Minęła 39 rocznica pacyfikacji kopalni „Wujek” przez milicję, ZOMO i wojsko. Relacje uczestników i świadków wydarzeń

Do akcji pacyfikacyjnej zamierzano wysłać 1471 funkcjonariuszy milicji oraz 720 żołnierzy. Postanowiono, że wojsko użyje przeciwko strajkującym 22 czołgów i 44 bojowych wozów piechoty.

Sebastian Reńca

Pierwsze pacyfikacje strajków w województwie katowickim miały miejsce już w poniedziałek 14 grudnia 1981 r. Informacje o brutalnym zachowaniu zomowców wobec strajkujących robotników docierały do kopalni „Wujek”. Górnicy postanowili, że nie pozwolą tak łatwo wejść ZOMO na teren ich zakładu pracy, by ich spałowało, i zaczęli przygotowywać sobie prymitywną broń, np. w postaci stylisk czy łańcuchów. W kilku miejscach kopalni postawili również barykady.

16 grudnia 1981 r., zanim doszło do ataku na kopalnię, do strajkujących górników przyszli: dyrektor Zaremba, płk Piotr Gębka – zastępca szefa Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego – wraz z płk. Czesławem Piekartem oraz wiceprezydentem Katowic, Jerzym Cyranem. Spotkali się ze strajkującymi przed łaźnią łańcuszkową. Próbowali nakłonić ich do przerwania protestu, argumentując, że „Wujek” jest ostatnią strajkującą kopalnią. Odpowiedziały im gwizdy, po czym strajkujący odśpiewali hymn polski; wojskowi przyjęli postawę na baczność. Na zakończenie spotkania poinformowano górników, że najpóźniej do godziny 11.00 mają opuścić kopalnię.

Strajkujący odpowiedzieli, że jeżeli na teren zakładu wkroczy wojsko, nie będą się bić z żołnierzami i zakończą strajk, jednak jeśli zostaną zaatakowani przez ZOMO, zamierzają się bronić. W tym czasie kopalnię otoczyły oddziały formacji milicyjnych oraz czołgi i wozy bojowe.

Decyzja o „odblokowaniu” kopalni zapadła dzień wcześniej – 15 grudnia 1981 r., na posiedzeniu Wojewódzkiego Komitetu Obrony w sali telekonferencyjnej Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach. Do akcji pacyfikacyjnej zamierzano wysłać 1471 funkcjonariuszy milicji oraz 720 żołnierzy. Postanowiono, że wojsko użyje przeciwko strajkującym 22 czołgów i 44 bojowych wozów piechoty.

Atak

Jeszcze nie upłynął termin ultimatum danego strajkującym, gdy siły milicyjno-wojskowe zaczęły akcję „odblokowania” od „oczyszczenia przedpola”. Milicja użyła armatek wodnych i gazów łzawiących do rozpędzenia ludzi zgromadzonych przed kopalnią. Byli to w większości mieszkańcy pobliskiego osiedla oraz rodziny strajkujących, którzy trzeci dzień wspierali górników. Pierwszy atak na kopalnię nastąpił od strony bramy kolejowej.

– Jak ZOMO na nas szło, pałami uderzali w tarcze. Do obrony miałem trzonek od kilofa, inni mieli to samo, jeszcze inni jakieś pręty, łańcuchy. Ponadto rzucaliśmy w nich śrubami. Oni szli na nas, a my na nich. I tak było kilka razy – opowiada Kazimierz Bodejko, górnik, który brał udział w strajku. – Jak odrzucaliśmy w stronę ZOMO gaz, świece dymne, to trochę poparzyłem dłoń. Nad nami latał śmigłowiec i był ogromny huk, bo z czołgów strzelali chyba „ślepakami”. No i cała kopalnia została zagazowana. Oczy piekły, łzawiły, a dym dusił człowieka.

Tamten atak się nie powiódł. Po pierwsze, czołg, który miał torować drogę milicjantom, zawisł na barykadzie. Po drugie, górnicy zatrzymali trzech funkcjonariuszy MO. (…)

Andrzej Głowacz, dowodzący ZOMO, postanowił negocjować z górnikami, lecz rozmowy zostały przerwane, kiedy nadleciał śmigłowiec. Gdy przy bramie głównej kolejne ataki zomowców załamywały się, na teren kopalni weszli funkcjonariusze plutonu specjalnego ZOMO, uzbrojeni w pistolety maszynowe typu PM-63 „RAK”. Z rampy magazynu odzieżowego oddali strzały w kierunku górników…

Zbrodnia

– Gdy zniknęła chmura dymów, zauważyłem leżącego górnika. Od bramy i czołgu to była odległość około 50 metrów, a od magazynu około 70 metrów. Chciałem do niego podbiec i ściągnąć go za narożnik kotłowni. W tym momencie zostałem ranny. Poczułem szarpnięcie. W pierwszym momencie pomyślałem, że zostałem uderzony petardą. Dopiero gdy odskoczyłem za narożnik, zobaczyłem, że z rękawa cieknie mi krew. Wtedy zrozumiałem, że używają ostrej amunicji, wcześniej byłem przekonany, że strzelają „ślepakami” – wspomina Stanisław Płatek, przywódca strajku w kopalni „Wujek” i jeden z czterech skazanych przed sądem wojskowym w lutym 1982 r.

Zomowcy z plutonu specjalnego strzelali „w łeb i na komorę”, co w ich slangu oznacza celowanie w głowę i klatkę piersiową. Górnicy, którzy zostali zastrzeleni, byli trafieni w głowę, klatkę piersiową, brzuch i w jednym wypadku w szyję. Podobnie było w przypadku tych, którzy przeżyli postrzał. (…)

Już 20 stycznia 1982 r. wojskowa prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie strzałów w kopalni „Wujek”. Według prokuratora porucznika Janusza Brola, funkcjonariusze plutonu specjalnego działali w obronie własnej „w celu odparcia bezpośredniego, gwałtownego i bezprawnego zamachu na ich życie i zdrowie”, przy czym każdy z nich „starał się kierować strzały w górę”. W dalszej części uzasadnienia prokurator przyznał, że w ten sposób oddanym strzałom „nie można dać w pełni wiary, bowiem przeczą temu skutki, do jakich użycie broni doprowadziło”. W toku śledztwa nie zdołano stwierdzić, kto strzelał w górę, a kto w ludzi, „niemniej jednak w świetle poczynionych w sprawie ustaleń i ocen prawnych użycia broni, okoliczność ta ma znaczenie drugorzędne”!

Cały artykuł Sebastiana Reńcy pt. „Krwawa środa w Katowicach” znajduje się na s. 1 i 2 grudniowo-styczniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 78/2020–79/2021.

