Antoni Piechniczek w Radiu Wnet: aby odnosić sukces, trzeba nakreślić sobie prawie rygorystyczną klauzulę

Antoni Piechniczek, fot.: Sławomir Kaczorek, (CC BY-SA 3.0 PL)

Dokładnie czterdzieści lat po zdobyciu srebra na Mundialu w Hiszpanii, trener Antoni Piechniczek opowiada o najważniejszych momentach mistrzostw, dzieli się swoimi przemyśleniami.

Selekcjoner polskiej reprezentacji piłkarskiej z pamiętnego Mundialu 82, był gościem audycji „Porozmawiajmy o sporcie”. W niedzielę, 10 lipca, minęło 40 lat od zdobycia srebra przez drużynę prowadzoną przez Antoniego Piechniczka.

Trener opowiada o najważniejszych chwilach tamtych dni. Zwraca uwagę na nietypowy charakter naszej drużyny.

Strzeliliśmy 11 bramek, z czego Boniek strzelił cztery, a siedmiu piłkarzy po jednej.

To była na tyle uniwersalna drużyna, że miała w swoim składzie piłkarzy, którzy dobrze grali w defensywnie, ale również próbowali swojego szczęścia, swoich umiejętności w grze ofensywnej.

Czytaj także:

Raków zdobywcą Superpucharu. Jednak mecz nie był super…. – felieton Grzegorza Milko

Bez wątpienia jedną z kluczowych decyzji było przesunięcie Zbigniewa Bońka na pozycję napastnika. Zastąpił on kontuzjowanego Andrzeja Iwana.

Liczyłem na to, że Andrzej Iwan potrzyma swoją formę sprzed mundialu. Jednak przed kontuzją nie wykazywał się skutecznością.

Pozycję Zbigniewa Bońka, na środku pola, zajął, zmarły tydzień temu [4 lipca], śp. Janusz Kupcewicz.

Janusz Kupcewicz z tej roli wywiązał się doskonale.

Czytaj także:

Mija 40 lat od Mundialu w Hiszpanii. Polska została trzecią reprezentacją świata

Antoni Piechniczek  w maju skończył 80 lat. W rozmowie zdradza, że jego pierwsze 40 lat życia było ciekawsze, ta druga połowa minęła znacznie szybciej. Dzieli się z młodymi ludźmi swoją obserwacją.

Trzeba nakreślić sobie taką prawie rygorystyczną klauzurę, że aby odnosić sukces muszę popracować nad sobą, muszę się zastanowić nad sobą, muszę być ciepło nastawionym do wielu ludzi, muszę znaleźć swoją filozofię życiową, która jest bardzo istotna. I powiem panu, że większości tym piłkarzom to się udało.

Legendarny szkoleniowiec zauważa, jak wiele w swoich karierach osiągnęli jego podopieczni z hiszpańskiego mundialu. Wyraża radość z tego, że stanowi część ich sukcesu.

Ja mogę tylko się cieszyć, że razem żeśmy ten czas wykorzystali, ucząc się wzajemnie.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

K.K.

Zobacz także:

Porozmawiajmy o sporcie – 10.07.2022 r.

Porozmawiajmy o sporcie – 10.07.2022 r.

Antoni Piechniczek, fot.: Sławomir Kaczorek, (CC BY-SA 3.0 PL)

Gośćmi audycji: Antoni Piechniczek (40 lat po zdobyciu srebra na Mundialu w Hiszpanii), Daniel Kaniewski i Paweł Surynowicz – program prowadzi Grzegorz Milko.

10 lipca mija 40 lat od zdobycia srebrnego medalu Mistrzostw Świata w Hiszpanii przez kadrę Antoniego Piechniczka. Trener tej wspaniałej drużyny jest gościem audycji Grzegorza Milko. Daniel Kaniewski, menedżer Kamila Grosickiego, mówi o pozostaniu Grosika w Pogoni i sprawie transferu Roberta Lewandowskiego. Z kolei Paweł Surynowicz, redaktor naczelny „Polskiego Kartingu”, podsumowuje wyścig F1 o GP Austrii i opowiada o sukcesie Jana Przyrowskiego, który został kartingowym wicemistrzem Europy w kategorii OK Junior.

Raków zdobywcą Superpucharu. Jednak mecz nie był super…. – felieton Grzegorza Milko

Tomáš Petrášek, autor: Werner100359, CC BY-SA 4.0

Lech przegrał mecz o Superpuchar Polski z Rakowem 0-2, mimo tego, że grał u siebie, w Poznaniu. W starciu mistrza ze zdobywcą Pucharu Polski, lepsi ci drudzy.

Klub z Poznania prosił PZPN o inny termin, ze względu na czekający ich rewanż z Karabachem w Baku. Centrala się nie zgodziła, więc Lech zagrał w głęboko rezerwowym składzie i poległ. Trener Papszun (Raków), wypowiadał się, że roszczenia poznaniaków są nieuzasadnione, trzeba grać, wtedy kiedy termin jest wyznaczony. I tu nie zgodzę się z panem Markiem, mimo całego szacunku.

