Cezary Kaźmierczak: Biznes pierwszy raz w historii ma więcej pieniędzy na kontach niż w pożyczkach

Cezary Kaźmierczak o zapowiedziach luzowania obostrzeń sanitarnych i potrzebie stabilności prawnej w prowadzeniu biznesu.


Cezary Kaźmierczak komentuje rządowe spotkanie w kontekście luzowania obostrzeń. Wicepremier Gowin przedstawił na nim plan według którego od 4 maja miałyby zacząć działać kluby fitness i restauracje.

Generalnie popieramy to, co Ministerstwo Rozwoju proponuje.

Prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców przypomina postulat moratorium na zmiany w regulacjach i podatkach. Przedsiębiorcy potrzebują stabilnych warunków prowadzenia biznesu. Boją się oni bowiem inwestować.

Biznes pierwszy raz w historii ma więcej pieniędzy na kontach niż w pożyczkach.

Kaźmierczak podkreśla, że potrzeba jest przynajmniej minimum stabilności prawnej. Dodaje, że potrzebna jest pomoc dla dotkniętych zamknięciem branż.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.P.

Kamiński (300gospodarka.pl) o Tarczy 4.0: Kolejnych bezpośrednich transferów na konta przedsiębiorców nie będzie

Nadzwyczajne czasy wymagają nadzwyczajnych rozwiązań. W tym trudnym czasie należy uelastycznić zarządzanie finansami firm – mówi Michał Kamiński.

 

Michał Kamiński omawia uchwaloną wczoraj przez Sejm tzw. „Tarczę 4.0” ocenia politykę antykryzysową rządu Mateusza Morawieckiego. Zwraca uwagę, że w kraju widoczne jest pewne ożywienie gospodarcze, i niedługo będzie można powrócić do normalnego funkcjonowania systemu.

Kolejnych programów pomocowych, stricte przekierowania środków na konta przedsiębiorców, już raczej nie będzie.

Redaktor naczelny portalu 300gospodarka przywołuje dane Polskiego Instytutu Ekonomicznego, z których wynika, że przedsiębiorstwa planują coraz mniej zwolnień, jednak 3/4 z nich przewiduje, że odbudowa ich potencjału zajmie więcej niż rok.

Gość Radia WNET mówi o pomocy władzy centralnej dla samorządów oraz wsparciu udzielonym przedsiębiorcom oraz wzmocnieniu ochrony polskich firm przed „wrogimi przejęciami”.  Tłumaczy, że Bank Gospodarstwa Krajowego udzieli wsparcia małym  i średnim przedsiębiorcom w spłacie kredytów, w wysokości 2% ich wartości, zaś dla większych – 1%.

Maksymalna pomoc w ramach tego instrumentu będzie mogła wynieść 800 tys. euro.

Zdaniem eksperta bardzo korzystne dla konsumentów jest obniżenie stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej. Ta obniżka wraz z podatkiem bankowym powoduje, że te instytucje w inny sposób będą musiały uzyskać dochód. MIchał Kamiński ocenia, że te obciążenia dla banków są wystarczające, a kolejne  nie mają sensu.

Nadzwyczajne czasy wymagają nadzwyczajnych rozwiązań. W tym trudnym czasie należy uelastycznić zarządzanie finansami firm.

Rozmówca Łukasza Jankowskiego apeluje o zwiększenie wsparcia dla osób, które w wyniku pandemicznej zapaści gospodarczej utraciły pracę lub warunki ich zatrudnienia uległy drastycznemu pogorszeniu.

Stwierdzenie, że tarcza 4.0 ułatwia zwalnianie pracowników, jest zbyt daleko idące.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.W.K.

Tarcza

Voigt: Przewlekłość pracy sądów zabija polską przedsiębiorczość i innowacyjność

– Ponad 3 lata czeka się w Polsce na prawomocne decyzje w zakresie obrotu gospodarczego. Taki system nie może dobrze działać – ocenia przedsiębiorca Andrzej Voigt.

 

 

Gdański działacz Niezależnego Zrzeszenia Studentów z okresu PRL Andrzej Voigt mówi o swoich doświadczeniach z polskim sądownictwem. Na własnym przekazie ocenia, że krajowy wymiar sprawiedliwości niszczy przedsiębiorczość.  Wskazuje, ze trudne sytuacje nie złamały jego charakteru:

Życie jest przygodą, i nie można traktować go w złych kategoriach. Powinniśmy każdego dnia cieszyć się, że żyjemy. Z takim podejściem dużo łatwiej wygrywać z tzw. systemem.