 


  • Świąteczny, grudniowo-styczniowy numer „Kuriera WNET” (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Sebastiana Reńcy pt. „Krwawa środa w Katowicach” na s. 1 grudniowo-styczniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 78/2020–79/2021

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Cena wypełnienia misji/ Wywiad Grzegorza Kaczorowskiego z Michałem Gulgowskim, „Wielkopolski Kurier WNET” nr 77/2020

Uderzał mnie egoizm tych, którzy nagle weszli na szczyty władzy i odwrócili się plecami do społeczeństwa, które wywalczyło im pozycje. Tragiczne było to brutalne przejście w system kapitalistyczny.

Grzegorz Kaczorowski, Michał Gulgowski

Byłem przede wszystkim dziennikarzem

25 września 2020 r. w wieku 74 lat zmarł redaktor Michał Gulgowski, wieloletni działacz Wielkopolskiego Oddziału SDP. Publikował na łamach wielu gazet Wielkopolski i ogólnopolskich. Prezentujemy obszerne fragmenty wywiadu przeprowadzonego z red. Gulgowskim przez Grzegorza Kaczorowskiego w 2008 r.

Gdzie Pan pracował przed stanem wojennym?

Byłem dziennikarzem „Słowa Powszechnego”. Miałem sporo niezależności i kiedy powstawała Solidarność, momentalnie włączyłem się w ten ruch. To było spełnione marzenie naszego pokolenia.

Redaktor Michał Gulgowski | Fotografia archiwalna

W marcu 1968 r., kiedy rozeszła się wieść, że studenci w Warszawie są bici, ja również włączyłem się w to dosyć mocno, tak jak większość studenterii. Byłem jednym z nielicznych, którzy brali udział w wieczornym wiecu pod Mickiewiczem. Był chyba 12 marca, staliśmy na schodach Iuridicum i krzyczeliśmy: gestapo!, gestapo! Dostaliśmy wszyscy pałami, 40–50 osób. Dużo później dowiedzieliśmy się, że to były wewnętrzne walki w KC i że ta cała historia i antysemickie nastroje to były przylepione historie, którymi potem obciążano ludzi.

Na czym polegała Pana działalność po powstaniu Solidarności i w stanie wojennym?

Nie byłem żadnym wielkim działaczem Solidarności. Rzecz polegała na tym, że wcześniej byłem dziennikarzem w „Gazecie Poznańskiej”, wówczas „Zachodniej”, i „Ziemi Nadnoteckiej”. Odmówiłem wstąpienia do partii. Ponieważ te propozycje się powtarzały, złożyłem wypowiedzenie, co było wówczas czymś niewyobrażalnym. To był rok 1979, kwiecień. I trochę się zagalopowałem, ponieważ zostałem bez pracy. Ale dzięki mojemu koledze, adwokatowi Czesławowi Masianisowi, dowiedziałem o możliwości podjęcia pracy w „Słowie Powszechnym”, w Oddziale Wojewódzkim PAX-u w Pile. Szczęśliwie udało się. Niemniej wyczuwałem, były takie sygnały, że jestem pod kreską.

Pamiętam, że przez pierwsze pół roku nie wychodziłem na miasto, bo różne wieści krążyły o tym, jak się rozprawiano z niepokornymi. Byłem zadowolony, że pracuję. Mogłem wreszcie spokojnie pójść do kościoła, mówić to, co myślałem. Moja sytuacja, w porównaniu z dziennikarzami, którzy pracowali w RSW Prasa, była komfortowa.

Szukałem ciekawych ludzi, dużo pisałem o Kościele. Księża się połapali, że jestem człowiekiem, któremu można zaufać. Zresztą byłem dosyć znany w Pile. Kiedy powstała Solidarność, zostałem (mam dokumenty) wydelegowany jako przedstawiciel związku do Warszawy na spotkanie, na które przyjechał również Drzycimski, dotyczące tego, co się działo w Stoczni Gdańskiej. To było 12 września. Pojechałem z już gotową deklaracją członkowską Solidarności. Zebranie było burzliwe. Wielcy tego świata, którzy się tam przypadkowo znaleźli, prawie mdleli.

Wszedłem w środowisko, które tworzyło Solidarność. Dowiedziałem się, że władze miejskie i wojewódzkie w Pile nie chcą nam dać lokalu na zebranie założycielskie Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego Solidarności. Mieliśmy tylko niewielką salkę konferencyjną na góra 50 osób. Tam zorganizowaliśmy pierwsze spotkanie, chyba 25 września. Zjechali się z całego województwa przedstawiciele wszystkich zakładów, chyba 150 osób. Jeden siedział na drugim. Ale wszystko odbyło się przepięknie, błyskawicznie się zorganizowaliśmy, MKZ się ukonstytuował. Teraz tylko trzeba było wywalczyć siedzibę dla Solidarności. To była taka moja osobista cegiełka, z której byłem bardzo dumny.

Jakie miał Pan stanowisko w nowo powstałej Solidarności?

Byłem zwykłym członkiem i przede wszystkim dziennikarzem. Uwielbiałem pisanie. To był mój konik: szukanie ludzi, sytuacji. Potem rozpocząłem informowanie, poprzez „Słowo Powszechne”, o tym, co się dzieje w Pile.

Stałem się również korespondentem „Tygodnika Pilskiego Solidarność”, który prowadził Jarosław Gruszkowski, wspaniały technik, a jednocześnie dusza wszystkich mediów. To wszystko było niesłychanie ciekawe. Zrozumiałem, że tworzy się coś absolutnie nowego, wchodzimy na nowy ląd i jako dziennikarza szalenie mnie to interesowało.

Przejdźmy zatem do stanu wojennego. Mieszkał Pan w tym czasie w Pile.

Tak, ale może dodam, że w międzyczasie opublikowałem wywiad-spotkanie z głównymi działaczami Solidarności w Pile – materiał dotyczący demokracji w związku. Ludzie nie bardzo wiedzieli, jak się za to wszystko zabrać – zapewnić demokrację w państwie totalitarnym, które nie zezwalało na demokrację. I udało mi się to wszystko opisać. Wypowiedzi były świetne, ale sądziłem, że prowincjonalną Piłę zlekceważą w redakcji „Tygodnika Solidarność” w Warszawie. A tu artykuł ukazał się w lipcu, na pierwszej stronie pod winietą, ze zdjęciami itd. Zadowolenie w Pile było ogromne. Jednocześnie zostałem wciągnięty na listę korespondentów „Tygodnika Solidarność”, co mnie bardzo ucieszyło.

Kontynuowałem pisanie o Solidarności i w ogóle wsiąkłem w to środowisko. Tyle, że my się tak za bardzo nie przedstawialiśmy. Cześć, cześć, znaliśmy się z twarzy, pamiętało się jakieś imię. I niestety kiedy kilka lat temu zjawiłem się w Pile w siedzibie Solidarności, nowi ludzie zupełnie nie wiedzieli, kim jestem.

