Droga do prawdy o zabójstwie ks. Jerzego Popiełuszki / Prokurator Andrzej Witkowski, „Kurier WNET” 43/2017

Ostatecznie przyjęta, narzucona i wyreżyserowana przez sztab Kiszczaka nieprawdziwa wersja uprowadzenia i zabójstwa księdza jest powtarzana do dzisiaj. Głosi się ją jako prawdę tak zwaną naukową.

Droga do prawdy o zabójstwie ks. Jerzego Popiełuszki

Andrzej Witkowski

W latach 1983–1984 wzrastała społeczno-polityczna rola szeregu osób, które gromadził wokół siebie w swej działalności duszpasterskiej ksiądz Jerzy Popiełuszko. Byli to reprezentanci środowisk robotniczych, opozycjoniści, działacze związkowi. Ludzie nauki, sztuki, kultury, tak wierzący, jak i niewierzący. W ocenie władz komunistycznych powstał tzw. ośrodek żoliborski, którego animatorem i duchowym przywódcą był ksiądz Jerzy.

W celu ukrócenia działalności tego ośrodka Departament IV MSW z jednej strony prowadził działania represyjne wobec księdza Popiełuszki, dopuszczając się względem niego szeregu prowokacji, z drugiej strony zaś Urząd do spraw Wyznań prowadził tak jak ja to oceniam, „dyplomację pingpongową” z Sekretariatem Episkopatu Polski, kierując doń tzw. pro memoria, w których wskazywano na szkodliwą dla władz tzw. pozareligijną działalność księdza i żądając jej ukrócenia.

Te wszystkie działania – łącznie ze znaną pewnie wszystkim tzw. prowokacją na Chłodnej, kiedy to podrzucono księdzu w jego prywatnym mieszkaniu materiały wybuchowe – skończyły się całkowitym fiaskiem. Nastąpił, można powiedzieć, efekt przeciwny od zamierzonego przez komunistów, czyli ugruntowanie pozycji księdza Jerzego, jednoczącego i łączącego ludzi różnych środowisk, zawodów i światopoglądów w jedną wspólnotę, zorientowaną na odzyskanie przez Polskę niepodległości.

Efektem działalności duszpasterskiej księdza było też wzmocnienie pozycji hierarchii kościelnej w konfrontacji z władzami komunistycznymi, które nie znalazły sposobu i metod rozwiązania nabrzmiałego, jak to wówczas określali komuniści, problemu Popiełuszki. W tych okolicznościach doszło do tupnięcia butem przez zniecierpliwioną rozwojem sytuacji Moskwę, zatroskaną o własne imperialne interesy nie tylko w Polsce, ale i w pozostałych krajach katolickich.

Oto 12 IX 1984 roku w moskiewskich opiniotwórczych gazetach pojawił się artykuł warszawskiego korespondenta Toporkowa, który ganił ekipę Jaruzelskiego za to, że pod jej okiem nabożeństwa w kościele na Żoliborzu zamieniły się w polityczne mityngi, które są prowokacją wobec ZSRR i mają na celu zburzenie przyjaźni na linii PRL – ZSRR. To oczywiście cytaty z Toporkowa.

Reakcja władz PRL nastąpiła natychmiast. Przygotowano pierwszą siłową strategię rozwiązania tak zwanego problemu Popiełuszki, za który miało zapłacić również społeczeństwo. Rolę pierwszoplanową w tych działaniach Kiszczak tym razem powierzył wojskowej służbie wewnętrznej, która już od piętnastego września osiemdziesiątego czwartego roku prowadziła działania obserwacyjne wobec późniejszych czterech skazanych w procesie toruńskim.

W dniu 17 IX 1984 roku skierowano do episkopatu ostatnie już pro memoria dotyczące księdza Jerzego, w bardzo złowrogim i odbiegającym od dotychczasowego tonie. Urząd do spraw Wyznań grzmiał, że w ośrodku żoliborskim powstała kontrrewolucyjna organizacja duchownych i świeckich o ogólnokrajowym zasięgu, której główną ostoją jest ksiądz Jerzy. Oskarżono hierarchię kościelną o tolerowanie i osłanianie działalności kontrrewolucyjnej pod przywództwem księdza Jerzego, co, jak zaznaczono, zmusi władze do podjęcia stosownych działań.

