Bolesne zderzenie rosyjskich służb z międzynarodowymi cyberdetektywami / Rafał Brzeski, „Kurier WNET” nr 84/2021

Dowództwo GRU planowało, że Siergiej i Julia Skripalowie zamilkną na zawsze. Otrzymało od Kremla zgodę na likwidację, jednak zamiast bezkarnej eliminacji, doszło do kompromitacji na światową skalę.

Rafał Brzeski

Pechowi likwidatorzy Putina

Greckiemu bajkopisarzowi Ezopowi przypisuje się opowieść o myszach, które postanowiły nałożyć kotu obrożę z dzwonkiem. Dzwonek miał ostrzegać przed zbliżaniem się myszołapa. Pomysł przyjęto entuzjastycznie, ale nie znalazła się odważna mysz gotowa założyć kotu obrożę. I tak „dzwoniący kot” stał się w antycznej Grecji symbolem rzeczy tak trudnej do wykonania, że aż niemożliwej.

Z opowieści o dzwoniącym kocie wywodzi się nazwa Bellingcat, nadana międzynarodowej kooperatywie cyberdetektywów zajmujących się wszystkim co tajne: przestępczością kryminalną, konfliktami zbrojnymi, korupcją, operacjami wywiadowczymi, dezinformacją i manipulacją, sekretami ekstremistów, itp. To dziennikarze śledczy Bellingcat na podstawie zdjęć, filmików i wpisów w mediach społecznościowych ukazali, że malezyjski samolot pasażerski lot MH-17 został zniszczony nad wschodnią Ukrainą pociskiem wystrzelonym z rosyjskiej wyrzutni Buk należącej do stacjonującej w Kursku 53 brygady przeciwlotniczej. Odtworzono dokładnie trasę, którą załadowaną wyrzutnię dowieziono na opanowany przez separatystów teren Donbasu, miejsce odpalenia pocisku, trasę ewakuacji wyrzutni z jedną pustą prowadnicą, podano jej numer, zdjęcie, a nawet skład personalny obsługi.

Kolejnym testem ich umiejętności była próba otrucia byłego pułkownika GRU Aleksandra Skripala i jego córki Julii 4 marca 2018 r. w brytyjskim mieście Salisbury. Brytyjscy medycy wojskowi z tajnego laboratorium w Porton Down, gdzie od ponad 100 lat prowadzone są badania nad bronią chemiczną, wykryli wówczas, że Skripalowie zostali zatruci mało znanym rosyjskim bojowym środkiem paraliżującym nowiczok. Wiadomość ta zaalarmowała służby wywiadowcze we wszystkich krajach NATO.

Rosja użyła broni chemicznej na terytorium jednego z państw Sojuszu, łamiąc obowiązującą od kwietnia 1997 r. Konwencję o zakazie broni chemicznej. Zgodnie z jej postanowieniami Moskwa była zobowiązana nie produkować starych i nie rozwijać nowych środków, a posiadane zapasy protokolarnie zniszczyć. Kreml oczywiście wszystkiemu zaprzeczył i oskarżył Londyn o kolejny paroksyzm rusofobii.

Okazało się jednak, że użycie chemicznej broni masowej zagłady na terenie Zjednoczonego Królestwa nie było mądrym pomysłem, zważywszy na olbrzymią liczbę kamer monitoringu zainstalowanych dosłownie na każdym rogu. Policja przeglądnęła uważnie kilka tysięcy godzin nagrań z kamer monitoringu, porównała ze zdjęciami wykonanymi podczas kontroli paszportowej i we wrześniu 2018 r. premier Theresa May poinformowała Izbę Gmin, że za nałożenie trucizny na klamkę drzwi wejściowych do domu Skripala odpowiedzialni są „Aleksander Pietrow” oraz „Rusłan Boszyrow”, przy czym nazwiska są prawdopodobnie fałszywe. Opublikowano również zdjęcia obu mężczyzn pochodzące z paszportów oraz monitoringu ulicznego w Salisbury. W odpowiedzi telewizja RT (dawnej Russia Today) nadała wywiad redaktor naczelnej Margarity Simonian z „Pietrowem” i „Boszyrowem”, którzy zapewniali, że nie są funkcjonariuszami tajnej służby, tylko handlują suplementami diety, a do Salisbury przyjechali obejrzeć słynną, liczącą 123 metry, XIV-wieczną wieżę gotyckiej katedry z nie mniej słynnym zegarem. Łzawy wywiad okazał się kompletną klapą.

Narracja o niewinnych „turystach” wywołała złośliwe komentarze mieszkańców miasta, ponieważ dworzec kolejowy w Salisbury ma tylko jedno wyjście, naprzeciw katedry, i wieżę doskonale widać, na zdjęciach z monitoringu zaś dwaj „turyści” dziarsko maszerują w przeciwnym kierunku, który prowadzi do… domu Skripala.

Cyberdetektywi spod znaku „dzwoniącego kota” postanowili zidentyfikować dwójkę trucicieli. Za materiał wyjściowy posłużył telewizyjny wywiad, zdjęcia opublikowane przez brytyjską policję oraz fotografie paszportowe. Ekipę Bellingcat wzmocnili współpracownicy z kręgu rosyjskiego portalu śledczego The Insider i zaczęto czesać książki telefoniczne i ogólnie dostępne bazy danych. Początkowo bez wyników. Nie pomogły kupione na czarnym rynku spisy adresowe, bazy danych numerów rejestracyjnych pojazdów, policyjne listy kierowców ukaranych mandatami itp. Postawiono więc roboczą hipotezę, że Skripala zlikwidowała jego rodzima firma, Główny Zarząd Wywiadowczy rosyjskich sił zbrojnych, w imię karania byłych funkcjonariuszy za zdradę. Inny były oficer tej służby, Wiktor Suworow, pisał przecież w swej książce Akwarium, że GRU opuszcza się tylko przez komin.

Sądząc z fotografii, „Boszyrow” i „Pietrow” mieli między 35 a 45 lat. Zaczęto sprawdzać archiwalny materiał zdjęciowy dostępny na stronach internetowych rosyjskich akademii wojskowych. Niebawem okazało się, że hipoteza była trafna. Na zrobionym w Czeczenii zdjęciu grupy absolwentów Akademii Wojskowej Dowództwa Dalekowschodniego w Chabarowsku widniał mężczyzna podobny do „Boszyrowa”. Inne zdjęcie umieszczone na stronach tej uczelni przedstawiało „ścianę pamięci”, a na niej nazwiska absolwentów nagrodzonych tytułem Bohatera Związku Radzieckiego.

Pod koniec listy umieszczono nazwiska Bohaterów Federacji Rosyjskiej, w tym dwóch oficerów, przy których zdjęciach widniała lakoniczna adnotacja o nadaniu zaszczytnego tytułu „dekretem prezydenta Rosji”. Jeden z nich, Anatolij Czepiga, pasował do „Boszyrowa”. Po przeszukaniu sieci okazało się, że Czepiga trzykrotnie służył w Czeczenii, ukończył „Konserwatorium”, czyli akademię GRU, tytuł Bohatera Federacji Rosyjskiej zdobył za kampanię na Ukrainie, ale konkretnie za co, nie wiadomo, i często wyjeżdżał do Europy Zachodniej. Zdjęcie z uzyskanej za łapówkę rosyjskiej paszportowej bazy danych potwierdziło, że „Boszyrow” to pułkownik GRU Anatolij Czepiga.

Z „Pietrowem” było trudniej. Początkowo nic się nie zgadzało, ale w paszportowej bazie danych znaleziono adnotację, że poprzedni paszport wydano w St. Petersburgu. Jednak i tam Aleksander Jewgieniejewicz Pietrow urodzony 13 lipca 1979 r., a takie dane widniały w paszporcie okazanym na brytyjskiej granicy, nie figurował w żadnym dostępnym spisie. Założono więc, że GRU minimalnie zmieniło dane personalne. Założenie było trafne.

Niejaki Aleksander Jewgieniejewicz Myszkin mieszkał swego czasu w Petersburgu przy ulicy Akademika Lebiediewa 12 w lokalu nr 30 naprzeciwko budynku Wojskowej Akademii Medycznej. Sprawdzono Myszkina w Moskwie i proszę – jeździ samochodem Volvo XC90, miejsce stałego parkowania i miejsce zamieszkania właściciela Szosa Choroszewska 76B… adres dowództwa GRU.

Zbrojni w zdobyte informacje reporterzy portalu The Insider pojechali w teren i ustalili przeszłość Myszkina od dzieciństwa w wiosce Łojga w obwodzie Archangielskim po werbunek młodego lekarza przez GRU. Swoistą kropkę nad „i” postawili sąsiedzi babci Myszkina, którzy opowiedzieli, że pełna dumy lubi pokazywać zdjęcie, jak wnuczek dostaje tytuł Bohatera Federacji Rosyjskiej z rąk samego Władimira Putina. W Salisbury prawdopodobnie zapewniał osłonę medyczną na wypadek przypadkowego zatrucia Czepigi.

W prowadzonym równolegle dochodzeniu dziennikarze petersburskiej gazety internetowej Fontanka.ru ustalili, że ekipa trucicieli liczyła co najmniej trzy osoby. Trzecim był 45-letni „Siergiej Fiedotow”. Takie nazwisko widniało na liście pasażerów linii lotniczej Aerofłot. Cyberdetektywi ruszyli sprawdzać „Fiedotowa”, a tymczasem zdemaskowanie „Boszyrowa” i „Pietrowa” uruchomiło lawinę wydaleń rosyjskich dyplomatów. Najpierw Wielka Brytania, a potem ponad innych 20 krajów i w sumie około 150 funkcjonariuszy rosyjskich służb pracujących pod dyplomatycznym przykryciem musiało pośpiesznie spakować walizki. GRU, które w 2016 r. chwalono na Kremlu za skuteczne manipulowanie kampanią przed wyborami prezydenckimi w USA, teraz ganiono za ściągnięcie wywiadowczej katastrofy.

W połowie września 2018 r. szef GRU, generał-pułkownik Igor Korobow, został wezwany do Putina. O czym mówiono, nie wiadomo, ale w drodze do domu Korobow zasłabł. Dwa tygodnie później, na początku listopada, Korobow był nieobecny na gali z okazji 100 rocznicy utworzenia Razwiedupra, przekształconego później w GRU. Putin słowem nie wspomniał o nim w swoim przemówieniu, w którym, stojąc pod godłem służby (kwiat goździka z wybuchającym granatem w centrum), chwalił zebranych za „unikalne zdolności w prowadzeniu operacji specjalnych” przeciwko wrogom Rosji.

Pod koniec listopada ministerstwo obrony zakomunikowało, że generał Korobow zmarł „po długiej i ciężkiej chorobie”. Jego następcą został admirał Igor Olegowicz Kostiukow, który nie udziela wywiadów, nie rozmawia z dziennikarzami i nie komentuje doniesień medialnych.

Na początku 2019 r. śledczy Bellincat i The Insider zidentyfikowali Fiedotowa jako generała dywizji GRU Denisa Siergiejewa. Przyleciał do Londynu dwa dni przed zamachem na Skripala i trzydniowy pobyt spędził w hotelu, łącząc się setki razy z internetem. Nie używał hotelowego WiFi, ale łączył się przez swój telefon komórkowy, wykorzystując aplikacje WhatsApp, Viber i Telegram. Analiza metadanych tego telefonu wykazała, że wyszedł na miasto tylko raz, 3 marca. Przez 40 minut spacerował po centrum Londynu i zapewne wówczas spotkał się z Myszkinem i Czepigą, udzielił im ostatnich instrukcji oraz przekazał buteleczkę z nowiczokiem. Odleciał kilka godzin po udanym pokryciu klamki mgłą nowiczoka z buteleczki imitującej luksusowe perfumy. Według Fontanki.ru, leciał tym samym samolotem co truciciele – rejsem SU 2588 Aerofłotu o 22.30 z Heathrow do Moskwy.

Zidentyfikowanie Siergiejewa pozwoliło ustalić „elitarną jednostkę do tajnych działań za granicą” GRU o numerze 29155, w której służyli zamachowcy. Była to tak zakamuflowana jednostka, że wówczas o jej istnieniu wielu oficerów służby nie miało pojęcia, chociaż istniała od co najmniej 10 lat. Teraz znalazła się w świetle medialnych reflektorów.

Jednostka 29155 mieści się w budynku dowództwa 161 ośrodka szkoleniowego spec-znaczenia w Moskwie, a jej zadaniem jest prowadzenie wojny hybrydowej, czyli złożonej z elementów wojny energetycznej: sabotaż, dywersja, pucze, zabójstwa i likwidacje oraz wojny informacyjnej: inspiracja, dezinformacja, prowokacja itp. Zezwoleniem na zabijanie jest podpisane w 2006 r. przez Władimira Putina rozporządzenie regulujące likwidację osób poza granicami Rosji. Personel Jednostki 29155 składa się w dużej mierze z weteranów wojen w Afganistanie i Czeczenii. Wielu posiada wysokie odznaczenia, a kilku tytuły Bohatera Federacji Rosyjskiej.

Dowódcą jednostki jest generał dywizji Andriej Awierianow. W 1988 r. ukończył on Akademię Wojskową imienia Lenina w Taszkiencie, zwaną popularnie TWOKU; w styczniu 2015 r. otrzymał tytuł Bohatera Federacji Rosyjskiej. Analiza połączeń z jego telefonu komórkowego ujawniła, że kontaktuje się bezpośrednio z gabinetem szefa GRU oraz zastrzeżonymi numerami na Kremlu, w tym z sekretariatem ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa.