Stan wojenny to dla mnie bolesna historia. 12 grudnia zbierałem materiały dotyczące nagonki mediów na Solidarność. Byłem umówiony z redaktorem naczelnym, że 13 w niedzielę rano dostarczę mu ten materiał do Zarządu. Telefonowałem, stawiałem pytania dotyczące głównie tego, jakie jest nastawienie załóg, opinia o wszystkim, co się dzieje, o oszczerstwach rzucanych na Solidarność. Otrzymywałem wspaniałe odpowiedzi. Dwa razy mnie połączono z komitetem PZPR. Jeden z sekretarzy był zachwycony, że Solidarność walczy. Może tak mówił ze strachu. Drugi natomiast był za, ale głównie przeciw. Wił się i kręcił. W każdym razie usiadłem wieczorem i napisałem artykuł.

Trzynastego rano kasza w telewizorze, nic nie słychać, idę, dowiaduję się od ludzi, że jest stan wojenny. Z artykułu nici. W bloku niedaleko znajdowała się prawdopodobnie centrala dowodzenia milicją. Mieszkałem na 10 piętrze, patrzyliśmy co się dzieje. A tam mrowie tej milicji kręciło się wokół budynku, samochody. Już wiedziałem, że coś jest nie tak.

Organizowaliście pomoc dla rodzin internowanych. Czy robiliście to w ramach jakiegoś komitetu?

Wiedziałem, że trzeba zorganizować jakąś pomoc dla ludzi. Organizowaliśmy ją przez Kościół, ale inicjatywa była moja. Ludzie troszkę się bali, że z karabinów ich usieką. Ale wszystko bardzo dobrze się potoczyło. Przyszedł do mnie nowo narzucony (albo nowo przybyły) szef oddziału Stowarzyszenia PAX, pod pozorem spaceru z dziećmi. Ostrzegł mnie, że Służba Bezpieczeństwa rozpytuje się, co robię, gdzie przebywam itd. Dało mi to do myślenia. I nagle wybucha między ludźmi wieść, że będzie drugi rzut aresztowań.

Nie wiedziałem, co robić. Siedzieć w domu, czy uciekać? W każdym razie trzeba się było pozbyć z mieszkania prawie 100 kg zakazanych książek. Zanieśliśmy to z żoną do znajomych, ale zaniesienie dwóch waliz i dwóch toreb nie było proste. Przechodziliśmy przez most obstawiony przez huczące czołgi. Sprawdzali ludzi, ale udało nam się przejść.

Potem zapadła cisza. PAX i „Słowo Powszechne” zostały zawieszone. 31 marca 1982 r. dowiedziałem się, że „Słowo Powszechne” rozwiązuje ze mną umowę o pracę. To było silne uderzenie. Szef, który chciał jakoś zaistnieć politycznie i został później szefem PRON w Pile, nie chciał mnie zwalniać, bo zależało mu na opinii. A u nas w parafii Świętej Rodziny proboszczem był ks. dr Stanisław Styrna, potrafił z ambony powiedzieć kilka mocnych słów. Moim szefem był ten sam człowiek, który ostrzegł mnie przed SB. Na razie dał mi spokój, ale już w ’83 r., w wyniku (jestem o tym przekonany) interwencji SB, zaczął mi dokuczać. Nie dawał mi żadnych poleceń, przesunął mnie do działu ekonomicznego. Mówię: daj mi jakąś pracę!, a on na to: sam powinieneś wiedzieć, co robić. Byłem też świadkiem, jak kilkakrotnie przychodził do szefa człowiek ze SB i wychodził roześmiany, widać, że po kielichu. Sytuacja stawała się coraz bardziej nieprzyjemna. Coraz więcej uwag, że nic nie robię, że inni za mnie pracują itd. Szef chciał mnie wypchnąć na siłę. Z chwilą, kiedy zostałem usunięty ze „Słowa Powszechnego”, zrozumiałem, że jest to preludium do usunięcia mnie z PAX-u.

W 1983 r. dowiedziałem się, że istnieje Polski Związek Katolicko-Społeczny, jest możliwość przejścia do tej organizacji. PZKS cieszył się poparciem Kościoła i miał dobrą opinię. Jego przewodniczącym był w tym czasie Janusz Zabłocki. Zgłosiłem się do niego, odbyliśmy utajnione trzykrotne spotkania w Warszawie. Uzgodniliśmy, że 1 kwietnia ’84 r. podejmę pracę w PZKS-ie jako przewodniczący Oddziału w Pile. Już nie mogłem wytrzymać w PAX-ie. Gdzieś tam jeździłem, coś sobie wymyślałem, ale to było jedno wielkie cierpienie i byłem szczęśliwy, że mogę zmienić firmę. 28 marca Janusz Zabłocki wyjechał do Watykanu, do Ojca Świętego. W tym dniu odbyło się w Warszawie zebranie, na którym pozbawiono go członkostwa. Usunięto z PZKS-u wszystkich poważnych ludzi. Zostałem na lodzie. Sytuacja była tragiczna. Żona była w ciąży z naszym drugim dzieckiem. Jakoś przetrwałem jeszcze kilka miesięcy, ale sytuacja była tak zaogniona, że 15 sierpnia złożyłem wymówienie. Myślałem, że pojadę do rodziców, do Bydgoszczy, tam podejmę jakąś pracę, ale okazało się, że nic z tego.

Jak Pan potem dawał sobie radę?

Był to czas upokorzeń, psychicznie bardzo dla mnie niszczący. Zacząłem szukać pracy w szkolnictwie – byłem polonistą. Dyrektorzy owszem, bardzo chętnie, proszę bardzo, bo mężczyzna itd. Proszę się zgłosić jutro. Następnego dnia słyszałem, że niestety etat już został zajęty.

Żona nie pracowała, była w ciąży. Dowiedziałem się, że jest praca w PZU, ale w Wałczu. Przyjęto mnie i za 350 zł jeździłem po wioskach i ubezpieczałem rolników od nieszczęśliwych wypadków. To trwało trzy miesiące. Oczywiście rolnicy się nie ubezpieczali. Nic nie zarabiałem w tym czasie, prócz tych trzystu ileś złotych. Pamiętam, że żona wymyślała, jak zrobić z niczego coś do jedzenia. I pamiętam ten stres.

Wtedy znajomy, śp. Krzysztof Korbicki, historyk z muzeum, powiedział mi, że może w muzeum Staszica w Pile będzie praca. Poszedłem do pani dyrektor Stefanii Porbadnik, która w pierwszej chwili nie była sympatyczna, ale wyczułem, że chce mi pomóc. Otrzymałem pracę instruktora za niewielką, ale prawdziwą pensję. Zacząłem żyć normalnie. W muzeum przepracowałem pół roku. Tam zainteresowałem się Staszicem. Udało mi się opublikować w „Ładzie” PZKS-u – który był prowadzony jeszcze przez ludzi dawnej formacji, więc to nie był żaden wstyd – pracę naukową na temat Staszica.

