod nami, nad nami tylko niebo. Wyobraź sobie wszystkich ludzi żyjących dla dnia dzisiejszego. Wyobraź sobie, że nie ma krajów. To nie jest trudne do zrobienia. Nic, dla czego można byłoby zabić albo umrzeć, żadnych religii. Wyobraź sobie wszystkich ludzi żyjących w pokoju. Możesz mówić, że jestem marzycielem, ale nie jestem jedyny./ Mam nadzieję, że któregoś dnia przyłączysz się do nas I świat będzie żył jako jeden. Wyobraź sobie brak własności. Zastanawiam się, czy potrafisz. Żadnej chciwości i głodu, braterstwo ludzi. Wyobraź sobie wszystkich ludzi dzielących się światem. Możesz mówić, że jestem marzycielem (…)”.

No cóż, jest to wizja zwycięstwa lewackiej ideologii nad zdrowym rozsądkiem, ostateczny sukces totalitaryzmu na skalę światową. Słowem: globalna urawniłowka. Jak ostrej szpicruty trzeba by było użyć, żeby wprowadzić tę wizję w życie? Wielu – przypomnijmy – próbowało: Hitler, Stalin Mao… I to wszystko zawiera się w jednym, niewinnym przeboju muzyki pop? – spyta ktoś ze zdziwieniem. Nie wszystko – odpowiadam – ale jest to doskonale uchwycona esencja pragnień propagatorów „poprawności politycznej”, które (trzeba mieć nadzieję) nigdy nie zostaną zrealizowane. Wszak jest to marzenie przerażające („Opcja na prawo” nr 12/2011). Nieprzypadkowo więc to właśnie katolicyzm pozostaje w zasadniczym konflikcie z najbardziej agresywnymi prądami lewoskrętnej kultury współczesnej. Kto wierzy w Boga, kto staje w obronie wartości absolutnych – w ocenie europejskiej lewicy uchodzi dziś za politycznie niekompetentnego.

Zło w kulturze bierze swój początek w myślach, w rozumie, a ściślej w jego braku. Jak to trafnie ujął G.K. Chesterton: „Jeżeli ktoś przestanie wierzyć w Boga, to nie znaczy, że w nic nie będzie wierzył, tylko że uwierzy w byle co”.

Smutny fakt, że w Monachium najbardziej intratnym zajęciem jest zawód wróżki, i to lepiej płatny niż zawód profesora, adwokata czy lekarza, tylko potwierdza tezę Chestertona. Wydaje się, że najbardziej niebezpieczna dla Kościoła i religii jest sytuacja następująca: „Posiadać określoną religię, ale w formie rozwodnionej i zeszpeconej, zredukowanej do czystej paplaniny, tak że można tę religię wyznawać w sposób pozbawiony wszelkiej żarliwości czy pasji” („Fronda” 2006).

Wielu uważających się za osoby wierzące mówi o sobie: „Jestem katolikiem wierzącym, ale niepraktykującym”. Słowo „wierzący” najczęściej nie oznacza dla nich nic innego, jak jedynie uznanie istnienia Boga, zaś „niepraktykujący” – nieuczestniczenie w życiu sakramentalnym Kościoła i zakwestionowanie jego nauczania. Już na podstawie powyższego stwierdzić można, że takie sformułowanie „wierzący, ale niepraktykujący” jest zupełnie pozbawione sensu. Otóż samo uznanie istnienia Boga nie jest wiarą w Niego, zakwestionowanie zaś Jego przykazań i prawdy przez Niego objawionej to po prostu akt niewiary. Ten z kolei nie jest żadną podstawą do określenia swojego miejsca w Kościele katolickim. Wręcz przeciwnie… Czy człowiek, który swoimi czynami lub ich brakiem podważa sens Bożych przykazań, a spotkanie z Chrystusem w Eucharystii uważa za niepotrzebne – jest wierzący?

Wbrew temu, co słyszymy, nie istnieje pojęcie „laickiego katolicyzmu” i nie istnieją „laiccy katolicy”. W kościele katolickim słowo „laicki” oznacza stan nieduchowny, zaś „laikat” – ogół katolików świeckich, wiernych, którzy uznają Boże przykazania i zobowiązania z tego uznania płynące, a swoją wiarę w Boga gotowi są poprzeć czynami. Oni wiedzą, że twierdzenia typu „jestem wierzący, ale niepraktykujący” są po prostu kompromitujące. Bo według logiki takich sformułowań należałoby usprawiedliwić na przykład złodzieja, bo wszak może też jest uczciwy? Tyle tylko, że niepraktykujący… Kończąc, zauważmy, że marksizm da się porównać do wirusa, który na przestrzeni lat mutuje do coraz niebezpieczniejszych form.

Pomysł, aby marksizm kulturowy przycupnął w Kościele, przybierając oblicze zakrystiana, był prawdziwym majstersztykiem. Świadczy o tym fakt, że bezpośredni atak na religię przeprowadzony przez komunistów przyniósł o wiele mniejsze niszczycielskie skutki niż działania podejmowane na Zachodzie w imię analizowanego tzw. laickiego humanizmu.

Jakoż w ostatecznej perspektywie każdy katolik powinien być świadom, iż należy do zwycięskiej armii, ponieważ Christus vincit (Chrystus Wodzem). A jak to zwięźle ujął święty Jan Chryzostom: „Łatwiej zgasić słońce niż zniszczyć Kościół”. Tak więc, mimo wszystko, głowa do góry, Rodaku-katoliku! Póki co, nie lękaj się postępowych marzeń Johna Lennona.

Artykuł Herberta Kopca pt. „Marksizm kulturowy w zakrystii” znajduje się na s. 5 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 70/2020, gratis.kurierwnet.pl.

 


Do odwołania ograniczeń w kontaktach, związanych z obowiązującym w Polsce stanem epidemii, „Kurier WNET” wraz z wydaniami regionalnymi naszej Gazety Niecodziennej będzie dostępny jedynie w wersji elektronicznej, BEZPŁATNIE, pod adresem gratis.kurierwnet.pl.

O wszelkich zmianach będziemy Państwa informować na naszym portalu i na antenie Radia Wnet.

Artykuł Herberta Kopca pt. „Marksizm kulturowy w zakrystii” na s. 5 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 70/2020, gratis.kurierwnet.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego