Kreml: atak chemiczny w Syrii może przynieść korzyści terrorystom. Czy na pewno za użyciem broni chemicznej stoi Asad?

Rzecznik prezydenta Rosji Władimira Putina Dmitrij Pieskow wezwał w czwartek do powściągliwości w reagowaniu na wtorkowy atak z użyciem broni chemicznej w Syrii.

Pieskow zaznaczył, że mogą na tym skorzystać terroryści i siły podważające legalność syryjskich władz.

– Chodzi tu rzeczywiście o bardzo niebezpieczne i bestialskie przestępstwo. (Jednak) z naszego punktu widzenia niewłaściwe byłoby pospieszne opatrywanie go etykietami. Nie zgadzamy się z przedstawianymi ocenami, gdyż zaraz po tragedii nikt nie miał dostępu do tego rejonu i nikt nie był w stanie uzyskać realistycznych, sprawdzonych informacji. Dlatego wszelkie dane, jakie mogły uzyskać strona amerykańska lub koledzy z innych państw, nie mogły mieć za podstawę obiektywnych materiałów i zeznań – powiedział Pieskow dziennikarzom.

[related id=”10692″]Według Syryjskiego Obserwatorium Praw Człowieka,w ataku chemicznym na miejscowość Chan Szajchun w kontrolowanej przez rebeliantów prowincji Idlib na północnym zachodzie Syrii zginęło 86 osób, w tym 30 dzieci.

USA i inne kraje zachodnie oskarżają o ten atak siły syryjskiego prezydenta Baszszara al-Asada – czemu Damaszek zaprzecza. Sprzymierzeni z Asadem Rosjanie twierdzą, że ofiary śmiertelne były rezultatem zaatakowania przez syryjskie lotnictwo składu broni rebeliantów, w którym produkowana była broń chemiczna. Wersję tę odrzuca Waszyngton jako niewiarygodną.

– Niewątpliwie istnieją siły, które chcą obalić legalność konstytucyjnych władz Syrii. Istnieją także siły terroryzmu i ci, którzy wspierają terrorystów – odpowiedział Pieskow na pytanie, komu atak w Idlibie mógłby przynieść korzyści.

[related id=”10925″ side=”left”]Poproszony o skomentowanie wypowiedzi prezydenta Donalda Trumpa na temat ataku, ocenił, że nie wpłyną one w istotny sposób na charakter stosunków Rosji z USA. – Ciągłe rozbieżności, w tym także głębokie rozbieżności, są niestety stałym zjawiskiem w stosunkach rosyjsko-amerykańskich, szczególnie w ostatnich latach. Dlatego nawet tak istotne rozbieżności, jak te w sprawie oceny sytuacji w Syrii i jej przyczyn, nie mogą w zasadniczy sposób zmienić ducha i charakteru naszych stosunków dwustronnych – zapewnił rzecznik Kremla.

źródło/pap

Czytaj więcej:Witold Gadowski: Sytuacja międzynarodowa wpycha Iran w objęcia Rosji. Ich wspólne interesy zbiegają się w Syrii

Atak gazowy na cywilów nie zmieni losów wojny domowej w Syrii. Trump obwinia Baracka Obamę o wieloletnią nieudolność

Mimo oświadczeń potępiających użycie broni chemicznej przez reżim w Syrii, USA i ich sojusznicy w Europie najprawdopodobniej nie zmienią polityki militarnego nieangażowania się w ten konflikt.

Tragiczny incydent i jego reperkusje wydają się jednocześnie jeszcze bardziej oddalać perspektywę zbliżenia Waszyngtonu i Moskwy, która – jak się początkowo zdawało – rysowała się wraz z inauguracją prezydentury Donalda Trumpa w USA.

Komentując na gorąco użycie gazu sarin przeciw ludności cywilnej w prowincji Idlib, Trump obciążył najpierw odpowiedzialnością za tragedię swego poprzednika, Baracka Obamę. Powiedział, że czyn reżimu Asada to „skutek słabości i niezdecydowania poprzedniej administracji”.

[related id=”10925″]W sierpniu 2013 roku, po użyciu broni chemicznej przez lotnictwo Asada w pobliżu Damaszku, Obama ogłosił, że syryjski dyktator przekroczył „czerwoną linię”, sugerując, że USA będą interweniowały zbrojnie po stronie rebeliantów. Kilka dni później oznajmił jednak, że akcji militarnej nie będzie, bo na mocy porozumienia z Syrią zawartego za pośrednictwem Rosji reżim pozbędzie się swej broni chemicznej. Niespełnienie groźby podważyło wiarygodność USA i dodatkowo ośmieliło Asada do brutalnego tłumienia powstania.

Trump jednak sam w 2013 roku radził Obamie, by nie podejmował akcji zbrojnej w Syrii. A do najnowszego ataku w Idlibie – zdaniem niektórych komentatorów – mogły Asada zachęcić niedawne oświadczenia współpracowników prezydenta USA. Sekretarz stanu Rex Tillerson powiedział, że o losie prezydenta Syrii „zadecyduje naród syryjski” – tak jakby jego głos miał znaczenie dla reżimu – a amerykańska ambasador przy ONZ Nikki Haley wyraziła się jeszcze jednoznaczniej, mówiąc, że odsunięcie dyktatora od władzy „nie jest obecnie priorytetem” Ameryki. Zgodnie z sugestiami Trumpa z kampanii wyborczej, Haley oświadczyła również, że USA nie wykluczają współpracy z Asadem w walce z Państwem Islamskim (IS).

Wypowiedzi te uznano za potwierdzenie ostatecznego zejścia administracji Trumpa z kursu jego poprzednika, który powtarzał, że „Asad musi odejść”, chociaż w ostatniej fazie rządów Obamy Waszyngton dawał do zrozumienia, że dymisja syryjskiego prezydenta może poczekać.

Według niektórych komentatorów, atak nieprzypadkowo nastąpił w czasie rozpoczynającej się w Brukseli międzynarodowej konferencji na temat pomocy humanitarnej dla Syrii, podczas której dyskutowano także o perspektywach politycznego rozwiązania konfliktu w tym kraju. W ciągu sześciu lat pochłonął on już od 250 do 500 tysięcy istnień (zależnie od szacunkowych obliczeń).

Jak pisze redaktor biuletynu analitycznego „The Syria Report”, Jihad Yazigi, przekonany o swej bezkarności Asad chciał masakrą cywilów pokazać Zachodowi, że „polityczna cena braku współpracy z nim rośnie” i przyspieszyć w ten sposób zakończenie wojny. Jego zdaniem, syryjski dyktator liczy, że państwa zachodnie, pragnące uniknąć kolejnych podobnych tragedii – wobec których nie mogą się zdobyć na nic poza wyrażaniem oburzenia – zgodzą się na rozstrzygnięcie konfliktu na podyktowanych przez niego warunkach.

Nazajutrz po ataku Trump zaskoczył obserwatorów niezwykle ostrym potępieniem zdarzenia, mówiąc, że „nie można tego tolerować” i że incydent „zmienił jego postawę” wobec syryjskiej wojny. Mogło to sugerować, że zrewiduje swoją gotowość do współpracy z Asadem – i Rosją – w walce z IS w Syrii. Jednak pytany na konferencji prasowej, co konkretnie zamierza zrobić w reakcji na masakrę w prowincji Idlib, odmówił odpowiedzi.

Tymczasem Haley na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa ONZ powiedziała, że jeśli organ ten nie podejmuje w sprawie Syrii żadnych istotnych kroków – gdyż projekty rezolucji zmierzających do ukarania Asada są wetowane przez Rosję – USA mogą „podjąć własne działania”. Także ambasador nie wyjaśniła, co może się kryć pod tym oświadczeniem. W ostrych słowach potępiła natomiast Rosję za współudział w zbrodniach wojennych w Syrii.

[related id=”1389″ side=”left”]Administracja Trumpa wysłała wcześniej do Syrii dodatkowe oddziały sił specjalnych, ale do walki z IS, którego bojownicy prowadzą wojnę z reżimem. Eksperci wątpią, czy Trump zdecyduje się na użycie siły przeciw Asadowi.

– Nie sądzę, by administracja zmieniła swoją politykę skupioną na walce z IS. Po ataku gazowym wzrośnie presja, żeby skierować się przeciw Asadowi, ale dopóki Rosja będzie go broniła, jest bezpieczny – powiedział PAP emerytowany dyplomata Daniel Fried, były ambasador USA w Polsce, a ostatnio odpowiedzialny w Departamencie Stanu za politykę sankcji. – Trump nie podejmie działań militarnych przeciw Asadowi, bo woli walczyć z Państwem Islamskim – powiedział PAP Lawrence Korb, były podsekretarz stanu w Pentagonie, obecnie związany z Center for American Progress (CAP).

Zdaniem Daniela Serwera, specjalisty ds. Bliskiego Wschodu w Szkole Zaawansowanych Studiów Międzynarodowych (SAIS) na Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa, rząd USA mógłby, na przykład, stworzyć w Syrii strefy bezpieczeństwa dla cywilów, co Trump obiecywał w czasie swej kampanii wyborczej. Wymagałoby to jednak zaangażowania wojsk do obrony ludności przed atakami sił reżimowych na lądzie i z powietrza. Tymczasem ani USA, ani państwa europejskie, nie mają na to ochoty.

Według Serwera można ewentualnie liczyć tylko na identyfikację i zniszczenie samolotów lub artylerii odpowiedzialnych za atak bronią chemiczną. „Inne działania nie są prawdopodobne. Administracja Trumpa prędzej uderzy na Koreę Północną, która grozi atakiem na USA, niż na Asada, który unika bezpośredniego starcia z nami, chociaż jego brutalność w Syrii karmi bestie Państwa Islamskiego i Al-Kaidy, które w końcu zagrożą Ameryce” – napisał ekspert SAIS na portalu Peacefare.

Zdaniem Korba, utworzenie bezpiecznych stref jest mało prawdopodobne także z innego powodu. – Wojsku nie podoba się ten pomysł, gdyż trzeba by było prześwietlić wszystkich ludzi, którzy tam się dostaną. Poza tym ochrona przed atakami na cywilów grozi starciem z Rosjanami – powiedział ekspert CAP.

[related id=”3259″] Niektórzy nie wykluczają, że Trump może zaryzykować zbrojne działanie w Syrii, aby zademonstrować, że jest twardszy od Obamy. Szansę na to zmniejsza jednak nie tylko obecność wojsk rosyjskich w Syrii, lecz także uwikłanie Trumpa w sprawę niejasnych kontaktów z Moskwą w czasie kampanii wyborczej.

Trumpowi zależy na opinii twardego lidera, więc mógłby się zdecydować na mały pokaz siły. Rosja jednak dowiodła, że zręcznie manipuluje nowym władcą Białego Domu i da naszemu przywódcy powody, żeby się wstrzymać od działania – powiedział PAP ekspert z Middle East Institute w Waszyngtonie, Hassan Mneimneh.

– Wszystkie argumenty przeciw działaniom zbrojnym, używane przez byłego prezydenta Obamę, będą wysunięte i teraz. (…) Rosja, angażując się głębiej w Syrii, stała się kluczem do losu tego kraju i teraz, gdy tak wiele tam zainwestowała, nie pozwoli, by zbrodnia wojenna Asada odebrała mu zwycięstwo – napisał w izraelskim dzienniku „Haarec” Anshel Pfeffer.

źródło:pap

Czytaj więcej: Amerykanie uważają, że Asad może dalej rządzić. Ma być osądzony przez naród w wyborach. Czy szykuje się koniec wojny?

USA ostrzegają na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa ONZ ws. Syrii: Gdy ONZ zawodzi, kraje zmuszone są do działania

W środę w Nowym Jorku odbyło się, zwołane w trybie pilnym posiedzenie Rady Bezpieczeństwa ONZ, poświęcone wtorkowemu atakowi chemicznemu w syryjskiej prowincji Idlib.

Ambasador USA Nikki Haley ostrzegła na nim, że „Kiedy ONZ konsekwentnie nie wywiązuje się ze swojego obowiązku kolektywnego działania, przychodzi taki moment, że kraje są zmuszone do podjęcia własnych działań.

W związku z atakiem, w którym zginęły co najmniej 72 osoby, w tym 20 dzieci, skrytykowała Rosję za to, że nie potrafi wpłynąć na swojego sojusznika, czyli reżim syryjskiego prezydenta Baszira al-Asada.

Ile jeszcze dzieci musi umrzeć, zanim Rosja zacznie się martwić? – pytała ambasador.

Przedstawiciel Rosji w Radzie Bezpieczeństwa, zastępca ambasadora, Władimir Safronkow odpowiedzialnością za atak obarczył politykę USA jeszcze z czasów administracji Baracka Obamy. Przypomniał, że Obama zagroził swego czasu interwencją militarną, jeśli przekroczona zostanie „czerwona linia” w postaci użycia broni chemicznej. Tej groźby Obama jednak nie zrealizował, mimo że już w przeszłości miały miejsce w Syrii udowodnione przypadki użycia gazów bojowych.

Ta decyzja posłużyła jako punkt startu przyszłych prowokacji ze strony terrorystów i struktur ekstremistycznych z użyciem broni chemicznej – powiedział rosyjski dyplomata. Jego zdaniem, w ten sposób „terroryści i struktury ekstremistyczne usiłują zdyskredytować oficjalny reżim w Damaszku i stworzyć pretekst do użycia siły militarnej przeciwko suwerennemu państwu”.

