Chiny: Sąd przyznaje prawa autorskie sztucznej inteligencji

Shanghai Yingxun Technology Company musi zapłacić 1500 juanów za naruszenie praw autorskich algorytmu Dreamwriter.

Sąd w Shenzen ( Chiny) uznał, że robot o nazwie Tencent Robot Dreamwriter może być posiadaczem praw autorskich do materiału powstałego przy jego użyciu. Sprawa miała swój początek w sytuacji, kiedy administratorzy Shanghai Yingxun Technology Company postanowili umieścić na internetowej stronie firmowej jeden z tekstów napisany przez tę sztuczną inteligencję, który podpisano jako „materiał stworzony przez Tencent Robot Dreamwriter”.  Tencent oskarżył dostawcę usług internetowych z Szanghaju o nielegalne wykorzystanie materiału na swojej stronie.

Sąd w Shenzhen przyznał, że administratorzy Shanghai Yingxun Technology Company bezprawnie wykorzystali materiał od Dreamwriter. Orzekł również, że tekst ze względu na sposób artykulacji oraz ekspresję ma znamiona oryginalności, a co za tym idzie – należy uznać go za dzieło objęte prawem autorskim.

Shanghai Yingxun Technology Company zobligowane zostało do zapłacenia 1500 juanów (ok. 830 zł) na rzecz Tencent za naruszenie praw autorskich algorytmu Dreamwriter.

Jest to bezprecedensowy wyrok, który może po raz kolejny rozniecić spór wokół granic prawa autorskiego.

A.W.K.

TSUE: odsprzedawanie e-booków wymaga zgody wydawcy

Wyrok Trybunału ma związek z działalnością klubu czytelniczego w Hadze, zakwestionowaną przez stowarzyszenia niderlandzkich wydawców.

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał wyrok, zgodnie z którym handel wtórny  cyfrowymi wersjami książek wymaga uzyskania zgody.  Decyzję Trybunału wyjaśnia radca prawny dr Zbigniew Okoń:

Wyczerpanie prawa odgrywa istotną rolę w obrocie fizycznymi nośnikami (drukowanymi książkami, muzyką zapisaną na płytach CD, filmami na DVD itp.), pozwalając na swobodny obrót nośnikami, które zostały sprzedane przez uprawnionego lub za jego zezwoleniem. Dlatego odsprzedaż drukowanej książki w serwisie aukcyjnym nie wymaga niczyjego zezwolenia. W tej sprawie TSUE uznał, że prawo dystrybucji utworów, które ulega wyczerpaniu w wyniku pierwszej sprzedaży, dotyczy utworów zapisanych na fizycznym (materialnym) nośniku. Do wyczerpania nie dochodzi zaś w przypadku usług, w szczególności świadczonych przez internet. Po drugie, jeżeli udostępnienie plików do pobrania w internecie nie stanowi ich dystrybucji, musi być kwalifikowane jako ich publiczne udostępnianie, co wyraźnie wyklucza wyczerpanie prawa.

Wyrok dotyczy niderlandzkiej spółki Tom Kabinet, która za pośrednictwem swej strony internetowej zorganizowała klub czytelniczy, umożliwiający odsprzedaż i kupno przeczytanych już e-booków.  Działalność tę zakwestionowały dwa stowarzyszenia działające na rzecz interesów niderlandzkich wydawców: Nederlands Uitgeversverbond i Groep Algemene Uitgevers. Zwróciły się one do sądu w Hadze o zakazanie funkcjonowania klubu czytelniczego, uznając, że wielokrotna odsprzedaż książek jest  piractwem. Sąd, nie bedąc pewnym, jak rozstrzygnąć sprawę, zwrócił się do TSUE.  Uznał on, że sprzedaż książki elektronicznej nie oznacza jej publicznego rozpowszechniania, lecz publiczne jej udostępnianie. W świetle unijnej dyrektywy w sprawie harmonizacji niektórych aspektów praw autorskich i pokrewnych w społeczeństwie informacyjnym jest to zasadnicza różnica.  Sprawę skomentował Olgierd Rudak, redaktor naczelny czasopisma „Lege Artis”:

Dyrektywa jaka jest, każdy widzi i nie znajduję raczej podstaw do polemiki z poglądami TSUE. Prawo rzeczywiście rozróżnia uprawnienia klienta, który kupił książkę wydrukowaną na papierze od tego, który zapłacił za plik zawierający tę samą treść . Nie zgadzam się, że skoro egzemplarze ulegają zużyciu, to interes wydawcy polega na tym, by ograniczyć możliwość dalszej odsprzedaży plików. Może i jest to prawdą, ale wzmianki o takiej podstawie zróżnicowania w dyrektywie nie znalazłem. Skoro zaś mówimy o racjonalnej działalności biznesowej, kwestię „niezniszczalności” e-utworów każdy wydawca powinien brać pod uwagę w momencie podejmowania decyzji o wejściu na rynek. Prawo powinno nadążać za zmieniającym się światem. Trudno zrozumieć, dlaczego kupując egzemplarz w księgarni, staję się jego właścicielem, ale kupując egzemplarz cyfrowy, jestem tylko licencjobiorcą, zaś zakres moich uprawnień reguluje umowa zawarta z wydawcą, której zwykle zresztą na oczy nie widzę.

Dr Zbigniew Okoń zwraca uwagę, że wyrok TSUE nie rozwiązuje wszystkich zawiłości omawianego zagadnienia:

Kwestią nierozstrzygniętą pozostaje natomiast problem odsprzedaży urządzeń, np. czytnika książek albo smartfona z zapisanymi na nim e-bookami. Mimo wyroku TSUE w sprawie Tom Kabinet, nadal istnieją argumenty pozwalające uznać taką odsprzedaż za dopuszczalną.

A.W.K.

 

Kolejne pomniki bohaterów narodowych są dziś często stawiane w wyniku kradzieży pomysłu usankcjonowanej prawem naukowym

Proces odtwarzania historii został zastrzeżony dla wąskiej grupy. Co więcej, bardzo często grupa ta korzysta z pomysłów i pracy pozostałych, zyskując dzięki temu zaszczyty, stopnie naukowe, pieniądze.

Marcin Niewalda

Polityka historyczna i kulturowa państwa to coś, co na szczęście uległo ogromnej zmianie w ostatnich dwóch latach. Pomniki bohaterów narodowych stawiane są na każdym kroku. IPN dokonuje odtwarzania historii. Do łask wróciły święta narodowe, flagi, prezydent przyznaje medale zasłużonym, a pomijanym wcześniej osobom. Jest pięknie!

A jednak medal ma dwie strony i w tym przypadku druga nie jest wcale ze złota. Coraz więcej osób zyskuje bowiem przekonanie, że proces odtwarzania historii został zastrzeżony dla wąskiej grupy. Co więcej, bardzo często grupa ta korzysta z pomysłów i pracy pozostałych, uzyskując dzięki temu poklask, docenienie, zaszczyty, nagrody, stopnie naukowe, pieniądze. Czasem nawet wielkie pieniądze. To nic innego jak kradzież, i to usankcjonowania prawem naukowym. (…)

Społecznicy od czasów swojej młodości mozolnie, amatorsko i bez środków próbowali zainteresować innych tematami żołnierzy niezłomnych, powstań, śladów Rzeczypospolitej, husarii, łagrów, polskiego wywiadu, tożsamości chrześcijańskiej itp. itd. Naukowcy zaś dbali o karierę, punkty naukowe, lawirowali wśród wpływów, rozwijali się. Społecznicy niechętni temu systemowi woleli „robić swoje”, mając nadzieję, że kiedyś Polska doceni ich trud.