Gość „Poranka WNET’ mówi o konieczności doprowadzenia do sytuacji, w której wolność obrotu kapitałem w Polsce stanie się faktem, a nie sloganem:

Od wielu lat mamy problem ze sprawnym wymiarem sprawiedliwości, z szybkością orzekania. […] Ponad 3 lata czeka się na prawomocne decyzje  w zakresie obrotu gospodarczego. To zabija przedsiębiorczość i innowacyjność. Jakiekolwiek pieniądze byśmy włożyli w taki system – to nie zadziała. I nie zadziałało.

Jak przypomina rozmówca Krzysztofa Skowrońskiego, Polska jest jednym z pięciu krajów UE z najmniejszą liczbą zarejestrowanych patentów. Stwierdza, że wymiar sprawiedliwości stosował wobec niego metody „rodem z NKWD”. W jego prostej sprawie powołano aż 160 świadków. Jedną z instytucji zaangażowanych w nękanie naszego gościa była Prokuratura Okręgowa w Gdańsku pod kierownictwem późniejszego prokuratora krajowego i szefa MSWiA Janusza Kaczmarka:

Kaczmarek wchodził w łaski kolejnym władzom, a na koniec okazało się, kim faktycznie jest ten człowiek. […] Robił swoją karierę prokuratorską na krzywdzie ludzkiej. Czy w sprawach gospodarczych powinno się aresztować ludzi, zamykać na miesiące? Najpierw zamykać, a potem, po 2-3 latach sporządzać akty oskarżenia? Przecież to jest absurd. To nie ma nic wspólnego z gospodarką wolnorynkową w wymiarze starych krajów Unii Europejskiej? […] Takie sytuacje w Polsce nie mogą się zdarzać.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz

K.T. / A.W.K.

Pensję minimalną podnieść, koszt działalności obniżyć, biurokrację zlikwidować!/ Felieton sobotni Jana A. Kowalskiego

Musimy podnieść pensję netto, czyli to, co pracownik dostaje na rękę lub na konto. A nie to, co odbiera jemu i pracodawcy państwo. Kiedyś bolszewickie, a teraz jedynie opresyjne i biurokratyczne.

Wszyscy chcą gadać, niektórzy nawet pisać (najchętniej wulgaryzmy), a nikt nie chce liczyć. Bo to zajęcie niegodne ich wielkich umysłów, a w sam raz dla przyziemnych liczykrup. Ponieważ Pan Bóg nie obdarzył mnie umysłem wielkim, za to prawdziwą zawziętością w sprawdzaniu danych, policzę Wam to wszystko, co w tytule.

  1. Pensję minimalną należy podnieść. Oczywiście, że tak. Ale nie pensję minimalną brutto, co obiecuje nasz umiłowany przywódca, a za nim cała opozycja – totalna, lewicowa i obyczajowa. Musimy podnieść pensję netto, czyli to, co pracownik dostaje na rękę, do kieszeni lub na konto. A nie to, co odbiera jemu i pracodawcy państwo. Kiedyś bolszewickie, a teraz jedynie opresyjne i biurokratyczne.
  2. Och, ucieszyliby się prywatni przedsiębiorcy, gdyby ich pracownik mógł więcej zarabiać i nie marudzić, a oni sami mniej wydawać na zarobienie każdej złotówki. Netto, brutto, tara. Już w podstawówce się tego nauczyłem. Bo odnośnie do pracy gadamy ciągle o brutto, rzadziej o netto, a o tarze w ogóle. A to właśnie tara – opakowanie naszego biznesu – decyduje o naszej konkurencyjności w globalnym świecie. A zatem o wszystkim; o naszym miejscu na światowym rynku i o pomyślności finansowej nas wszystkich i państwa polskiego również.
  3. Okłamują nas nasi światli przywódcy od co najmniej 1972 roku w sprawie tary. Dopiero w 1972 roku, prawie 30 lat po zdobyciu władzy przez bolszewików, wzrosła z 15% (jak było za II RP) do 20% stawka ubezpieczenia społecznego pracownika. Narodziło się bolszewikom dzieci i trzeba było im jakieś godne ich pochodzeniu stanowiska pracy stworzyć. Bo praca fizyczna byłaby przecież ujmą dla ich rodziców i ich samych. W roku 1972, drugim roku Gierka, narodziła się w Polsce biurokracja. (Jeżeli ktoś uzna, że odrodziła się na wzór II RP, dla uniknięcia niepotrzebnych sporów jestem gotowy to uznać).

A teraz? Tara, czyli koszt naszej pracy, płacony łącznie przez pracownika i pracodawcę, wynosi prawie 60%. Na co składa się ZUS i podatek dochodowy. Bo chociaż za Gierka, a potem Jaruzelskiego, namnożyło się bolszewików, to władzę w państwie sprawowała jedna Partia. I gąb do wyżywienia z pracy nas wszystkich było mniej.