Wiedziałem jednak, że wciąż jestem na celowniku, że jestem śledzony. Byłem profesjonalnym dziennikarzem, który współpracował z Solidarnością.

Mało kto zdaje sobie sprawę, czym były media dla komunistów, dla PRL-u – świętością. Ktoś był albo podporządkowany, albo nie istniał. Oczywiście w Pile działało podziemie. Kiedyś rozmawiałem z pewnym księdzem, że chętnie bym pisał, ale wiem, że jestem obserwowany. Zresztą jak przychodziłem z kimś do domu, to wyskakiwali jak kukiełki. I ten ksiądz powiedział: jeśli uważasz, że możesz komuś zaszkodzić, to zrezygnuj. Więc trzymałem się na dystans.

Potem przeniósł się Pan do Poznania…

Dostaliśmy przydział na mieszkanie w Poznaniu, po 15 latach czekania. Wcześniej rodzice ufundowali nam tak zwany wkład. Byłem zadowolony, ale opuszczałem Piłę i wchodziłem w nieznane środowisko. W Poznaniu podjąłem pracę w Wydawnictwie Rolniczym i Leśnym. Dosyć szybko dyrektor zorientował się, że nie żyję dobrze z władzami i przerzucił mnie do zwykłej korekty książkowej. Tam przepracowałem dwa lata. Dowiedziałem się, że w Warszawie powstaje Fundacja Laborem Exercens, która będzie wydawała pismo. Zgłosiłem się i zostałem przyjęty. Moim szefem został dawny człowiek „Ładu”, który opublikował mój 25-stronicowy artykuł o Staszicu.

We wrześniu 1987 r. rozpocząłem pracę. To były dwa pełne lata działalności dziennikarskiej, która dała mi wiele satysfakcji. To było pismo opozycyjne w pełnym tego słowa znaczeniu. Byłem zdziwiony, że jest aż taka swoboda. Ale w końcówce lat 80. można było sobie na więcej pozwolić. Jako pierwszy opublikowałem materiał o budowie elektrowni atomowej w Klempiczu, na podstawie technologii radzieckiej, co zagrażało wszelkiemu życiu naokoło. To była rozmowa z biologiem, który ujawnił to straszliwe zagrożenie. Jak mówił mi naczelny, w Warszawie aż huczało, a sam Jaruzelski się wściekł, kiedy to przeczytał, ale nie wiem, czy to prawda. I nagle po dwóch latach wszystko się zawaliło – podobno z powodów finansowych. Ale ja w to nie wierzę.

To był rok 1989?

Tak, 1989. 4 czerwca wybory. Zwycięża Solidarność. To najpiękniejszy moment, jaki przeżyłem.

Ale jednocześnie zacząłem chorować, jakby odezwało się całe dotychczasowe napięcie. Miałem problemy głównie z sercem.

W tym czasie dostałem pracę w pierwszym niezależnym dzienniku w Polsce – „Dzisiaj”. Mocno przyczyniłem się do tego, aby wywalić z Komitetu Wojewódzkiego wszystkich aparatczyków. Powstał tam Instytut Historii. To też była taka moja cegiełka. To wszystko mam udokumentowane. Pracowałem w „Dzisiaj” przez rok. Ale ponieważ zdrowie zaczęło mi bardzo poważnie nawalać – poszedłem na uniwersytet. Myślałem, że tam znajdę się między światłymi ludźmi, którzy należeli wyłącznie do Solidarności. Ale się pomyliłem! Wcale tak nie było. Pracowałem jako tzw. pracownik administracyjno-naukowy. Zacząłem dochodzić do siebie, chciałem napisać doktorat, ale po niecałych dwóch latach ucięto mi połówkę administracyjną. Nie mogłem utrzymać rodziny, pracując na pół etatu. Przeszedłem do szkolnictwa. Zacząłem dawać sobie radę. Uczyłem polskiego i angielskiego. Raz jeszcze chciałem wrócić do zawodu dziennikarskiego.

W każdym razie sądziłem, że świat się zmienił – to było bardzo naiwne spojrzenie – i że już mogę się czuć swobodnie. Tymczasem wszystkie te stare kadry, które przetrwały, trzymały bardzo mocno władzę w garści. Stąd te wszystkie zawirowania w dojściu do pełnej niepodległości.

Które z doświadczeń lat 80. uważa Pan za najcięższe?

To był niewątpliwie stan wojenny – zbrodnia. Runęły wszystkie nasze nadzieje na to, że będzie lepiej. A poza tym utraty pracy, nieustanne zmiany, niepewność – powodowały, że nie mogliśmy się zakorzenić. Najgorsze było to, że jeśli się chciało być dziennikarzem, trzeba było być w partii, bo inaczej było się eliminowanym. Najcięższy był okres, kiedy zostałem wyrzucony ze „Słowa Powszechnego”. Traktowano mnie w sposób uwłaczający ludzkiej godności.

Czy odczuwa Pan skutki ówczesnych represji?

Oboje z żoną nerwy mamy w strzępach. Wychowywanie dzieci odbywało się w nieustannym stresie. Cały czas się nam przyglądano. W pracy trzeba było uważać na każde słowo. Żyłem w nieustannym napięciu psychicznym i ciągłym oczekiwaniu na uderzenie. To było destrukcyjne.

W 1989 czy 90 r. zostały opublikowane pierwsze informacje o tym, jaki jest stan psychiczny społeczeństwa polskiego, jak potwornie wzrosła ilość ludzi leczących się na choroby psychiczne. Wielu moich kolegów, którzy byli w różny sposób prześladowani, musiało podjąć tego typu leczenie.

Czy jakieś doświadczenia z tego czasu wspomina Pan dobrze? Znajomości, przyjaźnie?

Nie. Cały czas walczyliśmy o życie, żeby w miarę dawać sobie radę. Żadnych przyjaźni nie zawierałem. Utkwiła mi w duszy nieufność. Nie mamy specjalnie znajomych. Kiedyś byłem niesłychanie towarzyski, serdeczny. Potem się wszystko zmieniło. Nie ufam ludziom.

Jak ocenia Pan zmiany, które nastąpiły po 1989 r.?

Przypominam sobie Zjazd Solidarności Wielkopolskiej w Poznaniu, kiedy wszyscy spotkaliśmy się na Arenie. Trudno wyrazić tę radość. Zwyciężyliśmy! To było wspaniałe uczucie. Potem przyszła szara rzeczywistość. Ja byłem dziennikarzem, polonistą. Znam angielski, więc mogłem również uczyć angielskiego. Dawałem sobie radę z utrzymaniem rodziny, mimo że było bardzo cienko. Ale widziałem los innych ludzi, tę tragedię, która się rozgrywała już od pierwszych lat dziewięćdziesiątych. W 1990 r. zostało zwolnionych z pracy 300 tysięcy ludzi. Po roku prawie milion ludzi nie miało pracy. Potem trzy miliony, cztery, pięć, sześć milionów. Niewyobrażalna tragedia. Ja wiedziałem, co to znaczy stracić pracę, być bez środków do życia.