Z pozoru Awierianow nie różni się niczym od zwykłych moskwiczan. Mieszka w bloku o kilka ulic od siedziby GRU i jeździ rozklekotaną ładą. W 2017 r. wydał za mąż córkę, a wesele wyprawiono na daczy niedaleko Centrum Specjalnego Przeznaczenia GRU „Sienież” w Sołniecznogorsku pod Moskwą. Zdjęcia umieszczone później w sieci przez weselników pomogły w identyfikacji podkomendnych Awierianowa.

Jednostka 29155 cieszy się specjalnymi względami i przywilejami. Jeszcze w marcu 2012 r. minister obrony Anatolij Sierdiukow podpisał rozporządzenie o zarobkach w służbie wojskowej. Paragraf 4 wymienia żołnierzy służących w Jednostce 29155 jako „uprawnionych do pobierania miesięcznego dodatku specjalnego”. Taki sam przywilej otrzymali żołnierze specjednostek o numerach 26165 i 74455, wyspecjalizowanych w hakerstwie, sabotażu sieciowym i dezinformacji, jednak ci, co w nich służyli, na ogół nie wyjeżdżali z Rosji, w przeciwieństwie do „chłopców” Awierianowa, którzy stale krążyli po Europie. Szczególnie często latali do Genewy, co zainteresowało francuską Dyrekcję Generalną Bezpieczeństwa Wewnętrznego – DGSI.

Drobiazgowa analiza list pasażerów linii lotniczych wykazała się, że Górna Sabaudia, francuski region graniczący ze szwajcarską Genewą, to baza tyłowa i logistyczna GRU. W tygodniach poprzedzających atak na Skripala DGSI zaobserwowała co najmniej 15 oficerów GRU w Annemasse, Evian, Chamonix oraz drobniejszych miejscowościach w promieniu godziny jazdy samochodem od Genewy. Przylatywali w ten rejon również pułkownicy Myszkin i Czepiga oraz generał Siergiejew. Praktycznie w Górnej Sabaudii przebywało wówczas stale co najmniej dwóch oficerów GRU.

Szczególnie aktywnym partnerem Jednostki 29155 jest Ośrodek Naukowy „Sygnał”, w którym produkowane są potajemnie rafinowane wersje środka bojowego nowiczok w formie wchłanianego przez skórę, bezbarwnego żelu pozbawionego zapachu. Innym istotnym partnerem jest podległy resortowi obrony Państwowy Instytut Eksperymentalnej Medycyny Wojskowej na przedmieściach Petersburga. Czołowi naukowcy instytutu pracują nad działaniem na organizm ludzki organofosfatów, do których należy nowiczok, oraz wykryciem skutecznych środków zaradczych w przypadku zatrucia. Szefem instytutu w Petersburgu jest Siergiej Czepur, toksykolog wyjątkowo skory do korzystania z telefonu komórkowego.

W trakcie trwającego ponad rok dochodzenia prowadzonego wspólnie przez dziennikarzy z Bellingcat, The Insider, „Der Spiegel” i Radia Wolna Europa/Radia Swoboda okazało się, że łączył się często z generałem Awierianowem.

Wówczas postarano się dyskretnie o kopie bazy połączeń jego operatora i ustalono, że Czepur kontaktował się wielokrotnie ze wszystkimi uczestnikami ataku na Skripala, przy czym najczęściej tuż przed ich podróżą do Salisbury.

Metadane jego komórki wskazywały, że przyjechał 27 lutego 2018 r. do dowództwa GRU w Moskwie na odprawę przed rozpoczęciem operacji. Dziennikarze śledczy Bellingcat podejrzewają, że to właśnie wówczas przekazano „grupie uderzeniowej” truciznę, buteleczkę od perfum z przerobionym spryskiwaczem oraz antidotum neutralizujące przypadkowe zatrucie nowiczokiem.

Po publikacji jesienią 2020 r. kolejnych raportów dziennikarzy śledczych z rozpracowań zamachu w Salisbury, w dowództwach europejskich służb kontrwywiadowczych odkurzono materiały z niewyjaśnionych spraw minionego dziesięciolecia. Bułgarska Państwowa Agencja Bezpieczeństwa Narodowego (DANS) wróciła do sprawy handlarza bronią Emiliana Gebrewa, właściciela spółki EMCO.

W luksusowej restauracji w Sofii 28 kwietnia 2015 r. Gebrew, jego syn Christo oraz dyrektor do spraw producji EMCO, Walentin Tachczew, nagle dostali torsji. Przewieziono ich do szpitala, gdzie Gebrew senior zaczął majaczyć, a później wpadł w śpiączkę.

Wyzdrowiał, podobnie jak pozostała dwójka, i zaczął naciskać, aby przyspieszyć drepczące w miejscu śledztwo. Po trzech latach bułgarska prokuratura w oparciu o materiały FBI i służb brytyjskich ustaliła, że podobnie jak w przypadku Skripala, był to dokonany przez niezidentyfikowanego mężczyznę zamach z użyciem nowiczoka, którym wysmarowano klamkę samochodu Gebrewa zaparkowanego w podziemnym garażu budynku biurowego EMCO. Ustalono również, że „Siergiej Fiedotow”, czyli generał dywizji GRU Denis Siergiejew, w 2015 r. przebywał w Bułgarii trzykrotnie. Za drugim razem przyleciał do nadmorskiego Burgas 24 kwietnia i odleciał z Sofii 28 kwietnia, w dniu zatrucia Gebrewa i jego restauracyjnych gości.

Według zjednoczonych dziennikarzy śledczych z Bellingcat, „Der Spiegel” i The Insider, w ataku na Gebrewa uczestniczyło 8 oficerów Jednostki 29155, którzy przebywali w Bułgarii na przełomie kwietnia i maja 2015 r. Były bułgarski prokurator generalny, Sotir Cacarow potwierdził, że Siergiejew oraz kilku innych obywateli Rosji zatrzymywało się sofijskim hotelu stojącym w sąsiedztwie budynku EMCO, przy czym rezerwowali ściśle określony pokój, z którego widać było wjazd do podziemnego garażu.

Czeska służba kontrwywiadu odkurzyła materiały z dochodzenia po tajemniczej eksplozji 16 października 2014 r. w jednym bunkrów magazynu amunicji w małej miejscowości Vrbetice na Morawach. Zginęło wówczas dwóch pracowników magazynu, w promieniu kilku kilometrów wyleciały szyby z okien, a w ziemi powstał potężny krater. Dwa miesiące później wyleciał w powietrze oddalony o kilometr drugi bunkier.

Wyników śledztwa nie publikowano, gdyż utknęło w miejscu i dopiero niedawno pismo „Respekt” ujawniło, że śledczy otrzymali nowe informacje w 2020 r. i rządowa komisja do spraw służb specjalnych omawiała zebrany materiał niedawno, na początku kwietnia. Widocznie dowody były mocne, skoro 17 kwietnia późnym wieczorem, na pospiesznie zwołanej konferencji prasowej premier Republiki Czeskiej Andrej Babis zakomunikował: „mamy niepodważalne dowody udziału oficerów rosyjskiej służby wywiadowczej GRU w eksplozji w magazynie amunicji”. Dodał, że oficerowie ci służyli w Jednostce 29155 i są odpowiedzialni za pierwszą eksplozję, a być może również za drugą. Czeski premier poinformował również o uznaniu za personae non gratae i wydaleniu 18 dyplomatów rosyjskich. W ślad za Pragą poszły inne stolice i ekspulsje posypały się jak grad.

Zaskoczone niespodziewanym komunikatem czeskie media wyszperały, że policja dotarła do mailowej korespondencji niejakiego „Aleksandra Pietrowa” z Anatolijem Czepigą. Bellingham szybko sprostował, że „Pietrow” to Aleksander Myszkin, obaj rozpracowani w śledztwie po zamachu w Salisbury. Jeszcze raz przejrzano materiał zebrany w sprawie Skripala. Okazało się, że co najmniej 6 oficerów Jednostki 29155 przebywało na Morawach, kiedy bunkier z amunicją wyleciał w powietrze.

Aleksiej Kapinos i Jewgienij Kalinin pod przykryciem kurierów ministerstwa spraw zagranicznych przylecieli 10 października pod własnymi nazwiskami do Budapesztu, wioząc pocztę dyplomatyczną dla ambasady. Powrót zarezerwowali na 15 października. Podpułkownik Nikołaj Jeżow, posługując się paszportem wystawionym dla „Nikołaja Kononichina”, wykupił bilet lotniczy do Wiednia na 11 października z powrotem zarezerwowanym na 15 października. Myszkin i Czepiga wylecieli tego samego dnia do Pragi. Tak jak w przypadku ataku na Skripala, posługiwali się paszportami wystawionymi dla „Aleksandra Pietrowa” i „Rusłana Boszyrowa”. Daty powrotu nie zarezerwowali.

Swoje zdjęcie ze spaceru po ulicach Pragi umieścili w mediach społecznościowych i cztery lata później, po zamachu na Skripala, fotografia posłużyła do ich identyfikacji przez dziennikarzy Bellingcat.

Z Pragi „turyści” Myszkin i Czepiga przenieśli się do Ostrawy, o godzinę jazdy samochodem od magazynu amunicji, i zatrzymali się w hotelu Corrado.

Swoisty zjazd gwiaździsty całej ekipy odbył się zapewne 14 października w okolicy wioski Vrbetice. Myszkin i Czepiga dojechali z Ostrawy, Aleksiej Kapinos i Jewgienij Kalinin dostarczyli z Budapesztu ładunek wybuchowy przywieziony w poczcie dyplomatycznej. Operację nadzorował na miejscu generał Andriej Awerianow podróżujący jako „Andriej Owerianow”. Dowiózł go z Wiednia samochodem Nikołaj Jeżow. Nie wiadomo dokładnie, jak wniesiono ładunek wybuchowy do magazynu. Czepiga i Myszkin starali się o zezwolenie na wejście między 13 a 16 października, pozując na klientów jednego z operatorów magazynu firmy Imex. Rzecznik Imex potwierdził, że wystąpili o przepustki, ale podobno nie pojawili się.

Z drugiej strony, w dniu poprzedzającym pierwszą z dwóch eksplozji właściciel firmy Imex spędził około 40 minut w okolicy hotelu Corrado, gdzie nocowali Czepiga i Myszkin. Służby czeskie ustaliły to na podstawie metadanych jego komórki. Być może pomógł Rosjanom wejść do składu, a być może zostali wpuszczeni jako klienci innego operatora.

Niepodważalnym faktem jest, że 16 października o 9.25 w bunkrze nr 16 wyleciało w powietrze 58 ton amunicji. Kilkadziesiąt minut po eksplozji, o 10.05, Czepiga i Myszkin odlecieli samolotem Aerofłotu z Wiednia do Moskwy.

„Kurierzy dyplomatyczni” Kapinos i Kalinin odlecieli z Budapesztu, zgodnie z rezerwacją, dobę wcześniej. Kilka godzin po eksplozji Jeżow dowiózł szefa na lotnisko w Wiedniu, gdzie Awerianow o 18.17 kupił nowy bilet na lot Aerofłotu do Moskwy i odleciał o 22.46. Jeżow został w Austrii jeszcze kilka dni. Powrócił do Moskwy dopiero 3 listopada. Czy był w tym czasie w Czechach, nie wiadomo.

Sabotaż na Morawach i próbę otrucia Gebrewa łączy sytuacja na Ukrainie. Fakt, że operację w Czechach nadzorował osobiście generał dywizji Andriej Awierianow, dowódca Jednostki 29155, operację w Bułgarii zaś generał dywizji Denis Siergiejew, świadczy o wadze, jaką dowództwo GRU przywiązywało do ich powodzenia. W 2014 r. pod koniec zimy kijowski Majdan zmiótł marionetkę Kremla, prezydenta Wiktora Janukowycza, który zbiegł do Rosji. W ostatnich dniach lutego „zielone ludziki” pojawiły się w Symferopolu i zajęły siedziby parlamentu i rządu krymskiej republiki autonomicznej. Moskwa anektowała Krym. Podobny scenariusz, kolejno: „zielone ludziki”, separatyści, prywatne jednostki najemników, ciężki sprzęt niezidentyfikowanych jednostek rosyjskich powtórzył się w Donbasie. Jesienią 2014 r. na wschodzie Ukrainy toczyły się zażarte walki między wspieranymi przez Moskwę separatystami a armią ukraińską.

Kijów pilnie poszukiwał amunicji do postsowieckiego uzbrojenia. Morawy były logistycznie wygodne i wiele wskazuje na to, że w Vrbeticach wyleciał w powietrze transport szykowany dla Ukrainy.

W pierwszych doniesieniach po eksplozji pojawiły się nawet informacje, że w bunkrze zmagazynowane były pociski artyleryjskie zgromadzone przez EMCO. Potwierdził to Wiktor Jahun, były zastępca szefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, w wywiadzie dla Radia Wolna Europa/Radia Swoboda, mówiąc: „ten biznesmen, którego truły rosyjskie służby, szukał dla nas amunicji w krajach byłego Układu Warszawskiego, a Czechy były najwygodniejszym miejscem tranzytu”.

Anatolij Czepiga i Aleksander Myszkin zostali w 2014 r. uhonorowani przez prezydenta Putina tytułem Bohatera Federacji Rosyjskiej. Zapewne w nagrodę za Vrbetice. Cztery lata później zdjęcia związane z tym tytułem przyczyniły się walnie do ich identyfikacji po podłożeniu trucizny w Salisbury. Dowództwo GRU planowało, że Siergiej i Julia Skripalowie zamilkną na zawsze. Otrzymało od Kremla zgodę na likwidację, jednak zamiast bezkarnej eliminacji zdrajcy, doszło do kompromitacji na światową skalę i usunięcia z rezydentur przeszło setki funkcjonariuszy pracujących pod ochroną immunitetu dyplomatycznego. Podobne wymiatanie powtórzono teraz po zdemaskowaniu udziału GRU w sabotażu na Morawach.