Od początku października ‘84 roku szły pełną parą przygotowania do kombinacji operacyjnej PRL-owskich służb specjalnych, mającej doprowadzić do rozwiązania tzw. problemu Popiełuszki. Kapitan Grzegorz Piotrowski oraz jego podwładni, Leszek Pękala i Waldemar Chmielewski, poszukiwali miejsca, w którym po uprowadzeniu księdza mieli go umieścić po to – jak w swoich wyjaśnieniach stwierdzali w trakcie śledztwa – aby go zastraszyć i aby ze strachu zaczął mówić im wszystko, co wie na temat struktur podziemia niepodległościowego. Miejsce takie znaleźli w jednym z bunkrów w miejscowości Kazuń Polski. Jak wyjaśniał w śledztwie 9 XI 1984 roku Piotrowski: „Bunkry znajdowały się jakby w wale ziemnym, składały się z trzech odrębnych pomieszczeń, połączone były małym okienkiem, za którym biegł korytarz. Uznałem, iż wspomniany korytarz nadaje się jako miejsce do przechowania księdza Popiełuszki po jego porwaniu. Wówczas też przy bunkrach zostało zebrane kilka kamieni, które miały maskować okienko od bunkra”.

Pamiętamy to sformułowanie: „kamulki do nóg”, którego używano w procesie toruńskim. Tu można powiedzieć „kamulki do okna”. Bardzo intensywne prace nad przygotowaniem miejsca do ukrycia księdza po uprowadzeniu prowadzili Pękala i Chmielewski w dniu 10 X 1984 roku, bez mała dwanaście godzin.

I teraz pozostała kwestia daty uprowadzenia. Były wcześniejsze propozycje, ale ostatecznie zdecydowano się na 19 X 1984 roku. Charakterystyczne, iż był to akurat dzień, w którym Czesław Kiszczak obchodził pięćdziesiąte dziewiąte urodziny. Tego roku obchodził urodziny po raz pierwszy bardzo wystawnie, wręcz hucznie.

Wersja przebiegu uprowadzenia i zabójstwa księdza przyjęta przez sztab Kiszczaka jest powtarzana przez niektóre kręgi historyków do dzisiaj. Jej prawdziwość została zakwestionowana podczas śledztwa, które prowadziłem w ‘91 roku. Już wówczas pewne fakty przestały się zgadzać z ustaleniami. A już wykluczono ją całkowicie, jako niemającą żadnego związku z rzeczywistością, podczas drugiego śledztwa, powierzonego mi w IPN, prowadzonego w latach 2002–październik 2004. W aktach z lat 1984–85 znajdują się poszlaki wskazujące na to, że ksiądz Jerzy mógł jeszcze żyć do godzin wieczornych 24 X 1984 roku.

Przywołam te fragmenty, które czerpię z akt sprawy toruńskiej, z procesu z lat 1984–85. Mianowicie w dniu 22 X 1984 roku do pani doktor Barbary Jarmużyńskiej-Janiszewskiej – rodzinnej lekarki księdza Jerzego – przyszli funkcjonariusze MO, a przynajmniej ubrani w mundury funkcjonariuszy MO, i wypytywali o leki podawane księdzu. Pani doktor powiedziała, że chętnie poda księdzu te leki, żeby zawieźli ją do niego. Oni oczywiście odmówili i wezwali ją na przesłuchanie następnego dnia, 23 października. Była wtedy bardzo szczegółowo przesłuchiwana, na jakie schorzenia cierpi ksiądz Jerzy. Zeznała, że ksiądz cierpi na chorobę o nazwie Addisona-Biermera. To schorzenie było spowodowane brakiem czynnika wytwarzanego przez organizm. Czynnik ten musi być dostarczany z zewnątrz w postaci leku. Oprócz tego ksiądz musiał przyjmować inne witaminy, szczególnie z grupy B, zachowywać dietę wysokobiałkową, wątrobową. Przyjmował też leki z grupy kardiologicznych i uspokajających. Ponadto musiał mieć zawsze przy sobie lek osłaniający wątrobę oraz leki enzymowo-trzustkowe. Nosił przy sobie dawkę tych leków, jednak nigdy nie więcej niż porcja na jeden dzień. Świadek była dokładnie wypytywana o to, gdzie jest przechowywana dokumentacja lecznicza księdza i historia choroby.