Z kolei ambasador Wielkiej Brytanii Matthew Rycroft stwierdził, że atak w prowincji Idlib nosi wszelkie cechy działania podjętego przez reżim Asada. Zwrócił uwagę, że nic nie wskazuje, by ugrupowania opozycyjne w Syrii dysponowały bronią chemiczną, jaka została użyta w ataku.

– Wszystko wskazuje na to, że był to nieprzerwany atak z użyciem lotnictwa trwający przez parę godzin – powiedział Rycroft. W wystąpieniu mówił o gazie działającym na układ nerwowy, który mógł zabić ponad sto osób i doprowadzić do obrażeń u setek kolejnych ofiar. Podkreślił, że tylko syryjskie lotnictwo mogło przeprowadzić taki atak.

Wielka Brytania, Francja i USA zgłosiły wspólnie projekt rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ potępiającej ataki chemiczne w Syrii i wzywającej syryjski rząd do współpracy w dochodzeniu w sprawie użycia gazu bojowego w prowincji Idlib. W szczególności w projekt apeluje do władz w Damaszku o udostępnienie informacji o operacjach syryjskich sił powietrznych we wtorek.

Z najnowszego bilansu Syryjskiego Obserwatorium Praw Człowieka wynika, że we wtorkowym ataku chemicznym na Chan Szajchun w kontrolowanej przez rebeliantów prowincji Idlib na północnym zachodzie Syrii 72 osoby zginęły, a 160 zostało rannych.

Syryjskie Obserwatorium informowało we wtorek, że ataku najprawdopodobniej dokonały syryjskie lub rosyjskie samoloty. Według amerykańskich źródeł rządowych w ataku tym użyto sarinu i „niemal na pewno” było to dzieło sił lojalnych wobec Asada.

Reżim Asada zaprzeczył, jakoby użył „substancji chemicznej lub toksycznej” w Chan Szajchun.

Z kolei ministerstwo obrony Rosji oświadczyło w środę, że w Chan Szajchun syryjskie lotnictwo zbombardowało we wtorek arsenał bojowników, w którym wytwarzano amunicję napełnioną trującymi substancjami chemicznymi.

źródło/pap

Czytaj więcej: Atak chemiczny w Syrii – nowy bilans osób śmiertelnych. Wśród 72 ofiar znalazło się aż 20 dzieci

Syria dostarczyła do ONZ dowody, że rebelianci przemycali do kraju toksyny. Czy atak chemiczny w Idlib to prowokacja?

Syryjski szef MSZ Fajsal Mikdad stwierdził, że reżim Asada nie ma nic wspólnego z chemicznym atakiem na miasto Idlib na północy kraju. Wedle doniesień, śmierć poniosły 72 osoby, w tym dzieci.

Społeczność międzynarodowa jest oburzona ponownym użyciem broni chemicznej w czasie wojny domowej w Syrii. Zdaniem syryjskiego decydenta reżim jest w tej sprawie niewinny:

[related id=”9682″]- Kilka tygodni temu rząd syryjski dostarczył OPCW i ONZ informacje o tym, że islamiści z Jabat Al-Nusra przemycili do kraju substancje toksyczne. Podkreśliliśmy wtedy, że Syria jest przeciwna stosowania takiej broni. Armia syryjska nie posiada broni chemicznej i nigdy jej nie używała, nawet w najcięższych walkach. Syria wypełniła wszystkie swoje zobowiązania wobec OPCW i oni to nawet przyznają – zaznaczył Mikdad.

Syryjski Minister Spraw Zagranicznych wyjaśniał, że natężenie konfliktu w kraju ma związek z nawiązaniem nici porozumienia z opozycją, co doprowadziło do rozmów w Astanie i w Genewie. Co więcej, sukcesy armii rządowej z przełomu roku też powodują dodatkowe napięcie:

[related id=”10596″ side=”left”]- Widzimy, że ataki się powtarzały od ostatnich tygodni i miesięcy. Zwycięstwo w Aleppo i sukcesy armii syryjskiej w okolicach Damaszku i Hamy są prawdziwą przyczyną ataku w Idlib. Grupy terrorystyczne i tzw. syryjska opozycja zawiodła w wykonaniu swoich planów i celów i dlatego teraz wszczęły nową kampanię niesprawiedliwości względem Syrii – stwierdził.

Stanowczo potępiamy te ataki przeciwko naszym ludziom dokonanym przez terrorystów i ich sponsorów z Turcji i Arabii Saudyjskiej – zaznaczył syryjski polityk.