Oba przypadki świadczą o bolesnym zderzeniu myślących tradycyjnie generałów z Jednostki 29155 z sieciowym światem totalnej informacji, w którym jest wprawdzie coraz więcej kłamstw, ale równocześnie coraz mniej tajemnic.

Dziennikarze śledczy różnych redakcji z różnych krajów, których łączy wola dochodzenia do prawdy, i sieciowa kooperatywa Bellingcat obnażyli ten intelektualny niedostatek GRU – służby, która dysponuje truciznami, ale nie potrafi odnaleźć się w świecie swobodnej wymiany informacji.

Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Pechowi likwidatorzy Putina” znajduje się na s. 12-13 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 84/2021.

 


  • Czerwcowy numer „Kuriera WNET” (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Pechowi likwidatorzy Putina” na s. 12czerwcowego „Kuriera WNET” nr 84/2021

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Zwolennicy postępu i tolerancji tropią trumpistów energiczniej niż czerezwyczajka / Rafał Brzeski, „Kurier WNET” 81/2021

Trwa czystka personalna. Nawet lubiane programy radiowe i telewizyjne są zdejmowane z anteny, jeśli ich twórcy i prowadzący nie poddają się ideologicznej presji i nie chcą odciąć się od Trumpa.

Rafał Brzeski

US-bolszewicy

Senat Stanów Zjednoczonych odrzucił wprawdzie kuriozalny wniosek demokratycznych kongresmenów o usunięcie Donalda Trumpa z prezydenckiego urzędu, chociaż oskarżony był już osobą prywatną, ale wrogość postępowej lewicy i pragnienie zemsty nie wygasa.

Były prezydent może optymistycznie uważać, że „polowanie na czarownice się zakończyło”, ale radykalna frakcja Partii Demokratycznej nadal zarzuca Trumpowi i jego zwolennikom organizowanie zbrojnej insurekcji oraz inspirowanie i udział w terrorystycznym szturmie na siedzibę Kongresu, który doprowadził do ofiar śmiertelnych.

Ziejąca nienawiścią, przewodnicząca Izby Reprezentantów Nancy Pelosi, która swego czasu rwała na kawałki za plecami Trumpa tekst jego przemówienia wygłaszanego w Kongresie, powołuje teraz specjalną komisję dla ustalenia, czy były prezydent jest, czy nie jest odpowiedzialny za „terrorystyczny atak na kompleks budynków Kapitolu”. Znacznie dalej poszedł ciemnoskóry demokratyczny kongresmen Bennie G. Thompson, który złożył w waszyngtońskim sądzie pozew zarzucający Trumpowi zawiązanie spisku ze skrajnie prawicowymi organizacjami Oath Keepers i Proud Boys, celem przerwania przemocą procesu przekazania władzy nowemu prezydentowi.

Pozew taki można byłoby uznać za przejaw swoistego folkloru politycznego, gdyby nie fakt, że kongresmen Thompson jest przewodniczącym komisji bezpieczeństwa wewnętrznego Izby Reprezentantów. Nadzorowani przez niego zagorzali zwolennicy postępu i tolerancji tropią „trumpistów” energiczniej niż bolszewicka „czerezwyczajka” Feliksa Dzierżyńskiego ścigała wrogów proletariackiej rewolucji.

Tydzień po zaprzysiężeniu Joego Bidena Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego (DHS) wydał ocenę sytuacji w kraju, w której podkreśla niebezpieczeństwo „mobilizacji do podżegania do aktów przemocy lub popełniania takich aktów” ze strony „motywowanych ideologicznie brutalnych ekstremistów, przeciwnych władzy aktualnej administracji i zmianie prezydenta”.

Urzędnicy DHS ostrzegają, że ludzie, zmamieni fałszywymi narracjami, „mogą nadal mobilizować do podżegania lub popełniania aktów przemocy”, a zatem obywatelska czujność jest konieczna.

Ogłoszone pogotowie obowiązuje do końca kwietnia i zawiera długą listę aktów terroru, jakich mogą (choć nie muszą) dopuścić się Skłonni do Przemocy Wewnętrzni Ekstremiści (Domestic Violent Extremists), ośmieleni atakiem na Kapitol i podjudzeni tweetami Donalda Trumpa. Na szczęście dla Stanów Zjednoczonych zarząd Twittera zamknął dożywotnio konto byłego prezydenta i nie będzie mógł on już dłużej podburzać milionów swoich zwolenników i prać mózgów 88 milionom śledzących jego wpisy. Inaczej mogłoby dojść do tragedii, twierdzi DHS, ponieważ w 2020 roku jak z worka sypały się groźby ataków przeciwko „krytycznej infrastrukturze państwa, w tym sektorom energetyki, telekomunikacji i służby zdrowia”, ze strony osobników „powołujących się na dezinformacje i teorie spiskowe”. Dlatego należy być czujnym i niezwłocznie zawiadamiać lokalne placówki FBI o każdej „podejrzanej działalności” zarówno w sieci, jak w życiu codziennym.

Równolegle z tropieniem zakamuflowanych „trumpistów” i propagowaniem donosicielstwa trwa czystka personalna. Przede wszystkim w mediach, gdzie nawet lubiane programy radiowe i telewizyjne są zdejmowane z anteny, jeśli ich twórcy i prowadzący nie poddają się ideologicznej presji i nie chcą odciąć się od Donalda Trumpa. W redakcjach pozostają zaciężni oportuniści oraz żurnaliści z awangardy postępu. Pełni płomiennych sloganów, jak bolszewiccy agitatorzy gotowi są reedukować „trumpistów” i wyrwać z nich „trumpizm” z korzeniami.

Eugene Robinson, opiniotwórczy komentator dziennika „Washington Post”, otwarcie stwierdził, że miliony Amerykanów „są zwolennikami trumpistycznego kultu i muszą zostać przeprogramowani”.

Jeszcze dalej poszła Alexandria Ocasio-Cortez, zasiadająca w Kongresie z ramienia Partii Demokratycznej. Radykalna aktywistka ugrupowania Demokratyczni Socjaliści Ameryki oświadczyła, że rząd federalny musi teraz „podwoić, potroić lub zwiększyć czterokrotnie ilość funduszy na programy naprawcze”, czyli „deradykalizację” ludzi, którzy głosowali na Donalda Trumpa i podważali uczciwość elekcji Joego Bidena. Fakt, że jest ich około 74 milionów, nie gra większej roli. Potrzebna jest tylko federalna strategia „przeprogramowania” ich przez liberalne elity demokratyczne.

Amerykańscy neobolszewicy nie wysunęli jeszcze projektu tworzenia obozów reedukacyjnych, ale wpływowy publicysta dziennika „New York Times”, Nicholas Kristof, zaapelował już do reklamodawców, aby bojkotowali sympatyzującą z Trumpem konserwatywną telewizję kablową i jej portal Newsmax. Bardziej radykalni komentatorzy telewizji CNN domagali się z ekranu cenzurowania, a jeszcze lepiej zamknięcia Newsmaxa, bo ich zdaniem zasłużył na usunięcie z sieci internetu oraz platform kablowych i satelitarnych, ponieważ w swoich programach powątpiewa w rzetelność wyborów prezydenckich. Takie argumenty wygłaszano przed kamerami, ale poza nimi kryje się inna przesłanka – notowania oglądalności CNN spadają, a Newsmax w ciągu kilku tygodni awansował na 4 miejsce w kablowych telewizjach informacyjnych. W rekordowym dniu przeszły do niego z innych kanałów ponad 4 miliony odbiorców i w połowie lutego Newsmax docierał już do ponad 70 milionów gospodarstw domowych w USA.

Wołanie o cenzurę, zwłaszcza mediów społecznościowych, nie ogranicza się do konkurujących ze sobą kanałów telewizyjnych. Zwolennicy postępu w swoisty bowiem sposób rozumieją wolność słowa, która dla nich oznacza wolność dla lewicy, a cenzurę dla prawicy. Common Cause, uważająca się za umiarkowanie liberalną organizację politycznego centrum, wystąpiła do komisji mędrców z całego świata nadzorujących decyzje administracji Facebooka, aby nie przywracano konta Donalda Trumpa. Na razie jego konto jest zamknięte bezterminowo, ale do końca marca komisja powinna zadecydować, czy decyzja ta była słuszna. Common Cause apeluje więc w sieci o podpisywanie petycji o odcięcie byłego prezydenta raz na zawsze, bowiem „mając szeroki dostęp do użytkowników mediów społecznościowych”, rozpowszechniał bezpodstawne kłamstwa o wyborach i „nie można dopuszczać go do Facebooka”.

Jak się wydaje, polityka nacisków na dziennikarzy i redakcje przynosi wyniki, gdyż wedle szanowanej za wiarygodność sondażowni Rasmussen, 55 procent potencjalnych wyborców uważa, że media stały się teraz mniej agresywne i traktują Joego Bidena oraz jego administrację ze znacznie większą sympatią niż kiedyś traktowały Donalda Trumpa i jego ekipę.

Niedobitki myślących inaczej niż radykalnie postępowa elita eliminowane są nie tylko z mediów, ale również z życia akademickiego, aby nie zatruwały prawdą mózgów młodzieży i nie wytykały jako aberracji pomysłów w rodzaju obsadzenia czarnoskórą aktorką roli Anny Boleyn, drugiej żony króla Anglii Henryka VIII. Troska o politycznie poprawną czystość programów szkolnych motywowała też demokratycznych kongresmenów, którzy usunęli z komisji edukacji Izby Reprezentantów republikańską koleżankę Marjorie Taylor Greene pod zarzutem dawania wiary i rozpowszechniania teorii spiskowych tworzonych w środowisku QAanon, anonimowej, ale wpływowej grupy głoszącej, że Donald Trump patronuje tajnej wojnie pomiędzy sprzysiężeniem patriotycznych wojskowych a ogólnoświatową grupą przestępczą przekrętników i dewiantów seksualnych korumpującą i podporządkowującą sobie urzędników państwowych w USA oraz innych państwach świata.

W opinii wielu komentatorów zajadłość, z jaką postępowi demokraci pod wodzą rozhisteryzowanej Nancy Pelosi chcą wdeptać Donalda Trumpa w błoto i zohydzić go szeregowym obywatelom, zwłaszcza na prowincji, rodzi się ze strachu przed jego powrotem do aktywnego życia politycznego. Strach ten nie jest pozbawiony podstaw. Zaraz po odrzuceniu przez Senat wniosku o impeachment, 45 prezydent Stanów Zjednoczonych wydał płomienne oświadczenie, w którym wezwał swoich sympatyków do zwarcia szeregów i działania na rzecz uczynienia Ameryki wielką. Zdaniem Trumpa „historyczny, patriotyczny i piękny ruch” pod hasłem MAGA dopiero rozpoczyna się na dobre. „Nie ma takiej rzeczy, której wspólnie nie damy rady zrobić” – zapewnił, kreśląc perspektywę wielkości Ameryki i pomyślności jej mieszkańców.

Natomiast dla opozycji Donald Trump miał tylko jedno zdanie:

„To smutne, że w naszych czasach jest w Ameryce taka partia, która pozwala sobie na poniżanie rządów prawa, oczernianie sił porządku, wychwalanie tłuszczy, wybielanie awanturników, przekształcanie wymiaru sprawiedliwości w narzędzie politycznej zemsty oraz na prześladowanie, wpisywanie na czarne listy, wykluczanie oraz tłumienie ludzi i poglądów, z którymi się nie zgadza”.

Oświadczenie byłego prezydenta wyraźnie zelektryzowało konserwatywną część społeczeństwa, a w mediach pojawiły się liczne wypowiedzi polityków, które można podsumować cytatem z wywiadu republikańskiego senatora Lindseya Grahama: „potrzebujemy ruchu Trump-plus”. W Partii Republikańskiej ruch ten kiełkuje oddolnym potępianiem senatorów, którzy razem z demokratami głosowali za impeachmentem Trumpa. Po takim oficjalnym potępieniu przez członków i lokalnych działaczy partii szanse senatora na reelekcję są bliskie zeru, a więc republikański aparat partyjny desperacko wzywa do jedności, usuwania podziałów i zasypywania rowów, bojąc się, że Donald Trump zmobilizuje swoich sympatyków i zacznie drenować „bagno”, czyli eliminować zawodowych polityków, lobbystów i prawników krążących po Waszyngtonie od dziesięcioleci i powiązanych ze sobą na wszelkie sposoby sekretne i jawne. Lider republikanów w Senacie, Mitch McConnell, to dla Trumpa „aparatczyk” i „ponury smutas”. Tym republikanom, co zamiast prawdy wybrali bolszewicką narrację o wyniku prezydenckich wyborów, zapowiedział, że „własnych wyborów ponownie nie wygrają”. Zaniepokojeni taką retoryką senatorowie nie kryją, że „trzeba dotrzeć” do zwolenników byłego prezydenta, bo to zgroza, żeby jeden człowiek „definiował naszą przyszłość”, zwłaszcza że wybory do 1/3 Senatu odbędą się w listopadzie 2022 roku i nieprzewidywalny Trump może zacząć realizować obietnicę wprowadzenia nowych ludzi na szczyty amerykańskiej polityki.