Superpuchar, owszem ważny, ale jednak „dodatek do kapelusza”. Puchary to sól klubowej piłki. Wszystkie polskie kluby, łącznie z Lechem i Rakowem, powinny mieć komfort przygotowania się do starć z europejskimi rywalami. Superpuchar mógł poczekać, Karabach Agdam, żądny rewanżu, nie zaczeka!

Okazuje się że trener John van den Brom nie dysponuje dwoma równymi jedenastkami, tym bardziej oszczędzał swoich najlepszych graczy, kosztem widowiska z „Medalikami”.

Czytaj także:

Sławomir Peszko się wygadał. Do 15 lipca Lewy będzie zawodnikiem Barcelony! – mówi menedżer piłkarski Daniel Kaniewski

Szkoda, że PZPN nie przewidział tej sytuacji, bo widzowie meczu Lech-Raków, dostali półprodukt, a przecież tak bardzo dba się o to żeby kibic był raczony najlepszym widowiskiem, tu nie był.

Od pewnego czasu Lech i Raków, delikatnie mówiąc, nie kochają się, co widać na każdym kroku, ale murawa jest najlepszym polem do udowodnienia kto jest lepszy. Tym bardziej termin powinien odpowiadać obu stronom.

Może za rok już nie będzie typowo „polskich” wojenek i Superpuchar będzie super, tym bardziej w 40. rocznicę pierwszego meczu o to trofeum.

Historyczny mecz rozegrano w 83 r w Gdańsku, Lechia pokonała Lecha 1-0, a gola strzelił pod koniec meczu Jerzy Kruszczyński.

Później mecze miały szczytny cel i nazywały się Superpuchar Gloria victis ( z łac. chwała zwyciężonym)

Zobacz także:

Porozmawiajmy o sporcie – 03.07.2022 r.

Spotkania nie były rozgrywane cyklicznie, czasami zdarzały się kilkuletnie przerwy. Z takich najbardziej pamiętnych meczów, w ’94 roku w Płocku Legia pokonała ŁKS 6:4. 2000 rok to zwycięstwo Polonii Warszawa nad Amiką 4-2, by po roku Czarne Koszule uległy Wiśle Kraków 3:4, w Starachowicach. Osiem lat później w Lubinie Biała Gwiazda przegrywa w rzutach karnych z Lechem 3:4.

Kolejorz powetował sobie porażkę wielkim zwycięstwem nad Legią 3-1 na swoim stadionie. A rok później rozgromił wojskowych i to w Warszawie 4-1.

Co ciekawe Legia w latach 2012 – 2021 przegrała wszystkie finały w których uczestniczyła ( w sumie 8!). Raków pokonał warszawian rok temu po rzutach karnych, by w tym roku obronić trofeum, we wspomnianych okolicznościach.

Może warto wrócić do charytatywnego celu rywalizacji, na jakiś fundusz, czy też najbardziej potrzebujących, wtedy takie spotkanie będzie miało większy prestiż.

Na koniec kartka z historii, o której już pisaliśmy. Dokładnie 10 lipca 82 r. 40 lat temu zostaliśmy 3-cią drużyną świata. Dziś rzecz niewyobrażalna w naszej piłce. Tym bardziej pamiętajmy.

Grzegorz Milko

Czytaj także:

Mija 40 lat od Mundialu w Hiszpanii. Polska została trzecią reprezentacją świata

Mija 40 lat od Mundialu w Hiszpanii. Polska została trzecią reprezentacją świata

Oficjalna piłka meczowa MŚ 1982 fot.: Warren Rohner, www.flickr.com, CC BY-SA 2.0

Mundial 82 – 8 lipca graliśmy w półfinale, dwa dni później Polacy zdobyli trzecie miejsce. Te wielkie dni polskiego sportu, na łamach Przeglądu Sportowego, wspomina Antoni Piechniczek. 

Cztery dekady temu reprezentacja Polski biła się o medale Mistrzostw Świata w Hiszpanii. Te wielkie dni polskiego sportu, na łamach „PS”, wspomina Antoni Piechniczek.

Stan wojenny

W dniu wprowadzenia stanu wojennego nasza kadra przebywała na Węgrzech w ramach wyjazdu zorganizowanego przez PZPN. Wówczas Polacy przebywający na Węgrzech mieli możliwość opuszczenia państw bloku wschodniego. Taką szansę dawała, granicząca z Węgrami, Austria. Żaden z reprezentantów Polski nie zdecydował się na taki ruch, dzięki czemu wspaniała kadra Antoniego Piechniczka w komplecie mogła kontynuować przygotowania do piłkarskiego święta, które rozpoczynało się pół roku później w Hiszpanii.

Stan wojenny nie ułatwiaj życia polskim piłkarzom. Kadra, zamiast grać z reprezentacjami innych krajów, musiała zadowolić się pojedynkami z drużynami klubowymi z Hiszpanii i Włoch. Jak się okazało, przeciwników mieliśmy wręcz idealnych. Prócz oswojenia się z klimatem iberyjskim, nasza reprezentacja solidnie zaznajomiła się z futbolem włoski, a na Mundialu z Azzurri zagraliśmy dwa razy.