Panowie nie ograniczyli się do przesłuchania pani doktor Jarmużyńskiej-Janiszewskiej, ale zwrócili się również do lekarki, która prowadziła bezpośrednio księdza Jerzego, do doktor Krystyny Pobieżyńskiej. Potwierdziła ona zeznania pierwszej z pań, a jednocześnie dodała, że nieprzyjmowanie regularne leków i odżywianie złymi posiłkami może doprowadzić do krwawienia z przewodu pokarmowego, niedokrwistości, niewydolności wątroby, a nawet śmierci.

W związku z tym należy zapytać: W jakim celu w tych dniach przesłuchiwano bardzo szczegółowo na te wszystkie okoliczności lekarki prowadzące księdza Jerzego? Komu i do czego miały być potrzebne tego typu informacje o nieboszczyku, którego, zwłaszcza w tym czasie, jeszcze nie było? Jedynym racjonalnym powodem zbierania takich informacji jest to, że ksiądz wciąż pozostawał przy życiu. A pani doktor Krystyna Pobieżyńska była przesłuchiwana 24 X od godziny czternastej trzydzieści. Tak więc nie możemy wykluczyć, że w tym czasie ksiądz Jerzy jeszcze żył.

Chciałbym też przywołać zeznania proboszcza z parafii na Wyżynach w Bydgoszczy, skąd ksiądz Jerzy wyruszył w swoją ostatnią podróż dziewiętnastego października. Zeznał on mianowicie, że w dniu tym, przed samym wyjazdem, księdzu Jerzemu zmierzono temperaturę, ponieważ wyglądał na chorego. Miał 38,4°C. Proboszcz widział też, że przed samym odjazdem ksiądz przyjął kolorową tabletkę, jak to określił. Nie dał się namówić na pozostanie w parafii, powiedział, że jest wcześnie następnego dnia umówiony na wizytę lekarską w Warszawie.

25 X 1984 roku ksiądz Jerzy został wrzucony do Wisły z tamy we Włocławku. Po raz pierwszy wydobyto go dzień później, dwudziestego szóstego października. Mógłbym przytoczyć wiele dowodów na to, jakie fakty, jakie okoliczności uzasadniają takie ustalenia, co do których ja dzisiaj nie mam żadnych wątpliwości, że tak właśnie było. O tym, co działo się między 26 a 30 X 1984 roku, ze względu na to, że wciąż jest prowadzone śledztwo, nie mogę mówić. Mogę powiedzieć, że działo się bardzo dużo. Ostatecznie oficjalnie wydobyto go trzydziestego października.

Chcę w każdym razie podkreślić, że 26 X 1984 następuje kumulacja wydarzeń wskazujących na to, że działania sztabu Kiszczaka motywowane są faktem śmierci księdza. Rozpoczyna się akcja płetwonurków na tamie. Kiszczak wydaje decyzję numer 032 w związku z sytuacją w kraju powstałą po uprowadzeniu księdza Popiełuszki, w celu, cytuję: „Zabezpieczenia ładu i porządku publicznego w kraju oraz zapewnienia właściwej koordynacji. Wypracowania i realizacji prawidłowych kierunków działania służb resortu Spraw Wewnętrznych w sytuacji społeczno-politycznej, to jest działań po uprowadzeniu księdza Popiełuszki”.

Powołano na mocy tej decyzji sztab pod kierownictwem szefa służb bezpieczeństwa Władysława Ciastonia. Charakterystyczne są zadania, jakie postawiono przed tym sztabem. Mianowicie „wypracowanie kierunków działań resortu spraw wewnętrznych, w tym ocen stanu zagrożenia ładu i porządku publicznego oraz bezpieczeństwa państwa, opracowanie koncepcji i zasad przeciwdziałania zagrożeniom wynikającym z zaistniałej sytuacji, określenie kierunków działań operacyjnych i – uwaga – podejmowanie dotyczących działań profilaktycznych i represyjnych, koordynacja działań jednostek resortu spraw wewnętrznych i organizacja współdziałania z Ministerstwem Obrony Narodowej i jego jednostkami organizacyjnymi”.

