„Ludzie czekają dziś albo na show, albo na tragedię, która urasta do rangi… show”. Rozmowa z zespołem Half Light

Zdarzają się {…] takie sytuacje, które chcę przetrawić poprzez tekst. Nigdy nie ukrywałem, że pisanie tekstów, i granie w zespole jest dla mnie rodzajem autoterapii – mówi Krzysztof Janiszewski.

Half Light to zespół, który po raz pierwszy zobaczyłem na żywo w roku 2013 na klatce schodowej jednego z toruńskich klubów. Roiło się wówczas na tychże schodach od takich gwiazd jak Zbigniew Krzywański i Sławek Ciesielski z Republiki oraz licznych legend przebogatego toruńskiego undergroundu muzycznego.

Szybko dało się wyczuć, że to środowisko tętni jakimś kompletnie innym życiem, niż środowiska artystyczne innych polskich miast. Duch Kobranocki, Rejestracji, a przede wszystkim duch Grzegorza Ciechowskiego nie tylko wszechwładnie unosił się nad Grodem Kopernika, ale przede wszystkim sprawiał, że wszyscy znani lub mniej znani toruńscy muzycy w moim bardzo subiektywnym odbiorze czuli się faktem swojej środowiskowej przynależności jakoś pozytywnie naznaczeni, ale i w jakiś nieuchwytny acz niezwykle wyczuwalny sposób zobowiązani.Trudno jest zwykłymi słowami tę toruńską inność opisać przybyszowi z zewnątrz, ale to, co rzuca się tam w oczy najbardziej, to niesamowita ilość zespołów, projektów, przeglądów i przeróżnych muzycznych wydarzeń, którymi nie tylko można by z powodzeniem obdzielić o wiele bardziej zaludnione miasta, lecz przede wszystkim które skupiają wszystkie liczące się w tej wyjątkowej społeczności nazwiska gwarantujące swoją historią pewną solidność i poziom, poniżej którego nikomu schodzić nie wolno.

W takim to właśnie miejscu pełnym legendarnych opowieści o czasach Bikini i starej Od Nowy oraz nieustannie tętniących życiem i muzyką pubów i klubów wzrastali artystycznie i pozaartystycznie Krzysztof Janiszewski, Piotr Skrzypczyk i Krzysztof Marciniak, czyli obchodząca 15 maja 2019 swoje 10-lecie istnienia grupa Half Light nazywana przez niektórych polskim Depeche Mode.

Twoje teksty to bardzo często historie dramatyczne, czasem dotykające także sfer intymnych. Czy przelewając na papier te wszystkie emocje i namiętności, czerpiesz z własnego życia, czy z obserwacji innych ludzi? 

Krzysztof Janiszewski: Czerpię przede wszystkim z obserwacji rówieśników, ale w wielu kwestiach są to też moje prywatne historie, które opowiadam w trochę inny sposób. Myślę, że wiele sytuacji, które pojawiają się na naszych płytach, są przeżyciami faceta w średnim wieku, który przechodzi z beztroskiego okresu młodzieńczego, kiedy to można spontanicznie robić głupie rzeczy, do momentu, w którym mężczyzna przynajmniej w jakimś stopniu powinien być już odpowiedzialny za swoje czyny.

Często się  zdarza, że bal wygrywa z otchłanią?

Krzysztof Janiszewski: Czasami tak. Ten bal, który jest w moim tekście, czasem jest balem radosnym, celebrującym jakiś sukces, ale jest też i bal, który pojawia się wtedy, kiedy idziemy na całość, kiedy popuszczamy zdrowe zasady postępowania i zwyczajnie… szalejemy! I nawet, jeśli staramy się zachować w tym wszystkim jakiś umiar, to niepohamowana chęć zdobycia czegoś za wszelką cenę i tak nieuchronnie pcha nas w otchłań.

W twoich tekstach dostrzegam dwa tematy wiodące. Pierwszy z nich, to duchowe spustoszenie człowieka wynikające z życia w takim, a nie innym systemie społeczno-politycznym, czyli ten codzienny wyścig szczurów i upiorna brutalność życia, która sprawia, że zaczyna brakować nam czasu na głębsze refleksje i okazywanie uczuć. Drugi temat to cielesna zmysłowość i siła dzikiej namiętności, czyli ta cała intymność, która zachodzi pomiędzy kobietą i mężczyzną. W związku z tym, że twoje spostrzeżenia w obu tych kwestiach są w mojej opinii niezwykle celne, mogę się jedynie domyślać, że w jakimś stopniu musiałeś je osobiście przeżyć. 

Przenieś do Kosza
Krzysztof Janiszewski: Na pewno. Jeżeli mówimy o kwestiach erotycznych, czyli damsko-męskich, to na pewno są to – nie będę ukrywał – sytuacje, które przeżyłem. Żyje 48 lat na tym świecie i przeżyłem wiele historii, które kładły się cieniem na moim życiu.

Zapewne mógłbym się w nich przejrzeć, jak w zwierciadle.

Krzysztof Janiszewski: Nie wiem, czy mam się z tego cieszyć, czy nie (śmiech)

Jeżeli choć w niewielkim stopniu poczułeś, że nie jesteś w tym sam, to się cieszę (śmiech).

Krzysztof Janiszewski: Na pewno są to historie, które nigdy nie brały się z  próżni i rzeczywiście zdarzają się nieraz takie sytuacje, które chcę przetrawić poprzez tekst, bo też nigdy nie ukrywałem, że pisanie tekstów, śpiewanie i granie w zespole jest dla mnie rodzajem autoterapii. Zawsze mówię o tym wprost i cieszę się, że mam taki, a nie inny sposób na odreagowanie, podczas gdy inni się zapijają, albo biorą niebezpieczne używki…

 …a ty wolisz wyrzucić to z siebie na scenie.

Krzysztof Janiszewski: Tak, jest to dla mnie jakiś rodzaj oczyszczenia i faktycznie jest kilka takich utworów, które naprawdę pomogły mi przeżyć, jak choćby „Prośba do następcy” Republiki. A co do sytuacji społeczno-politycznej i wyścigu szczurów, to ja myślę, że są to sytuacje, które w tych czasach, w jakich przyszło nam żyć, stały się już normalnością, nad czym oczywiście ubolewam, bo przecież doskonale pamiętam swoje dzieciństwo, młodość i wiem, że kiedyś tak nie było i że świat był inny. Współczesność stawia przed nami ogromne wyzwania i najchętniej wziąłbym sobie od niej na jakiś czas urlop.  Najsmutniejsze jest to, że naprawdę wiele jest dziś takich osób, które drugiego człowieka mogą pchnąć w otchłań i jeśli chcemy prowadzić normalne życie, to niestety prędzej czy później będziemy zmuszeni z tą rzeczywistością się zmierzyć, ale jednocześnie ta nieustanna pogoń za wszystkim powoduje, że człowiek staje się dziś coraz bardziej oschły, wyalienowany i naładowany złymi emocjami.