Czytaj także:

Sławomir Peszko się wygadał. Do 15 lipca Lewy będzie zawodnikiem Barcelony! – mówi menedżer piłkarski Daniel Kaniewski

 

Niemrawy początek 

Mistrzostwa w Hiszpanii rozpoczęliśmy od dwóch bezbramkowych remisów. O ile ten pierwszy, z Włochami, jakoś się bronił, o tyle taki sam wynik w starciu z Kamerunem spowodował niemałe napięcie. Trener Piechniczek, w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego” tak wspomina te chwile:

Jak dziś o tym myślę, to z perspektywy tych 40 lat wciąż przyjąłbym ten wynik z pocałowaniem ręki, bo przecież pozostawaliśmy w grze. A nas wtedy osądzano? od czci i wiary, że wstyd i tak dalej. A my wyszliśmy i to w pięknym stylu. Wygraliśmy 5:1 z Peru i oni się po tym nie odkręcili przez kolejne 30 lat.

Jednak ostatni mecz pierwszej fazy grupowej zaczął się tak jak poprzednie dwa. Na drugą połowę Antoni Piechniczek wpuścił na boisko, zmarłego w poniedziałek (4 lipca br.), Janusza Kupcewicz, który zaprezentował się na środku pomocy. Z kolei Zbigniew Boniek, od tego meczu, zamiast na pomocy, grał jako napastnik.

Solidarność na Camp Nou 

Pamiętną drugą fazę grupową reprezentacja Polski rozgrywała na słynnym stadionie FC Barcelony. Trafiliśmy na Belgię i Związek Radziecki. Do półfinału awansowała tylko najlepsza z trzech drużyn. W starciu z Belgami na piedestał wstąpił Zbigniew Boniek. Na jego hat trick Belgowie odpowiedzi nie znaleźli.

W odległej Katalonii, podczas stanu wojennego, przyszło nam stoczyć bój z reprezentacją ZSRR. Na stadionie kibice dopingowali Polaków, trzymając transparenty Solidarności. Polska telewizja starała się zamazywać te obrazki, ale piłkarze grający z orzełkiem na piersi widzieli je doskonale i zatrzymali Rosjan. Jednym z bohaterów tego wydarzenia jest Włodzimierz Smolarek, który przytrzymywał piłkę przy narożniku boiska, powstrzymując tym samym zapędy Rosjan. Trzeci rezultat 0:0 był najszczęśliwszym z polskich remisów, gdyż zapewnił nam drugi w historii awans do strefy medalowej.

Czytaj także:

Carlos Sainz wygrał swój pierwszy wyścig w F1. Czy możemy spodziewać się po nim czegoś więcej?

 

Prześcieradło czy balkon?

Pobyt naszej reprezentacji w Hiszpanii był źle zorganizowany. Boisko znajdujące się w pobliżu głównej bazy naszych piłkarzy nie było odpowiednio przygotowane. Jeden z hoteli odwiedzanych przez Polaków nie był wyposażony w klimę. Pomocnik, Włodzimierz Ciołek, przyznał, że niektórzy w nocy owijali się mokrymi prześcieradłami. Z kolei sam selekcjoner, nie mogąc zasnąć, o czwartej nad ranem poszedł położyć się na balkonie. Na sąsiednim zobaczył swoich podopiecznych.

Brąz też cenny

W półfinale ponownie zmierzyliśmy się z Azzurri. Do meczu nie mógł przystąpić Zbigniew Boniek, który pauzował za kartki. Przed Piechniczkiem stanęło kolejne wyzwanie.

Podchodziłem do sprawy analitycznie. Pomyślałem, że jak zamiast Bońka wystawię do ataku Grześka Latę, króla strzelców Mistrzostw Świata, to coś zrobimy.

Tym razem „Entliczek pentliczek, co zrobi Piechniczek?” nie zdało egzaminu. Przynajmniej nie na tyle, by powstrzymać przyszłych mistrzów globu.

Ten mecz był dla mnie najtrudniejszym. Na zawsze pozostaną pewne niedomówienia. Zdawałem sobie sprawę, że już nigdy nie dostanę szansy, żeby zagrać o finał mistrzostw świata – przyznaje trener.

Pozostał nam „mały finał”. Mecz o brąz z Francją, która była zniesmaczona wynikiem swojego półfinału, w którym przegrała z RFN-em. Motywacja w naszych szeregach także nie była sprawą oczywistą.

Marian Renke, przewodniczący Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Sportu, wziął mnie na spacer. Powiedział wtedy: „Ja panu radzę, żeby pan maksymalnie zmobilizował chłopaków, by wygrać z Francuzami. Jak wygramy, to zostanie na zawsze i nikt tego Panu nie odbierze. Ale nikt nie będzie pamiętał, kto był ministrem sportu”. Zrozumiałem, że trzecie miejsce to będzie wielki sukces. Ale szkoda tego finału, tego chyba już nigdy nie osiągniemy. – pesymistycznie spuentował Piechniczek.