A więc, można powiedzieć, przygotowywano nam coś w rodzaju stanu wojennego bis w związku z tą sytuacją, oczywiście w ramach tej rozgrywanej kombinacji operacyjnej. Należy podkreślić, że śledztwo od dnia uprowadzenia księdza było prowadzone według planu zakładającego, że uprowadzenie jest polityczną prowokacją ekstremy Solidarności i osób powiązanych z duchownymi katolickimi, którzy byli niezadowoleni ze stabilizacji życia w kraju.

Czynności procesowe w tym kierunku prowadzili oficerowie biura śledczego MSW pułkownik Stanisław Trafalski i major Wiesław Piątek. Tworzyli oni fałszywe dowody, mające wykazać, jakoby księdza Popiełuszkę uprowadzili członkowie kontrrewolucyjnej organizacji duchownych i świeckich, przy współudziale grupy kapitana Piotrowskiego. Tej samej organizacji kontrrewolucyjnej, o której pisał Urząd do Spraw Wyznań do episkopatu w pro memoria z 17 IX 1984 roku.

W dniu 27 X Kiszczak publicznie stwierdził: „Jak wynika z dotychczasowego przebiegu śledztwa, rozmyślne działania sprawców obliczone są na to, aby możliwie szybko naprowadzić śledztwo na przypuszczenie, że sprawcami porwania byli funkcjonariusze resortu Spraw Wewnętrznych. Sprawcy na przykład pozostawili na miejscu porwania milicyjnego orzełka, posługiwali się nielegalnie użytym sprzętem służbowym MO. Każe się to dopatrywać w ich działaniu świadomej i dobrze przygotowanej prowokacji. Jej organizator zeznał, że planował ją już od dłuższego czasu”. I tu jest nawiązanie do tego, co mieli ustalać wspomniani Trafalski i Piątek.

Tymczasem sytuacja przedłużającej się absencji księdza nie spowodowała gwałtownych reakcji społecznych, jakie były zakładane przez władze, jakie oni sobie „wymarzyli”. Dominowały smutek i rozpacz, modlitewna zaduma z błagalnymi intencjami o uwolnienie księdza. Kiedy oficjalnie ogłoszono w dniu trzydziestym października, że ksiądz nie żyje, sytuacja ta w nastrojach społecznych niczego nie zmieniła, a można powiedzieć, że pogłębiła i smutek nad tym, co się stało.

I w tych okolicznościach, zapewne jeszcze z innych powodów, których do końca nie znamy, sztab Kiszczaka, najwyższe władze partyjne i państwowe podejmują decyzję o zmianie o sto osiemdziesiąt stopni całej tej strategii wcześniej przyjętej, zarówno w tej sprawie, jak i wobec całego społeczeństwa. To jakby się ze sobą łączyło.

Ostatecznie przyjęta, narzucona i szczegółowo wyreżyserowana przez sztab Kiszczaka nieprawdziwa wersja uprowadzenia i zabójstwa księdza jest powtarzana do dzisiaj. Głosi się ją jako prawdę tak zwaną naukową, innym razem historyczną.

Mówi się, że są pewne wątpliwości, ale póki co, orzeczenia Sądu Wojewódzkiego w Toruniu nikt nigdy nie uchylił, nie unieważnił. Przerabialiśmy w tym kraju już kiedyś światopogląd naukowy, a tu ta prawda, tak zwana prawda historyczna czy prawda naukowa, oznacza nic innego, jak tylko nurt kiszczakowski marksizmu-leninizmu, tak sobie to pozwolę nazwać, który ma się do prawdy tak jak wartość głównego organu prasowego KC ZSRR o tej samej nazwie.