źródło/sana.sy

Czytaj więcej: Atak chemiczny w Syrii – nowy bilans osób śmiertelnych. Wśród 72 ofiar znalazło się aż 20 dzieci

Syryjska „demokratyczna” opozycja reorganizuje się pod ochroną oddziałów amerykańskich i tureckich. Będzie nowa ofensywa

Jak podaje portal katarskiej Al-Jaazery, Turcja i Amerykanie wspólnie wzmocnili dawno zapomnianą i usuniętą z syryjskiego placu boju Armię Wolnej Syrii, która zamierza operować w północnej Syrii.

Armia Wolnej Syrii zamierza również napierać na nadmorską Latakyję. Zakusy wobec tego największego miasta położonego w enklawie alawickiej zostaną niewątpliwie odebrane jako prowokacja przez reżim Asada. W pobliżu dawnego nadmorskiego kurortu znajduję się również baza rosyjskiej marynarki wojennej w Tartus.

AWS dołączy do koalicji „przyjaciół Syrii”, złożonej ze Stanów Zjednoczonych, Turcji, Europy Zachodniej i Państw Zatoki Perskiej. Jednak, zdaniem Al-Jazeery, „demokratyczna” bojówka nie będzie wojować z islamistycznymi pogrobowcami z frakcji Jabat Al Nusra.

Wedle amerykańskich planów, Armia Wolnej Syrii ma wchłaniać wszelkie nieislamistyczne frakcję antyasadowe w swoje struktury. Do wszelkich zjednoczeniowych inicjatyw sceptycznie podchodzi organizacja Ahrar al-Sham, bez której nie uda się proamerykańskim bojówkom stworzenie szerokiego i znaczącego frontu, zdolnego do przeciwstawienia się triadzie w postaci Iran-Rosja-Asad, a także niezawodnemu Hezbollahowi.

Dla Turcji silna arabska Armia Wolnej Syrii jest idealnym buforem pomiędzy granicą turecką a Kurdami syryjskimi.

źródło/aljazeera

Czytaj więcej: Turcja ostrzega, że na jej granicy z Iranem czeka 3 mln imigrantów, głównie z Afganistanu, których celem jest Europa

Amerykanie uważają, że Asad może dalej rządzić. Ma być osądzony przez naród w wyborach. Czy szykuje się koniec wojny?

W Popołudniu WNET dziennikarz „Kuriera WNET” Paweł Rakowski opowiadał o kulisach wojny domowej w Syrii. Wedle doniesień Al-Jazeery, celem Waszyngtonu nie jest już obalenie Baszszara al-Asada.


– Widzimy, że przyszłość Baszszara al-Asada zaczyna się krystalizować pomyślnie. Amerykanie, ustami ambasador przy ONZ Nikki Haley przyznali, że nie jest już ich celem obalenie syryjskiego prezydenta. Jest to duża zmiana, albowiem do tej pory Waszyngton upierał się, że Assad bezwzględnie ma być odsunięty od władzy, m.in. za jego zbrodnie przeciwko ludzkości. Pani Haley stwierdziła, że syryjski prezydent ma być osądzony przez własny naród.

A więc przez wybory – i nie da się już dłużej ukrywać przed światem tego, że Asad ma realne poparcie w swoim kraju.

Może liczyć na głosy zdziesiątkowanych, lecz jeszcze ostałych chrześcijan, szyitów, może Druzów, ale przede wszystkim Alawitów. Ale nie zapominajmy o tym, że tam jeszcze jest materiału na wojny na kolejne 15 czy 20 lat – relacjonował dziennikarz.

[related id=”5080″]Pawel Rakowski w audycji prowadzonej przez Andrzeja Abgarowicza wyliczał, za jakie grzechy Asad został skazany na śmierć polityczną i, być może, fizyczną:

Pamiętajmy o tym, że kiedy Baszszar al-Asad wstępował na tron po śmierci swojego wielkiego ojca Hafeza, był witany entuzjastycznie – zarówno przez naród, jak i społeczność międzynarodową. Był mieszkającym i wykształconym na Zachodzie, praktykującym w Anglii okulistą. Kiedy objął władzę, rzeczywiście chciał ruszyć skostniałą Syrię do przodu. Otworzył ten kraj na wiele. Internet, popkultura, towary luksusowe. Politycznie też zapowiadało się, że impas polityczny zostanie przełamany. Pamiętajmy, że Syria to była Białoruś Bliskiego Wschodu. Ale prezydent spotkał się ze znacznym oporem ze strony części establishmentu odziedziczonego po ojcu. Wielu jego pomysły się nie podobały i Asad musiał walczyć ze swoim własnym środowiskiem – mówił dziennikarz.