Polacy wygrali w Alicante 3:2. Ostatnią polską bramkę na Mundialu w Hiszpanii zdobył śp. Janusz Kupcewicz.

Czytaj także:

Nie tak prędko 

Na Okęciu niezliczone tłumy oczekiwały na trzecią najlepszą reprezentację globu. Jednak ich powrót znacznie się opóźnił. Po wylocie z Hiszpanii, załoga samolotu zakomunikowała, że system nie potwierdza zamknięcia podwozia – „Zawracamy!”. Przed lądowaniem pilot nie wypuścił paliwa, więc samolot lądował w asyście straży pożarnej. Nie zapowiadało się na szybki wylot. Zareagowały polskie władze. Marian Renke w trybie pilnym zorganizował inny samolot. Drużyna Antoniego Piechniczka wróciła do macierzy, a wyczekujący w Warszawie kibice zgotowali jej królewskie przywitanie.

Przed 1982 rokiem polska reprezentacja piłkarska po brązowy medal Mistrzostw Świata sięgnęła także na Mundialu w RFN. W 1974 roku drużyna Kazimierza Górskiego zajęła trzecie miejsce po wygraniu z reprezentacją Brazylii. Natomiast od czasu wydarzeń z Hiszpanii, Polacy w najważniejszych rozgrywkach brali udział cztery razy. Tylko w ’86 udało nam się wyjść z grupy. Tegoroczne Mistrzostwa Świata w Katarze będą dziewiątymi z udziałem Biało-Czerwonych.

Kamil Kowalik

Zobacz także:

Porozmawiajmy o sporcie – 03.07.2022 r.

Carlos Sainz wygrał swój pierwszy wyścig w F1. Czy możemy spodziewać się po nim czegoś więcej?

Carlos Sainz, fot.: XaviYuahanda (wikipedia.org), CC BY-SA 4.0

Przed dziesiątą rundą tegorocznych Mistrzostw Świata F1 nikt nie spodziewał się wygranej Carlosa Sainza. W tym, przeciętnym w jego wykonaniu, sezonie, Sainz wywalczył swój pierwszy tryumf w Formule 1.

Na początek – Verstappen

Karierę w F1 rozpoczął u boku Maxa Verstappena. Był to rok 2015. Zarówno Carlos, jak i przyszły Mistrz Świata, debiutowali w królowej motorsportu. Bez wątpienia od razu trafił na trudnego przeciwnika. Mimo, iż wszyscy doceniali talent Hiszpana – syna dwukrotnego Rajdowego Mistrza Świata – to media skupiały się na Maksie. Holender przebojem przebił się do stawki Formuły 1, a żaden komentator tego sportu nie mógł nie wspomnieć o tym, że ten chłopak zrobił to w wieku zaledwie siedemnastu lat (dziś, po zmianie przepisów, Verstappen nie mógłby rozpocząć przygody z F1 przed skończeniem osiemnastego roku życia).

Carlos Sainz Jr 2015 Malaysia FP3 2
Carlos Sainz Jr. podczas GP Malezji 2015, fot.: Morio (wikipedia.org)

W walce Carlosa z Maksem, podczas ich występów w Toro Rosso (siostrzany, słabszy zespół koncernu Red Bull (dziś funkcjonuje pod nazwą AlphaTauri)), lepszy okazał się ten drugi, ale Carlos miał swoje argumenty – w kwalifikacjach Hiszpan regularnie pokonywał Verstappena. O trzy lata starszy Hiszpan był kierowcą bardziej opanowanym, lecz brakowało mu błysku.

Taka opinia nie opuszczała Carlosa przez całe kolejne lata. Max szybko został wynagrodzony angażem do pierwszej ekipy Red Bulla, dla której wygrał już w swoim pierwszym starcie – GP Hiszpanii 2016. Sainzowi przyszło zmierzyć się z rozgoryczonym po degradacji z Red Bulla Daniiłem Kwiatem. Hiszpan był górą, jednak jego rywal był daleki od życiowej formy.

Czytaj także:

Pogmatwane losy transferu Roberta Lewandowskiego

Nasz bohater, nie chcąc tkwić w zespole juniorskim, zdecydował się na mariaż z Renault. Tam rywalizował z Nico Hulkenbergiem. Niemiec, w teorii, był niemal lustrzanym odbiciem Sainza – kierowcą konkurencyjnym, ale jednak tzw. rzemieślnikiem. W ostatecznym rozrachunku Carlos w „generalce” przegrał z „Hulkiem”.

Drogę utarł mu Alonso

Kiedy fani Formuły 1 mieli pełne prawo myśleć o Sainzu w kategoriach kierowcy skazanego na określenie „solidny, ale poza tym, to niewiele”, nastąpił przełom. Po sezonie 2018, rodak, a zarazem idol Carlosa, wielki Fernando Alonso, zawiesza karierę, a jego fotel w McLarenie zajmuje Sainz.