I ta oficjalnie powtarzana dotąd wersja, po tej gruntownej zmianie strategii, brzmi tak oto, że to nie księża prowokatorzy organizacji kontrrewolucyjnej duchownych i świeckich, lecz służbowy przełożony kapitana Piotrowskiego, pułkownik Adam Pietruszka okazał się jedynym podżegaczem do zbrodni na księdzu, inspiratorem tej zbrodni, który nie potrafił zapanować nad podległymi sobie trzema frustratami, ci bowiem, będąc bezsilni wobec tzw. pozareligijnej działalności księdza, postanowili wreszcie zadziałać, z przyczyn ideowych, w sposób absolutnie radykalny, co skończyło się pozbawieniem życia kapłana Solidarności.

W dniu 2 XI 1984 roku Pietruszka usłyszał z ust Kiszczaka, cytuję: „Generale Pietruszka, trzeba dać się zamknąć”, co oznaczało w zasadzie już wydany na niego wyrok. W ten oto sposób Kiszczak upiekł również własną pieczeń, bo do opinii publicznej poszedł przekaz mający uwiarygodnić Kiszczaka i Jaruzelskiego jako tych, którzy nie bacząc na konotacje sprawców, rozprawili się z zabójcami księdza.

W trakcie obrad Biura Politycznego KC PZPR w 27 XI 1984 roku padła zapowiedź Mieczysława Rakowskiego, tego samego, który potem wyprowadził sztandar PZPR, o konieczności tego, aby – i tu uwaga: „zasiąść do stołu z działaczami opozycji politycznej”, co zapowiadało zmianę globalnej strategii w konfrontacji władz komunistycznych ze społeczeństwem.

Uwaga też teraz: trzy dni później, 30 XI ’84 roku, w zderzeniu służbowego samochodu MSW z samochodem ciężarowym giną dwaj funkcjonariusze biura śledczego MSW, wspomniani Trafalski i Piątek, którzy w śledztwie wykonywali czynności dotyczące tej pierwszej, nieprzyjętej, odrzuconej wersji konfrontacji ze społeczeństwem, w związku z funkcjonowaniem organizacji kontrrewolucyjnej duchownych i świeckich. Przypomnę, że ta koncepcja głosiła, że członkowie tej organizacji mieli wspólnie z Piotrowskim dokonać uprowadzenia i zabójstwa księdza. Ta wersja została radykalnie odrzucona, a ci panowie już nigdy nam niczego nie będą mogli, z oczywistych przyczyn, opowiedzieć.

W następnej kolejności należało spreparować odpowiednio akt oskarżenia, proces sądowy. To już poszło gładko, jako że panowie mieli doświadczenie ze sprawy pobicia ze skutkiem śmiertelnym Grzegorza Przemyka, kiedy to wsadzono niewinnych ludzi do więzienia, tworząc pokazowe czynności procesowe w tej sprawie, takie jak aresztowanie mecenasa Bednarkiewicza.

Chodziło o to, żeby wytworzyć taką wersję zabójstwa księdza Popiełuszki, aby koncepcja zamordowania księdza 19 X 1984 roku przez doprowadzonych przezeń do kresu wytrzymałości ideowych frustratów została potwierdzona wyrokiem skazującym i dana wszem i wobec do bezkrytycznego przyjęcia i akceptacji.

Pominąłem wiele istotnych szczegółów, ale w bardzo wielkim skrócie tak się sprawa przedstawia.

Andrzej Witkowski, prokurator Prokuratury Apelacyjnej w Lublinie, od 2015 roku pozostaje w stanie spoczynku. Dwukrotnie – w 1991 roku, potem, na zlecenie IPN, w latach 2000-2004 – prowadził śledztwo w sprawie zabójstwa bł. ks. Jerzego Popiełuszki, i dwukrotnie został od niego odsunięty.

Artykuł Andrzeja Witkowskiego pt. „Droga do prawdy o zabójstwie ks. Jerzego Popiełuszki” znajduje się na s. 8 styczniowego „Kuriera WNET” nr 43/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Andrzeja Witkowskiego pt. „Droga do prawdy o zabójstwie ks. Jerzego Popiełuszki” na s.8 styczniowego „Kuriera WNET” nr 43/2018, wnet.webbook.pl

Okiem sceptyka. Kto (nie) dokonał zbrodni na księdzu Popiełuszce? Kontrowersje ws. zbrodni założycielskiej Trzeciej RP

Dlaczego Kiszczak nie kazał zamordować w więzieniu członków gangu Piotrowskiego? Wiemy, że wypadki takie chodzą w Polsce po ludziach nawet współcześnie, o czym świadczy los morderców Olewnika.