Dlaczego wszystkie ważne słowa, które chcieliście przekazać światu, postanowiliście 11 lat temu „opakować” w muzykę elektroniczną? Granie elektroniki w granicach Polski to nie od dziś inicjatywa z góry skazana na niszę i nie powiem chyba nic odkrywczego, jeśli stwierdzę, że gdyby Marek Biliński urodził się we Francji, byłby dziś prawdopodobnie tak popularny jak Jean-Michel Jarre.

Krzysztof Janiszewski: Jest to sytuacja, która pojawiła się w moim życiu w roku 2009. Grałem wcześniej w zespole Vitamina, który był zespołem stricte rockowym i w pewnym momencie uznałem, że w tej formule nie mam osobiście już nic więcej do przekazania. Wszystko, co wtedy się u mnie działo, zaczęło być wtórne i przestawało dawać mi satysfakcję. Było nas wielu, ale byliśmy bez pomysłów i robiliśmy coś, co już nas nie cieszyło i właśnie wtedy pojawiła się idea, by spróbować innych nut, innych dźwięków i innych barw.

 Piotrze, czy od początku swojej przygody z muzyką byłeś pianistą?

Piotr Skrzypczyk: Nie, ja swoje pierwsze kroki stawiałem z gitarą i poezją śpiewaną przy ognisku. Jakieś zespoły – owszem – też były, ale elektronika zawsze była dla mnie najbardziej istotną sprawą i od momentu, kiedy mogłem już poprosić rodziców, żeby mnie w tej dziedzinie wsparli, oni to uczynili i od tego czasu kombinuję z tą muzyką na dobre. Podobnie jak dla Krzyśka, rok 2009 był dla mnie też takim momentem przejścia i co najważniejsze – było ono dla mnie dość naturalne, a to, że Krzysiek zaprosił mnie do tego projektu, było dla mnie o tyle ciekawe, że łączyliśmy siły pochodzące z bardzo różnych stron i kiedy chwilę później doszedł do zespołu Krzysiek z gitarą, okazało się, że z tego wszystkiego można zrobić naprawdę coś ciekawego.

 Krzysiu, co w brzmienie zespołu elektronicznego wnosi gitarzysta? Twój instrument prawie każdemu kojarzy się z tradycyjnym zespołem rockowym, czyli gitara, bas, wokal, perkusja. Jak odnalazłeś się w składzie: wokal, gitara, klawisze i perkusyjny automat?

Krzysztof Marciniak: Podobnie jak Krzysiek, grywałem wcześniej muzykę może nie stricte rockową, ale na pewno z pogranicza rocka progresywnego. Kiedy chłopaki zaprosili mnie do współpracy, stwierdziłem, że projekt jest na tyle interesujący, że z przyjemnością będę z nimi grał. Krzyśka poznałem kilka lat wcześniej. Szukaliśmy z ówczesnym zespołem wokalisty i Krzysiek akurat się zgłosił. W ciągu kilku miesięcy nagraliśmy nawet kilka numerów, ale niestety zespół nie przetrwał zbyt długo, ale kiedy po dwóch latach Krzysiek zaproponował mi udział w HL, stwierdziłem, że jest to dla mnie interesujące. Zawsze lubiłem wyzwania gitarowe. W Half Light wymagane jest zupełnie inne podejście do gitary, niż w przypadku składu standardowego. Początkowo w muzyce HL gitara była tylko smaczkiem, dopełnieniem całości, ale z czasem jej rola uległa zmianie.

Początkowo nie za bardzo przemawiało do ciebie pisanie tekstów w języku polskim. Teraz piszesz tylko po polsku. Co się stało?

Krzysztof Janiszewski: Było to konsekwencją tego, co zdarzyło się wcześniej. W roku 2009 poczułem próżnię i nie potrafiłem odnaleźć się ani w mojej muzyce, ani w moich tekstach. Język angielski dawał mi możliwości do wyśpiewania melodii, bo jest to język, który daje możliwość łatwego przechodzenia od frazy do frazy. Ten pomysł po jakimś czasie też się jednak wyczerpał, ponieważ anglojęzyczne  teksty były mało osobiste i w pewnym momencie ponownie straciłem pomysł, o czym mam dalej pisać. I wtedy przyszła mi do głowy myśl, czy nie byłoby dobrze wrócić do języka ojczystego aby, mój przekaz stał się bardziej osobisty.

 Wasz debiutancki album Night In The Mirror był w całości anglojęzyczny. 

Krzysztof Janiszewski: Ten materiał naszym zdaniem wypadł muzycznie i tekstowo dobrze, ale po nim pojawiła się u mnie poprzeczka, której nie byłbym już w stanie przeskoczyć. Trzeba więc było wrócić do języka polskiego, żeby przekazać swoje myśli bardziej konkretnie i ubrać je we właściwe słowa. Ta decyzja pozwoliła zespołowi pójść dalej. W pewnym sensie był w tej decyzji też nieświadomy nacisk naszej publiczności, bo kiedy nagraliśmy płytę Nowe orientacje, to można było usłyszeć wiele głosów, że świetnie się nas słucha po polsku.

 Czyli oddanie hołdu Grzegorzowi Ciechowskiemu w jakimś stopniu wyznaczyło wam kierunek rozwoju?

Krzysztof Janiszewski: Tak! Pozwoliło nam to na zrobienie kolejnego kroku i dlatego potem pojawił się Półmrok – płyta, której tytuł jest nieco przewrotny, bo jeżeli przetłumaczysz sobie nazwę naszego zespołu i zderzysz ją z tytułem płyty, to łatwo zauważysz, że życie nasze zbyt kolorowe jednak nie jest.

 O tym wydawnictwie bardzo pięknie wypowiedział się Tomasz Wybranowski: „Półmrok to trzynaście kompozycji, które przynoszą słuchaczom morze refleksji i uspokojenia po całodniowej „szczurzej galopadzie”. Każdemu radzę przesłuchać album w całości, od początku do końca. Najlepiej samotnie, tak by każde słowo Krzysztofa Janiszewskiego i wszelki akord, dźwięk, szelest dotarł w czuły punkt. Nasz czuły punkt, gdzieś na przełęczy duszy i serca. Zabiegani, zdenerwowani, w wiecznym „nie-do-czasie” tracimy z oczu to, co najważniejsze: siebie i swoje marzenia. A być może nawet prawdziwe wyobrażenia o nas, bo bez zakłamania codzienności i gier w jakie jesteśmy uwikłani”. Dla mnie natomiast ten krążek jest fenomenalnym żądłem kłującym świat bezdusznych korporacji i zblazowanych celebrytów.