– Jednak wszystko się zmieniło w 2006 roku. Izrael poszedł na wojnę z Hezbollahem i dostał ciężkie lanie. Szyici wytrzymali izraelską ofensywę. Chociaż armia izraelska znajdowała się 30 km w głębi Libanu, pociski na Izrael leciały cały czas. I to nie był ostrzał przypadkowych obiektów i celów cywilnych, lecz z pełną logiką militarną, i w większości rakiety trafiały w cele wojskowe. Oczywiście bombardowane były też miasta, ale na wyraźny rozkaz Nasrallaha, że wy nam Bejrut – to my wam Hajfę ostrzelamy. Izrael był mocno zaskoczony skalą wiedzy wywiadowczej nieprzyjaciół. A cała wojna 2006, „kultowa” w świecie arabskim, nie odbyłaby się bez pomocy Syrii. Całe zbrojenie i rekruci szli do Hezbollahu przez Syrię.

Co więcej, sprzęt, który oficjalnie był kupowany przez Syrię od Moskwy, trafiał do południowego Libanu i niszczył izraelskie nowoczesne czołgi i wozy bojowe. Tak więc trójkąt: Iran-Syria-Hezbollah Izrael musiał zniszczyć

– oświadczył rozmówca Andrzeja Abgarowicza.

Dziennikarz odniósł się do tajemniczych wydarzeń, jakie następowały od roku 2007:

[related id=”9551″ side=”left”]- Pamiętajmy też o tajemniczym nalocie na Syrię w 2007 roku. Zresztą bardzo wiele tajemniczych rzeczy się działo właśnie od 2006 do 2010 roku. W 2007 roku Izrael zbombardował tajemnicze obiekty nuklearne w północnej Syrii. Oczywiście cała sprawa była wyciszana, albowiem Asad narażał się, rozpoczynając nielegalne eksperymenty nuklearne. Tak więc wtedy Izrael pokazał czerwoną kartkę Asadowi. Należy przypomnieć, że konflikt izraelsko-syryjski w latach 80. i 90. rozgrywał się w Libanie. Stary „Lew Damaszku” Hafez jeszcze przed śmiercią zdążył wykręcić Izraelowi niezły numer. Wiosną 2000 roku Żydzi wycofali się z Libanu, a Syria tam pozostała do 2005 roku.

Wedle różnych teorii spiskowych, pomiędzy 2009 a 2010 rokiem odbył się szereg tajemniczych spotkań w Turcji i wtedy zadecydowano, że Asad musi odejść. I związku ze specyfiką obszaru i realiami tego kraju, było mało prawdopodobne, żeby usunięcie Asada odbyło się bezkrwawo. A więc – kto podjął decyzję o likwidacji reżimu Alawity i z pełną świadomością – należy to podkreślić – skazał kraj na krwawą wojnę domową?

– pytał gość audycji Radia WNET.

Na temat relacji i przyszłości Iranu i Syrii powiedział:

Po latach wojny widzimy, że ona nie do końca przebiega w korzystny dla Amerykanów, a przede wszystkim Izraela sposób. Raz, że Asad się utrzyma. Chociaż będzie miał najprawdopodobniej kraj sfederalizowany, z Kurdami na północy jako amerykańskimi dywersantami.

Po drugie Iran. Izrael jest przerażony tym, że zaczyna graniczyć z Iranem. A Iran to nie są żarty. To jest kwestia czasu, kiedy w tym podzielonym i wyniszczonym kraju będą powstawały irańskie bazy. O ile już nie powstały, ponieważ słyszymy, że na obszarze Wzgórz Golan po stronie syryjskiej dochodzi do nalotów i ostrzałów. Tam też Jabat Al Nusra, posądzona o kontakty z Izraelem siłuje się z Hezbollahem.

Ta rzekomo „demokratyczna opozycja” w postaci Armii Wolnej Syrii pod kierownictwem Fajsala Asada – kuzyna Baszszara, który terminuje wygodnie w południowej Turcji, jest tak samo „poważnym” ośrodkiem, jak nasz Rząd Londyński

[related id=”9456″]– Co do Iranu, w Syrii to niezwykle ważne jest jeszcze coś innego. Asad walczy o życie całej społeczności, która zostanie albo wyrżnięta, albo zmuszona do „wędrówki ludów”, jeśli reżim upadnie.