W swej książce „Teresa, Trawa, Robot” (Fronda 2009) Wojciech Sumliński opisuje prowadzoną na rozkaz Kiszczaka akcję inwigilacji esbeków skazanych w procesie toruńskim i następnie uwięzionych, oraz ich rodzin czy kręgów towarzyskich. SB zakładała podsłuchy, dokonywała tajnych rewizji i prowadziła obserwacje. Zdaniem autora, ta szeroko zakrojona akcja zmierzała do ukrycia sprawstwa i dowodów – prawdy w sprawie mordu dokonanego na bł. księdzu Jerzym Popiełuszce.

Czy naprawdę taki właśnie był cel tej akcji?

Nie sądzę, by dla oberubeka, jakim był Kiszczak, zlecenie podwładnym zamordowania kogokolwiek w PRL było tak łatwe, jak się to zwykle opisuje. Wymagałoby to struktury w jakiś sposób wyodrębnionej nawet z szeregów zbrodniczego z definicji MSW, uproszczonego systemu podległości i raportowania – swoistej „konspiracji w konspiracji”. Z drugiej strony wiemy, że komuniści takie właśnie struktury tworzyli. Mogli nadto sięgnąć po „bratnią pomoc”.

Rozkaz zamordowania kogokolwiek w Polsce, choć nieprosty, to jednak przypuszczalnie nie stanowił dla Kiszczaka nadmiernego wyzwania. O ile pamiętam, Wojciech Sumliński sądzi dość podobnie – w każdym razie w bodaj każdej swej książce opisuje Kiszczaka jako główną lub jedną z głównych postaci komunistycznego systemu zbrodni – kogoś, kto nie cofał się przed niczym.

Ale skoro tak, to dlaczego Kiszczak nie kazał zamordować zamkniętych w więzieniu członków gangu Piotrowskiego?

Wiemy, że wypadki takie chodzą w Polsce po ludziach nawet współcześnie, o czym świadczy los morderców Olewnika. Ludzie ci rozstali się z życiem, by tak rzec, hurtowo i w czasie zbliżonym, tedy urzędowe wyjaśnienia ich śmierci brzmią mało wiarygodnie. Skoro można dzisiaj zorganizować komuś samobójstwo w monitorowanej celi w Polsce, to bodaj można było i za PRL-u, zwłaszcza dla kogoś takiego, jak szef MSW. Dygresja: rozumowanie powyższe opiera się na prawdopodobieństwach i przypuszczeniach; być może śmierć morderców Olewnika naprawdę nastąpiła z przyczyn naturalnych – a jeśli nawet nie, to może ten, kto postanowił ich śmierć zaaranżować, miał potrzeby operacyjne i środki działania większe nawet od tych, którymi w PRL dysponował Kiszczak. Życie nie musi być logiczne ani tym bardziej odpowiadać naszym o nim wyobrażeniom. Koniec dygresji.

Przyjmujemy więc, że szef MSW Kiszczak mógł kazać zgładzić w więzieniu albo całą ekipę Piotrowskiego – co naturalnie wzbudziłoby podejrzenia – albo przynajmniej samego Piotrowskiego lub Pietruszkę; co właściwie przeszłoby bez echa. Ba! Ze swego punktu widzenia i w swym własnym zbrodniczym interesie – nawet powinien ich kazać zgładzić.

Skazani mordercy księdza, gdyby rzeczywiście wiedzieli poważnie więcej o sprawie mordu, a zwłaszcza gdyby mieli dowody współudziału kolejnych zbrodniarzy z MSW, w tym być może nawet i samego Kiszczaka – byliby przecież czymś w rodzaju bomby z opóźnionym zapłonem, blotkami do wykorzystania w każdej wyobrażalnej grze politycznej wymierzonej w ekipę Jaruzelskiego, potencjalnie jej gwoździem do trumny.