Krzysztof Janiszewski: O tym mówi właśnie „Salto mortale”, które także najlepiej nawiązuje do tego, o czym napisał Tomek Wybranowski, bo tak naprawdę ludzie czekają dziś albo na show, albo na twoją tragedię, która urasta do rangi… show, czekają na twój ostatni krok, chcąc obejrzeć transmisję z twojej śmierci, czy z innych niewyobrażalnych historii, które jeszcze nie tak dawno byłyby nie do przyjęcia, byłyby społecznie niemoralne, nieakceptowalne i odrzucone. No cóż… każdy cyrk ma swoje małpy, a dziś niestety im bardziej będziesz chamski, albo wulgarny, tym będziesz bardziej popularny i tym prędzej zbierzesz finansowe i medialne kokosy, natomiast ci artyści, którzy opowiadają o swoich przeżyciach, o swoich emocjach, są obecnie spychani przez media i wytwórnie płytowe na dalszy plan, z którego tak naprawdę nie są w stanie się nigdy wygrzebać. Należy pamiętać, że media zawsze kształtowały gusta. I tak, jak w latach 70-tych, czy w 80-tych panowie Piotr Kaczkowski i Marek Niedźwiecki kształtowali nasze gusta, tak obecnie gusta młodych ludzi  kształtuje Sylwester w Zakopanem i Roztańczony Narodowy.

 Kiedyś ludzie byli na tyle muzycznie wyrobieni, że istniało pojęcie tak zwanego obciachu. Nikt szanujący się nie przyniósłby w latach 80-tych na prywatkę nagrań, które mogłyby go towarzysko zdyskredytować. Dziś kicz i obciach są absolutnie trendy i nie tylko nikt się już nie wstydzi takiej muzyki wykonywać, lecz – i to jest najsmutniejsze – coraz mniej jest takich osób, którzy mieliby odwagę otwarcie skrytykować takie wydarzenie, żądając zapewnienia minimum poziomu artystycznego.

Krzysztof Janiszewski: Jednocześnie należy się cieszyć, że w powodzi wszechobecnej komercji, wciąż można odnaleźć takie stacje radiowe jak Radio WNET, które starają się nie ulegać pokusom i konsekwentnie trzymają poziom. I tu należą się szczególne słowa uznania dla takich dziennikarzy jak ty czy Tomek Wybranowski, którzy od lat potrafią zachować zdrowy rozsądek i prezentować wartościową muzykę, nie bacząc na to, kto ją wykonuje i dla jakiej wytwórni została ona nagrana.

Gdybyście mieli porównać dwie wasze ostatnie płyty: Półmrok z roku 2014 i wydane dwa lata później Elektrowstrząsy, to w jakim kierunku wasza muzyka ewoluowała?

Krzysztof Marciniak: Początkowo moja gitara była tylko dopełnieniem brzmienia HL. Na płycie Półmrok tej gitary było już trochę więcej, natomiast na Elektrowstrząsach postanowiliśmy na naszą muzykę spojrzeć z nieco innej strony i pozwolić sobie na to, aby spora część utworów kompozycyjnie wypływała z gitary, a nie jak dotychczas – z elektroniki i choć HL zawsze będzie zespołem elektro-rockowym, to w ostatnich latach tego pazura rockowego wpuściliśmy do naszego brzmienia nieco więcej.

 A czym się te płyty różnią tekstowo?

Krzysztof Janiszewski: Półmrok jest momentami dołujący do tego stopnia, że nawet ja sam, kiedy mam gorszy dzień i słucham utworu „Moje requiem”, to szybko go przełączam. Ta płyta mówi o kryzysie mężczyzny w średnim wieku, który ostatecznie jednak się poddaje i nie widząc dla siebie jakiejkolwiek przyszłości, zatapia się coraz głębiej w ciemnej stronie swojej osobowości, natomiast na Elektrowstrząsach następuje jego przebudzenie. Do tej pory w moich tekstach nie było zdecydowanego buntu, a tutaj on jest. Są tu konkretne deklaracje, czego bohater tej płyty nie chce już robić, co go drażni i co mu przeszkadza, a „Krótka piosenka o pożądaniu” śmiało mówi o tym, że kontakty z kobietami wyzwalają u niego ulgę.

 Twoje teksty traktujące o seksualności wyraźnie inspirowane są poetyką Grzegorza Ciechowskiego. Zresztą wszystkie twoje teksty podobnie jak teksty Grzegorza – o czym już rozmawialiśmy – można podzielić na społeczne i erotyczne. Napisałeś wraz z Anią Sztuczką niezwykłą książkę „My Lunatycy. Rzecz o Republice”, natomiast płyta Nowe orientacje – jak sam przyznałeś – popchnęła wasze granie do przodu. Czy przez pryzmat tych wszystkich faktów, można powiedzieć, że duch Grzegorza nieustannie czuwa nad twoją twórczością?

Krzysztof Janiszewski: Na pewno tak. Poezja i teksty Grzegorza Ciechowskiego zawsze były dla mnie wielką inspiracją i wciąż jestem nimi przesiąknięty. Mieszkaliśmy z Grzegorzem około 500 metrów od siebie i wielokrotnie idąc do szkoły, widziałem go, jak przechodził przez ulicę, a czasami zdarzało się, że robiliśmy zakupy w tym samym sklepie. Jego sposób ujmowania jakiegokolwiek tematu jest wielowymiarowy. Jego teksty znakomicie funkcjonowały w latach 80-tych, w okresie walki z komuną, a dzis po wielu latach okazało się, że one nadal mają wielka moc i kompletnie nie straciły na  aktualności.

 Pozwól, że sparafrazuję pewną wypowiedź Grabaża i powiem, że „Moja krew” to był dla możnych tego świata taki strzał w ryj, po którym krew praktycznie leci do dzisiaj.

Krzysztof Janiszewski: Na temat tego utworu znakomitą anegdotę opowiedział Zbyszek Krzywański. Grzegorz przyszedł tego dnia na próbę z totalnie gotowym utworem. Miał napisany tekst, miał rozpisane instrumenty i powiedział: zaczynam pianinem, a wy macie tylko zagrać drugą część. Ta wena, która wtedy spłynęła na niego z nieba sprawiła, że powstał utwór niepowtarzalny i totalnie ponadczasowy i ja tym stylem opisywania zarówno erotyzmu jak i polityki jestem do szpiku kości przesiąknięty. Do dzis jest to mój idol, a najbardziej niesamowite jest dla mnie to, że nieustannie można z jego twórczości czerpać garściami.

 Jak wygląda wasza sytuacja koncertowa? 

Piotr Skrzypczyk: Na pewno dorobiliśmy się już takiego grona słuchaczy, którzy przychodzą na nasze koncerty regularnie, a są nawet tacy, którzy potrafią okazać swoje niezadowolenie, kiedy z jakichś powodów na nasz koncert nie są w stanie przybyć. A co do sytuacji koncertowej, to gramy być może mniej koncertów, ale są one za to ciekawsze i bardziej prestiżowe, co sprawia nam dużą satysfakcję.

Jakie wrażenia wywieźliście z waszego pobytu w Wielkiej Brytanii – kolebki new romantic?