To, co rozgrywało się na poziomie decyzji rządu, przyjmowałem z mieszanymi uczuciami i uważałem, że Solidarność postępuje zbyt łagodnie. Uderzał mnie egoizm tych (już pomijam komunistów, których po prostu totalnie nie cierpiałem), którzy nagle weszli na szczyty władzy i odwrócili się plecami do społeczeństwa, które wywalczyło im te ich wspaniałe pozycje i możliwości. Tragiczne było to brutalne przechodzenie w system kapitalistyczny, deptanie ludzkiej godności.

Nomenklatura pleniła się na wszelkie możliwe sposoby, obrosła w siłę. Upadanie firm, sprzedawanie za grosze było obrzydliwe. To była ta skaza, straszliwa rysa na pięknym obliczu tego, co powstawało. Mieliśmy wiele ufności. Tymczasem tragedia społeczeństwa polskiego była potężna, a właściwie nic na ten temat się nie mówi, nie pisze. To tak jakby gdzieś bokiem sobie przeszło.

Czy ubiegał się Pan o jakieś odszkodowanie z tytułu zwolnień z pracy, represji?

Zwróciłem się do IPN o znalezienie mojej teczki, bo to wszystko, co mnie dotknęło, nie wzięło się znikąd. Zapomniałem powiedzieć, że byłem wydelegowany przez Zarząd Regionu w Pile do zaopatrzenia w urządzenia typu linotypy mającej powstać drukarni. Jeździłem do Warszawy, Katowic, Łodzi, Krakowa, żeby kupić potrzebny sprzęt. Esbecy chyba się domyślali, musiał być jakiś przeciek. Uważam, że to również było powodem tego, że byłem obiektem tak silnej inwigilacji. Przywoziłem z Warszawy materiały dla powstającej Solidarności, druki itd. Plątali się za mną dziwni ludzie. Myślałem więc, że jest jakaś dokumentacja na ten temat. Zwróciłem się do IPN, a IPN odpowiedział, że badali w Pile, w Bydgoszczy, w Gdańsku i nic nie znaleźli. Nie chce mi się wierzyć. Czesław Masianis (obrońca zagrożonych przez władzę) opowiadał mi, że kiedy się raz spotkaliśmy i poszliśmy do piekarni, złożono na mnie donos, że byliśmy widziani i rozmawialiśmy o czymś, co być może było nielegalne. Liczyłem, że ten donos się znajdzie. Niestety nie. Ale z drugiej strony dowiedziałem się, że esbecy w 1989 r. spalili w lesie prawie dwie tony akt prawdopodobnie dotyczących stanu wojennego.

Jak sobie Pan dzisiaj radzi?

Jest niełatwo, ale walczymy o przetrwanie. Niedługo przejdę na emeryturę, więc sytuacja się pogorszy. Ale liczę na to, że dostanę jakąś dodatkową pracę w szkole i dorobię. Żadnym działaczem nie byłem, internowany nie byłem itd. Trudno samego siebie oceniać. Działania esbecji polegały głównie na tym, aby w sposób cichy, niedostrzegalny niszczyć ludzi, którzy się nie poddawali. Takich jak ja były miliony. I wszyscy podlegaliśmy tym samym prawom, tej samej presji, stałemu poczuciu zagrożenia.

Co jest piękne, co temu pokoleniu nigdy nie zostanie odebrane? Poczucie wypełnienia misji. Ono zareagowało prawidłowo. Ten entuzjazm tysięcy ludzi. Ta odwaga wielu i nielicznych. To było coś fantastycznego. Ale to było naszą główną zbrodnią.

Społeczeństwo się odradza, jednak uważam, że teraz w jakimś stopniu jest chore. To jest kwestia moralności. To jest kwestia godności narodowej, poczucia godności osobistej, spokojnego bytu. To w te wartości uderzył stan wojenny.

Wywiad powstał w ramach projektu EACEA Fundacji KOS i Archiwum Akt Nowych „Ostatnie ofiary stalinizmu w Polsce w okresie stanu wojennego 1981–1983 i ich obrońcy”.

Wywiad Grzegorza Kaczorowskiego z Michałem Gulgowskim pt. „Byłem przede wszystkim dziennikarzem” znajduje się na s. 6 listopadowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 77/2020.

 


  • Z przykrością zawiadamiamy, że z powodu ograniczeń związanych z pandemią ten numer „Kuriera WNET” można nabyć wyłącznie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
  • Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
Wywiad Grzegorza Kaczorowskiego z Michałem Gulgowskim pt. „Byłem przede wszystkim dziennikarzem” na s. 6 listopadowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 77/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Przygoda reżysera w stanie wojennym, ze Służbą Bezpieczeństwa w tle. Pamięci Andrzeja Strzeleckiego, zmarłego 17.07. br.

SB postanowiła namierzyć antysocjalistę zrywającego propagandowe plakaty. Teatr został otoczony przez funkcjonariuszy SB, a przy wyjściu wszystkim kontrolowano ręce przy pomocy lampy fluorescencyjnej.

Jan Martini

17 lipca br. media podały smutną wiadomość o śmierci Andrzeja Strzeleckiego – reżysera, aktora, i człowieka… „implementującego” w Polsce grę w golfa. Strzelecki stał się centralną postacią pewnego wydarzenia w ponurym, schyłkowym okresie PRL-u. Rzecz miała miejsce w Koszalinie podczas stanu wojennego. (…)

Pracowałem wówczas jako kierownik muzyczny w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym. (…) Zamiast biuletynów „Solidarności” na zapleczu – propagandowe plakaty zohydzające związek. Ktoś (antysocjalista?) systematycznie zrywał te plakaty.

W tych okolicznościach zjawił się w teatrze Andrzej Strzelecki, by reżyserować własną sztukę pt. Clowni. Było to przedstawienie bardzo nietypowe – z małą obsadą, w konwencji ni to kabaretu, ni to wygłupów cyrkowych, lecz pełne aluzji i podtekstów politycznych. Pamiętam reżysera Strzeleckiego jako błyskotliwego i bardzo dowcipnego człowieka, który potrafił wzbudzić wielki entuzjazm do pracy w całym zespole. Aktorzy spotykali się na nocne próby po wieczornym przedstawieniu i nikt nie pytał o nadgodziny. Spektakl odniósł sukces i był później nagradzany na rozmaitych festiwalach. Aktorzy bawili się znakomicie i tak też reagowała widownia.