Co więcej, zbrodniarze Piotrowskiego własną śmierć zdawali się kilka razy wręcz prowokować, dając do zrozumienia, że owe dodatkowe informacje w rzeczy samej posiadają, że za czas jakiś (po odbyciu wyroku? W razie nieobniżenia wyroku?) „oni im (swemu naczalstwu?) dopiero pokażą” itp. Takie sugestie i takie gesty niezmiernie podnieciły Sumlińskiego, każąc mu wierzyć, że w rzeczy samej coś było na rzeczy, że skazani to li tylko najniższy krąg sprawców tej zbrodni.

Jednak niżej podpisany sam był w komunistycznym więzieniu i z doświadczenia wie, że bodaj nie ma więźnia, co nie odgraża się ludziom, których uważa za sprawców swej niedoli.

A może Kiszczak kazał inwigilować sprawców w ramach czegoś w rodzaju wewnątrzresortowej rutyny, ot – bo inwigiluje się zawsze i wszystkich skazanych. Tego nie wiem i sądzę, że taka hipoteza wymagałaby rozległej wiedzy na temat niejawnych operacji SB, by określić, czy inwigilacja szajki Piotrowskiego była rutynowa, czy też była operacją szczególną, specjalną. Dość, że za specjalną uważa ją Wojciech Sumliński; podtytuł jego książki brzmi: „Największa operacja komunistycznych służb specjalnych” i nawet, jeśli jest to gruba przesada, to jednak możemy przyjąć, że inwigilacja sprawców banalna nie była.

A może Kiszczak kazał inwigilować sprawców w ramach akcji dezinformacyjnej, swoiście „wielopiętrowej”? Kiszczak mógł wszak np. osobiście odpowiadać za mord na księdzu Popiełuszce, a gdy upewnił się, że nie wiedzą tego/nie mają dowodów ubecy skazani w procesie toruńskim (w przeciwnym razie nakazałby ich zgładzić) – poprzestał na samej tylko inwigilacji sprawców, chcąc w ten sposób zademonstrować swą i Jaruzelskiego rzekomą niewiedzę, tym samym budując sobie i Jaruzelskiemu, nawet tylko wewnątrz resortu i partii, swego rodzaju alibi. Ale teorię wielopiętrowej dezinformacji mam za zbyt wydumaną, skomplikowaną; a ubecy skomplikowani nie byli.

Cóż więc sądzić o inwigilacji w więzieniu sprawców mordu na błogosławionym księdzu Popiełuszce? Oto – najprawdopodobniej nie mają oni informacji poważnie wpływających na nasz stan wiedzy o tej zbrodni. W przeciwnym razie byliby nie inwigilowani, a zgładzeni.

Żyją do dziś. Więc nic nie wiedzą.

Po drugie, zbrodnia na błogosławionym Kościoła najprawdopodobniej, przynajmniej w zasadniczym zarysie, została dokonana w sposób przedstawiony w skandalicznym skądinąd procesie toruńskim sprawców. Gdyby na przykład to nie członkowie szajki Piotrowskiego jej dokonali, a kto inny – to patrz wyżej: byłoby to informacją poważnie wpływającą na nasz stan wiedzy o tej zbrodni, a Piotrowski i spółka dziś by już nie żyli.

Po trzecie: informacji poważnie wpływających na nasz stan wiedzy o zbrodni na księdzu najprawdopodobniej nie mieli też Kiszczak ani Jaruzelski. Oczywiście dużo lepiej od Piotrowskiego czy Pękali znali oni realia polityczne i personalne PRL-u i całego bloku sowieckiego, również w kontekście dokonanej zbrodni i jej konsekwencji, ale i bez związku bezpośredniego z samą zbrodnią.

Choć zarządzona przez Kiszczaka inwigilacja sprawców mogła być banalna i rutynowa (czemu Sumliński przeczy) albo miała rzekomą niewiedzę Kiszczaka i Jaruzelskiego tylko pozorować (którego to alibi Kiszczak i Jaruzelski nie potrzebowali albo byli na nie zbyt prymitywni), jednak logicznie i najprościej: szuka informacji tylko ten, kto jej nie posiada.

Mariusz Cysewski