Krzysztof Janiszewski: To jest przede wszystkim kolebka każdej dobrej muzyki. Kiedy wysiedliśmy z samolotu, to pierwsze słowa, jakie wtedy wypowiedziałem brzmiały: „witajmy na ziemi, gdzie powstał Led Zeppelin, Deep Purple, Pink Floyd, King Crimson i Depeche Mode”. Nie ukrywamy, że było to dla nas ogromne przeżycie, że mogliśmy tam być. Poza tym – jak doskonale pamiętasz – w dużym stopni dwa lata temu zagraliśmy na WOŚP w Luton dzięki twojej rekomendacji, jaką przekazałeś Izie i Sebastianowi – organizatorom tego wydarzenia i to jest właśnie dla nas najbardziej cenne, że takie koneksje przyjacielskie, poparte szczerym docenieniem naszej twórczości, powodują, że nasza muzyka dociera coraz dalej. Po jedenastu latach istnienia zespołu dorobiliśmy się oprócz wiernej publiczności, także grona przyjaznych nam dziennikarzy i promotorów, którzy zapraszają nas na koncerty, co pozwala nam na odpowiednim poziomie popularności funkcjonować.

Piotr Skrzypczyk: A wracając do samego koncertu w Luton, to kiedy ogarnęliśmy już wzrokiem wszystkich tych ludzi, dla których przylecieliśmy zagrać, to pierwszą rzeczą, jaka była dla nas najbardziej odbieralna, była ogromna gościnność, jaką okazywano nam praktycznie na każdym kroku. Naprawdę od pierwszych chwil pobytu czuliśmy się w Luton wspaniale.

  Dwa lata temu po ciężkiej chorobie odszedł wasz serdeczny przyjaciel, znakomity muzyk – lider zespołów Inni oraz Szepty i Krzyki, wielki fan twórczości Grzegorza Ciechowskiego – Artur Szuba. Poza przyjaźnią czysto ludzką, łączyło was także wiele wspólnych projektów muzycznych. 

Krzysztof Janiszewski: Artur Szuba był przede wszystkim naszym przyjacielem jak i na gruncie muzycznym tak i towarzyskim. Powstał nawet nasz wspólny utwór zatytułowany „Półsłówka”, z czego cieszymy się bardzo, gdyż stanowi on dziś żywą pamiątkę naszej muzycznej współpracy z Arturem. Nasze wzajemne przenikanie się potwierdza, jak bardzo nawzajem inspirowaliśmy się, wspieraliśmy i jak silnie siebie potrzebowaliśmy. Ten rodzaj kooperacji wywodzi się z pomysłu amerykańskiego muzyka Mike’a Pattona, który w roku 2006 stworzył projekt o nazwie Peeping Tom.

Polegał on na tym, że Patton porozsyłał przeróżne swoje muzyczne pomysły do swoich przyjaciół, znanych artystów z prośbą – dograjcie swoje instrumenty lub dośpiewajcie, a ja zrobię z tego całkiem nowe utwory. My z zespołem Szepty i Krzyki współpracowaliśmy na podobnej zasadzie. Poza tym Artur zaprosił nas kiedyś na koncert do Warszawy, a my zrewanżowaliśmy się Szeptom koncertem w Toruniu z okazji 6-lecia Half Light.

 Polski elektro-pop w ostatnim czasie bardzo mocno się rozwinął. Takie grupy jak The Dumplings czy Kamp! to szyldy już w branży uznane. Czy elektronika w wykonaniu tych młodych kapel stanowi kontynuację tej samej idei lat 80-tych, z której zdecydowanie wy wyrastacie, czy jest to już zupełnie nowa, inna droga?

Piotr Skrzypczyk: Ja myślę, że to jest już kompletnie nowa droga i nawet, jeśli w jakimś stopniu ci młodzi muzycy czerpią jakieś elementy, które zaistniały jeszcze w latach 80-tych, to jednak w międzyczasie wydarzyło się tyle różnych rzeczy w muzyce elektronicznej, że ja sam już nie wszystko jestem w stanie ogarnąć. Oni natomiast z tego ogromnego bogactwa brzmień potrafią po swojemu zbudować zupełnie nowe muzyczne przestrzenie. Młodzież często dziś nie opiera już swojej muzyki na umiejętności zagrania czegoś na klawiszach, tylko główny nacisk kładzie na umiejętność przetwarzania dźwięków, czyli na odpowiednie zaprogramowanie komputera. Wspomniałeś grupę The Dumplings. Oni akurat są muzykami pełnoprawnymi, bo to co potrafią wyprodukować w studiu, potrafią następnie publicznie zagrać. Istnieje jednak ogromna ilość młodych adeptów elektroniki, którzy potrafią muzykę tylko wyprodukować, ale w żaden sposób nie są później w stanie zaprezentować efektów swojej pracy podczas koncertu, ponieważ interakcja z muzyką żywą kompletnie ich nie interesuje.

Krzysztof Janiszewski: Myślę, że ten gwałtowny powrót młodych kapel do elektroniki wziął się z faktu, że indie rock nie spełnia już ich wszystkich oczekiwań i niejako twórczo się już wyczerpał. Jak dla mnie w  tym nurcie jest tylko kilka wartościowych zespołów, a cała reszta albo bezmyślnie je naśladuje, albo kompletnie się już pogubiła. Poza tym dzisiejsze technologie pozwalają młodym ludziom o wiele łatwiej i o wiele taniej korzystać z elektronicznych brzmień, które dzięki przeróżnym wynalazkom są coraz bardziej z różnicowane. Poza tym – i nie jest tu moim zamiarem kogoś obrazić – dzięki tym technologiom nie zawsze trzeba dziś umieć grać. Jak powszechnie wiadomo, gitarzysta musi ćwiczyć wiele lat, aby osiągnął pewien pułap umiejętności. We współczesnych odmianach elektroniki te umiejętności schodzą często na dalszy plan, a zamiast nich dominować zaczyna wyobraźnia i umiejętność komputerowego łączenia dźwięków.

Co możecie powiedzieć o swoim najnowszym krążku? 

 

 Krzysztof Janiszewski: Pojawił się 3 lutego tego roku i nosi tytuł (Nie)pokój Wolności. Wydawcą albumu jest wytwórnia Audio Anatomy, która przygotowała dwa formaty, na których można wysłuchać kompozycji grupy: CD oraz LP. Album składa się z 11 kompozycji electro-prog-rockowych, które tworzą tzw. concept album. Płyta w warstwie tekstowej oparta jest na szerokiej interpretacji prozy George’a Orwella. Jednak aktualna sytuacja polityczno-społeczna i mentalna w kraju i na świecie była głównym powodem do nagrania tego albumu, albumu pełnego bólu zwykłego, szarego człowieka, który musi zmagać się z nieustannym przestrzeganiem narzucanych reguł, inwigilacją, brakiem intymności oraz „bycia z wami lub przeciw wam”. Wciąż szukamy „pokoju wolności”, w którym możemy być sobą, realizować siebie i pielęgnować swoje wartości. Takich miejsc na ziemi jest coraz mniej. Muzykę skomponował cały zespól w składzie: Piotr Skrzypczyk, Krzysztof Marciniak, Krzysztof Janiszewski, słowa napisałem ja.