Jednym z najprzyjemniejszych wydarzeń dla ludzi teatru są bankiety po udanej premierze. Niestety w bankiecie po premierze Clownów nie uczestniczyłem, gdyż jako szczęśliwy posiadacz pojazdu samochodowego marki Syrena właśnie naprawiałem ów pojazd gdzieś na poboczu drogi. (…) Gdy w końcu udało mi się uruchomić samochód, było już zbyt późno, by wracać do teatru na bankiet. Następnego dnia dowiedziałem się, jak wyglądało zakończenie wieczoru. Okazało się, że z braku ważniejszych zadań w Koszalinie, SB postanowiła namierzyć antysocjalistę zrywającego propagandowe plakaty. Teatr został otoczony przez funkcjonariuszy SB, a przy wyjściu wszystkim kontrolowano ręce przy pomocy lampy fluorescencyjnej. Afisze były nasączone jakąś substancją i ich dotknięcie zostawiało ślad widoczny w promieniach ultrafioletowych.

Esbekom udało się złapać tylko jedną osobę, a była to… żona reżysera Strzeleckiego, która na premierę przyjechała z Warszawy, nie mogła więc wcześniej zrywać plakatów. Pani Strzelecka tłumaczyła się, że podniosła zerwany afisz z podłogi i wrzuciła do kosza.

Niefortunna akcja SB wywołała ogromne oburzenie całego zespołu teatru. Domagano się natychmiastowego spotkania z autorami prowokacji. Ja zaś znałem nazwisko funkcjonariusza, który „ochraniał” teatr, bo miałem wątpliwą przyjemność poznać go już na początku stanu wojennego, gdy przeprowadzał ze mną tzw. rozmowę profilaktyczną. Z kolei o jego nazwisku poinformował mnie tajny współpracownik SB zatrudniony w teatrze na etacie inspicjenta, mówiąc, że placówki kultury w mieście nadzoruje „major Izydor Jakubowski”. Taką też wiadomość „puściłem” do naszej podziemnej „Gazety Wojennej Grudzień 81”. Dziś już wiem, że w ten sposób, zmieniając jeden szczegół (nie kapitan, lecz major) SB śledziła źródła i trasy przesyłu wiadomości. Dzięki temu uzyskano dowód na moje powiązania z podziemną prasą Solidarności.

Kapitan Jakubowski przyszedł do teatru na spotkanie, podczas którego reżyser Strzelecki, nie kryjąc wzburzenia, mówił, że przyjechał tu działać na niwie artystycznej, a został wplątany w jakąś kryminalną awanturę. Miał pretensje do dyrekcji, która wiedząc, że w teatrze jest „kocioł”, nie ostrzegła w jakiś sposób załogi. „Dyrektor mógł choćby umieścić wazon w oknie” – stwierdził znany z poczucia humoru Strzelecki…

Cały artykuł Jana Martiniego pt. „Przygoda reżysera ze służbą bezpieczeństwa w tle” znajduje się na s. 8 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 74/2020.

 


  • Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
  • Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Jana Martiniego pt. „Przygoda reżysera ze służbą bezpieczeństwa w tle” na s. 8 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 74/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Dr Wdzięczak: Przedsiębiorstwa tną inwestycje. Bardzo niewielu przedsiębiorców planuje ograniczać zatrudnienie

Dr Janusz Wdzięczak o dobrych i złych wiadomościach dotyczących sytuacji gospodarczej w naszym kraju, problemach mniejszych przedsiębiorców i formalnościach związanych z tarczą antykryzysową.

 

Nic nie zapowiada przynajmniej na razie w Polsce bezrobocie urośnie do takiego poziomu jak w Irlandii gdzie wynosi ponad 20%.

Dr Janusz Wdzięczak zauważa, że nasz kraj jest w lepszej sytuacji, jeśli chodzi o spodziewane bezrobocie niż niektóre państwa Zachodniej i Południowej Europy. Według raportu bardzo niewielu przedsiębiorców planuje ograniczać zatrudnienie.

Od czasu stanu wojennego nie mieliśmy takiego ograniczenia w poruszaniu się i na granicach.

Z drugiej jednak strony, jak zauważa Łukasz Jankowski, aż 89% małych i średnich przedsiębiorców znacząco wpłynął na sprzedaż i świadczone usługi. Jego gość stwierdza, iż to właśnie oni najbardziej ucierpieli na zamknięciu kraju. Duże przedsiębiorstwa mają bowiem większe rezerwy kapitałowe i mogą sobie poradzić z przestojem.

Przedsiębiorstwa tną inwestycje. Inwestycje są kołem zamachowym gospodarki.

Problemem jest wycofywanie się przedsiębiorców z inwestycji. Nie wiadomo przy tym, ile z nich jest tylko zawieszonych, a ile faktycznie anulowanych. Prowadzący biznes muszą kalkulować ryzyko, a obecnie nikt nie wie, jak będzie wyglądała sytuacja po epidemii. Nie zatrzymują się za to inwestycje publiczne:

Sektor kolejowy nie będzie się wycofywał z inwestycji. Tego typu inwestycje napędzają koniunkturę.

Ekonomista zauważa, że na obsługę formalność związanych z tarczą antykrysową stać większe średnie i duże firmy, gdyż mogą zlecić przygotowanie wniosku kancelariom prawnym. Mali przedsiębiorcy nie mają takiej możliwości, więc trudniej im skorzystać z tego pakietu rozwiązań. Prezes Fundacji Ambitna Polska zauważa, iż w przypadku wydatkowania publicznych pieniędzy konieczne jest wdrożenie odpowiednich procedur.

 

Posłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.P.

Tarcza

Grzegorz Braun: W stanie wojennym władza też wzywała do jedności w obliczu trudnych do opisania zagrożeń

De facto mamy stan nadzwyczajny. Konfederacja nie ma nic przeciwko – tylko róbmy to lege artis. Rząd płynie na fali emocji, które sam wznieca – mówi polityk Konfederacji.


Grzegorz Braun mówi o  tym, że Konfederacja walczy w parlamencie o przestrzeganie reguł wcześniej ustanowionych:

Jeżeli mamy postępować inaczej, to lepiej zamknijmy Sejm. Niech władza weźmie pełną odpowiedzialność i sięgnie po konstytucyjne rozwiązania.

Jak mówi polityk, przed uchwaleniem pakietu antykryzysowego konieczne jest zapoznanie się z ustawą przez posłów. Do tej pory nic takiego nie nastąpiło.

De facto mamy stan nadzwyczajny. Konfederacja nie ma nic przeciwko – tylko róbmy to lege artis.  Rząd płynie na fali emocji, które sam wznieca.

Zdaniem Grzegorza Brauna, w polskim ustroju powinna być przewidziana możliwość wprowadzania w życie dekretów prezydenckich:

My od dawna postulujemy zmianę postpeerelowskiej konstytucji. Cały czas słyszę, że Konfederacja wkłada kij w szprychy.

Jak dodaje:

Jesteśmy gotowi zamknąć się w kwarantannie, byleby nie złamać prawa.