Po roku 1989, po włączeniu w struktury władzy dotychczasowej opozycji, partii jest cztery – Kazik Staszewski o tym śpiewał – musiała wzrosnąć i tara. Tara, koszt życia nas wszystkich. To, co eufemistycznie nazywamy państwem. I jeszcze każą nam być z niego dumnymi. Oni – biurokraci.

Przecież ktoś: ja, Ty, on (ci państwo – jak powtarzają za starą reklamą mniej lotne umysły) musimy na nich płacić. W roku 1980 było ich 140 000, w roku 1991 – 110 000. Obecnie jest ich 1 200 000 (słownie: jeden milion dwieście tysięcy). Dlatego chyba nikogo nie powinien dziwić wzrost tary z 15% do 60%. Przecież z czegoś ci ludzie muszą żyć. A ta ich potrzeba życia na nasz koszt przymusza nas wszystkich do ponoszenia dodatkowych kosztów biurokratycznych. Zagwarantowania im alibi ich istnienia i sensowności pracy. Spełniania wymogów urzędniczych w normalnym kraju (w Anglii na przykład) niespotykanych.

I moglibyśmy się tak bawić do końca świata, nawet do 70% i 2 milionów biurokratów, gdyby nie globalizacja. To globalizacja, fejsbukowy durniu! – że sparafrazuję klasyka – powoduje to, że taka zabawa jest niebezpieczna dla naszego narodu i dla naszej ojczyzny. Obniża drastycznie naszą konkurencyjność na światowym rynku pracy i w światowej gospodarce.

To dlatego moje pracownice wcale nie ucieszyły się z ostatnich zapowiedzi Jarosława Kaczyńskiego odnośnie do skokowego wzrostu płac. Bo przeżyły już okres braku zleceń produkcyjnych dla naszej firmy, bezpłatnych urlopów, przymusowych wyjazdów za chlebem. Było to w czasie skokowego wzrostu wartości złotówki do 1 USD = 2 zł. A wzrost ten nastąpił z wartości 1 dolar = 4,80 złotego. I prawie cała produkcja odpłynęła do Chin, a zwłaszcza zamówienia polskich firm. Bo bez najmniejszej naszej winy nasza produkcja na światowym rynku dwukrotnie zdrożała. Dlatego moje pracownice rozumieją, czym może zakończyć się podrożenie kosztów produkcji.

Przetrwaliśmy, ja i one, tylko kosztem ogromnych wyrzeczeń. Od tego czasu wiemy, że można zadekretować i wzrost płacy minimalnej netto, i nawet ogromny wzrost obciążenia tej płacy, czyli tary. Co w sumie daje płacę minimalną brutto. Jednego jednak nie da się zadekretować – przymusu dokonywania zakupów w polskich firmach produkcyjnych przez inne firmy polskie i światowe.

To dlatego – dawno już tego nie powtarzałem – musimy zlikwidować biurokrację! To ona, wzrastająca wraz z umacnianiem się patologicznego systemu władzy , skutecznie podnosi koszt naszego (prze)życia w każdym jego wymiarze, nie tylko gospodarczym. Bo nie jesteśmy żadną wyspą. Bo w globalnym świecie nie ma już wysp.

Jesteśmy tylko punktem w plątaninie globalnej sieci. I albo będziemy punktem atrakcyjnym do produkowania, inwestowania i życia, albo będziemy punktem martwym. Dla świata i dla nas samych.

Jan A. Kowalski

PS Jakiś czas temu zdiagnozowałem trafnie (proszę się nie sprzeczać 😊), że sercem polskiej biurokracji jest Sejm, w obecnym kształcie. Od tego czasu zrozumiałem, że jej wątrobą (?) jest ordynacja wyborcza i to nią zajmę się następnym razem.

Prezesa Kaczyńskiego obietnice przedwyborcze: konkretne i fantasmagorie / Felieton sobotni Jana A. Kowalskiego

W latach 2000–2019 koszt utrzymania pracownika wzrósł trzyipółkrotnie. Filozofia wyprzedzania zysków obciążeniami nie zachęci Polaków do powrotu z Anglii, ale wypchnie za granicę kolejne miliony.

Tyle się psów nawieszałem na naszej minister od małych i średnich przedsiębiorców Jadwidze Emilewicz, ubliżając jej od biurw nawet, że aż mi głupio teraz. Dlaczego? Bo miała odwagę przyznać, że trochę szalona zapowiedź Jarosława Kaczyńskiego (na konwencji w Lublinie) skokowego podnoszenia płacy minimalnej do 4000 zł brutto w roku 2024 właśnie taka jest. Co powiedziała? To, że propozycja Prezesa „to bardzo duży skok i bardzo trudna sytuacja przede wszystkim dla małych przedsiębiorców”.