 

 Plany na najbliższą przyszłość?

Krzysztof Janiszewski: Koronawirus oczywiście pokrzyżował nasze plany promocyjne i koncertowe. Czekamy na lepszy moment, by zacząć grać koncerty, których już nam brakuje. W międzyczasie nagraliśmy pandemiczną EP-kę Chcę wyjść ze snu, która dostępna jest tylko w internecie. Z albumu (Nie)pokój Wolności jesteśmy bardzo dumni. Myślę, że to nasza najbardziej dojrzała i przemyślana płyta. Oczywiście będziemy ją promować przez cały czas internetowo i zamierzamy grać koncerty, które od września planujemy! Mamy dużo czasu, nigdzie się nie spieszymy i chcemy, by słuchacze odkrywali nasze dźwięki spokojnie i bez pośpiechu.

 

Prof. dr hab. Karwasz: Większość gwiazd może mieć układy planetarne. Każdy z nas może mieć własną galaktykę

Co mają wspólnego stare telewizory z początkami Wszechświata? Ile jest gwiazd na niebie? W czym się Wszechświat rozszerza? Czego Kopernik nie widział? Odpowiada prof. dr hab. Grzegorz Piotr Karwasz.


Prof. dr hab. Grzegorz Piotr Karwasz mówi o niesamowitym odkryciu Mikołaja Kopernika, czyli wprowadzeniu koncepcji heliocentrycznej Układu Słonecznego, które zostało opisane w „De revolutionibus orbium coelestium” („O obrotach sfer niebieskich”). Według naszego gościa jednym z największym odkryć naszego toruńskiego naukowca jest stwierdzenie, że „nie możemy znać rozmiarów Wszechświata”. Jeszcze sto lat temu, jak mówi fizyk, sądzono, że można poznać „rozmiar nieba”. Dziś wiemy, że wszechświat się rozszerza. Przypomina także stwierdzenie Arystotelesa, który, wbrew ówczesnej, a w zgodzie z obecną wiedzą, stwierdził, że:

Nam gwiazdy wydają się niezmienne, ale one żyją i cieszą się swoim życiem.

Naukowiec ponadto tłumaczy słuchaczom, skąd wiemy, że Wszechświat ma ok. 13,82  mld lat.  Ślady  jego początków można zaobserwować przy uruchamianiu starych telewizorów, kiedy na ekranie pojawiają się „mroczki”. Pochodzą one początkowo z promieniowania jego wytworzyło się na początku jego istnienia, gdy był gorący i świecił, a przy tym „tak gęsty, że światło niego nie wychodziło”. Wyobrazić sobie ten Wszechświat pomaga praca XIII wiecznego artysty, którą możemy podziwiać w katedrze w Wenecji.

Artysta narysował dwie kule jedną złotą z czarną promieniami i jedną czarną ze złotymi. […] Czarna kula z której nagle wyszły żółte promienie […] od tego czasu wszechświat się rozszerzył tysiące, tysiące razy, światło żółte stało się falą telewizyjną.

A w czym ten Wszechświat się rozszerza? Na to pytanie odpowiada Kopernik, który stwierdził, że nie da się nań spojrzeć z zewnątrz, czyli poza granicą widzialnego Wszechświata. Ten zaś zgodnie z teorią względności Einsteina może się albo rozszerzać albo zapadać. Gdyby się zaś zapadał to by nas nie było, więc musi się rozszerzać.

Wszechświat nie ma środka, puchnie jak ciasto.

Rozmówca Krzysztofa Skowrońskiego tłumaczy, że Wszechświat nie ma środka, gdyż jest on niczym ciasto drożdżowe rozrastające się w różnym tempie w różnych kierunkach. Odpowiada również na pytanie: „Ile jest gwiazd na niebie?”. Gołym okiem widać ok. pięć tysięcy, licząc obydwie półkule, a w naszej galaktyce miliardy. Galaktyk zaś jest na pewno dziesięć miliardów.

Większość gwiazd może mieć układy planetarne.

Prof. Karwasz mówi o odkrytych 4000 układów planetarnych, zauważając, że to, iż gwiazdy mogą mieć układy, nie znaczy, że je mają. W grudniu została przyznana Nagroda Nobla z fizyki za odkrycie nowych układów planetarnych.

Od czasów Arystotelesa i od czasów Kopernika dowiedzieliśmy się mnóstwa wiedzy. Ta wiedza się podwaja z każdym rokiem.

Pracownik naukowy Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu zauważa, że jest cztery razy więcej Wszechświata, niż to, co jesteśmy w stanie zaobserwować. Wniosek taki można wyciągnąć z analizy grawitacji – na galaktyki musi działać siła trzymająca je ze sobą.

Posłuchaj całej rozmowy już teraz!

K.T./A.P.

Pokazano cztery warianty trasy S10 i Autostradowej Obwodnicy Warszawy za ponad 20 mld zł

Wielka, autostradowa obwodnica Warszawy A50 o długości ponad 100 km razem z drogą ekspresową S10 do Płocka i Torunia ma być zbudowana do 2029 r. Drogowcy przedstawili cztery warianty trasy.

Prace koncepcyjne nad wielką obwodnicą Warszawy Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad prowadziła od ponad roku. Dla urzędników na szczeblu rządowym stało się jasne, że trzeba oswobodzić stolicę od tranzytu ciężarówek, które blokują Trasę AK z mostem Grota-Roweckiego. Są tu korki i groźne wypadki mimo niedawnej rozbudowy tego odcinka. Dobowy ruch przekracza już 200 tys. pojazdów, a liczba ta rośnie z każdym rokiem.