– Nie wiadomo, w co wierzą Alawici, jest to religia tajna, ale wybitny szyicki uczony Mussa Al-Sadr w latach 70. uznał Alawitów za szyitów. A Iran odgrywa w świecie szyickim rolę podobną do tej, jaką carska Rosja pełniła w prawosławiu – zakończył dziennikarz.

Posłuchaj całej rozmowy!

Czytaj więcej:Syria: Wspierane przez USA Syryjskie Siły Demokratyczne wyparły dżihadystów ze strategicznie ważnego lotniska Al-Tabaka

Szczyt Ligi Państw Arabskich: wojna w Syrii, Iran, stagnacja społeczna, Jerozolima i osadnictwo, Donald Trump

Na jordańskich brzegach Morza Martwego odbywa się szczyt Ligi Państw Arabskich. 22(23) kraje arabskie praktycznie co roku spotykają się, aby przedyskutować sprawy pilne, ważne i kryzysowe.

Portal Al-Jazeery trafnie zauważył, że zbyt wiele czynników jest zależnych od krajów nie będących członkami Ligi, takich jak np. Włochy, i ich wpływów w Libii.

Nie ma żadnego arabskiego ośrodka decyzyjnego zdolnego do wpływania na konflikty w Syrii i w Libii. W Syrii ONZ jest prowadzącym proces polityczny pod patronatem Waszyngtonu i Moskwy. W Libii Liga Arabska nie odgrywa żadnej aktywnej roli i nie wyszła nawet z jakąkolwiek inicjatywą – tam są Włosi, Amerykanie i Francuzi.

W Jemenie Liga również zawodzi. Konflikty w świecie arabskim stały się wojnami międzynarodowymi, a Liga Arabska jest niezdolna do podjęcia decyzji – komentował trudności, z jakimi musi się mierzyć Liga Arabska, Hamzeh al-Mustafa, analityk z Centrum Arabskiego dla Badań i Nauk Politycznych w katarskiej Dosze.

Salah Nasrawi, dziennikarz egipski, wieloletni korespondent przy Lidze Arabskiej zauważył, że to spory wewnętrzne i konflikty czynią z posiedzeń Ligi jałowe polityczne zbiegowiska:

– Możemy usłyszeć takie same narracje, ale państwa arabskie pozostają mocno podzielone w prawie każdym temacie i z trudem mogą dojść do porozumienia w kontrowersyjnych kwestiach – wyjaśnił.

Saudyjski portal arabnews bardziej rzeczowo odniósł się do potrzeb, którym musi sprostać szczyt. Jest kwestia nienaruszalności Jerozolimy i wszystkie państwa krytykują izraelski program osadniczy terytoriów okupowanych, a także plany Donalda Trumpa ws. przeniesienia ambasady do świętego miasta. Co więcej, Saudów tradycyjnie niepokoi sprawa Iranu, którego wahabici oskarżają o knowania przeciwko regionalnemu pokojowi. Dodatkowo pomoc humanitarna dla Syrii, Libii i Jemenu wywołuje wielkie zatroskanie Rijadu. Saudowie zwracają uwagę, że Liga powinna zająć się programami edukacyjnymi i socjalnymi.

źródło/aljazeera/arabnews

Czytaj więcej: Rzecznik irańskiego MSZ: antyirański sojusz Izraela z Arabią Saudyjską nie jest chwilowym zbiegiem okoliczności

Witold Gadowski: Sytuacja międzynarodowa wpycha Iran w objęcia Rosji. Ich wspólne interesy zbiegają się w Syrii

Naturalnym wrogiem Iranu na Bliskim Wschodzie jest Izrael i Arabia Saudyjska, a jednym z sojuszników – Rosja. Jednak sojusz rosyjsko-irański nie jest to ,,niezłomny pakt, który będzie wiecznie trwał”.

Gościem popołudnia Radia Wnet był Witold Gadowski. Komentował spotkanie prezydenta Rosji z prezydentem Iranu oraz wzajemne relacje obu państw, jak również ostatnie decyzje Stanów Zjednoczonych oraz ich skutki dla sytuacji na Bliskim Wschodzie.

– Niefortunna decyzja Donalda Trumpa, nakładająca embargo na wjazd m.in. obywateli Iranu sprawiła, że Iran znowu szybuje w stronę Moskwy. Sytuacja międzynarodowa niestety trochę wpycha go w objęcia Rosji. Po ostatnim szczycie z udziałem Iranu, Turcji oraz Rosji widać pewne zbliżenie, przynajmniej  dyplomacji, na linii Rosja- Iran.