Dzięki! Pani Minister, sam bym tego lepiej dyplomatycznie nie ujął. I dziękuję też za przypomnienie, że Polska nie jest jeszcze niczyją dyktaturą (nawet Jarosława Kaczyńskiego [!]) i takie zmiany muszą być  najpierw przedyskutowane w Radzie Dialogu Społecznego. Pani Jadwigo, przepraszam!

Teraz zajmijmy się na serio ostatnimi propozycjami prezesa. Oczywiście – jak każe filozofia – są trzy 🙂

1/ Jest rzeczą oczywistą, że wzrośnie minimalna pensja pracownicza.
2/ Jest rzeczą oczywistą, że wzrośnie tym samym haracz płacony przez przedsiębiorcę państwu od każdego zatrudnionego pracownika. Do budżetu i do ZUS.
3/ Jest rzeczą oczywistą, że zwiększając koszt prowadzenia biznesu dla małych, średnich i dużych przedsiębiorców polskich, Państwo Polskie (!) zmniejszy konkurencyjność wszystkich polskich firm w stosunku do firm zagranicznych.

Ponieważ punkty 1. i 2. są oczywiste i nie wymagają większego objaśniania, zajmijmy się punktem 3., najbardziej obecnie zakłamanym. Podaje się często, czasem w dobrej wierze, że koszty pracy w Polsce są nadal dużo niższe niż na Zachodzie. Zatem wyjaśnijmy to nieporozumienie. Oczywiście, koszty pracy w Polsce są dużo niższe niż na rozwiniętym gospodarczo Zachodzie – dla Zachodu. Dla wielkich zagranicznych korporacji. Czterokrotnie niższe od kosztów pracy w ich państwach. Ale dla polskich przedsiębiorców takie liczenie jest co najmniej nie na miejscu. Dlaczego? Bo gospodarka niemiecka jest ośmiokrotnie mocniejsza od polskiej? Tak odpowiedzielibyśmy pytaniem nastolatków i odpowiedzielibyśmy prawidłowo.

Porównywanie kosztów pracy kwotowo, w przeliczeniu polskich złotówek na euro, jest zatem absurdalne. I nabierze sensu w przypadku takiego nasycenia kapitałem metra kwadratowego naszego kraju, jaki jest na Zachodzie. Zanim taki stan osiągniemy, mam nadzieję przed upływem 50 lat, jedynym kryterium, jakie możemy stosować, jest kryterium procentowe.

Bo jak polscy pracownicy minimalni zarabiają czterokrotnie mniej od zachodnich, to polscy przedsiębiorcy również. Zatem kryterium procentowe stosunku kosztów pracy do samego wynagrodzenia pracownika (na rękę) jest jedynie miarodajne. Może być prorozwojowe = zaczynamy gonić Zachód lub antyrozwojowe = nasz dystans się zwiększa.

Już o tym pisałem w tekstach „Skoro tak pięknie Polska się rozwija, to dlaczego przedsiębiorcy płaczą”, zatem przypomnę. W ciągu 20 lat mojej działalności gospodarczej, od roku 2000 do 2019, koszt utrzymania pracownika wzrósł trzyipółkrotnie, licząc w dolarach amerykańskich – walucie rozliczeniowej całej globalnej gospodarki. Przy czym dodatkowy haracz płacony państwu od każdego zatrudnionego wyniósł prawie 60% wzrostu wynagrodzenia podstawowego. Stąd te entuzjastyczne podwyżki minimalnego wynagrodzenia, jakie serwuje nam rząd. Podawałem też, że stosując angielskie stawki, płaciłbym od każdego pracownika średnio 80 zł ubezpieczenia miesięcznie, a nie 950. A sam pracownik zyskałby 500 zł do pensji netto.

Jeżeli nie zmienimy filozofii wyprzedzania obciążeniami potencjalnych zysków, to nie tylko nie zachęcimy Polaków do powrotu z Anglii, ale wypchniemy za granicę kolejne miliony. Tak potencjalnych lub byłych pracowników, jak i potencjalnych lub upadłych przedsiębiorców. Próba takiej budowy zamożności i dobrobytu państwa jest próbą budowy naszego pięknego domu, od dachu zaczynając.

Na koniec fantasmagorie. Powołanie się prezesa Kaczyńskiego na autorytet prezesa NBP Adama Glapińskiego, któremu polski przedsiębiorca w latach 90. kojarzył się jedynie z czarnymi mokasynami i białymi skarpetkami frotté, jest co najmniej nierozważne.

Wyliczenie tego ostatniego, że przedsiębiorcy polscy w żaden sposób nie ucierpią na podniesieniu płacy minimalnej, może być swoistym pocałunkiem Almanzora. Czy Jarosław Kaczyński nie pamięta już, jak go publicznie zbeształ parę miesięcy temu? Tak tylko pytam.