Samochody legendarnego zespołu z Woking nabierają tempa i, z silnikami Renault pod maską, ekipa odkłada w niepamięć koszmarne lata współpracy z Hondą. Carlos Sainz ma u swego boku debiutującego Lando Norrisa. Sainz spełnia oczekiwania zespołu – jako kierowca bardziej doświadczony prowadzi stajnie McLarena i oba sezony (2019, 2020) kończy na szóstym miejscu, za każdym razem wyprzedzając wschodzącą gwiazdę – młodego Lando.

W 2020 roku Carlos, wykorzystując szansę, jaką stworzyły jemu problemach faworytów, do ostatnich metrów bije się o zwycięstwo w Grand Prix Włoch. Wtedy, na słynnej Monzie, usilnie próbuje wyprzedzić Pierre’a Gasly’ego, jednak to Francuz (w bolidzie AlphyTauri…) staje na najwyższym stopniu podium.

Czytaj także:

Historyczna decyzja PLS – siatkarski klub ze Lwowa dołączy do rozgrywek polskiej ligi

Po siedmiu latach starań

Na upragniony tryumf w wyścigu Hiszpan musiał poczekać jeszcze dwa lata. Ten lipcowy weekend na Silverstone to kwintesencja talentu Hiszpana. Ten, już jako kierowca Ferrari, wygrywa kwalifikacje – pierwszy raz w karierze zdobywa pole position. Dojrzały, opanowany kierowca zawsze ma potencjał, by skoncentrować się na jednym okrążeniu i odebrać szansę tym bardziej impulsywnym. Sobota była deszczowa, a jazda po mokrej nawierzchni to kolejny atut Hiszpana.

Do wygranej w wyścigu potrzeba jednak czegoś więcej. W niedzielę Carlos Sainz pokazał lwi pazur co najmniej dwa razy. Przy restarcie wyścigu stoczył zacięty bój z dobrze mu znanym Verstappenem. Mimo gorszego startu, Hiszpan, dzięki agresywnej, ale przepisowej jeździe, z pojedynku z Mistrzem Świata wyszedł obronną ręką. Następnie dał się poznać jako kierowca, który potrafi walczyć o swoje także na innej płaszczyźnie – podążając za swoim zespołowym partnerem, Charles’em Leclerkiem, nie chciał, zgodnie z instrukcjami swojego inżyniera wyścigowego, spowalniać trzeciego Hamiltona, lecz jechać swój wyścig.

Z pewnością Hiszpanowi dopisało szczęście, gdyż podczas neutralizacji Ferrari podjęło mało zrozumiałą decyzję o nieściąganiu do boksu lidera wyścigu (Leclerca). Tym samym Carlos, na nowych, świeżych oponach, dopadł Monakijczyka i sięgnął po długo wyczekiwaną wiktorię.

Wnioski odnośnie do Sainza są następujące – ma tempo kwalifikacyjne, potrafi walczyć o swoje w wyścigu, ale w niedzielę Charles Leclerc wciąż jest od niego szybszy. Monakijczyk udowodnił swój kunszt, mimo uszkodzeń przedniego skrzydła, dysponował dobrym tempem i to on pozostaje tym kierowcą, który ma dać tifosi upragniony, długo wyczekiwany tytuł. Legendarna Scuderia Ferrari czeka na Mistrzostwo Świata Kierowców F1 od 2007 roku (tytuł zdobył wówczas Kimi Räikkönen).

Kamil Kowalik

 

Klasyfikacja Mistrzostw Świata Formuły 1 po 10 z 22 wyścigów:

1. Max Verstappen (Red Bull Racing) 181 pkt.
2. Sergio Perez (Red Bull Racing) 147 pkt.
3. Charles Leclerc (Scuderia Ferrari) 138 pkt.
4. Carlos Sainz (Scuderia Ferrari) 127 pkt.
5. George Russell (Mercedes) 111 pkt.
6. Lewis Hamilton (Mercedes) 93 pkt.
7. Lando Norris (McLaren) 58 pkt.
8. Valtteri Bottas (Alfa Romeo) 46 pkt.

Zobacz także:

Porozmawiajmy o sporcie – 03.07.2022 r.

Iga Świątek zatrzymana. Magdalena Fręch także poza Wimbledonem

Wimbledon; fot.: davidkenny9, Pixabay

Iga Świątek zatrzymała się na trzeciej rundzie Wimbledonu. Alizé Cornet zwyciężyła z Polką w dwóch setach. Z kolei Magdalena Fręch musiała uznać wyższość Simony Halep.

W sobotnie popołudnie dwukrotna zwyciężczyni French Open uległa tenisistce z Francji. Alizé Cornet, 37. rakieta świata, wygrała z Igą Świątek 6:4, 6:2.

Sobota nie była szczęśliwa także dla Magdaleny Fręch. Rywalką łodzianki była Simona Halep. Rumunka do zwycięstwa potrzebowała dwóch partii (6:4, 6:1). Jednak w przypadku Fręch, kibice nie mogą mówić o rozczarowaniu. W jej przypadku i tak możemy mówić o świetnym występie w tegorocznej edycji Wimbledonu.