Wizja powrotu Trumpa na czele własnej ekipy konserwatystów prześladuje demokratów, którzy mają wprawdzie pełnię władzy, ale o ich nastrojach oraz mandacie ich społecznego poparcia świadczy najlepiej otaczające Kapitol ponad dwumetrowe ogrodzenie zwieńczone koncentriną ze specjalnego drutu kolczastego o ostrzach jak żyletki.

Postawione „tymczasowo”, zaraz po osławionym „szturmie”, stoi nadal i Policja Kapitolu wystąpiła, aby utrzymać je co najmniej do końca września z uwagi na niesprecyzowane „groźby pod adresem kongresmenów”. Kapitolu strzegą też nadal oddziały Gwardii Narodowej ściągnięte alarmowo na początku stycznia i wciąż nie wycofane.

Tymczasem na prowincji… Amerykanie zbroją się w rekordowym tempie. W styczniu sprzedano ponad 2 miliony sztuk broni. Najwięcej w stanach Michigan i New Jersey. Dziennik „Washington Post” wyliczył, że w styczniu sprzedaż broni i amunicji wzrosła o 80 procent w stosunku do stycznia ubiegłego roku, a był to rok wyjątkowy, w którym sprzedano przeszło 23 miliony sztuk broni długiej i krótkiej. Kupujący broń po raz pierwszy w życiu tłumaczą, że nie mają ochoty mieszkać w proklamowanych przez skrajną lewicę i zarządzanych kolektywnie anarcho-socjalistycznych komunach CHAZ (Autonomiczna Strefa Wzgórze Kapitolu) i przestali wierzyć w ochronę władz, widząc wandalizm i rabunki dziczy Antify na spółkę z Black Lives Matter, rozpasanej decyzjami postępowych burmistrzów oraz samorządów ograniczających finansowanie „rasistowskiej” ponoć policji.

Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „US-bolszewicy” znajduje się na s. 6 marcowego „Kuriera WNET” nr 81/2021.

 


  • Marcowy numer „Kuriera WNET” (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „US-bolszewicy” na s. 6 marcowego „Kuriera WNET” nr 81/2021

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Dr Brzeski: Wszystko wyszło na jaw. USA i Niemcy przez dziesięciolecia łamali szyfry 100 krajów

Dziennik „Washington Post” opublikował tekst o wielkiej aferze szpiegowskiej z udziałem USA, Niemiec i Szwajcarii

Rafał Brzeski komentuje ujawnienie przez wielkiej afery szpiegowskiej, w którą przez wiele lat była zamieszana Szwajcaria.

Amerykański dziennik „Washington Post”, niemiecki nadawca ZDF i szwajcarski kanał SRF wspólnie opublikowały historię szwajcarskiej firmy Crypto AG. Przedsiębiorstwo sprzedawało urządzenia szyfrujące na cały świat. Spółka działa od końca wojny do początku XXI wieku. Na początku lat 70. XX wieku została kupiona przez inwestorów, którzy jak się okazało działali na zlecenie amerykańskiej Centralnej Agencji Wywiadowczej – CIA i niemieckiej Federalnej Służby Wywiadu. „Washington Post” określił sprawę mianem „szpiegowskiej afery wszechczasów”. CIA i BND byli udziałowcami Crypto AG.

Przez dziesięciolecia łamano szyfry ponad 100 krajów i dowiadywano się różnych dziwnych informacji.

Sprawa ma swój początek w czasie II wojny światowej. Szwedzki kryptolog pochodzący z Rosji Boris Hagelin, po emigracji do USA zaprzyjaźnił się ze swoim kolegą po fachu, Wiliamem Friedmanem. Założył firmę Krypto, sprzedającą maszyny szyfrujące do Szwajcarii. Dzięki rekomendacji Friedmana, znalazł rynek zbytu również w amerykańskiej armii.

Amerykański kontrwywiad chciał ograniczyć działalność Hagelina i Friedmana. W celu złąmania tego oporu, kryptolodzy zaproponowali amerykańskim służbom, że pomogą im łamać szyfry innych krajów. Maszyny produkowano z defektami ułatwiającymi odczytanie wiadomości.

Sprzęt sprzedawany przez Hagelina cieszył się bardzo dobrą renomą, co ułatwiało jego sprzedaż. Korzystali na tym zarówno Amerykanie, jak i wywiad niemiecki.

Dzięki działalności Crypto AG udało się uwolnić zakładników amerykańskich w Teheranie. Możliwe też było m.in. ujawnienie tajemnic wojska argentyńskiego w czasie wojny o Falklandy.

Już w 1995 r. dziennik „Baltimore Sun” wspominał o dziwnych działaniach Borisa Hagelina.

Rząd szwajcarski przeprowadza wnikliwe śledztwo w tej sprawie. Parlament tego kraju ma wątpliwości, czy dochodzenie toczy się zgodnie z wszystkimi procedurami.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.W.K.

Dr Brzeski o Niemcach: Czas pokutny już się skończył

Dr Rafał Brzeski odnosi się do kolejnego użycia przez Niemców sformułowania „polskie obozy zagłady”.

Dr Rafał Brzeski w przededniu 80. rocznicy „nocy kryształowej” dokonuje surowej oceny niemieckiej polityki historycznej. Politolog gorzko stwierdza:

60-dniowy „czas pokutny”, zapoczątkowany wystapieniem prezzydenta Niemiec Franka Waltera-Steinmeiera, już się skończył. Starczy już […] proszenia o przebaczenie.

Gość Radia WNET zwraca uwagę na postawienie obok siebie sformułowań „noc kryształowa” i „polskie obozy zagłady w ulotce mówiącej o obchodach rocznicy „Kristalnacht”. „Chodzi o połowiczne przyznanie się do winy i zrzucenie tej najgorszej winy na kogoś innego”. Niemcy wybijali szyby, a Polacy mordowali. Dr Brzeski przypomina, że przed takimi działaniami Niemców ostrzegał już w latach 40. brytyjski dziennikarz Sefton Delmer.

Rozmówca Łukasza Jankowskiego przedstawia również swoje dowody na potwierdzenie tezy o współpracy niemieckich i izraelskich służb specjalnych dotyczącej przerzucania odpowiedzialności za niemieckie zbrodnie popełnione w czasie II wojny światowej.

A.W.K

Ataki w cyberprzestrzeni. Jeszcze pokój czy już wojna? / Rafał Brzeski, „Śląski Kurier WNET” nr 61/2019

Stany Zjednoczone przez dłuższy czas drzemały. Były przedmiotem 117 liczących się ataków, ale im przypisuje się tylko 9 incydentów. Obudziły się po ingerencji Rosji w wybory prezydenckie 2016 roku.

Rafał Brzeski

Jeszcze pokój, czy już wojna?

Przy okazji niedawnych wyborów do europarlamentu politycy wszelkiej maści zapewniali, że dzięki Unii Europejskiej nasz kontynent od prawie 75 lat cieszy się nieprzerwanym pokojem. Tyle w tym prawdy, co w innych politycznych zaklęciach i obietnicach składanych w kampaniach wyborczych.

Od 12 lat toczy się bowiem globalna wojna i jak wcześniejsze dwie wojny światowe, rozpoczęła się w Europie.

Tym razem jest to cyberwojna, a ta nie jest widowiskowa. Nie ma czego pokazywać w telewizji lub na zdjęciach, a zatem nie dociera do świadomości olbrzymiej większości obywateli i ich politycznych przedstawicieli. Ignorancja ta jest wytłumaczalna, gdyż cyberwojna prowadzona jest w cyberprzestrzeni, a ta nie doczekała się jeszcze klarownej definicji. Z Wikipedii można się dowiedzieć, że cyberprzestrzeń to „iluzja świata rzeczywistego stworzona za pomocą narzędzi teleinformatycznych”. Robocza definicja przyjęta przez konsylium prawników NATO określa cyberprzestrzeń jako „złożone z elementów fizycznych i niefizycznych środowisko charakteryzujące się wykorzystaniem komputerów i spektrum elektromagnetycznego celem przechowywania, modyfikowania i wymiany informacji poprzez sieci komputerowe”. Według Komisji Europejskiej jest to „wirtualna przestrzeń, w której krążą elektroniczne dane przetwarzane przez komputery osobiste z całego świata”. Polska definicja zapisana w ustawie stwierdza, że cyberprzestrzeń to: „przestrzeń przetwarzania i wymiany informacji tworzona przez systemy teleinformatyczne… wraz z powiązaniami pomiędzy nimi oraz relacjami z użytkownikami”. Są jeszcze definicje: brytyjska, francuska, rosyjska. Co kraj, to nieco inna, ale wspólnej definicji nadal brak.

Definicyjnej różnorodności trudno się dziwić. Wprawdzie cyberprzestrzeń jest jedna i żadne państwo nie może sobie do niej rościć wyłączności, to jednak każde posiada prerogatywy suwerena nad cyberinfrastrukturą znajdującą się na jego terytorium oraz nad działalnością związaną z tą cyberinfrastrukturą. Tak przynajmniej głosi „Pierwsza reguła” nieformalnego cyberkodeksu zwanego Instrukcją tallińską (Tallin Manual). Innymi słowy, cyberprzestrzeń jest globalna, ale każde państwo ma jej kawałek na wyłączne panowanie. Konsekwencją suwerenności nad cyberinfrastrukturą są: prawo do jej kontrolowania odpowiednimi regulacjami oraz prawo do jej ochrony bez względu na to, czy znajduje się w rękach państwowych, czy prywatnych. Tym samym cybernetyczna operacja jednego państwa wymierzona w cyberinfrastrukturę drugiego państwa stanowi naruszenie suwerenności, z całym bagażem konsekwencji i komplikacji prawnych wynikających z niedopasowania działań w wirtualnej w dużej mierze cyberprzestrzeni do międzynarodowych konwencji i traktatów opracowanych dla „tradycyjnych” działań militarnych. Sytuację komplikuje dodatkowo fakt, że cyberprzestrzeń ma podwójny charakter. Jest wykorzystywana w działaniach na wskroś cywilnych, a równocześnie w operacjach militarnych.

Rodzi się więc fundamentalne pytanie: kiedy działanie w cyberprzestrzeni staje się atakiem odpowiadającym konfliktowi zbrojnemu?. Co jest pułapem, od którego zaczyna się wojna?

W wojnie energetycznej odpowiedź już dawno sprecyzowano: kiedy użyto kinetycznej siły, są fizyczne zniszczenia, straty, zabici i ranni. W cyberwojnie nie używa się fizycznej siły, ale starcie może powodować fizyczne zniszczenia, na przykład wskutek dywersyjnego sparaliżowania systemu sterowania ruchem pociągów lub siecią przesyłową wysokiego napięcia. Straty może powodować sabotaż systemu bankowego, natomiast ofiary w ludziach – brak zasilania energetycznego szpitali. W tej wymykającej się opisom przestrzeni toczą się zażarte, chociaż ciche konflikty, które szef amerykańskiego radiowywiadu NSA (National Security Agency) oraz samodzielnego dowództwa Cyber Command, generał Paul Nakasone, określa jako próbę przesunięcia globalnego układu sił bez odwoływania się do starcia zbrojnego. Są to konflikty bez przemocy, prowadzące do stopniowej erozji politycznych, ekonomicznych i moralnych aktywów przeciwnika. Czy jednak powodowane w wyniku tych starć szkody i straty mogą uzasadnić „tradycyjny” zbrojny odwet i doprowadzić do „tradycyjnej” wojny?

Dyskusja ekspertów trwa i tylko media nie mają wątpliwości. Globalna cyberwojna rozpoczęła się od rosyjskiego ataku na Estonię krótko przed północą 26 kwietnia 2007 roku.

W całym kraju wówczas wrzało, gdyż władze usunęły z centrum Tallina potężny, spiżowy pomnik sowieckiego żołnierza oswobodziciela. Postawiony w 1947 roku został przeniesiony na cmentarz żołnierzy sowieckich. Estończycy uważali go za symbol okupacji i nazywali pomnikiem „nieznanego gwałciciela”. W odpowiedzi na wywiezienie pomnika 400-tysięczna mniejszość rosyjska wszczęła rewoltę w kraju liczącym nieco ponad 1,3 miliona ludności. W Tallinie rabowano sklepy i palono samochody. Protestujący usiłowali wedrzeć się do gmachu parlamentu, na budynki państwowe poleciały koktajle Mołotowa. W Moskwie na znak solidarności tak zwani „oburzeni obywatele” o wyglądzie bandziorów spod ciemnej gwiazdy zablokowali budynek estońskiej ambasady. Zamieszki wygasły po dwóch dniach, ale w cyberprzestrzeni kraju, który z uwagi na powszechność internetu nazywano E-stonią, pojawili się tłumnie rosyjscy „haktywiści”. Zdefasonowano strony partii i organizacji politycznych, umieszczając na nich różne hasła i obraźliwe teksty. Po kilkudniowym amatorskim ataku nastąpił profesjonalny. Przez trzy tygodnie usiłowano zablokować portale internetowe estońskiego parlamentu, ministerstw, banków, mediów. Cybernatarcie osiągnęło apogeum 9 maja, kiedy w Rosji obchodzi się Dzień Zwycięstwa.

Jak później wyliczono, autorzy ataku przejęli i „zniewolili” około miliona komputerów na całym świecie, robiąc z nich tak zwane „zombie”, bombardujące automatycznie wiadomościami estońskie serwery w celu zatkania i zablokowania sieci małego kraju.