Ale żeby tylko Adam Glapiński. Sam premier Morawiecki zapewnił, że odebranie polskim przedsiębiorcom kolejnych pieniędzy, zwiększenie kosztów ich funkcjonowania, zostanie zrekompensowane podniesieniem ryczałtu dla firm z obecnych 300 tysięcy euro obrotu rocznie do 1 miliona. Jak absurdalna jest to myśl, wyjaśnię na przykładzie małej firmy produkcyjnej osiągającej przychód roczny (= obrót) w wysokości 1 miliona złotych.

Niech zarabia rocznie 300 tysięcy złotych przed opodatkowaniem – w sam raz dla małej firmy. (Wybaczcie Bracia Przedsiębiorcy, tłumaczę innym.) Przy tak wysokiej zyskowności wybór formy opodatkowania jest neutralny. Bo 19% podatku liniowego wyniesie 57 000 zł, a 5,5% podatku ryczałtowego równa się 55 000 złotych. Gra niewarta świeczki. Pamiętając, że w przypadku ryczałtu nie odliczymy żadnej straty, jaka może nam się przytrafić w ciągu roku. Dlatego, według moich prywatnych wyliczeń, dopiero zyskowność w wysokości 40, a najlepiej 50%, uzasadnia wybór podatku ryczałtowego – pokażcie mi taki biznes, chętnie zainwestuję 🙂

Podsumujmy zatem. Poszerzamy możliwość rozliczania się podatkiem ryczałtowym, jednocześnie zwiększając o średnio 10% rocznie koszt (pensje + haracz dla SP i ZUS) uzyskania przychodu, czyli obniżając zyskowność potencjalnego ryczałtowca.

Kiedyś, w czasach wrogiej komuny, w naszej „małej” „Niepodległości” prowadziłem rubrykę: „W oparach absurdu”. Światłe przemyślenia Premiera miałyby tam swoje stałe miejsce.

Jan A. Kowalski

P.S. A Jarosławowi Kaczyńskiemu, naszemu umiłowanemu przywódcy, jakiś zaufany doradca niech wreszcie wytłumaczy, że nie ma czegoś takiego jak „na koniec roku 2019 lub 2023”, bo wszelkie zmiany stawek następują dopiero od stycznia roku następnego.

Skoro Polska tak pięknie się rozwija, to dlaczego przedsiębiorcy płaczą? (2) / Felieton sobotni Jana A. Kowalskiego

500-. Oddajcie nasze pieniądze! to piękny program dla prawicowej i patriotycznej opozycji w stosunku do Prawa i Sprawiedliwości, na które zagłosuję na jesieni, bo nie mam na razie alternatywy.

Poprzednim razem podałem trochę danych i obliczeń jednoznacznie dowodzących, że to polscy przedsiębiorcy utrzymują państwo polskie. I to właśnie oni ponoszą koszt ambitnych programów socjalnych obozu Dobrej Zmiany. Utrzymują w sposób bezpośredni i pośredni, poprzez swoich pracowników. Jednak ich punktu widzenia i interesów nie reprezentuje dziś nie tylko socjalistyczny obóz Dobrej Zmiany, ale też żaden z odłamów totalnej opozycji. Bo totalna opozycja chce tylko i wyłącznie odzyskać utracone żerowisko, nawet za cenę utraty państwa. I nie przedstawia żadnego sensownego programu, a tylko licytuje się z Prawem i Sprawiedliwością na jeszcze większe rozdawnictwo. Z kieszeni nieswoich, rzecz jasna.

Dlatego dziś, trochę zazdroszcząc Klaudii Jachirze, przedstawię swój program dla opozycji wobec obozu Dobrej Zmiany. Zgodnie z zapowiedzią z poprzedniego odcinka, nazwijmy go: 500-. Oddajcie nasze pieniądze!

Taki program jest bardzo potrzebny, bo jak prorokuję od co najmniej dwóch lat, w połowie przyszłej kadencji rządów Prawa i Sprawiedliwości zabraknie w kasie państwa pieniędzy. Zabraknie naprawdę i nie pomoże ich dodrukowywanie (za ostatni rok podaż pieniądza w Polsce wzrosła o 10%). Bo rozhuśta to tylko inflację lub padną prywatne firmy, a tym samym padnie najlepszy polski rząd po roku 1939, nie licząc tego na emigracji. Nie chcąc zatem powrotu totalnej opozycji i totalnej patologii zarazem, zawczasu musimy stworzyć odpowiedzialną opozycję. Odpowiedzialną i patriotyczną. Zatem, jako Wasz odpowiedzialny i patriotyczny główny ideolog, zamysł cały poniżej przedstawię.