Rozmówca Łukasza Jankowskiego mówi o fatalnym traktowaniu przedsiębiorców przez banki. Przedstawia tezę, że rząd w Pekinie wykorzystał pandemię do renacjonalizacji znacznej części biznesu i wykupił go z rąk kapitału zagranicznego.

Kto dokona wykupu polskich biznesów, kiedy one będą upadały?

Grzegorz Braun krytykuje zachęty rządu w stronę przedsiębiorców do brania kredytów.  Odnosi się do zarzutów o budowanie przez Konfederację wspólnego frontu z Koalicją Obywatelską:

W stanie wojennym władza też wzywała do jedności w obliczu trudnych do opisania zagrożeń. Jestem za stary  na takie chwyty, Jeżeli rząd uważa, że nie da się przestrzegać obowiązującego prawa, niech wprowadzi stan wyjątkowy. Niech nie szuka chętnych do podzielenia się odpowiedzialnością za nieodpowiedzialne, konwulsyjne rządzenie.

Jak mówi dalej:

Jeżeli rząd nie jest przywiązany do litery prawa to je zmieńmy. Ja nie będę płakał, bo nie jestem bardzo wierzącym demokratą. Jeżeli ustawodawca czegoś w latach 90. nie przewidział, to teraz trzeba to zmienić.

Gość „Popołudnia WNET” przestrzega, że rząd może wykorzystać nadzwyczajne uprawnienia przeciwko obywatelom. Zwraca uwagę, że parlament obecnie nie funkcjonuje i nie ma możliwości przedyskutowania rozwiązań „tarczy antykryzysowej” w komisjach.

Jeżeli parlament nie sprawuje swojej funkcji kontrolnej nad organami władzy wykonawczej, to nie należy robić fasadowych, tabletowych posiedzeń, tylko uznajmy stan faktyczny, stan wyjątkowy.

Grzegorz Braun twierdzi również, że służby przymykają oko na „szwendających się tysiącami po ulicach Przemyśla Ukraińców”, sprowadzonych na lotnisko Chopina w Warszawie wbrew obowiązującym przepisom:

To jest improwizacja, która wytwarza stan niekontrolowanego chaosu. Ten reżim doprowadzi Polaków do katastrofy gospodarczej. Konfederacja o tym mówi, a w zamian słyszy, że czepia się najlepszego rządu, który pięknie zarządza wirusowym kryzysem.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.W.K.

Wspomnienie o Danucie Nowakowskiej

Krzysztof Tadeusz Walendzik o ś.p. Danucie Nowakowskiej, działaczce „Solidarności” i francuskiej Polonii, odznaczonej Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi RP oraz Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP.

Krzysztof Tadeusz Walendzik wspomina Danutę Nowakowską, która zmarła w wieku 87 lat. Była nauczycielką, uczestniczką strajku w Stoczni Gdańskiej, zasłużoną działaczka „Solidarności”, a także Klubów Gazety Polskiej (Paryż). Organizowała z Francji pomoc dla represjonowanych w Polsce.

Była to osoba niezwykle zasłużona dla francuskiej Polonii, ale też dla niepodległości Polski, pomagała ludziom.

Urodzona w 1932 r. w Warszawie, spędziła w niej wojnę i okupację. W czasie powstania była łączniczką. Brała udział w strajku w stoczni im. Lenina. Jako działaczka NSZZ wyjechała do Paryża na zaproszenie francuskiego związku. Kilka dni później w Polsce wprowadzony został stan wojenny, w związku z czym Nowakowska została w stolicy Francji. Nasz gość mówi, że opozycjonistka:

Nigdy nie szukała profitów. […] Organizowała transporty humanitarne do Polaków na Białorusi, Litwie i Ukrainie. […] Udzielała się w życiu Kościoła polskiego.

Posłuchaj całej rozmowy już teraz!

K.T./A.P.

Jakubiak: Dziś piwa kraftowe to wielki przekręt. Te prawdziwe pochodzą z produktów lokalnych, a nie są efektem mody

– Trzeba być szczerym ze słuchaczami – dzisiejsze piwa kraftowe to przekręt. Mnie uczono, że smaki owocowe w piwie absolutnie je dyskwalifikują – mówi Marek Jakubiak.

Marek Jakubiak, były poseł ugrupowania Kukiz’15 oraz twórca przedsiębiorstwa Browary Regionalne Jakubiak Sp. z o.o., dzieli się swoimi wspomnieniami związanymi z wprowadzeniem 13 grudnia 1981 r. stanu wojennego.

Młodziutki (…) byłem. To jest dla mnie o tyle traumatyczne przeżycie, że w wieku 22-23 lat przychodzi goniec. Ja wtedy skończyłem Szkołę Chorążych Wojsk Lotniczych [w Dęblinie – przyp. red.] (…). Pierwsza myśl (…) – natychmiastowe stawienie się do jednostki 1. Pułku Lotnictwa Myśliwskiego pod Mińskiem. Zamknięto nas w tych koszarach na sześć czy siedem miesięcy (…). To nie jest jakieś miłe wspomnienie, absolutnie.

Gość Kuriera w samo południe mówi również, jak zaczęła się jego przygoda z piwowarstwem. Jak sam stwierdza, był to przypadek. Osiem miesięcy przed zakończeniem służby odszedł z wojska, po czym założył swoją pierwszą firmę, zajmującą się telewizją kablową. Jakubiak sprzedał ją następnie większemu przedsiębiorstwu z tej samej branży, a to z kolei jeszcze większemu. Właściciel giganta zakupił browar. Ktoś z zarządu właścicielskiego musiał go pilnować – do tego zadania wybrano właśnie przyszłego posła. Miał on tydzień by nauczyć się piwowarstwa. Nowe zajęcie tak spodobało się Jakubiakowi, że kontynuuje je do dziś.

Twórca Browarów Regionalnych Jakubiak Sp. z o.o. odnosi się przy tym do dzisiejszych trendów w branży. Zwraca uwagę, że piwa określane dziś jako kraftowe czy rzemieślnicze są oszustwem wobec konsumenta. Wyjaśnia, że do właściciela browaru przychodzi zainteresowany, który prosi o uwarzenie danej ilości napoju, a następnie nakleja własne etykiety. Zaznacza, że prawdziwe piwo o tej nazwie pochodzi z produktów lokalnych, a nie tych, które w danym momencie uważa się za modne. Podaje w tym miejscu wymowny przykład – gdy gość Kuriera… uczył się piwowarstwa mówiono mu, że smaki owocowe w trunku absolutnie go dyskwalifikują.

Były poseł zdradza także, jakie piwo najbardziej lubi.

Rozumiem, że chodzi o gatunek. Lager. Chodzi o najtrudniejsze piwo w produkcji, to jest piwo jasne lager. Dlaczego jasne i dlaczego najtrudniejsze? No dlatego, że z tego piwa można wszystko wyczytać, wszystkie jego wady. Niby z każdego można, ale tutaj w prosty sposób widać wyraźnie, kiedy piwo jest świeże, kiedy piwo jest czyste, klarowne, sesyjne.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.K.

