Robert Wnorowski: na chwilę obecną nie jesteśmy w stanie określić, co spowodowało wybuchy w kopalni Pniówek

Rzecznik Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego komentuje trwającą akcję ratowniczą w kopalni Pniówek.

Robert Wnorowski komentuje wypadek w kopalni Pniówek. Zaprzestano poszukiwania zaginionych osób. Wciąż trwa jednak akcja ratunkowa.

Podjęliśmy trudną decyzję o wyizolowaniu części kopalni. Na ten moment trudno jest stwierdzić, w jaki sposób doszło katastrofy.

Rzecznik Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego mówi też o przygotowaniu do pełnienia służby ratownika górniczego. Kandydaci muszą pracować przez dwa lata jako górnicy, potem:

Przejść wymagające testy kondycyjne, których nie zdaje większość ochotników. Obligatoryjne są też testy psychologiczne.

K.B.

Jacek Gąsieniec: Ratownicy KGHM to elita światowego ratownictwa górniczego

Ratownik górniczy Jacek Gąsieniec opowiada o najtrudniejszych akcjach ratowniczych, wyszkoleniu, kadrach i procedurach ratownictwa górniczego.

Ratownik górniczy Jacek Gąsieniec opowiada o najtragiczniejszym roku w ratownictwie górniczym w 2016 roku.

Najtrudniejsza akcja była 29 listopada 2016 roku (…) 8 ofiar śmiertelnych, w tym mój kolega, dlatego utknęło mi to w pamięci. Przede wszystkim bardzo duży obszar, który był pod zawałem. To, co zawsze ludziom się wydaje, że najbezpieczniejszym miejscem w kopalni są komory maszyn ciężkich. W tym przypadku to było złudne poczucie bezpieczeństwa, bo w tych komorach zginęło wówczas najwięcej osób.

Gość Krzysztofa Skowrońskiego posiadający 21-letni staż w ratownictwie górniczym zwraca uwagę, że fundamentem są ratownicy, którzy pracują na co dzień pod ziemią w kopalniach, dzięki czemu są doskonale zaaklimatyzowani i znają środowisko.

Dyżurują w trzy lub 5-osobowych zastępach. Jeżeli jakiekolwiek zdarzenie następuje pod ziemią, to w pierwszej kolejności jadą wozem bojowym (…) z kierownikiem drużyny, z mechanikiem wozu bojowego i specjalistą z jednostki.

Ratownik Jacek Gąsieniec podkreśla, że jednostka jest świetnie wyszkolona i stanowi elitę światowego ratownictwa górniczego. Zaznacza też, że polskie ratownictwo górnicze ma bogate doświadczenie w międzynarodowych akcjach ratowniczych zdobyte m.in. w Turcji czy Armenii. Jednak obecnie polskie jednostki nie biorą już udziału w tego rodzaju misjach.

Posłuchaj całej rozmowy już teraz!

M.K.

Walczak: W akcjach ratowniczych pod ziemią działamy w ekstremalnie trudnych warunkach w atmosferze bez tlenu. Strach jest zupełnie normalną rzeczą

– Podstawowym wyznacznikiem, którym kieruje się przy doborze pracowników, jest umiejętność działania w zespole. Nie ma tu miejsca na Rambo — dodaje Walczak.

 

Piotr Walczak, dyrektor naczelny oddziału jednostki ratownictwa górniczo-hutniczego w KGHM Polska Miedź S.A. opowiada o specjalnym zadaniu, które stoi przed nim i jego pracownikami. Wchodzą oni do akcji w momencie, w którym zagrożone jest zdrowie i życie pracowników kopalni:

Działalność górnicza od wieków związana była z zagrożeniami. Tam, gdzie człowiek próbuje wydrzeć naturze jej dary, które są zakopane głęboko w ziemi, pojawiają się problemy i różnego rodzaju zagrożenia, wypadki, nieszczęścia. Kiedyś ludzie ratowali się sami, było tak zwane samoratowanie.

Jak dodaje rozmówca Tomasza Wybranowskiego, dopiero po tragicznych wydarzeniach, które miały miejsce we Francji w 1906 roku zaczęto tworyć ratownictwo górnicze. Wtedy to w kopalni Courrières miała miejsce największa w europie katastrofa górnicza. W wyniku tej tragedii śmierć poniosło 1099 osób, w tym nawet dzieci. W wyniku tych działań rok później w Bytomiu została uformowana pierwsza jednostka Ratownictwa Górniczego.

Piotr Walczak nawiązał również do utworzenia w dniu 1 stycznia 1971 roku Okręgowej Stacja Ratownictwa Górniczego w Lubinie:

Miała ona zabezpieczać zdrowie i życie górników w zupełnie nowej formule. W 1974 roku doszło w tym regionie do pierwszych tąpnięć gazodynamicznych.

Wiele lat później, w jego pamięci zapisała się akcja, do której doszło po potężnym zawale stropu:

Zawał stropu zasypał operatora w ładowarce. Głazy były wielkości autobusów i w pierwszej chwili szanse na przeżycie tego górnika oceniane były jako bardzo niewielkie. Jednak po czterech godzinach intensywnych prac ratowniczych odkopywania tej ładowarki, udało się dojść do kabiny. Doszedłem do niego pierwszy i pomogłem mu wyjść z kabiny. Pierwsze było pytanie, czy nic się pan nie stało. On spojrzał na mnie, rozpruł koszule, wyjął medalik czy szkaplerz i powiedział do mnie tak: „panie, co mi się mogło stać, jak Matka Boska była ze mną”. Takiego świadectwa wiary, w tak ekstremalnej sytuacji, nie przeżyłem na żadnym kazaniu, w żadnym kościele.

Pod koniec swojej wypowiedzi, Adam Walczak zdradza, iż po każdym niebezpiecznym zadaniu, po każdej akcji, cała ekipa analizuje wszystkie szczegóły, zastanawiając się, czy mogła zrobić coś lepiej. Jak dodaje, podczas akcji nie ma demokracji. Trzeba dokładnie wykonywać rozkazy przełożonego, bez żadnej dyskusji. Tu chodzi o ludzie zdrowie i życie, nie ma miejsca na bohaterów. Nie ma tu również miejsca na tzw. Rambo:

Jak ktoś mówi, że się nie boi, to kłamie. Strach jest normalną ludzką rzeczą. W przypadku akcji ratowniczych, gdzie cała infrastruktura wentylacyjna zostaje zburzona, my działamy w ekstremalnie trudnych warunkach, jeszcze z użyciem aparatów roboczych, w atmosferze niezdatnej do oddychania. Dla mnie podstawowym wyznacznikiem, którym się kieruje przy doborze pracowników, jest umiejętność działania w zespole. Nie ma tu miejsca na Rambo. Tu nic się nie robi samemu, pracuje cały zespół. Pierwszą zasadą ratownictwa, jest niepowiększanie strat.

 

A.M.K.