Około godziny 17 na Korcie Numer 1 swoje spotkanie rozpoczęła Iga Świątek.

Pierwszy gem stał pod znakiem autowych zagrań polskiej tenisistki – Cornet przełamała. Kolejna odsłona, już przy podaniu Francuzki, także padła łupem rywalki Świątek. Trzeci gem. Serwuje Iga. Ponownie lepszą okazuje się Alizé Cornet. Polka w przerwie przegląda notatki. Można odnieść wrażenie, że znalazła w nich receptę na swoje problemy – po tej krótkiej przerwie gra Świątek powoli zaczyna się podobać. Obok dynamiki pojawia się skuteczność, jednak Cornet na ogół przytomnie reaguje na zagrania Igi i nie daje za wygraną. Do gry Polki cały czas wkradają się błędy, rywalka także od nich nie stroni. Tak też trzeci gem jest długi i zacięty, ale to Świątek zwycięża i doprowadza do przełamania – jest 3:1 dla Alizé Cornet.

Czytaj także:

Pogmatwane losy transferu Roberta Lewandowskiego

Teraz to Iga serwuje i wykorzystuje szansę na przejęcie inicjatywy. W tym gemie nie pozwala Francuzce na wygranie choćby jednej piłki – mamy 3:2. Otwarciu kolejnej odsłony towarzyszą nerwy po stronie Cornet, która chyba przypomniała sobie jak Iga rozpędzała się w swoim poprzednim starciu i wie, że teraz nie może ustąpić Polce. Wie, że nie może odpuścić, bo jeśli tak się stanie, to zwyciężczyni French Open będzie już nie do zatrzymania. Tak też, z trudem, ale jednak Francuzka broni gema przy swoim serwisie – teraz prowadzi 4:2. Następnie Iga robi to, co do niej należy i doprowadza do stanu 3:4. Czekamy na przełamanie. Iga podejmuje ryzyko, gra wyżej, szuka rozwiązania przy serwisie Cornet – nie znajduje go. Mamy 5:3 dla Francuzki.

Mimo niepowodzeń, Polka gra swoje i popisuje się niebywałą precyzją – piłka, po uderzeniach Świątek, notorycznie spotyka się z linią. Jednak do wygranej w tym meczu potrzeba czegoś więcej. Pierwszy set kończy się wynikiem 6:4 dla Alizé Cornet.

Czytaj także:

Historyczna decyzja PLS – siatkarski klub ze Lwowa dołączy do rozgrywek polskiej ligi

Drugi set

W drugiej partii Świątek wygrywa pierwsze dwa gemy. Jednakże uśmiech prędko opuszcza twarze polskich kibiców, bo reprezentantka Francji odwdzięcza się tym samym i doprowadza do remisu. Różnica, jaka dzieli obie tenisistki w rankingu WTA, na korcie ulega zatarciu. Iga ma tendencje do nietrafiania w pole rywalki, a Cornet jest bezwzględna i wykorzystuje słabsze zagrania Polki. Do swojego konta dokłada kolejne dwa gemy. Świątek przegrywa 2:4.

Na londyńskim niebie przewijają się chmury. Tenisistki grają w cieniu, nad grą Igi Świątek także nie wznosi się słońce. Polka po raz kolejny przegrywa przy swoim serwisie. Alizé Cornet jest już o krok od sprawienia sensacji. Tak też się dzieje. Po 37 wygranych z rzędu Iga Świątek spuszcza głowę i żegna się z marzeniami o zwycięstwie w Wimbledonie.

Alizé Cornet awansowała do 1/8 finału. Tym samym wyrównała swój najlepszy rezultat z londyńskich kortów – z 2014 r. Jej dotychczasowym najlepszym wynikiem w turnieju wielkoszlemowym jest ćwierćfinał, do którego doszła w tegorocznym Australian Open.

K.K.

Pogmatwane losy transferu Roberta Lewandowskiego

Fot.: Sven Mandel - CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=112212277

Klub z Katalonii złożył Bayernowi trzy oferty transferowe. Zdaniem Hiszpanów ta ostatnia powinna zadowolić giganta z Monachium. Według dziennikarzy Bilda, Barca nie myśli już o czwartej ofercie.

Bardzo pogmatwane są losy transferu Roberta Lewandowskiego z Bayernu do Barcelony. Kiedy wydaje się, że już jest blisko, pojawiają się czynniki, które oddalają RL9 od spełnienia swojego marzenia.

Klub z Katalonii złożył trzy oficjalne oferty transferowe Bayernowi. Ta trzecia była już taka, że zdaniem Hiszpanów, powinna zadowolić giganta z Monachium. 40 mln euro plus bonusy, z których można uzyskać dodatkowe 5-6 milionów. Bayern twardo stoi przy stanowisku, że rozmowy zaczynamy od 50 milionów euro, płatnych od razu. Ostatnio pojawiła się w niemieckich mediach informacja, że 60 milionów euro ostatecznie sfinalizowałoby umowę. I tu pojawia się problem. Zdaniem dziennikarzy Bilda, Barca nie zamierza przedstawiać już oferty nr 4. To co jest w propozycji nr 3 zupełnie wystarczy.