Terytorialna wielkość Estonii okazała się silnym punktem obrony. W społeczności administratorów sieci prawie wszyscy dobrze się znali, chodzili do tych samych pubów i szef obrony estońskiej cyberprzestrzeni, Hillar Arelaid, były policjant o dużym doświadczeniu w walce z hakerami, nie miał trudności z utworzeniem grup ochotników złożonych z najlepszych administratorów instytucji rządowych, banków, firm internetowych i przedsiębiorstw. Dzień w dzień blokowali adresy IP, z których sypały się wiadomości, i tropili, gdzie znajdują się serwery i skąd wychodzą polecenia dla „zombies”. Kiedy wielodobowy szturm ustał nagle 18 maja, minister spraw zagranicznych Urmas Paet oświadczył, że atak prowadzono „z adresów IP konkretnych komputerów i konkretnych ludzi związanych z rządowymi agendami Rosji, włącznie z administracją Prezydenta Federacji Rosyjskiej”, szef resortu obrony zaś, Jaak Aavitsoo dodał, że zamiarem atakujących było odcięcie państwa od świata, czyli cyberprzestrzenny odpowiednik blokady morskiej portów.

Straty i szkody poniesione przez niewielką Estonię w cyberbitwie z potężną Rosją były praktycznie niewielkie. Serwer poczty elektronicznej parlamentu nie funkcjonował przez 4 dni, klienci dwóch największych banków przez kilka godzin nie mieli dostępu do swoich kont, portale głównych organizacji medialnych, w tym największego dziennika „Postimees”, trzeba było na pewien czas odciąć od zagranicy. Poza tym rytm życia kraju nie został zakłócony. Trudno więc ocenić, czy długotrwały cyberatak z zamiarem sparaliżowania państwa już wyczerpał znamiona konfliktu zbrojnego, czy jeszcze nie. O zbrojnej obronie Estonii przed rosyjską ofensywą nie sposób myśleć, ale cyberobrona okazała się skuteczna.

Sprawdziło się twierdzenie chińskich teoretyków wojskowych, że cyberwojna to czynnik wyrównujący szanse w konfrontacji państw, dzięki któremu „słabszy może pokonać silniejszego”, a działania informatyczne i informacyjne to „broń biednych, ale mądrych”.

Cyberbitwa Rosji z Estonią zapoczątkowała globalną cyberwojnę. Rok później według podobnego modelu „sieć plus ulica” Rosja zaatakowała Gruzję. Gruzińska sieć została zhakowana. Przez kilkanaście godzin wszystkie strony w internetowej domenie .ge były nieczynne. Domenę dla komunikatów gruzińskiego rządu udostępniła kancelaria prezydenta Lecha Kaczyńskiego i dzięki tej pomocy rząd w Tbilisi odzyskał dostęp do sieci. Na portalach instytucji państwowych Gruzji pojawiły się antyrządowe hasła. Cyberofensywa miała wyraźnie polityczny charakter i była skoordynowana z rosyjskimi operacjami militarnymi w rejonie Osetii.

Kula śnieżna cyberataków o charakterze polityczno-wojskowym nabrała szybkości i zaczęła zamieniać się w lawinę. Obok mocarstw – Rosji, Stanów Zjednoczonych i Chin – do gry włączyli się mniejsi gracze: Izrael, Iran, Indie i Korea Północna. Uwzględniając tylko poważniejsze incydenty, z wyłączeniem działań o motywacjach kryminalnych, w statystyce cyberataków prowadzą Chiny – 108 operacji w ciągu 13 lat, na drugim miejscu jest Rosja, której przypisuje się autorstwo 98 incydentów. Potem Iran – 44 incydenty i Korea Północna – 38. Izrael ma na koncie tylko 3 cyberataki, ale za to poważne. Przykładowo w 2007 roku na pewien czas sparaliżowano syryjską obronę przeciwlotniczą. Mówi się również o skutecznym izraelskim sabotażu irańskiego programu badań jądrowych.

Stany Zjednoczone przez dłuższy czas drzemały. Były przedmiotem 117 liczących się ataków, ale im przypisuje się tylko 9 incydentów. Obudziły się dopiero po ingerencji Rosji w wybory prezydenckie 2016 roku. Były dyrektor NSA, a potem CIA, generał Michael V. Hayden określił rosyjską cyberingerencję w amerykański proces wyborczy jako „najbardziej istotne strategiczne zagrożenie bezpieczeństwa narodowego” od czasu terrorystycznego ataku na nowojorskie World Trade Center w dniu 11 września 2001 roku. Tymczasem Waszyngton nie miał ani instytucji, ani planu, ani strategii przeciwdziałania takim zagrożeniom.

Ale i tym razem sprawdziła się opinia japońskiego admirała Isoroku Yamamoto, „ojca” ataku na Pearl Harbor, który ostrzegał, że Stany Zjednoczone przypominają potężny kocioł, pod którym jak raz się rozpali ogień, to produkuje olbrzymie ilości pary.

Kiedy do świadomości polityków i wojskowych w Waszyngtonie dotarły rozmiary rosyjskiej ingerencji, zauważono hibernującą od 2009 roku wewnątrz radiowywiadu NSA (National Security Agency) grupę o nazwie Cyber Command, powołaną do obrony przed cyberatakami. W kwietniu 2018 roku dyrektorem NSA i szefem Cyber Command został generał Paul Nakasone, o którym mówiono, że „nie zmarnuje żadnego porządnego kryzysu”.

Obejmując stanowisko, Nakasone obiecał, że Rosjanie „zapłacą cenę”. Na początku maja 2018 roku status grupy Cyber Command został podniesiony do rangi samodzielnego dowództwa, które otrzymało od prezydenta Donalda Trumpa zezwolenie na „operacje ofensywne poniżej progu konfliktu zbrojnego”, czyli nie powodujące strat w ludziach oraz poważnych zniszczeń materialnych. Przed nowym dowództwem postawiono zadanie zablokowania Rosjan, jeśli podejmą próbę ingerencji w przygotowania i kampanię przed wyborami uzupełniającymi do Kongresu w listopadzie 2018 roku. Do tego czasu cyberżołnierze mieli prowadzić rozpoznanie „poza naszymi granicami, poza naszymi sieciami, tak by zrozumieć, co robią nasi przeciwnicy”.

Forsowana przez Nakasonego taktyka „upartego zaangażowania” opierała się na nieustannej konfrontacji z Rosjanami i szybkiej wymianie informacji z partnerami w krajach sojuszniczych. W lipcu 2018 roku z najlepszych specjalistów radiowywiadu i Cyber Command Nakasone sformował „Małą Grupę Rosyjską”, liczącą około 80 ludzi. Cierpliwie zbierano wszelkie wiadomości o przeciwniku, przede wszystkim o petersburskiej „fabryce trolli” i jej personelu oraz o hakerach pracujących dla wywiadu wojskowego GRU.

Pierwsza amerykańska cyber-kontrofensywa rozpoczęła się na początku października 2018 roku.

Na ekranach rosyjskich trolli i hakerów zaczęły pojawiać się okienka „pop-up” z ich prawdziwym imieniem, nazwiskiem, „nickiem”, pod jakim występują w sieci, oraz dobrą radą, aby nie gmerali w sprawach innych krajów.

Podobne przekazy znajdowali w swoich służbowych i prywatnych skrzynkach mailowych. Nikt wprawdzie nikomu nie groził, ale po rosyjskiej stronie najpierw posypały się skargi do administratorów lokalnych sieci, a potem niepokój „grillowanych” trolli wzrósł do tego stopnia, że w petersburskiej Agencji Studiów Internetowych zarządzono wewnętrzne śledztwo w poszukiwano „kreta” i źródła wycieku danych personalnych. Dezinformacyjna aktywność Rosjan wyraźnie spadła, aż w dniu wyborów uzupełniających praktycznie ustała, gdyż specjaliści Cyber Command zablokowali serwery „fabryki trolli”. Jak to zrobiono, nikt się nie chwali, ale przez trzy dni, aż w USA policzono głosy, petersburska agencja była praktycznie „off-line”.

Po listopadowej lekcji Rosjanie nie podjęli poważniejszych działań odwetowych. W styczniu Krajowy Komitet Partii Demokratycznej skarżył się wprawdzie, że jego serwery zostały zaatakowane przez rosyjskich hakerów, ale nie określono strat.

Rosjanie skoncentrowali się wyraźnie na ingerowaniu w kampanię wyborczą do Parlamentu Europejskiego. Wiosną bieżącego roku najaktywniejsi w cyberprzestrzeni byli chińscy cyberwojownicy.

W lutym wykradli dane personalne pracowników koncernu lotniczego Airbus, w marcu ujawniono, że usiłowali – z różnym skutkiem – wykraść z co najmniej 27 uniwersytetów amerykańskich wyniki badań z zakresu militarnych technologii morskich, w kwietniu administratorzy sieci obronili koncern Bayera przed kradzieżą tajemnic technologicznych.

Prawdą jest, że cieszymy się pokojem, ale niejako na powierzchni. Pod progiem międzynarodowych konwencji, traktatów, porozumień i układów toczy się w najlepsze wojna w cyberprzestrzeni, która nie ma swojej definicji i której nie normują żadne regulacje prawne.

Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Jeszcze pokój, czy już wojna?” znajduje się na s. 3 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Jeszcze pokój, czy już wojna?” na s. 3 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Rok wyborów w europejskich krajach NATO. Kremlowskie trolle aktywizują się / Rafał Brzeski, „Kurier WNET” nr 60/2019

Generał Oleg Kaługin, były szef kontrwywiadu w I Zarządzie Głównym KGB, powtarzał, że sianie zamętu i niezgody w obozie przeciwnika to „serce i dusza” rosyjskich służb wywiadowczych.

Rafał Brzeski

Wybory, trolle, Kreml

Mamy europejski rok wyborczy. Ledwie zakończyły się eurowybory w 28 krajach, a już szykują się wybory powszechne w Austrii i w Grecji. Na jesieni wybory w Polsce. Były wybory prezydenckie na Ukrainie, na Litwie, na Łotwie i na Słowacji. Będą wybory prezydenckie w Rumunii. Były wybory parlamentarne w Estonii i w Mołdawii. Być może będą w Wielkiej Brytanii.

Większość z nich – w krajach należących do NATO, a więc dla rosyjskich dezinformatorów okazja niebywała i nie dziwota, że ze smyczy spuszczono szeregowych trolli, producentów fejków, kreatorów narracji, scenarzystów operacji dezinformacyjnych i całe stada agentów wpływu. Według komisarz Unii Europejskiej do spraw sprawiedliwości, Viery Jourovej, trwa „cyber-wyścig zbrojeń:, a celem kampanii dezinformacyjnych Moskwy jest pogłębianie istniejących podziałów społecznych.

W wojnie informacyjnej każdy chwyt jest dozwolony, jeśli powoduje mętlik w głowach i polityczny chaos.

Dla Kremla sianie zamętu, podsycanie podziałów i destabilizacja chwiejnych demokracji stały się kluczowym elementem polityki zagranicznej. Zakłócanie procesów wyborczych stanowi istotny fragment tego programu.

Dywersja taka jest tania i bezpieczna. Nie wymaga przełamywania firewalli i ryzykownego hakowania infrastruktury sieciowej, co może grozić cyber-odwetem. Wystarczy umiejętne zmanipulowanie faktów oraz penetracja i wypaczanie postrzegania rzeczywistości przez odbiorców. Nie grozi to niczym, bowiem żadna międzynarodowa konwencja nie zabrania szerzenia kłamstw, a zachodnie i polskie agendy osłaniające świadomość wyborców przed manipulacją są dopiero w powijakach.

W wojnie informacyjnej Rosja ma olbrzymie doświadczenie zbierane w czasach Ochrany, CzeKa, NKWD i KGB. Generał Oleg Kaługin, były szef kontrwywiadu w Pierwszym Zarządzie Głównym KGB, powtarzał, że sianie zamętu i niezgody w obozie przeciwnika to „serce i dusza” rosyjskich służb wywiadowczych. Rozwój internetu i mediów społecznościowych, które zbiegły się z amerykańską polityką „resetu” oraz zachodnią konsumpcją „dywidendy pokojowej” po zakończeniu „zimnej wojny”, dały rosyjskim strategom i teoretykom czas na rozwój prac studyjnych nad militaryzacją informacji. W rosyjskiej doktrynie przyjęto, że konfrontację informacyjną należy prowadzić permanentnie „w okresie pokoju i w czasie wojny”, ma ona mieć charakter totalny, a jej celem są całe społeczeństwa, cywile na równi z wojskowymi. Rosyjscy teoretycy oceniają, że współczesne środki komunikowania się umożliwiają tak potężne oddziaływanie na odbiorców, że dzięki konfrontacji informacyjnej możliwe staje się osiągnięcie celów strategicznych, a konwencjonalne działania militarne można ograniczyć do minimum nie powodującego gwałtownych reakcji społeczności międzynarodowej.

Czas „drzemki” teoretyków zachodnich służby rosyjskie wykorzystały efektywnie w sferach:

  • koncepcyjnego tworzenia dezinformacyjnych narracji,
  • nowoczesnych technik komunikowania się,
  • eksploatacji możliwości, które dają swobody demokracji i gospodarki rynkowej.

W walkę informacyjną wpisano na równi działania hakerskie, pozyskiwanie danych, zwłaszcza danych osobowych, a także: historię, kulturę, język, patriotyzm i dumę narodową, niechęci i niezadowolenie oraz inne przejawy ludzkiej aktywności i stany emocjonalne.