Thomas: Ludzie w Wielkiej Brytanii mają dosyć elit medialnych i rządzących, które cały czas im mówiły, że są głupi

David Thomas o wyniku zdecydowanym zwycięstwie torysów w przedterminowych wyborach w UK, porażce Jeremy’ego Corbyna, restrukturyzacji brytyjskiej gospodarki i zmęczeniu Brytyjczyków ich elitami.


David Thomas o przedterminowych wyborach w Wielkiej Brytanii, gdzie wygrała Partia Konserwatywna z Borisem Johnsonem na czele. Zdobyła 368 mandatów. Drugie miejsce zajęła Partia Pracy, która wprowadzi do Izby Gmin 191 przedstawicieli. To wielki sukces konserwatystów.

Był mrożony proces demokratyczny w Wielkiej Brytanii przez wyborami. Rząd będzie mógł prowadzić kraj dalej.

Nasz gość mówi, iż bez tych wyborów demokracja w Wielkiej Brytanii nie byłaby efektywna. Izba Gmin może w końcu zacząć normalnie działać. Podkreśla, że torysi zdobyli więcej procent głosów niż dotychczasowych rekordzista Edward Heath, który zastąpił premiera z ramienia laburzystów Harolda Wilsona w 1970 r. Oznacza to, że obecny rząd ma wyjątkowo mocny mandat społeczny.

Ludzie w Wielkiej Brytanii mają dosyć elit medialnych i rządzących, które cały czas im mówiły, że są głupi i powinni ich słuchać.

Thomas widzi przyczyny takiego wyniku w zmęczeniu Brytyjczyków ich elitami. Wskazuje również na słabość kampanii laburzystów kierowanych przez Jeremy’ego Corbyna. Ten ostatni wynik wyborów uznał za swoją osobistą porażkę i zrezygnował z dalszego kierowania  Partią Pracy. Gość „Poranka WNET” podkreśla, że:

[Corbyn] prowadził kampanię językiem marksistów.  To był język sprzed stu lat.

Przywódca laburzystów wypowiadał się tak, jakbyśmy wciąż żyli w czasach drugiej rewolucji przemysłowej, a nie czwartej.

Jest jasne, że biznesmeni i wszystkie rynki kapitałowe potrzebują jeden j rzeczy i to jest pewność, przez ostatnie trzy lata jej nie było.

Obecnie, jak mówi przewodniczący Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej, gospodarka brytyjska będzie musiała przejść restrukturyzację, by przygotować się do funkcjonowania poza Unią Europejską. Także ta ostatnia musi przygotować się gospodarczo na Brexit. Podkreśla, że „nie będzie łatwo, będzie ból”.

Stwierdza, że wybory w czwartek to tradycja. Mówi o sposobie liczenia głosów, który jest bardzo przejrzysty. Specyficzne jest także ogłaszanie wyników wyborów. Wszyscy kandydaci z okręgu stają razem na scenie, gdzie ogłaszane jest, który z nich dostał się do parlamentu.

Byłem tutaj w trakcie stanu wojennego, pomagałem rodzinie żony.

Thomas mówi również o swoich wspomnieniach związanych z dzisiejszą rocznicą.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

 

K.T./A.P.

Młody człowiek jest naturalnym buntownikiem i łatwo mu kontestować system. To nas zbudowało

Angażując się w działalność Federacji Młodzieży Walczącej na rzecz niepodległości państwa nie zastanawialiśmy się nad tym, czemu o to walczymy – mówi gość audycji Radia Solidarność Ireneusz Grat z FMW

– Młody człowiek jest naturalnym buntownikiem przeciwko systemowi, przeciwko temu co jest złe. W tamtym okresie, w latach 80., w stanie wojennym, to zło było dosyć łatwo zdefiniować. Tym złym na pewno był komuch, imperium zła – mówi Ireneusz Grat, członek warszawskiej Federacji Młodzieży Walczącej, gość dzisiejszej audycji Radia „Solidarność” prowadzonej przez red. Barbarę Karczewską.

Ireneusz Grat był od 1983 r. uczestnikiem, a następnie organizator niezależnych tzw. kółek samokształceniowych. Brał również udział w okazjonalnym kolportażu wydawnictw bezdebitowych. Od końca 1984 roku członek Federacji Młodzieży Walczącej i współpracownik pisma „Nasze Wiadomości”. Ireneusz Grat był także organizatorem i kolporterem wydawnictw podziemnych, członkiem akcji malowania na murach haseł antykomunistycznych, demonstracji, akcji ulotkowych, plakatowych oraz tzw. „przerw milczenia”. Był także – razem z Tomaszem Roguskim, Krzysztofem Płaska i Piotrem Szynkielem, a następnie również m.in. z Markiem Nowakowskim – członkiem warszawskiej Rady Koordynacyjnej FMW.

W audycji opowiada o sekretach FMW. Oczywiście tylko o tych, o których można dzisiaj mówić…

Zapraszamy do wysłuchania audycji!

Rok powstania Federacji Młodzieży Walczącej był dla Polski trudny. Dzisiaj FMW obchodzi 35 lat

Bardzo niewiele o nas wiadomo, bo zaczęliśmy zajmować się udokumentowaniem naszej działalności dość późno – mówi Tomasz Roguski, jeden z założycieli Federacji Młodzieży Walczącej i autor jej apelu…


Federacja Młodzieży Walczącej powstała w trudnym dla polskich starań o wolność i demokrację 1984 roku – wspomina gość dzisiejszej audycji Radia „Solidarność” prowadzonej przez red. Barbarę Karczewską. – Następował wówczas odpływ ludzi z Solidarności, ludzie byli zmęczeni. Dla nas, ludzi wówczas młodych, często dzieci ogromne znaczenie miało porwanie i zamordowanie księdza Jerzego Popiełuszki. Każdy, kto uczestniczył w latach 80. zgodzi się, że stworzył nas stan wojenny. To była data, która powodowała jeżeli nie przebudzenie, to w każdym razie radykalizację. Wcześniej ukazywało się w Warszawie pismo „Bunt” adresowane do młodzieży właŝnie. Naszym celem była niepodległa i demokratyczna Polska.

W Federację angażowali się ludzie młodzi i już niedługo po jej powstaniu w Warszawie pojawiły się jej kolejne ośrodki – we Wrocławiu, w Gdańsku, w Krakowie i Nowej Hucie. W zależności od tego, gdzie powstawał ośrodek FMW, różny był przekrój działającej w niej młodzieży.

– We Wrocławiu była to organizacja uczniowska, w Warszawie i Gdańsku studenci, ale w Nowej Hucie byli to już głównie młodzi robotnicy – opowiada Tomasz Roguski.

Zapraszamy do wysłuchania audycji!