500-. Oddajcie nasze pieniądze! to program dla wszystkich Polaków, którzy odrzucają 500+. Bo 500+ to bardzo kosztowna redystrybucja, powodująca jedynie rozrost biurokracji. I kosztująca każdego pracującego Polaka, przedsiębiorcę i pracownika co najmniej 1000 zł miesięcznie – na utrzymanie biurokratycznego półtoramilionowego molocha, który próbuje nam wmówić, że to on jest państwem. Państwem patriotycznym, sprawiedliwym i łaskawym, bo rozdaje lekką ręką.

Polityka jest głupia, nudna i wzbudza u większości normalnych ludzi jedynie obrzydzenie. I tylko z tego powodu politycy mogą nam wszystkim wmówić tak niesłychane dyrdymały, jak te o rozdawaniu przez nich pieniędzy. Gdy tymczasem są to nasze pieniądze, odebrane nam wcześniej i rzeczywiście później rozdawane, po potrąceniu pięćdziesięcioprocentowej prowizji dla zbierających.

Program 500-. Oddajcie nasze pieniądze!, przyniesie co najmniej kilka korzyści wprost. Wymieńmy je:

1.      15 milionów ludzi (= pracowników) w dniu wypłaty dostanie na rękę lub na konto dodatkowe 500 zł lub więcej.

2.      1,6 miliona przedsiębiorców zaoszczędzi na każdym zatrudnionym pracowniku co najmniej 500 złotych.

3.      1,5 miliona osób niepotrzebnie zasilających państwowego molocha biurokracji trafi na rynek pracy, tak spragniony pracownika, że aż wymuszający na władzach państwowych nielimitowany import pracowników z Azji. (Dostałem na mejla taki elaborat z BCC [Bussines Centre Club, czyli Klubu Czerwonych Biznesmenów, w tłumaczeniu na polski] i powiem tak: aż strach się bać).

Program 500-. Oddajcie nasze pieniądze!, przyniesie też kilka korzyści nie wprost:

1.      Wróci do Polski 2,5 miliony naszych rodaków, wypchniętych wcześniej przez nienasycony apetyt państwowego molocha.

2.      Wróci na rynek pracy 2 miliony ludzi szarej strefy, pracujących dorywczo w Polsce i za granicą.

3.      Rząd zajmie się rządzeniem, czyli sprawnym zarządzaniem państwem, a nie odbieraniem nam pieniędzy i fałszywą filantropią. Co za sztuka odebrać wszystkim po 1000 złotych, żeby potem rozdać nielicznym po 500?

4.      Odzyskamy konkurencyjność na globalnym rynku, obniżając drastycznie koszty pracy dla naszych firm.

5.      To w Polsce, dzięki naszej pracowitości i naszym polskim pieniądzom, będziemy wytwarzać narodowy dobrobyt, mając gdzieś unijne i każde inne zagraniczne fundusze, które nas uzależniają i demoralizują. Żeby w końcu doprowadzić nas do ruiny.

Prawda, że piękny program dla polskiej, prawicowej i patriotycznej opozycji w stosunku do Prawa i Sprawiedliwości, na które zagłosuję na jesieni, bo nie mam na razie alternatywy?

Aha, nie liczcie na mnie. Ideolog nie jest od tego, żeby poza światłą ideą cokolwiek tworzyć, wdrażać lub uczestniczyć 🙂

Jan A. Kowalski

Nie oglądajmy się na innych, sami zacznijmy działać tak, żeby Polska była jak najbardziej samowystarczalnym krajem

Ci, którzy pracują na swoim, to jest kapitał, który tak jak rodzinne gospodarstwa rolne, powinien podlegać nadzwyczajnej ochronie, bo jeśli popadnie w kłopoty, to w kłopoty popadnie cała dobra zmiana.

Krzysztof Skowroński

To, co się działo podczas wyborów władz Unii Europejskiej, było niesmaczne i irytujące. Próba uczynienia szefem Komisji Europejskiej Fransa Timmermansa, niepotrzebnie przedłużany i ciągnący się przez wiele dni szczyt europejski, postawa Donalda Tuska, który w widoczny sposób robił wszystko, żeby upokorzyć polski rząd, wreszcie wycięcie z funkcji wiceprzewodniczącego parlamentu europejskiego profesora Zdzisława Krasnodębskiego – wszystko to pokazało faktyczne oblicze zjednoczonej Europy. Nie tylko egoizm, nie tylko partykularne interesy, nie tylko dążenie do dominacji, ale też całkowity brak chęci prawdziwej debaty na temat rzeczywistych problemów wymagających decyzji. Żadnego pomysłu na konkretne działanie.

Początek lipca w Brukseli i Strasburgu pokazał, że zdanie wypowiedziane do uczniów przez libańskiego świętego Hardiniego: „Zanim zaczniesz zbawiać świat, zbaw najpierw samego siebie”, jest jak najbardziej prawdziwe i nie dotyczy tylko pojedynczych ludzi, każdego z nas, ale i całych zbiorowości.