Jak przekazał w piątek „Gazecie Wyborczej” Szymon Piechowiak z GDDKiA,  powstały cztery warianty autostradowej obwodnicy Warszawy i aglomeracji stołecznej o numerze S10/S50/A50 powiązane z nowym przebiegiem drogi ekspresowej do Torunia. Zdefiniowano cztery korytarze, które zostały objęte uszczegółowieniem i oceną w ramach Studium Korytarzowego:

Warianty korytarzy/Foto. GDDKiA/ materiały prasowe

Wariant 1: A1 (Toruń — proponowany węzeł Grabowiec) – Płock — Obwodnica Aglomeracji Warszawskiej — OAW (opcja w sąsiedztwie m. Tłuszcz), o długości 380 km, z czego ok. 100 km jako autostrada, szacunkowa wartość całej inwestycji to 24,1 mld zł,

Wariant 2: A1 (Toruń — istniejący węzeł Lubicz) – Płock-Obwodnica Aglomeracji Warszawskiej (opcja nawiązująca do przebiegu DK50 i DK62 na południe od m. Wyszków), o długości 412 km, z czego ok. 110 km jako autostrada, szacunkowa wartość całej inwestycji to 26 mld zł,

Wariant 3: A1 (Włocławek — istniejący węzeł Włocławek Północ) – Płock-Obwodnica Aglomeracji Warszawskiej (według opcji jak dla Wariantu 1 z korektami w rejonie Sochaczewa i Piaseczna), o długości 362 km, z czego ok. 95 km jako autostrada, szacunkowa wartość całej inwestycji to 22,9 mld zł,

Wariant 4: A1 (Ciechocinek/Włocławek — proponowany węzeł Brudnowo) – Płock-Obwodnica Aglomeracji Warszawskiej (według opcji jak dla Wariantu 2 z korektami w rejonie Sochaczewa, Piaseczna i Wyszkowa), o długości 398 km, z czego ok. 105 km jako autostrada, szacunkowa wartość całej inwestycji to 25,4 mld zł.

W zależności od wybranego wariantu planowane koszty kształtują się na poziomie 23-26 mld zł.

A.P.

Jan Krzysztof Ardanowski, Tomasz Rzymkowski, Jacek Żurawski – Poranek WNET – 13 lipca 2018 roku z Torunia

WRACAMY DO ŹRÓDEŁ – Dzień #10, Toruń! Poranek WNET na www.wnet.fm od 7.07 do 10.00

Goście Poranka WNET:

Jan Krzysztof Ardanowski – minister rolnictwa i rozwoju wsi;

Zbigniew Rasielewski – wiceprezydent Torunia, kandydat PiS na prezydenta Torunia;

Tomasz Rzymkowski – poseł Kukiz’15;

Jacek Żurawski – przewodniczący zarządu NSZZ Solidarność regionu toruńsko-włocławskiego;

Wojciech Klabun – radny miasta PiS;

Damian Wasilewski – wiceprzewodniczący struktur Kukiz’15;

Dorota Zawacka-Wakarecy – prezes Fundacji Generał Elżbiety Zawadzkiej;

Janina Mirończuk – jest założycielką i Prezesem Fundacji Światło;

Olgierd Dubowik – spółdzielca Mediów WNET;

Bogdan Czajkowski – reżyser;

Kamila Gapska – prezes zarządu NAVITA REHABILITACJA Sp. z o.o.

Kasia Kosmos – mieszkanka Torunia;

Janina Mirończuk – prezes Fundacji Światło;

Wojciech Przybysz – stowarzyszenie Wędka.


Prowadzący: Łukasz Jankowski

Wydawca: Luiza Komorowska

Realizator: Karol Smyk


 

Część pierwsza:

Kamila Gapska / Fot. Luiza Komorowska, Radio Wnet

Tomasz Rzymkowski o reformie wymiaru sprawiedliwości i o zgromadzeniu narodowym z okazji 550-lecia polskiego parlamentaryzmu.

Kamila Gapska o jej firmie rehabilitacyjnej: gość Poranka WNET wytłumaczyła, po co założyła działalność gospodarczą o takim profilu i czym się charakteryzuje jej przedsiębiorstwo.

 

Część druga:

Damian Wasilewski / Fot. Luiza Komorowska, Radio Wnet

Wojciech Klabun mówił o realiach politycznych w Toruniu.

Damian Wasilewski stwierdził, że należy w radzie miasta przeprowadzić audyt, który obecnie jest niemożliwy przy władzy prezydenta Michała Zaleskiego.

 

Część trzecia:

Krzysztof Ardanowski / Fot. Konrad Tomaszewski, Radio Wnet

Zbigniew Rasielewski o swojej kandydaturze z ramienia Zjednoczonej Prawicy na prezydenta Torunia w jesiennych wyborach samorządowych, zadłużeniu miasta, oraz realizacji programu „Mieszkanie+”.

Jan Krzysztof Ardanowski mówił o polityce ministerstwa pod jego pieczą; walce z afrykańskim pomorem świń w Polsce oraz o dialogu polsko-żydowskim.

 

Część czwarta:

Kasia Kosmos / Fot. Luiza Komorowska, Radio Wnet

Jacek Żurawski o problemach przedsiębiorstw w Toruniu i kondycji NSZZ Solidarność.

Kasia Kosmos opowiadał o polepszeniu estetyki Torunia, czyli usunięciu wielu banerów, reklam, które szpeciły miasto.

Dorota Zawacka-Wakarecy o działalności Fundacji Generał Elżbiety Zawadzkiej i chęci stworzeniu filmu o gen. Zawadzkiej. Niestety problemem są środki pieniężne.

Janina Mirończuk opowiadała o Fundacji Światło – zajmuje się ona pomocą ludzi cierpiących na nowotwór.

 

Część piąta:

Bogdan Czajkowski / Fot. Luiza Komorowska, Radio Wnet

Bogdan Czajkowski o PZPR-owskiej przeszłości prezydenta Torunia Michała Zaleskiego. Gość Poranka WNET podkreślił, że dzięki działaniom medialnym i PR-owskim włodarz kujawsko-pomorskiego miasta schował swoją czerwoną przeszłość w wieko, na które osadziła się gruba warstwa kurzu. Mieszkańcy Torunia ani nie wspominają, ani nie pamiętają jego komunistycznej karty. Gość Poranka WNET skrytykował większość działań toruńskich polityków oraz przedstawiał lokalne skandale.

Wojciech Przybysz wraz z Iwoną, Anną i Marcinem o stowarzyszeniu Wędka.


Posłuchaj całego Poranka WNET!



Karol Wojtasik, radny miasta Torunia: Port przeładunkowy na Wiśle dla Torunia to szansa dla tego miasta na rozwój

Dzień 78. z 80/Toruń/Za nami 839 km Wisły- Nie ma bardziej proekologicznego środka transportu żeglugi śródlądowej – tak do idei budowy portu przeładunkowego w Toruniu dla trasy E-40 przekonywał radny.

– Toruń to miasto nad Wisłą, przez którą prowadzi międzynarodowa droga wodna E-40; wiedzie ona przez Mińsk, Kijów, Dniepropawłowsk z Gdańska nad Bałtykiem do Chersonia nad Morzem Czarnym – powiedział radny. Przypomniał, że od średniowiecza Wisła w tym miejscu stanowiła element wielkiego szlaku handlowego od Waregów do Greków.

– Trzy tygodnie temu na festiwalu inaugurującym rok rzeki Wisły klub radnych PiS wyszedł z inicjatywą zapisania w wieloletniej strategii dla miasta Torunia budowy rzecznego portu przeładunkowego na Wiśle.