Niemcy nie chcą nawet o tym słyszeć, ich stanowisko jest jasne. Może dziwić postawa Katalończyków, którzy ostatnio uzyskali płynność finansową, sprzedając prawa telewizyjne za ponad 200 mln euro. Dlaczego zatem nie położą na stole tych mitycznych 50 mln., skoro tak bardzo chcą Lewego mieć u siebie?! Na tym wszystkim cierpi kapitan reprezentacji Polski. Nie wie na czym stoi. Jego menager Pini Zahavi co chwilę dzwoni do Joana Lapory, sternika Barcy, z zapytaniem i ponaglaniem, by wreszcie transfer stał się faktem, a nie był wirtualny.

Robert ostatnio spotkał się z trenerem bordowo-granatowych – Xavim. Panowie spotkali się w restauracji na Ibizie. Temat był pewnie jeden – rola Roberta w jedenastce Barcy. Xavi chce budować skład w nowym sezonie od Lewego. Jest pewny, że RL9 będzie jego najważniejszym graczem. Nie wyobraża sobie, że na tournée po USA 15 lipca poleci bez Roberta. Ba, nawet „Marca” napisała, że dwa dni wcześniej odbędzie się prezentacja nowego piłkarza na Camp Nou.

Bawarczycy mówią jednak wprost, 12 lipca Lewandowski musi stawić się na pierwszym treningu Bayernu.

Mam zamiar pojawić się w Monachium, tylko po to, by pożegnać się z kolegami z drużyny – powiedział ostatnio R. Lewandowski.

Czytaj także:

Historyczna decyzja PLS – siatkarski klub ze Lwowa dołączy do rozgrywek polskiej ligi

Oliver Kahn – prezydent Bayernu – mówi jasno, że Robert ma kontrakt z Monachium jeszcze na rok i musi go wypełnić.  Można zastanowić się, dlaczego Bayern jest taki uparty. Jeśli postawi na swoim, to będzie miał w klubie sfrustrowanego piłkarza na bardzo wysokiej pensji, którego już nikt w Monachium nie chce widzieć, łącznie z zawodnikami Die Roten. Pojawiłby się syndrom Garetha Bale z ostatniego okresu w Realu Madryt, zgorzkniałego gracza, który nawet, gdy siedział na ławce rezerwowych, ostentacyjnie nie oglądał meczu, tylko rozglądał się po trybunach.

Przecież Bayern ostatnio też stracił sporo kasy, odpadając na wczesnym etapie Ligi Mistrzów. Dlaczego nie zainkasować od Barcy 40 mln euro plus bonusów?! Zawsze lepsze to niż nie zarobić nic za rok, kiedy Lewemu skończy się kontrakt. Odpowiedź dał jeden z dziennikarzy związany z Bawarczykami, bo dla Bayernu najważniejszy jest klub, a nie pojedynczy piłkarz, nawet taki, który w ostatnich latach tyle dał Bayernowi. „Ordnung” (porządek), ten słynny niemiecki, aż się ulewa w całej tej sytuacji.

Robert przebywa w swoim domu na Majorce, można śledzić jego wypoczynek na Instagramie, gdzie chętnie wstawia swoje zdjęcia. I czeka. Ale już jest niemiło, już jest niepokój. I co jak się nie dogadają? Strajkować? Ale przecież na horyzoncie są Mistrzostwa Świata  w Katarze, turniej o który marzy nasz kapitan – marzy, że poprowadzi biało-czerwonych do sukcesu. Wtedy nikt już mu nie powie: „jeden z najlepszych polskich piłkarzy w historii, ale bez sukcesu z Polską, tylko z Bayernem”.

Tak szczerze, to szkoda mi Roberta, że w ogóle znalazł się w tej patowej sytuacji, że rozmienił swoją legendę w Bayernie, na drobne. Ostatnio oficjalnie poinformował, że nie zamierza przejść do Paris St Germain, by skupić się na Barcelonie. Czyli zobaczmy, jak bardzo zależy mu na założeniu koszulki Dumy Katalonii. Życzę jemu, by spełnił swoje marzenie, bo na to zasłużył. Tyle że jest tak blisko, ale jednak wciąż daleko…

GM

Historyczna decyzja PLS – siatkarski klub ze Lwowa dołączy do rozgrywek polskiej ligi

siatkówka; Obraz Tania Van den Berghen z Pixabay

Fot.: Tania Van den Berghen, Pixabay

Polska Liga Siatkówki podjęła decyzję o przyjęciu do PlusLigi zespołu ze Lwowa. Volley Club Barkom Lwów swoje mecze będzie rozgrywał w Krakowie.