Dla osiągnięcia przewagi strategicznej szeroko rozbudowano narzędzia sterowania społecznego. Werbalne insynuacje, plotki i podróbki dokumentów zastąpiono przez rozwinięte narracje o jednolitym rdzeniu, ale adresowane do odbiorców podzielonych na precyzyjnie wyprofilowane grupy docelowe. Slogany walki klasowej z sowieckich czasów zastąpiono mniej lub bardziej finezyjnymi i prawdopodobnymi przeinaczeniami i kłamstwami, co brytyjska premier Theresa May podsumowała stwierdzeniem, że Rosja „przekształciła dezinformację w oręż”. W procesie tym służby rosyjskie wykorzystywały i wykorzystują przede wszystkim media elektroniczne. Obok tradycyjnych platform czyli telewizji RT (do niedawna Russia Today), radiowej sieci Sputnik oraz agencji prasowych TASS i Novosti, wykorzystuje się internet i jego media społecznościowe, które dają możliwość natychmiastowego i bezpośredniego dotarcia z przekazem do milionów odbiorców. Przekaz ten może obejmować tekst, dźwięk oraz obraz i być opracowany pod kątem ustalonych wcześniej zainteresowań i potencjału intelektualnego konkretnych grup odbiorców.

Tymczasowej i pozornej demokratyzacji Rosji i otwarciu się rosyjskiej gospodarki towarzyszyło otwarcie się Zachodu na postsowieckie służby, które cynicznie eksploatują możliwości, jakie daje demokracja oraz liberalne zasady gospodarki rynkowej. Swoboda wyrażania poglądów i brak cenzury w państwach demokratycznych ułatwiają rozpowszechnianie kłamstw zwanych popularnie fejkami, kreowanie scenariuszy narracji oraz ich szerokie rozpowszechnianie poprzez media własne, media teoretycznie obce, ale kontrolowane przez Moskwę kapitałowo lub przez agenturę wpływu, a także media obce, którym podsuwa się spreparowane treści po konkurencyjnych cenach.

Przykładowo, do listopada 2018 roku program Sputnika retransmitowało Radio Hobby zamknięte przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji. Nadajnik tej stacji znajdował się w Legionowie i jego sygnał obejmował również Rembertów, Wesołą oraz inne podwarszawskie miejscowości zamieszkałe przez ludzi związanych z Ludowym Wojskiem Polskim.

W innych krajach utworzono regionalne centra multimedialne z potężnym wsparciem technicznym i finansowym. Twórca tego imperium propagandowego Michaił Lesin, zanim w dziwnych okolicznościach pożegnał się z życiem, nie krył, że nie robi mu różnicy, czy kanał medialny, z którym współpracuje, jest publiczny czy prywatny. „Ma tylko przekazywać określony punkt widzenia”, a machina propagandowa Kremla już dostarczy ten „punkt widzenia” w stosownym opakowaniu i po atrakcyjnej cenie.

Jedno się wszakże od czasów KGB nie zmieniło. Stany Zjednoczone są nadal „głównym przeciwnikiem”, a tuż za nimi jest NATO. W kremlowskim postrzeganiu świata wszystkie państwa znajdujące się poza strefą wpływów Moskwy są potencjalnymi członkami Sojuszu Atlantyckiego, a ponieważ większość państw europejskich to kraje członkowskie NATO, zatem finalnym celem wszelkich działań dezinformacyjnych w Europie są: osłabienie solidarności państw Unii Europejskiej oraz rozbicie ich transatlantyckich powiązań ze Stanami Zjednoczonymi. Nie gra przy tym roli, czy niejako „po drodze” będą promowane lub atakowane ugrupowania i politycy z prawa lub lewa. Rosyjska kampania „nie jest ukierunkowana ani na lewo, ani na prawo, ale jej celem jest podważenie zaufania i wiary w siebie oraz sianie chaosu i niepewności” – oceniał w połowie lutego były sekretarz generalny NATO Anders Rasmussen.

Skala rosyjskich działań, zwłaszcza w sieci i mediach społecznościowych, jest olbrzymia. Do mieszania w głowach Amerykanom przed prezydenckimi wyborami w 2016 roku oddelegowano dwa lata wcześniej ponad 80 osób oraz oddano do dyspozycji ponad milion dolarów. Dla zatarcia śladów wykorzystano infrastrukturę komputerową nie tylko na terenie Rosji, ale również w innych krajach, także w Stanach Zjednoczonych. Jak ustaliło FBI, na rekonesans do USA wysłano dwóch pracowników petersburskiej Agencji Studiów Internetowych, czyli osławionej „fabryki trolli”. Ich zadaniem było poznać realia w 9 stanach, zorientować się w nastrojach, poznać aktualny slang i preferencje wyborcze mieszkańców amerykańskiej prowincji oraz zwerbować agenturę. Równocześnie z terytorium Rosji hakerzy wykradali autentyczne dane Amerykanów. Zakres tych kradzieży nie jest dokładnie znany, bo FBI nie chwali się porażkami, ale przed kilkoma tygodniami wyszło na jaw, że w dwóch powiatach na Florydzie wykradziono ze spisów wyborców kompletne dane uprawnionych do głosowania.

Równolegle stworzono potężny leksykon sformułowań, terminów, eufemizmów, żartów, porównań, skrótów, itp. używanych przez Amerykanów w mediach społecznościowych w trakcie dyskusji, sporów i kłótni na tematy polityczne. Godziny pracy „ekipy wyborczej” w Petersburgu podporządkowano strefom czasowym w USA, żeby nie było konfliktu między rytmem amerykańskiego życia a aktywnością trolli w sieci.

Za pośrednictwem funkcjonariuszy służb wywiadu zbierano oryginalne formularze in blanco, które posłużyły później do sporządzenia fałszywych dokumentów stanowiących fundament dezinformacji, plotek, insynuacji i rozbudowanych narracji podważających wiarygodność poszczegółnych polityków i generalnie uczciwość amerykańskiego systemu wyborczego. Wykorzystując zhakowane dane personalne, podszywano się pod aktywistów lokalnych struktur partii politycznych oraz różnych stowarzyszeń i werbowano w sieci wolontariuszy. Jeden z takich nieświadomych współpracowników z Teksasu podpowiedział, gdzie kandydaci idą łeb w łeb, co skwapliwie wykorzystano. Trolle z Petersburga pozakładały liczne konta na Twitterze, promujące i krytykujące na równi Donalda Trumpa, jak Hillary Clinton. Były to konta o chwytliwych hasztagach, takich jak #TrumpTrain lub #Hillary4Prison. Jak ustaliło FBI, niektóre fałszywe profile sterowane z Rosji były tak popularne, że firmy amerykańskie płaciły od 25 do 50 dolarów od postu, byle tylko podwiązano pod niego ich reklamę.

Posługując się wykradzionymi tożsamościami, założono też konta PayPal, które wykorzystano w 2016 roku do zakupu ogłoszeń na Twitterze i Facebooku. Zgodnie z zasadą: każdy chwyt jest dozwolony, jeśli powoduje mętlik w głowach i polityczny chaos – ogłoszenia te adresowano zarówno do odbiorców zorientowanych na prawo, jak i na lewo, a grupy etniczne wzywano do bojkotu wyborów, ponieważ ani Demokratów, ani Republikanów nie interesują problemy mniejszości. Ogłoszenie z maja 2016 roku głosiło: „Hillary Clinton nie zasługuje na czarne głosy”. Inne hasło brzmiało: „Nie można wybierać mniejszego zła. Lepiej już nie głosować WCALE”. Alternatywnie zalecano oddanie głosu na kandydatów niezależnych.

Mistrzowskim pociągnięciem było zebranie poprzez sieć grupy ponad 100 autentycznych, kipiących aktywnością i naiwnych Amerykanów, a potem wykorzystanie ich do przełożenia kreowanej w Rosji wirtualnej rzeczywistości na realne demonstracje i protesty w Stanach Zjednoczonych.

Ich animatorem był szalejący w sieci niejaki „Matt Skiber”, któremu udało się zdalnie z Petersburga zorganizować grupę autentycznych aktywistów, a ci przygotowali happening, podczas którego w klatce na platformie ciężarówki wieziono manifestanta ucharakteryzowanego na Hillary Clinton ubraną w więzienny kombinezon. Mało tego, już po wyborach petersburska szczujnia zorganizowała za pośrednictwem mediów społecznościowych dwie demonstracje w Nowym Jorku. Jedną popierającą Donalda Trumpa, a drugą pod hasłem „Trump NIE jest moim prezydentem”.

Na podobnie szeroką skalę przygotowano „obsługę” referendum w sprawie Brexitu w Wielkiej Brytanii, kiedy to w ostatnich 48 godzinach kampanii z rosyjskich kont na Facebooku rozesłano ponad 45 tysięcy „brexitowych” fejków. Niezależna brytyjska grupa studyjna 89up.org wyliczyła, że podczas tej kampanii Russia Today i Sputnik docierały ze swym antyunijnym przekazem do większej liczby brytyjskich odbiorców niż biura oficjalnych kampanii Vote Leave lub Leave.EU.

Podobnie było przed eurowyborami. Dokładne dane nie są jeszcze znane, gdyż analizy prowadzone w poszczególnych krajach nie zostały jeszcze opublikowane, ale zajmująca się bezpieczeństwem w sieci firma SafeGuard Cyber ustaliła, że tylko od 1 do 10 marca bieżącego roku 6 700 powiązanych z Rosją „czarnych owiec” rozesłało w mediach społecznościowych materiały, które dotarły do 241 milionów europejskich użytkowników. Ich efekt jest trudny do określenia. Nie sposób bowiem ustalić, czy nawet jeśli zostały przez odbiorców odebrane, to czy je przeczytali, a tym bardziej, czy zapadły w ich świadomość.

Rosyjskie mistyfikacje przedwyborcze to nie żadna propagandowa papka, tylko dezinformacje a la carte wykorzystujące aktualną sytuację i nastroje w danym kraju.

Do odbiorców w Polsce adresowane są fejki i narracje związane z ustawą JUST Act 477. Odbiorcom w Wielkiej Brytanii serwowany jest Brexit w różnych smakach, we Francji protest „żółtych kamizelek” i unijne koncepcje prezydenta Emmanuela Macrona, w Niemczech zaś – polityka imigracyjna, kryzys spowodowany najazdem uchodźców oraz rosnąca popularność partii Alternatywa dla Niemiec.

Utworzona z inicjatywy europosłanki Anny Fotygi europejska grupa do zwalczania rosyjskich dezinformacji wykryła i zdemaskowała od 2015 roku ponad 5 tysięcy fałszywek. Najwięcej – ponad 2000 – było związanych z Ukrainą i Krymem. Prawie 1200 dezinformacji dotyczyło Stanów Zjednoczonych, ponad 400 przypadków – NATO, a około 700 Unii Europejskiej, z czego ponad 120 było na temat Polski. Oskarżano nas m.in. o agresywne zachowanie wobec Moskwy, żądania terytorialne i marzenia o wchłonięciu przez Polskę – oczywiście z pomocą NATO – Białorusi i co najmniej części Ukrainy. Przykładowo, 20 lutego bieżącego roku w programie radia Sputnik w języku białoruskim podano, że gdyby Rosjanie nie zajęli Krymu, to Amerykanie umieściliby na półwyspie swoje wyrzutnie rakietowe i pod ich osłoną Polacy zagarnęliby zbrojnie Białoruś. Gdyby jednak w Warszawie uznano, że polskie siły są zbyt słabe, to polskie służby wywiadowcze zorganizowałyby w Mińsku skuteczny zamach stanu i osadziły propolski reżym.

W Wielkiej Brytanii, po chemicznym ataku „nowiczokiem” w Salisbury, producenci jedynie słusznej kremlowskiej prawdy rozpowszechnili ponad 40 różnych narracji wyjaśniających próbę otrucia dezertera z GRU Siergieja Skripala i jego córki. Każda z tych narracji była oczywiście „niepodważalna”.

Tematy, stosunek prawdy do kłamstwa w przekazie, wykorzystane platformy oraz inne elementy konstrukcji dezinformacji zależne są od wyobraźni scenarzystów, a zatem liczba możliwych rozwiązań jest w zasadzie nieskończona. Dwa lata temu były to prymitywne fałszywki w rodzaju powtórzonej przez telewizję RT wiadomości portalu dan-news.info, że na froncie w rejonie Doniecka walczą dwa tuziny snajperek z Polski.

Obecnie najnowszą metodą jest tak zwany „głęboki fejk” (deep fake), czyli generowany komputerowo materiał video lub dźwiękowy ukazujący dowolną osobę mówiącą dowolne rzeczy. Osoba może „mówić” własnym głosem, tyle, że tekst będzie spreparowany, gdyż jest to przemontowany zlepek fragmentów różnych wypowiedzi.

Podobnym zlepkiem obrazów może być bohater filmiku lub jego twarz może być „wpreparowana” w postać kogoś innego i w sytuację, w której nigdy nie uczestniczył.

Poza własnymi lub kontrolowanymi kanałami medialnymi, Rosja wykorzystuje różnych aktorów do rozpowszechniania dezinformacji. Najgroźniejsza jest świadoma agentura wpływu. Wsparciem dla niej są „pudła rezonansowe”, które bez refleksji powtarzają zasłyszane treści. No i dezinformacyjny plebs, zwany w Moskwie gawnojedy, czyli ludzie, którzy z własnej woli promują moskiewską narrację. Należą do nich na równi progresiści, pacyfiści, internacjonaliści, apologeci rozwiązłości seksualnej, sodomici, a także panslawiści, zwolennicy białej supremacji, kanapowi neofaszyści itp. Gawnojedy to nie agenci, gdyż nikt ich nie werbował, ale ich przydatność jest nie do przecenienia. Trudno bowiem znaleźć bardziej podatny materiał do manipulacji i medium bardziej żarliwie rozpowszechniające wszelką dezinformację. Wystarczy tylko sprytnie ich poszczuć. Gawnojedy są też często autorami politycznych happeningów lub krzykliwym mięsem armatnim demonstracji, które można później nagłośnić, pokazując je w telewizji RT.