Zwrócił uwagę na fakt wieloletnich zaniedbań na odcinku polskim tej trasy, to jest fragmencie rzeki Bug, gdzie urządzenia hydrotechniczne są przestarzałe i uniemożliwiają spływ dużych barek. W 2013 roku przebadano możliwości ponownego uruchomienia szlaku i okazało się, że z ponad 3600 km tej trasy czwartą lub piątą klasę żeglowności ma jedynie odcinek 215 kilometrów.

Mimo to radni PiS z Torunia chcą powstania portu przeładunkowego, który umożliwi transport do Europy Wschodniej towarów z polskich portów w Gdyni, Gdańsku, a jak powstanie przekop przez Mierzeję Wiślaną, również z Elbląga. Projekt ten zdaniem radnych PiS z Torunia kwalifikuje się do tego, aby dostać dofinansowanie unijne.

– Nie ma bardziej proekologicznego środka transportu od żeglugi śródlądowej – przekonywał Karol Wojtasik, cytując dane dotyczące spalania ropy naftowej przez barki i TIR-y: żeby przetransportować ten sam ładunek, TIR-y zużyją siedmiokrotnie więcej paliwa niż barki rzeczne.

Szacuje się, że na jednym litrze paliwa na odległości jednego kilometra można przetransportować barką aż 127 ton ładunku, koleją 97 ton, samochodem 50 ton.

Wywiad z Karolem Wojtasikiem, radnym miasta Torunia, w części pierwszej Poranka WNET

Cały poranek WNET

MoRo

„Dobra zmiana” według Jacka Żurawskiego: Zadowoleni ludzie, mniej biedy, Solidarność pewniejsza, praca stabilniejsza

Dzień 78. z 80/ Toruń/ Za nami 839 km Wisły/ Jacek Żurawski, szef regionalnej Solidarności, ocenił w Poranku WNET „dobrą zmianę”, która sprawiła, że aby uzyskać swoje, „nie musimy biegać po ulicach”.

Gość Poranka WNET bardzo pozytywnie ocenia „dobrą zmianę” w Polsce. Ludzie są zadowoleni, jest mniej biedy, pewniejsza Solidarność, stabilniejsza praca. Takie nastroje są wyraźnie odczuwalne w zakładach pracy. Wiele spraw trzeba jeszcze poprawić, ale ludzie zdają sobie sprawę, że to wymaga czasu.

Tej oceny Jacka Żurawskiego nie zmieniają protesty opozycji przeciwko łamaniu zasad demokracji. O tym, że demokracja w Polsce ma się dobrze, najlepiej świadczy właśnie to, że te protesty mają miejsce.

Jacek Żurawski uważa, że sądy w Polsce powinny być zreformowane.

„Wystarczy otworzyć jakąś gazetę, wystarczy popatrzyć w jakąś telewizję i widzimy, ile jest bezprawia w instytucji prawa”.

[related id=38076]Czy Solidarność ma jakieś oczekiwania wobec „dobrej zmiany”? Gość Poranka powiedział, że oczekuje „jeszcze większego szacunku dla pracowników” i dobrego wynagradzania oraz wpisania „na trwałe” do polskiego prawa wieku emerytalnego dla mężczyzn (65 lat) i dla kobiet (60 lat). Liczy także na prawdziwy dialog między pracodawcami i pracownikami. „Nie chcemy i nie musimy biegać po ulicach, żeby artykułować swoje żądania, ale zapewniam, kiedy nasze oczekiwania nie będą spełniane, będziemy prawa związkowe wykorzystywać”.

Zdaniem Jacka Żurawskiego specjalna strefa ekonomiczna pod Toruniem ma obecnie szansę znacząco wpłynąć na rozwój gospodarczy. Dotychczas tej roli nie spełniała.

Japońska fabryka, która miała przynieść zaawansowane technologie i kulturę, okazała się być montownią z gotowych części sprowadzanych z zagranicy, a płace w niej na najniższym dopuszczalnym polskim prawem poziomie. Teraz w tej strefie pojawiają się polskie firmy, np. Apator. W tych firmach jest NSZZ „Solidarność” i jest przestrzegane polskie prawo.

Całej rozmowy można posłuchać w trzeciej i czwartej części dzisiejszego Poranka WNET.

JS

Bp Dydycz: Polacy powinni być wierni miłości Chrystusa, która 1051 lat temu dała o sobie znać na terenie naszego państwa

Biskup Dydycz przewodniczył kończącej XX Forum Polonijne mszy św. w sanktuarium NMP Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II w Toruniu. Uczestniczyli w niej pielgrzymi z całej Polski.

Przedstawiciele, którzy brali udział w spotkaniu polonijnym, Polacy z zagranicy, tęsknią za tym, co dzieje się u nas. (…) Pytani o to, jakie tradycje chcecie zachowywać w miejscach zamieszkania najczęściej, w ponad 90 procentach odpowiadacie, że te płynące z wiary katolickiej, z serca Jezusowego – powiedział bp Dydycz.

W homilii podkreślił, że Polacy powinni być „wierni miłości Chrystusa, która 1051 lat temu dała o sobie znać na terenie naszego państwa”.

Róbmy wszystko, żeby światło płynące od Boga nie gasło. (…) Światło świecy paschalnej jest autentyczne i ma wielką moc. Niech przenika do naszych serc i umysłów oraz ożywia nas po to, żebyśmy odkrywali to, co jest piękne. Odrzućmy wszelką nienawiść, złość, krzywdę. Nasza ojczyzna potrzebuje takiej odnowy. Nie chcemy stracić, po tylu latach niewoli, rozbiorów i wojen, tej odnowy i zapału, którą Bóg nas obdarował poprzez św. papieża Jana Pawła II, naszego rodaka – zachęcał bp Dydycz.

Msza św. pod jego przewodnictwem została odprawiona w sanktuarium Najświętszej Maryi Panny Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II w Toruniu. Wraz z uczestnikami Forum Polonijnego wzięły w niej udział liczne grupy pielgrzymów, środowisk Radia Maryja z różnych stron kraju.

Jubileuszowe Forum Polonijne odbyło się pod hasłem „Wspólnie odpowiedzialni za Polskę”, nawiązującym do wypowiedzi św. Jana Pawła II z października 1999 r. o powinności Polaków w kraju i za granicą. Organizatorami spotkania były Senat RP oraz Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. Gośćmi forum byli m.in. marszałek Senatu Stanisław Karczewski, prezydencki minister Adam Kwiatkowski, minister środowiska Jan Szyszko oraz wiceminister spraw zagranicznych Jan Dziedziczak.

pap/aa

Archeolodzy z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika odnaleźli ruiny zamku krzyżackiego z XIII wieku w Unisławiu k. Torunia.

Zamek wybudowany został na skarpie nad doliną Wisły. Naukowcy znaleźli tam także zabytki o charakterze wojskowym, ale i typowo użytkowe, np. nóż. Do 1326 roku zamek pełnił rolę siedziby komtura.