Zbawmy siebie, czyli spróbujmy działać tak, żeby Polska była jak najbardziej samowystarczalnym i jak najlepiej urządzonym krajem. Nie oglądajmy się na innych. Nie szukajmy zagranicznej pomocy, tylko z troską i rozwagą sami pochylajmy się nad własnymi problemami dnia codziennego i próbujmy je rozwiązać.

W tym kontekście bardzo zaniepokoiła mnie rozmowa z dwoma przedsiębiorcami w Białej Podlaskiej. Powiedzieli tak: „Jest źle. A będzie jeszcze gorzej”. I na dowód tej tezy przytoczyli następujące fakty: rosną ceny energii dla przedsiębiorców (podwyżka o 150 zł za jeden megawat od początku 2020 roku); wzrastają ceny materiałów budowlanych, następuje wzrost kosztów zatrudnienia, pojawiają się zatory płatnicze.

Bielscy przedsiębiorcy przewidują, że w niedługim czasie dojdzie do wielu bankructw, bo małe firmy nie wytrzymają tych wszystkich trudności. Ich zdaniem państwo przerzuca zbyt wiele kosztów na barki przedsiębiorców.

W rozmowie powoływali się na świadectwa wielu biznesmenów, którzy popadają w kłopoty finansowe i mają podobne jak oni zdanie w sprawie sytuacji rodzimych przedsiębiorców. Na koniec rozmowy dowiedziałem się, że głosowali na Platformę Obywatelską. To nie zmienia faktu, że podobne słowa słyszeliśmy podczas letniej podroży Radia WNET kilka razy. Moim zdaniem warto się w takie opinie wsłuchiwać. Perspektywa makro, geopolityczne bezpieczeństwo, wielkie umowy energetyczne podpisywane przez Polskę mogą okazać się bez znaczenia wobec kłopotów dnia codziennego.

Premier Mateusz Morawiecki wielokrotnie powtarzał, jak ważny jest dla wzrostu gospodarczego Polski mały i średni biznes. Średnia klasa – to nie urzędnicy (jakich mamy nadmiar), to nie menedżerowie zatrudnieni w wielkich korporacjach, a ci, którzy pracują na swoim. To jest ten kapitał, który tak jak rodzinne gospodarstwa rolne, powinien podlegać nadzwyczajnej ochronie, bo jeśli popadnie w kłopoty, to wraz z nim w kłopoty popadnie cała dobra zmiana, a wraz z nią wielkie strategiczne projekty, takie jak budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego, przekop Mierzei Wiślanej, Via Carpatia, poprawa infrastruktury kolejowej, a wreszcie – faktyczne budowanie niezależności i podmiotowości Polski zostanie tylko kolejnym niezrealizowanym marzeniem.

Artykuł wstępny Krzysztofa Skowrońskiego, Redaktora Naczelnego „Kuriera WNET”, znajduje się na s. 1 lipcowego „Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł wstępny Krzysztofa Skowrońskiego, Redaktora Naczelnego „Kuriera WNET”, na s. 1 lipcowego „Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

10 mld do budżetu, uzbrojenie obywateli za darmo… i odczepcie się ode mnie / Felieton sobotni Jana A. Kowalskiego

Zacznijmy od końca. Właśnie się dowiedziałem, z ust rządowej biurwy wysokiego szczebla, Jadwigi Emilewicz, że będąc przedsiębiorcą, muszę zdać specjalny rządowy test na przedsiębiorcę.

Skończył się strajk nauczycieli i jak zwykle wszyscy wygrali, i nikt nie przegrał. Tymczasem trochę szkoda straconej okazji. A właściwie trzech okazji. Dwóch oczywistych i trzeciej trochę mniej; ale po kolei.

Pierwsza zmarnowana okazja to strukturalne pozostawienie ZNP w stanie nienaruszonym wraz ze sztandarową skamieliną w postaci Karty Nauczyciela. Obie te struktury organizacyjno-formalne będą najpoważniejszą przeszkodą do zreformowania polskiej oświaty.

Oświaty, która tkwi w degrengoladzie strukturalno-programowej. A teraz dostaje europejski wiatr w żagle i zaraz zacznie wypuszczać na wakacje roczniki ogłupione nieprzyswajalną wiedzą, a w zamian zdemoralizowane obyczajowo.

Druga zmarnowana okazja wynika po części z pierwszej. Bez rozbicia Związku nie ma sposobu na naprawę szkolnictwa. Naprawę polegającą na:

  1. zmniejszeniu liczby nauczycieli o 400 tysięcy osób, do poziomu z roku 1970/71,
  2. przy jednoczesnym podwojeniu zarobków pozostałym w zawodzie
  3. i drastycznym odchudzeniu programów nauczania.