Teraz, w okresie boomu patriotycznego, tematy owych społeczników podejmują naukowcy oraz spryciarze. Otrzymując państwowe granty, mają wielkie możliwości nie tylko krzewienia owych tematów, ale też organizowania sympozjów, wystaw, wydawania pozycji naukowych. Wszystko poparte tzw. aparatem naukowym, wszystko solidnie opatrzone źródłami innych profesorów. Rzetelność, profesjonalizm, podziw. Idą za tym szybko nagrody, ordery, uznania, uściski rąk, wywiady w mediach.

Z jednej strony to pięknie, że tematyka ta, tak potrzebna, wreszcie jest podnoszona. Ale czy powinna być ona usankcjonowanym prawnie złodziejstwem? Jak inaczej określić czerpanie pomysłów i uzyskiwanie na nie wielkich pieniędzy? Jak nazwać robienie z siebie ekspertów w tematach, które podejmowane były przez innych? A wszystko to w świetle naukowego zwyczaju, w którym docenia się solidne przygotowanie i nie dopuszcza do pracy z „amatorami” i „dyletantami”.

Prawdziwi społecznicy rzadko kiedy mają łatwość w operowaniu przepisami, formularzami, wnioskami grantowymi. Często opuścili nawet proces kształcenia wyższego. Nie idzie im dobrze brylowanie na akademiach czy robienie dobrego wrażenia podczas debat. Ich miejsca zajmują więc naukowcy oraz spryciarze i wykorzystują „temat”, pomijając całkowicie tych, którzy owym tematem zajmowali się przez lata. Niewolnik zrobił swoje, niewolnik może odejść – bo jest amatorem. (…)

Zdajmy sobie sprawę, że wiele tematów jest obecnych w społeczeństwie głównie dlatego, że jakiś społecznik działał przez lata z ogromnym poświęceniem. Dzisiaj społecznik ten może najwyżej przyjść, oczywiście bez zaproszenia, na benefis profesora, który otrzymuje medal za „wspaniałą publikację” na ten temat, i oglądać, jak minister odsłania pomnik. Pomnik, o którym społecznik zawsze marzył. Pomnik opisany w mediach jako powstały z „inicjatywy profesora”. (…)

Za wielkie pieniądze powstają koszmarki takie, jak „Statystyka ludności Orzęskowa” (miejsc. fikcyjna). Z publikacji, z której ponad połowa stanowi „aparat naukowy”, a końcowa ćwierć jest aneksem, indeksem i streszczeniem po rosyjsku i francusku, dowiadujemy się, że mężczyzn o imieniu Maciej było w miejscowości 15%, a rozkład ilościowy gospodarstw na wykresie przedstawia się tak a tak. Publikacja budzi podziw objętością. Zalega na półce pomimo ceny równej 2 zł, ale autor otrzymał punkty naukowe, zorganizował premierę książki i wręczył dyrektorom kilku instytutów po butelce dobrego koniaku. Wiedział dobrze, że niedługo otrzyma podobną butelkę od kolegi dyrektora na premierze publikacji tamtego. Społecznik, który od lat badał historię Orzęskowa, wydał owe 2 złote, a za 8 kupił wino, popija je w samotności w półmroku ekranu, na którym widać jego całkowicie pominięty w publikacji portal „Orzeskow.pl”.

Kolejny negatywny skutek to brak efektywności. Konsekwencją stosowania wymogów naukowych jest zużywanie ogromnych pieniędzy, aby robić coś, co amator, niemający celu kariery naukowej, zrobiłby często lepiej za 1/100 tej kwoty. I nie jest to przesada. Takich projektów, które za wielkie pieniądze powieliły wykonane prawie za darmo prace amatorów, można wymienić wiele. Jakież ogromne możliwości miałby ów społecznik, gdyby otrzymał tylko 10% grantu!

Cały artykuł Marcina Niewaldy pt. „Kradzież pomysłów w świetle prawa” znajduje się na s. 4 i 5 styczniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 43/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Marcina Niewaldy pt. „Kradzież pomysłów w świetle prawa” na s. 4 i 5 styczniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 43/2018, wnet.webbook.pl