Ta średniowieczna budowla na ziemi chełmińskiej była dotychczas najmniej znana spośród obiektów tego rodzaju. Badania nad nią prowadzone są w ramach grantu Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki „Castra Terrae Culmensis – na rubieży chrześcijańskiego świata”. W ciągu trzech lat naukowcy mają przeprowadzić interdyscyplinarne badania pięciu zamków krzyżackich. Jeszcze przed rozpoczęciem prac ziemnych w Unisławiu – na początku kwietnia 2017 r. – przeprowadzono badania nieinwazyjne zamków w Lipienku, Zamku Bierzgłowskim, Unisławiu i Starogrodzie. W piątym zamku – w Papowie Biskupim – nie podjęto jeszcze żadnych prac.

O budowli na górze zamkowej w Unisławiu nie wiedzieliśmy do niedawna praktycznie nic. Nie zachowało się bowiem do dzisiejszych czasów wiele informacji. Teraz już wiemy, że obiekt był pięknie usytuowany – na stromej skarpie nad doliną Wisły, z dobrą widocznością na całą okolicę – powiedział w rozmowie z PAP kierownik prac archeologicznych dr Bogusz Wasik.

Kompleks zamkowy był wieloczłonowy. – Składał się z zamku wysokiego i dwóch przedzamczy. Sam zamek wysoki, czyli główny element, był bardzo mały. Miał ok. 30 metrów rozpiętości. Przez to należy go uznać za najmniejszy zamek krzyżacki na ziemi chełmińskiej – opisał obiekt archelolog. Dodał, że przedzamcze nie było murowane.

Z całą pewnością możemy już stwierdzić obecność jednego głównego budynku i jednego pobocznego budynku murowanego. Wzniesione były one na tzw. fundamentach arkadowych, stosowanych w miejscach, w których obawiano się niestabilności gruntu. Ponadto przed tymi budynkami był niewielki dziedziniec oraz budynek gospodarczy, do którego pozostałości również się dokopaliśmy. Poza tym była kuchnia, o czym świadczą znalezione elementy wyposażenia – zabytkowa ceramika naczyniowa, ale również kości pokonsumpcyjne, skorupki jajek, pozostałości po rybach – łuski czy ości – dodał kierownik prac archeologicznych.

Nowe badania krzyżackich twierdz realizuje dr hab. Marcin Wiewióra z Zakładu Archeologii Architektury Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu (UMK) wraz z zespołem. Naukowcy znaleźli także w Unisławiu zabytki o charakterze wojskowym, ale i typowo użytkowe, np. nóż.

Zachował się w całości, ale jest pokryty rdzą. Mamy elementy związane z oporządzeniem ochronnym – płytki różnego rodzaju, które mogą pochodzić ze zbroi bądź pancerza płatowego, nazywanego w starszej literaturze pancerzem folgowym-krytym – dodał doktorant Instytutu Archeologii UMK, Krzysztof Cackowski, który również pracuje na stanowisku.[related id=”14732″ side=”left”]

Dr Wasik uzupełnił, że naukowcy wiedzą już, na kiedy można datować początki warowni. – Było to związane z obecnością w Unisławiu komturów, co w literaturze wzmiankowane jest w latach 80. XIII wieku. Pierwszy obiekt był drewniano-ziemny. Udało nam się uchwycić nawarstwienia z tym związane, ale odkryliśmy również fragment wału z pierwszej warowni krzyżackiej. Zamek murowany – późniejszy – związany był z obecnością w tym miejscu w XIV wieku prokuratorów – dodał archeolog.

Dr hab. Wiewióra precyzuje, iż „przypuszczano, że Krzyżacy pojawili się w tym miejscu już w 1245 r., ale bardziej zasadne jest założenie, że pierwszy komtur – znany zresztą z imienia (Herman) – pojawił się dopiero w latach 70. XIII wieku. Aż do 1326 roku zamek pełnił rolę siedziby komtura. Po 1339 r. ustanowiono w Unisławiu prokuratorstwo, od 1384 roku podległe komturstwu starogrodzkiemu. Wiadomo również, że w 1454 roku, w czasie wojny trzynastoletniej, warownia została zdobyta i zniszczona. Po zawarciu II pokoju toruńskiego mocno zniszczony zamek przyłączono do Polski. Zniszczony ponownie w czasie wojen polsko-szwedzkich, został rozebrany”.

W jego ocenie „największym odkryciem jest potwierdzona już obecność starszej, krzyżackiej fazy osadniczej: pod fundamentami murowanego zamku udało się zarejestrować nie tylko poziom osadniczy, który potwierdza, że pierwsi rycerze krzyżaccy, zasiedlając wzgórze w Unisławiu, wznieśli drewniano-ceglaną budowlę, być może fachwerkową. Pozostałości tej konstrukcji i warstwy osadniczej z tego okresu stwierdzono we wszystkich trzech wykopach do tej pory eksplorowanych” – stwierdził dr hab. Wiewióra.

Źródło: PAP

lk

Premier RP: Nie ma większej wartości niż rodzina. To jest przyszłość Polski, także Europy, która przeżywa ogromny kryzys

Rodzina była, jest i będzie symbolem polskiego rządu, symbolem Polski – powiedziała premier Beata Szydło w sobotę w Toruniu na konferencji „Firmy rodzinne szansą polskiej gospodarki”.

 

Rodzina była, jest i będzie symbolem polskiego rządu. Jest symbolem Polski. Nie boję się tego powiedzieć, dlatego że po kilkunastu miesiącach pracy naszego rządu otrzymaliśmy już tak wiele wyróżnień międzynarodowych. W różnych miejscach Polska jest przywoływana jako państwo, w którym jest prowadzona polityka prorodzinna z prawdziwego zdarzenia – powiedziała premier Szydło.

[related id=”9705″]- Nie ma większej wartości ponad rodziną. I to jest dzisiaj przyszłość Polski i Europy – Europy, która przeżywa ogromny kryzys wartości, Europy, która nie potrafi sobie poradzić z kolejnymi wstrząsami i kryzysami, dlatego że wyrzekła się wartości, dlatego że Europą zaczęły rządzić partykularyzmy, ideologie politycznie umocowane w różnych środowiskach, które walczą z chrześcijaństwem, i rządzi pieniądz, który ma budować przede wszystkim prywatne zaplecze – mówiła szefowa rządu.

Nie jest łatwo, kiedy musimy mierzyć się z tymi, którzy odrzucają taką filozofię i mówią „będziecie z nami w jednym klubie, jeżeli przyjmiecie nasze warunki”. Ale my już nie musimy walczyć o wejście do tego klubu, bo my w tym klubie jesteśmy i mamy takie same prawa i takie same obowiązki – stwierdziła.

I dzisiaj ja mogę powiedzieć: tak, my mamy wartości, których będziemy strzec. Jeżeli ktoś mówi do mnie „wy macie zasady, a my mamy pieniądze”, to ja mówię: tak, ale zasady są ważniejsze – powiedziała premier.

WJB/PAP