Szkoda tych dwóch okazji, które w sytuacji innej niż kryzysowa nie będą miały szansy urzeczywistnienia. Można ten chwilowy rozejm (do września) wytłumaczyć dobrem naszych dzieci, ale zastanówmy się odrobinę. Większość z nas zdawała maturę. A wcześniej gnała przez podstawówkę, potem przez liceum, żeby przypadkiem nie zmarnować czasu. A jak pomyślimy trochę w wieku lat 55, to ile lat w swoim życiu zmarnowaliśmy?

Nie szkoda ci straconego roku? – zapytała mnie koleżanka na jesieni roku 1987. Na jesieni roku 1986 zostałem skreślony z listy studentów, o co nie miałem pretensji do władz mojej szacownej uczelni. Nie mogło być inaczej. Przez ten rok ukrywałem się przed SB/WSW, poszukiwany listem gończym. To był najbogatszy w wiedzę (w tamtym czasie) rok mojego życia.

Przejdę zatem do trzeciej okazji. Oto pojawiła się naturalna okazja „zmarnowania” jednego roku liceum, na dodatek przed maturą. Fantastyczna okazja, która może się szybko nie powtórzyć. Chyba, że ZNP spróbuje wzniecić zamieszanie we wrześniu, przed wyborami parlamentarnymi. Oczywiście w dzisiejszym czasie nie ma powodu, żeby cały rocznik (300 tys.) ukrywał się przed „pisowskimi siepaczami” 🙂 Mógłby jednak jako pierwszy przejść obowiązkowe przeszkolenie wojskowe. Mamy wojska obrony terytorialnej szkolone przez zawodowych żołnierzy. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby przy okazji reformy szkolnej zreformować polską doktrynę obronną.

Obowiązkowe, roczne przeszkolenie wojskowe dla przyszłych maturzystów wzmocniłoby w sposób znakomity nasz potencjał obronny. Moglibyśmy sprawdzonym wzorem Izraela i Szwajcarii uczynić pierwszy krok dla zapewnienia bezpieczeństwa naszej „wyspy wolności”.

I chociaż ten pierwszy rocznik nie byłby może idealnie przeszkolony, to już kolejne na pewno tak. Żadne akademie ku czci i śpiewy ku pamięci nie dadzą tego, co rzeczywista patriotyczna szkoła przeżycia. Szkoła przeżycia nie w ławce szkolnej, ale w błocie i kurzu, z karabinem lub bandażem (dziewczyny) w ręku.

Dopiero po przejściu egzaminu wojskowego, a później teoretycznego maturalnego, moglibyśmy powiedzieć o zdaniu przez młodego człowieka egzaminu dojrzałości. Oczywiście zakładam zwolnienie z obowiązku wojskowego świadków Jehowy i chorych na hemofilię. Jednak w naszym obywatelskim państwie, tworzonym i bronionym przez nas wszystkich, nie widzę możliwości ich obecności w strukturach państwa. I nie myślę tu tylko o posadach w Polskiej Grupie Zbrojeniowej, ale w całej szeroko pojętej administracji, państwowych firmach i bankach.

A teraz wyjaśnienie drastycznego tytułu. Zacznijmy od końca. Właśnie się dowiedziałem, z ust rządowej biurwy wysokiego szczebla, Jadwigi Emilewicz, że będąc przedsiębiorcą, muszę zdać specjalny rządowy test na przedsiębiorcę. Do tej pory wydawało mi się, że każdy z nas przechodzi weryfikację na przedsiębiorcę. Po pierwsze, weryfikuje nas rynek. Po drugie, przepisy prawa.

A ponieważ wiadomo, o co chodzi – o 1 mld złotych z hakiem – to na użytek nie tylko Jadwigi Emilewicz, ale nawet samego premiera wyliczę, skąd wziąć pieniądze. I nie jakiś marny 1 mld, ale co najmniej 10.

Po zmniejszeniu liczby nauczycieli z 600 do 200 tysięcy (i 50% podniesieniu pensji pozostałym w zawodzie), w budżecie państwa pojawi się oszczędność w wysokości 10 mld złotych. Na uzbrojenie 300 000 osób wydamy 3 miliardy złotych, licząc po 10 tys. na osobę. Ale 400 tys. byłych nauczycieli, którzy zasilą realną, dochodową gospodarkę, zamiast obciążenia budżetu przyniesie dochód. W wysokości co najmniej 4 mld złotych. A zatem to już nie 10, ale 11 mld na Polskę +. (Jako humanista nie mam tu zamiaru wyręczać rządowych księgowych.)

Zatem, powtórzę: Drodzy Ministrowie, odczepcie się ode mnie-przedsiębiorcy i poszukajcie pieniędzy tam, gdzie one rzeczywiście są. Z pożytkiem dla nauczycieli, ich rodziców, uczniów i bezpieczeństwa nas wszystkich.

Jan A. Kowalski