Dla Kremla „główny przeciwnik” to nadal USA, więc podczas kampanii przedwyborczych byli, są i będą dyskretnie promowani politycy niechętni Stanom Zjednoczonym. Zwłaszcza w Niemczech, gdzie elity aż piszczą, żeby się pozbyć „okupacyjnego jarzma” Amerykanów. We Francji i w Niemczech promowani są również politycy opowiadający się za stworzeniem tak zwanej euroarmii, która jest ewidentną konkurencją dla Sojuszu Atlantyckiego. Na obszarze całej Unii Europejskiej informacyjna opieka Kremla obejmuje niezmiennie polityków oraz środowiska sprzyjające Moskwie, niechętne Ukrainie, opowiadające się za jednością i współpracą Słowian itp. Do wykorzystania nadaje się każdy polityk i celebryta, który przejawia niechęć do USA, do NATO, do każdego działania i każdej koncepcji ograniczającej osiągnięcie przez Rosję dominującej pozycji na kontynencie euroazjatyckim. I o tym warto pamiętać.

Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Wybory, trolle, Kreml” znajduje się na s. 15 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 60/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Wybory, trolle, Kreml” na s. 15 czerwcowego „Kuriera WNET”, nr 60/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Agentura wpływu i sieć. Wiele stuleci ludzkiego komunikowania się skoncentrowanych w jednej technologii

Społeczności zwarte etnicznie, o ustabilizowanym porządku etycznym oraz jasnych i przestrzeganych normach moralnych mają niejako „wbudowany” odruchowy system samoobrony przed wrogim podszeptem.

Rafał Brzeski

Agentura wpływu i sieć

W dobie galopującego obiegu informacji i mediów o globalnym zasięgu z możliwością jednoczesnego oddziaływania na różne grupy językowe, walka o międzynarodową supremację nabiera nowego wymiaru. Naga fizyczna przemoc ustępuje coraz częściej miejsca zafałszowanej informacji i manipulacyjnej perswazji. Prawdziwą rewolucję w perswazyjnych możliwościach spowodowało pojawienie się sieci Internetu, a później mediów społecznościowych. Ich potencjał docierania do mas odbiorców jest gigantyczny. Tylko do Facebooka loguje się dziennie półtora miliarda użytkowników i wprowadzanych jest średnio 300 milionów zdjęć. Co minutę wpisywanych jest ponad pół miliona komentarzy.

W mediach społecznościowych potencjał rozpowszechniania informacji jest olbrzymi. Przeciętny użytkownik Facebooka ma około 150 przyjaciół, a każdy z nich ma swoich 150 przyjaciół. Każdy użytkownik mediów społecznościowych może być źródłem informacji. Jeśli będzie ona atrakcyjna, to można założyć, że większość przyjaciół prześle ją do swoich przyjaciół. Bardzo często bez zastanowienia, czy jest to informacja prawdziwa. Ot, klik-klik i poooszło!

Działa psychologiczny automat – informacja od przyjaciela, a więc wiarygodna. Rzadko kto pamięta, że przeszło 80 milionów aktywnych profili Facebooka jest fałszywych.

W działaniach wojny informacyjnej internet daje możliwość nie do przecenienia, czyli praktycznie bezpośredni dostęp nadawcy treści do odbiorcy: tekstowych, audio, video, czarno-białych lub w kolorze, a przy tym w czasie realnym lub w dowolnym (z zapisu). Wiele stuleci ludzkiego komunikowania się skoncentrowanych w jednej technologii.

Prawie sto lat temu sowiecki wirtuoz organizowania agentury wpływu Willi Münzenberg zalecał: „Musimy… mieć w ręku artystów i profesorów, wykorzystać teatry i kina, by szerzyć za granicą doktrynę, iż Rosja gotowa jest poświęcić wszystko, aby utrzymać pokój na świecie”. Dzisiaj nie musiałby wykorzystywać kosztownej i kłopotliwej infrastruktury teatrów i kin. Dzisiaj artyści i profesorowie, których miał w ręku, mogliby bezpośrednio sączyć jad kłamstwa w mózgi łatwowiernych odbiorców. Ich następcy to robią. Nietrudno znaleźć w sieci wygadanych znawców przedmiotu i youtuberów głoszących, czego Polska nie powinna robić, ale nie oferujących wiarygodnych propozycji, co powinna zrobić. Ci „eksperci” o miękkim języku to agentura aktywna. Sieciowa agentura pasywna to trolle. Ci ograniczają się do chamskich ataków, wulgarnych komentarzy, klikania „łapek”, tworzenia pozorowanego klimatu poparcia lub niewybrednego nękania i niszczenia wiarygodności ludzi wytypowanych przez mocodawcę. Technologia pozwala przy tym multiplikować działania trolli poprzez tak zwane boty, czyli automaty, a tylko patrzeć, kiedy w okłamywanie ludzi włączona zostanie sztuczna inteligencja. Techniczny potencjał sieci i mediów społecznościowych oraz niewyczerpany potencjał ludzkiego lenistwa wykorzystują planiści działań wojny informacyjnej, którzy werbują, kreują i wykorzystują realną i wirtualną agenturę wpływu.

Agent wpływu to wedle jednej z definicji osoba wykorzystywana do dyskretnego urabiania opinii polityków, dziennikarzy i grup nacisku w kierunku przychylnym zamiarom i celom obcego państwa.

Inna definicja za agenta wpływu uważa osobę, która subtelnie i zręcznie wykorzystuje swoje stanowisko, możliwości, władzę i wiarygodność do promowania interesów obcego mocarstwa w sposób uniemożliwiający zdemaskowanie tego mocarstwa.

Agentura wpływu należy do najskuteczniejszych i najtrudniejszych do wykrycia sposobów informacyjnego oddziaływania na przeciwnika. Agent wpływu postrzegany jest w swoim środowisku i społeczeństwie jako lojalny obywatel, który prywatnie i publicznie głosi swoje poglądy.

Fakt, że są one zbieżne z linią polityczną i zabiegami propagandowymi obcego mocarstwa, oceniany jest zazwyczaj wygodnie jako zbieg okoliczności niewart głębszej analizy, natomiast szkody wyrządzone przez agenta wpływu są potencjalnie ogromne, zwłaszcza jeśli jest on wysokim urzędnikiem państwowym, uznanym autorytetem lub znajduje się na stanowisku kontrolującym przepływ informacji.

Do zadań agentury wpływu należy sterowanie aparatem władzy i opinią publiczną atakowanego kraju, poprzez rozpowszechnianie odpowiednio dobranych informacji, dezinformacji, pojednawczych lub alarmistycznych opinii i argumentów oraz chwytliwych sloganów i słów-wytrychów zastępujących wiarygodną ocenę faktów. Agentura wpływu ma sterować opiniami środowiska, w którym się obraca. Zadanie to wypełnia, posługując się „technikami zarządzania postrzeganiem”, co w mniej politycznie poprawnych słowach można określić jako atrakcyjnie podane, ordynarne fałszowanie rzeczywistości. Podstawową różnicą między agenturą wywiadowczą a agenturą wpływu jest fakt, że pierwsza zbiera informacje, a druga rozpowszechnia.

Wprawdzie zazwyczaj obie prowadzone są przez tą samą służbę, to jednak agentura wywiadowcza informuje, co dzieje się wewnątrz obozu przeciwnika, natomiast agentura wpływu formuje postrzeganie przeciwnika i to już we wczesnej fazie planowania i podejmowania decyzji.

Pozwala sterować zestawem obrazów, opinii i odczuć tak, by odbiorcy kierowali się nie tyle rzeczywistością, co narracją podsuniętą przez agenturę i zgodną z intencjami jej mocodawcy. Z tych względów przyszłą agenturę wpływu typuje się pod kątem nie tyle jej możliwości wykradania tajnych dokumentów lub zbierania poufnych informacji, co rozpowszechniania odpowiednio spreparowanych wiadomości i opinii. Proces pozyskiwania agentów jest jednak zbliżony do werbowania agentury wywiadowczej. Agentów wpływu dobiera się spośród ludzi inteligentnych, ambitnych i pozbawionych skrupułów, gotowych za wszelką cenę piąć się po szczeblach kariery i łaknących poklasku.

W straszliwym okresie kolektywizacji rolnictwa w Związku Sowieckim, w latach „rozkułaczania” i wymuszonego głodu, kiedy na Ukrainie i Północnym Kaukazie notowano liczne przypadki ludożerstwa, rolę szczególnie haniebnej agentury wpływu odegrali czołowi zachodni intelektualiści, luminarze kultury i politycy. Irlandzki dramaturg i myśliciel George Bernard Shaw zapewniał, że „nie widział w Rosji ani jednej niedożywionej osoby”. Francuski polityk, dwukrotny premier Edouard Herriot kategorycznie zaprzeczał „kłamstwom burżuazyjnej prasy, że w Związku Sowieckim panuje głód”. Brytyjscy piewcy socjalizmu – Beatrice i Sidney Webbowie – strofowali ukraińskich chłopów za „podkradanie ziaren z kłosów”, co w ich opinii było „bezwstydną kradzieżą kolektywnej własności” (Christopher A., Gordijewski O., KGB, tłum. Rafał Brzeski, Bellona, Warszawa 1997, str. 121–122). Podobne zapierające dech kłamstwa i wygibasy intelektualne można obecnie usłyszeć codziennie od polskich ludzi kultury i polityków w stacji telewizyjnej znajdującej się pod protektoratem ambasador Stanów Zjednoczonych.

Z punktu widzenia oficera werbującego i prowadzącego najlepszym rozwiązaniem jest rozbuchane ego, usilnie szukające uznania i pełne niespełnionych ambicji, wsparte odpowiednim zastrzykiem finansowym.

Jeżeli werbowany ma do tego jakieś perwersyjne skłonności lub jakieś grzechy przeszłości do ukrycia, to sukces jest prawie pewny. Dobrym środowiskiem do werbunku jest społeczność homoseksualna. Należą bowiem do niej ludzie wpływowi i jest ona wyjątkowo dyskretna.

Przy werbowaniu agentury wpływu skutecznym wabikiem jest obok oferowanych profitów finansowych obietnica przyznania prestiżowych nagród i wprowadzenia do „międzynarodowych salonów”, co w przypadku osób pnących się po drabinie zawodowej lub w hierarchii państwowej pomaga w spełnieniu ambicji politycznych lub aspiracji osobistych. Na mechanizm ten już w 1938 roku zwracał uwagę Peter Gutzeit, szef nowojorskiej rezydentury NKWD, który w obszernym memorandum proponował „aktywnie spenetrować” życie polityczne Stanów Zjednoczonych, zwerbować kongresmenów, senatorów oraz dziennikarzy i z ich pomocą nie tyle zbierać informacje, co kształtować przychylny dla Związku Sowieckiego klimat wewnątrz administracji prezydenta Franklina Delano Roosevelta. Gutzeitowi nie dane było jednak zrealizować proponowanego programu, bowiem został odwołany do Moskwy i rozstrzelany w ramach „wielkiej czystki” końca lat trzydziestych ubiegłego wieku.

Skuteczność agentury wpływu zależy w dużej mierze od jej uplasowania i wiarygodności. Zarówno odpowiednie awansowanie i „przesuwanie” agenta w hierarchii, jak i budowanie jego autorytetu wymagają czasu. Dlatego też werbownicy najczęściej działają na uniwersytetach, które tradycyjnie są miejscem ścierania się idei i rewolucyjnych koncepcji urządzenia świata. Tym bardziej, że nawet skrajne poglądy głoszone w świecie akademickim nikogo nie rażą i stosunkowo łatwo przesączają się do szkół, środowisk naukowych, a nawet do kościołów.

Przy tworzeniu agentury wpływu w środowiskach politycznych, akademickich i studenckich, po wytypowaniu odpowiednich kandydatów do współpracy, obok tradycyjnych technik werbunkowych coraz częściej stosuje się metodę niejako „bezkontaktową”. Wytypowani są przykładowo zapraszani na prestiżowo zaaranżowaną konferencję naukową, na której prezentowana jest określona narracja faworyzująca stanowisko kraju budującego agenturę. Osoby, które w rozmowach kuluarowych odniosą się pozytywnie do tej narracji, są po jakimś czasie zaproszone na kolejną konferencję, potem proponuje im się napisanie artykułu naukowego, ich dorobek zostaje „zauważony”, otrzymują stypendium badawcze, są zaproszone na wykłady, otrzymują nagrody itp. Ich kariera naukowa lub zawodowa jest umiejętnie sterowana, a współpraca – w większym stopniu dorozumiana niż uzgodniona.

Wykrycie agentury wpływu jest bardzo trudne. Agenci wpływu należą do osób o najściślej strzeżonej tożsamości w ewidencji służby. Są bowiem najczęściej postaciami publicznymi, a ich skuteczność opiera się na totalnym utajnieniu. Raz zdemaskowany agent wpływu nieodwracalnie traci swą przydatność. Agenci wpływu, zwłaszcza uplasowani wysoko w hierarchii politycznej, prowadzeni są albo „bezkontaktowo”, albo werbalnie, drogą ustnych sugestii, bez zostawiania śladów w dokumentacji służby.

Wysoki stopień utajnienia tożsamości agentów wpływu sprawia, że udowodnienie im przed sądem działania na rzecz obcego państwa jest praktycznie niemożliwe. Podstawą demokracji jest bowiem prawo do głoszenia własnych poglądów.