Drużyna ze Lwowa dołączy do polskiej siatkarskiej ekstraklasy. Strona ukraińska wypełniła formalności konieczne do wstąpienia do PlusLigi, a Rada Nadzorcza Polskiej Ligi Siatkówki podjęła uchwałę, na mocy której Volley Club Barkom weźmie udział w polskich rozgrywkach. Swoją przygodę z polskimi siatkarskimi parkietami, lwowianie rozpoczną już najbliższą jesienią, kiedy to rozpocznie się sezon 2022/2023.

Wydarzenie skomentował prezes PLS – Artur Popko.

To dla nas duża sprawa, przyjęcie zespołu ze Lwowa to odważny ale przemyślany ruch.

Liczymy na to, że Barkom przyciągnie na trybuny wielu nowych kibiców, pokaże siatkówkę Ukraińcom, a także będzie symbolem współpracy pomiędzy naszymi narodami.

Czytaj także:

Lodowce topnieją w niespotykanym dotąd tempie! Czy grozi nam katastrofa ekologiczna?

Głos zabrał także prezes lwowskiego klubu. Oleg Baran mówił o tej sprawie w kontekście całego narodu ukraińskiego i wojny, z której realiami Ukraińcy mierzą się każdego dnia.

Dla Ukrainy to ważna sprawa. Każdą informacja o sporcie dzisiaj przyjmuje się oczywiście ciszej niż w normalnych czasach, gdy nie było wojny, ale nie zmienia to jednak faktu, że z pewnością nasza gra w PlusLidze będzie dobra dla całego ukraińskiego sportu.

Mecze „u siebie” drużyna ze Lwowa będzie rozgrywać w krakowskiej Hali Widowiskowo-Sportowej Suche Stawy. Pierwszy mecz w PlusLidze, Volley Club Barkom Lwów rozegra na początku października, a jego rywalem będzie Trefl Gdańsk. To spotkanie odbędzie się w Trójmieście – w Ergo Arenie.

Możliwości lwowskiej drużyny podlegają jednak pewnemu ograniczeniu – klub, niezależnie od rezultatów w PlusLidze, nie będzie mógł brać udziału w rozgrywkach międzynarodowych.

Volley Club Barkom Lwów jest obecnym wicemistrzem Ukrainy.

Źródło: TVP Sport, Onet Sport

K.K.

 

 

Iga Świątek bez problemu awansuje do drugiej rundy Wimbledonu

Polka pokonała Janę Fett 6:0, 6:3. Wygrywając Świątek pobiła ustanowiony przez Venus Williams rekord zwycięstw z rzędu.

Świątek przystąpiła do Wimbledonu w roli głównej faworytki. W trakcie gry zdominowała swoją rywalkę. W II rundzie rywalką Polki będzie Lesley Pattinama Kerkhove.

A.P.

Iga Świątek wygrała French Open! (komentarz Grzegorza Milko)

Źródło: Onet Sport. pl

Maciej Dobek („Miasto moje, a w nim”): Szymon Jadczak w swoim artykule nie wydobył niczego nowego

od lewej: Maciej Dobek, Kamil Kowalik, Andrzej Karaś; fot.: Daniel Chybowski

Gościem Radia Wnet był prowadzący blog poświęcony Legii Warszawa. Maciej Dobek ocenia ostatni sezon w wykonaniu Legii. Podejmuje także temat Czesława Michniewicza i polskiej reprezentacji.

Prowadzący blog „Miasto moje, a w nim”, skomentował ostatnie rezultaty Legii Warszawa. Maciej Dobek wskazywał na problemy istniejące wewnątrz stołecznego klubu.

Ja mam wrażenie, że tam nie ma drużyny, nie ma ludzi, którzy się lubią, a nawet takich którzy się znają. Po prostu przychodzą jak do pracy. Nie widać w ich grze pasji.

Ten projekt przez wiele lat był budowany przez wielu trenerów – z Portugalii, z Bałkanów, z Polski… Zrobiła się z tego drużyna, która nie funkcjonuje jako całość.

Czytaj także:

Adam Małysz prezesem PZN-u. Marek Rudziński: w ostatnich latach Polska w kombinacji norweskiej miała dwóch zawodników

W ostatnich dniach głośnym tematem są powiązania Czesława Michniewicza z Ryszardem F. (skazany za korupcję). Wszystko to za sprawą artykułu śledczego Szymona Jadczaka z „WP”. Dziennikarz napisał o rozmowach telefonicznych, które obecny selekcjonera reprezentacji Polski przeprowadzał z „Fryzjerem” w latach 2003-2005.

Nie mamy tutaj w studiu jakiś dowodów, którymi moglibyśmy się teraz posłużyć i wydać wyrok. 

Z tego co wiem, to panowie mieli ze sobą wtedy relacje zawodowe. Czesław Michniewicz był trenerem Lecha Poznań, a tzw. „Fryzjer” był działaczem Amiki Wronki. Jak wiadomo, oba zespoły bardzo ze sobą współpracowały.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy!

K.K.

Porozmawiajmy o sporcie – 26.06.2022 r.