Witold Gadowski podkreślił, że relacja pomiędzy Iranem a Rosją jest oparta na wzajemnych interesach.

– Iran czuje się naciskany przez Zachód,  jego naturalnym wrogiem na Bliskim Wschodzie jest Izrael oraz Arabia Saudyjska. Jednym z sojuszników jest właśnie Rosja. Taka sytuacja jest dużym obciążeniem dla strategii Stanów Zjednoczonych, która jest fragmentaryczna i nieskuteczna, jeżeli chodzi o Iran.

Witold Gadowski skomentował również trudności, jakie wynikają ze współpracy między Rosją a Iranem:

– Zwiększenie wydobycia i sprzedaży ropy irańskiej na rynkach światowych powoduje obniżenie jej ceny, a tym samym większe kłopoty dla gospodarki rosyjskiej, opartej na eksporcie surowców. Z drugiej strony bardzo dobrze rozwija się transfer technologii wojskowych pomiędzy tymi krajami. Iran czerpie z bogactwa rosyjskich technologii wojennych.

Na koniec rozmowy podkreślił, że nie warto stosować schematów myślowych w odniesieniu do współpracy rosyjsko-irańskiej, ponieważ nie jest to ,,niezłomny pakt, który będzie wiecznie trwał”.

– Iran ma własne interesy, często sprzeczne z interesami Rosji. Ich wspólne interesy zbiegają się w Syrii, ponieważ obu państwom zależy na utrzymaniu rządu Baszszara al- Asada w Syrii.

Na zakończenie Witold Gadowski opowiedział o tym, kto jest w Syrii najważniejszy oraz kto sprawuje tam realną władzę.

jn

Jaka będzie przyszłość stolicy kalifatu? Kurdowie chcą włączyć Rakkę do swojego autonomicznego względem Damaszku obszaru

Egipski portal alalhram podaje, że Rakka ma należeć do syryjskiego Kurdystanu, obszaru autonomicznego, wydzielonego przez Kurdów z powojennej Syrii jako ten, na którym dominuje ludność kurdyjska.

Tereny tee obecnie znajdują się pod kontrolą sponsorowanej przez Waszyngton formacji YPG. Wywołuje to oczywiste niezadowolenie Ankary, świadomej, jakie będzie oddziaływanie kolejnego obszaru rządzonego przez Kurdów na sytuację wewnętrzną Turcji.

Syryjscy Kurdowie oczekują, że powojenna Syria będzie państwem federacyjnym, chociaż egipski portal zaznacza, że zamierzają ograniczyć swój apetyt do obszarów bezwzględnie przez nich zdominowanych, tak żeby uniknąć konfliktów w przyszłości. Konflikty i tak mogą się pojawiać, Kurdowie z YPG bowiem, pozostający na żołdzie amerykańskim, będą ciekawym języczkiem uwagi w rosyjskiej strefie wpływu, jaką Syria pozostanie.

źródło/alahram

Syria: Wspierane przez USA Syryjskie Siły Demokratyczne wyparły dżihadystów ze strategicznie ważnego lotniska Al-Tabaka

Zdobycie bazy lotniczej syryjskich wojsk rządowych pozwoli SDF na okrążenie i zajęcie miasta Ar-Rakka, bastionu Państwa Islamskiego i stolicy samozwańczego kalifatu powołanego do życia przez IS.

Syryjskie Siły Demokratyczne odzyskały pełną kontrolę nad lotniskiem wojskowym Al-Tabaka – powiedział agencji AFP w niedzielę wieczorem rzecznik SDF Talal Sello.

SDF to arabsko-kurdyjska koalicja kierowana przez Kurdów z milicji YPG (Ludowe Jednostki Samoobrony). Jej działania wspiera międzynarodowa koalicja na czele z USA.

Zdobycie dawnej bazy lotniczej syryjskich wojsk rządowych, która była pod kontrolą dżihadystów od sierpnia 2014 roku, pozwala SDF na kontynuowanie ofensywy, której celem jest okrążenie i zajęcie miasta Ar-Rakka, bastionu Państwa Islamskiego (IS) i de facto stolicy samozwańczego kalifatu powołanego do życia przez IS.

Położone nad rzeką Eufrat lotnisko Al-Tabaka znajduje się zaledwie 50 km na zachód do miasta Ar-Rakka i kilka kilometrów od największej w Syrii zapory. W czerwcu 2016 roku kontrolę nad swoją dawną bazą bezskutecznie próbowały odzyskać syryjskie siły rządowe.

 

PAP/jn