Agent wpływu nie wykrada tajemnic z sejfów i prawie nie sposób przyłapać go na gorącym uczynku. Najczęściej nie kontaktuje się potajemnie z oficerem prowadzącym i nie otrzymuje od niego instrukcji, zadań lub wynagrodzenia. Nie odwiedza skrzynek kontaktowych, nie zostawia nigdzie mikrofilmów lub innych materiałów wywiadowczych. Agent wpływu wyjeżdża oficjalnie na jawne seminaria lub konferencje naukowe, pobiera stypendia naukowe lub wykłada na zagranicznym uniwersytecie, zagraniczni wydawcy publikują jego książki, otrzymuje nagrody twórcze, spotyka się z politykami, ludźmi ze świata gospodarki i nauki. Zebrane „wrażenia”, ubrane we „własne przemyślenia”, publikuje w mediach, rozpowszechnia w „politycznych salonach”, w sieci albo podczas spotkań z politykami i decydentami własnego kraju. Formalnie nie robi nic nielegalnego.

Ponadto agent wpływu najczęściej działa pośrednio (to nie on podejmuje decyzje, lecz polityk, któremu on doradza!). Dlatego jest trudny do zdemaskowania i zneutralizowania, natomiast jego mocodawcom stosunkowo łatwo jest zorganizować jego obronę drogą petycji, interpelacji parlamentarnych lub demonstracji poparcia ze strony znanych postaci lub medialnej akcji pod hasłem obrony przed dyskryminacją. Świeżym przykładem może być peregrynacja po europejskich instytucjach politycznych pewnej Ukrainki z rosyjskim paszportem, która została wydalona z Polski i otrzymała zakaz wjazdu na terytorium RP.

W obronie agenta można również zaaranżować medialną wrzawę, a jeśli nie przyniesie ona spodziewanych rezultatów, można zorganizować manifestację protestacyjną, której umiejętnie zainspirowani uczestnicy będą ochoczo wywrzaskiwać hasła podsunięte przez inną siatkę agentury wpływu. Liczba i struktura kombinacji zależy od wyobraźni służby prowadzącej agenta.

Dodatkowym utrudnieniem w eliminacji agentury wpływu jest konieczność poruszania się po delikatnym gruncie. Jej zignorowanie zachęca do dalszych działań. Zbyt gwałtowna reakcja naraża na zarzut skłonności do zamordyzmu i tłumienia swobody wypowiedzi.

W eliminacji skuteczniejsze są działania administracyjne, prowadzące do ucięcia możliwości oddziaływania, niż sądowe, prowadzące do ukarania.

Bardzo trudne jest bowiem sądowe udowodnienie, że ktoś głosi to, co głosi na zlecenie, a nie jest to prezentacja własnych opinii. W przypadku działalności agentury wpływu w internecie dochodzi do tego element geograficzny – nadawca treści może mieszkać w innym kraju, poza jurysdykcją sądową.

Skutecznym sposobem eliminacji agentury wpływu są dyskretnie kontrolowane „przecieki” do mediów. Brytyjski polityk, konserwatysta, Liam Fox miał przyjaciela i drużbę Adama Werritty’ego. Obaj należeli do grupy Konserwatywni Przyjaciele Izraela. Kiedy Fox został ministrem obrony, tak się jakoś przypadkowo składało, że jeśli wyjeżdżał służbowo, to Werritty mieszkał w tym samym hotelu. Od maja 2010 roku do października 2011 roku Werritty 22 razy odwiedził Foxa w ministerstwie obrony i towarzyszył mu w 18 podróżach zagranicznych, aż dziennik „The Times” dotarł do wyciągów bankowych założonej przez Adama Werritty’ego fundacji Pargav i okazało się, że jej głównym dobroczyńcą jest miliarder Chaim Zabludowicz, prezes pro-izraelskiego lobby BICOM. Kilka dni później gazeta niedzielna „Mail on Sunday” miała zadziwiająco dokładne informacje, kiedy i w jakiej sprawie Werritty telefonował do Foxa z Dubaju. Wreszcie dziennik „Daily Mail” zwrócił uwagę, że Werritty nie jest urzędnikiem państwowym, a zatem nie podlega weryfikacji przez Służbę Bezpieczeństwa MI5, oraz na możliwość „wykorzystania Foxa przez Mossad w charakterze pożytecznego idioty”. Dzień przed publikacją tego artykułu Liam Fox podał się do dymisji i Werritty stracił możliwość wpływu na szefa brytyjskiego resortu obrony.

Najskuteczniejszą obroną państwa przed działaniami agentury wpływu jest cierpliwe demaskowanie każdej wykrytej manipulacji i zapewnianie obywatelom stałego dostępu do rzetelnych informacji. Sterowanie świadomością całych grup społecznych przy użyciu agentury wpływu wymaga czasu, a to można i należy wykorzystać dla przeciwdziałania.

Odpowiedzią na sterowanie winna być „gra w otwarte karty”, czyli maksimum prawdy podanej w sposób wyważony, bez rzucania oskarżeń lub przypinania etykiet.

Rządzący winni przy tym pamiętać, że działalność agentury wpływu jest najskuteczniejsza w społecznościach niejednolitych, rozchwianych i zdemoralizowanych, gdyż społeczności zwarte etnicznie, o ustabilizowanym porządku etycznym oraz jasnych i przestrzeganych normach moralnych mają „wbudowany” w siebie odruchowy system samoobrony przed wrogim podszeptem.

Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Agentura wpływu i sieć” znajduje się na s. 5 lutowego „Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Agentura wpływu i sieć” na s. 5 lutowego „Kuriera WNET”, nr 56/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Żyjemy w cywilizacji kłamstwa. Dezinformacja i fejki to codzienna strawa telewizyjnych programów publicystycznych

Politycy otrzymują wytyczne i jak pociągane za sznurki kukiełki powtarzają zawarte w nich tezy. Na ekranach telewizorów przekrzykują się ludzie, na własną prośbę zredukowani do roli bocianiego dzioba.

Rafał Brzeski

Ponieważ o kłamliwe elementy wojny informacyjnej spotykamy codziennie, warto przypomnieć, że dezinformacja może mieć wymiar strategiczny bądź taktyczny. Dezinformacja taktyczna trwa stosunkowo krótko i ma na celu wprowadzenie w błąd w jednej lub kilku zazębiających się kwestiach. Prowadzona jest raczej w skali miesięcy aniżeli lat. Dezinformacja strategiczna prowadzona jest przez kilka, a nawet przez dziesiątki lat. Przykładem może być sączone konsekwentnie od dziesięcioleci kłamstwo o „polskich obozach koncentracyjnych”. (…)

Podstawowa zasada brzmi: przeciwnika można skutecznie wprowadzić w błąd jedynie wówczas, kiedy podsuwana dezinformacja jest oparta na wiedzy, jaką on już posiada. Stąd tak istotne dla powodzenia dezinformacji jest rozpoznanie przeciwnika i jego sposobu myślenia. (…)

Nie wolno kłamać, nie znając prawdy, bowiem skuteczność dezinformacji zależy nie od tego, co przeciwnik pomyśli, ale od tego, co zrobi. Chodzi o to żeby zrobił coś konkretnego, zgodnego z planami dezinformującego.

Skuteczną dezinformację umożliwiają:

  • ignorancja z wyboru, czyli niechęć do ustalenia prawdy,
  • łatwowierność płynąca z odruchowej niechęci do samokrytyki,
  • tendencja do oceniania innych wedle własnej miary,
  • skłonność do niedawania wiary złym wiadomościom, do powątpiewania w „czarne scenariusze” oraz do upatrywania „teorii spiskowych”.

Lenin radził Dzierżyńskiemu: „mów im to, czego chcą słuchać”. (…)

Najskuteczniejszy jest jednak strach przed konsekwencjami ujawnienia szerszemu ogółowi informacji prawdziwej. Strach przed odpowiedzialnością prawną, administracyjną, profesjonalną (ostracyzm) lub towarzyską (obciach).

Strach prowadzi do spontanicznej zmowy milczenia i ugruntowania dezinformacji jako prawdy w świadomości zbiorowej całych środowisk i społeczeństw.

Widać to w informacyjnej chmurze otaczającej francuski ruch protestacyjny żółtych kamizelek, w której obok dramatycznych obrazów prawdziwych pojawiły się obrazy autentyczne, ale „przesunięte w czasie” oraz „przesunięte w przestrzeni”. Można też mówić o obrazach prawdziwych, ale „przesuniętych w okolicznościach”.

Dziennikarze Agence France Presse zadali sobie trud przeanalizowania obrazów, które pojawiły się w sieci po listopadowych demonstracjach Żółtych Kamizelek.

W sobotę 24 listopada pojawiło się zdjęcie żandarma trzymającego kartkę z napisem „nie odpuszczajcie”. Zdjęcie było autentyczne, tyle że „przesunięte w czasie”, bowiem zostało wykonane przed paryską katedrą Notre Dame 21 października 2016 roku.

Zestaw 7 dramatycznych zdjęć pobitych i poranionych demonstrantów opublikowany na Facebooku 20 listopada rano opatrzono stwierdzeniem, że media głównego nurtu zamiotły te fotki pod dywan. Do południa 30 listopada zestaw ten został podany dalej 140 000 razy i komentowany był ponad 800 razy. Po weryfikacji przez AFP okazało się, że dwa zdjęcia pobitych to obrazy autentyczne, ale „przesunięte w przestrzeni”, bowiem pochodzą z manifestacji w Hiszpanii.

Cały artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Dezinformacja i fejki” znajduje się na s. 20 styczniowego „Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Dezinformacja i fejki” na s. 20 styczniowego „Kuriera WNET”, nr 55/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Żaryn: ABW ma twarde dowody na współpracę pracownika Huawei z chińskim wywiadem przeciwko Polsce. Śledztwo trwa dalej

Wijing W. przebywał w Polsce jako pracownik firmy telekomunikacyjnej i będzie odpowiadał za przeprowadzanie działań wywiadowczych przeciwko RP. Grozi mu do 10 lat więzienia – mówi Stanisław Żaryn.

Stanisław Żaryn, rzecznik ministra koordynatora służb specjalnych, mówi o mającym miejsce w czwartek zatrzymaniu Piotra D., byłego oficera ABW, i Wijinga W., dyrektora sprzedaży na Polskę chińskiej firmy Huawei. Przejście do kolejnego etapu postępowania związane jest z uzyskaniem wystarczających dowodów na współpracę obojga mężczyzn z chińskim wywiadem przeciwko Polsce. Oskarżonym grozi 10 lat więzienia. Obecnie znajdują się oni w areszcie, gdzie przez trzy miesiące będą czekać na dalsze etapy śledztwa. W tym czasie ABW będzie zbierała dalsze dowody i weryfikowała pojawiające się wątki.

Gość Poranka WNET przybliża sylwetki szpiegów. Wijing W. przebywał w Polsce jako pracownik firmy telekomunikacyjnej, a Piotr D. Pełnił w przeszłości szereg ważnych funkcji, w tym dyrektorskich w wielu instytucjach publicznych. Wpływ zajmowanych przez byłego oficera ABW pozycji na sprawę działalności wywiadowczej również zostanie wzięty pod uwagę.

Żaryn podkreśla, że niemal całe śledztwo, jak większość operacji ABW, oparte jest na informacjach niejawnych.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.K.

Rafał Brzeski: Sukcesem nie jest aresztowanie szpiega, sukcesem jest odwrócenie go i skłonienie do współpracy z nami

Wszyscy Chińczycy czują się za granicą tajnymi współpracownikami wywiadu, wewnątrz Chin zaś czują się pracownikami kontrwywiadu wobec obcych – mówi Rafał Brzeski, ekspert ds. wywiadu w Poranku WNET.

– O sukcesie w walce ze szpiegami obcych państw można mówić wówczas, kiedy odwrócimy szpiega i skłonimy go do pracy przeciwko jego byłym mocodawcom – mówi w Poranku WNET Rafał Brzeski, ekspert w zakresie wywiadu. Rozmawiamy z Brzeskim w kontekście wojny informacyjnej prowadzonej przez Państwo Środka.

–  W tym konkretnym przypadku jest to jednak praktycznie niemożliwe ze względu na chińską kulturę, ze względu na sinocentryzm – zaznacza. – Kiedyś ten sinocentryzm przejawiał się np. budową muru, żeby nikt nie przeszkadzał Chińczykom w rozwiązywaniu własnych spraw. Dziś przejawia się w przedkładaniu interesu narodowego nad polityczny. Wszyscy Chińczycy: i ci z mainlandu, i z Tajwanu, czują się poza granicami tajnymi współpracownikami wywiadu, wewnątrz Chin zaś czują się pracownikiem kontrwywiadu wobec obcokrajowców.

Mimo wszystko Brzeski wyraża zadowolenie z przerwania łańcucha wywiadowczego. Nigdy nie miał wątpliwości co do tego, że Huawei jest chińską agenturą.

Według chińskiej doktryny wojennej wszystkie firmy z udziałem państwa, zostały wpisane w część frontu walki cybernetycznej.

Brzeski komentuje także udział polski w konferencji antyirańskiej. – Jesteśmy dobrym miejscem na taką konferencję, gdyż jesteśmy neutralni w tym konflikcie. W kwestiach bliskowschodnich mamy najmniej wrogów i jesteśmy nie takim otwartym antagonistą dla większości krajów. W związku z tym, przedstawiciele wielu krajów mogą przyjechać do Warszawy bez narażania się na zarzuty zdrady ze strony swoich społeczeństw – mówi.

Wysłuchaj naszej rozmowy już teraz!

mf