Strzelisty rock’and’roll z mocnymi riffowymi przyległościami – znakomity długogrający debiut Skytruck na scenie rockowej

I to nie tylko polskiej cenie, dodam. Mogę napisać wiele i pięknie o tej płycie „Lot na Marsa”, tym bardziej że już całe mnóstwo dobrego o tym longplayu powiedziałem w polskich i irlandzkich eterach.

Longplay „Lot na Marsa” stworzony a akcie twórczym przez pięciu muzyków złączonych nazwą Skytruck to dzieło epokowe.

Jestem przekonany, że dołączy do tych zasłużonych polskich albumów z dumną etykietą „rock”, które uczyniły renesans gatunku faktem a ponadto stały się longplayami pokolenia.

Tomasz Wybranowski

 

Tak było przecież z Armią i jej „Legendą”. Podobnie rzecz miała się z Houk i „Transmission Into Your Heart”. I to właśnie do tej płyty przyrównuję dzieło Skytruck a propos zadziorności, gejzera młodzieńczej energii, twórczego, bo budującego nową jakość łamania szkół, modeli i schematów, wreszcie mądrości obserwacji świata i kondycji człowieka skażonego cyber – medialnością i uwięzieniem w kodach algorytmów i łańcuchów DNA html do entej potęgi.

Wskażę na dwa nadzwyczajne songi: „Roboty” z riffem, który zostaje już w nas po kres naszych dni i wojenny, złowieszczy „Letni Poranek” z przejmującym dwuwierszem:

Nikt już nie przerwie ich narkotycznych snów

Nie można zwrócić ciał do już odciętych głów. (…).”

Ten album przynosi nie tylko refleksję, ale i osąd nas samych. To ważne, albowiem w XXI wieku jesteśmy bezkrytyczni wobec siebie, niemal równi Bogu, ale czy na pewno?

-Technologia zmienia nasz sposób zachowania, chcemy tego czy nie. W dzisiejszych czasach można zapytać, czy tworząc sztuczną inteligencję i upodabniając maszyny do ludzi sami nie staliśmy się podobni do maszyn – myśląc w zerojedynkowych kategoriach i wyraźnie oddzielając to co „dobre” od tego co „złe”? – mówi Jakub Szulc, głos i współautor tekstów.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z muzykami grupy Skytruck:

 

Wsłuchując się w ich debiutancki średniograj, jak mawiam o EPkach, „Środek ciężkości” widać wyraźną i naturalną ewolucję grupy. Czasami jako zarzut słyszę na swój temat, że w moja hierarchia muzyczna jest „zdecydowanie i ściśle sensu stricte rockistowska”, bo traktująca nieco po macoszemu polski rozrywkowy mainstream, wtórny pop i R&B – podobne produkcje pań i dziewcząt, które chcą śpiewać jak panie B. i R.  Tak i nie – drodzy krytycy.

Ale w sytuacji, kiedy macie okazję przesłuchać taki krążek jak „Lot na Marsa” Skytruck, nic innego na szczycie tej hierarchii nie może królować.

 

„Zły krok” to nie tylko najwspanialsza piosenka z tej płyty, która przywodzi na myśl najlepsze dokonania Republiki, ale także w mojej opinii absolutne opus magnum w dorobku Skytruck.

Mroczne, chmurno – poranne gitary, które rozwijają się złowrogo, aby uszy uderzyć pięknym czystym riffem z futerale dudniącego basu z cieniem uderzeń perkusji.

Prawdziwe mistrzostwo kolorytu brzmieniowego pojawia się z nadejściem przeuroczych, rozmawiających ze sobą gitar w impresjonistycznej solówce i skrzypce Michała Jelonka, które zabrzmiały jak na pewnej „radiowo – koncertowej” płycie Ankh.

Linia melodyczna jest rockowa, ale i balladowo zadumana, nostalgiczna i rozmarzona smutkiem tego, co przyszło nam przeżywać jeszcze kilka miesięcy temu.

/…/ Oddam jej najdłuższy dzień
Liczony w tysiącach kroków
Z łańcuchem na szyi
Ściąganym po zmroku
Kaganiec na twarz
Posłuszny mej Pani
W przytulnej piwnicy
Może dziś mnie nie zrani /…/

To piosenka o pandemicznej zarazie i strachu podkręcanym przez media. Ale „Zły krok” to także song o współczesnym Matrixie, którym stał się stary poczciwy glob, z jego poprawnością i zabijaniem wszelkiej formy niezależnego i krytycznego myślenia.  Niesamowite emocje i skojarzenia wzbudzają wplecione odgłosy uderzeń w ścianę. Nie wiemy, czy to pukanie przez ścianę, czy … uderzenia głową o nią podmiotu lirycznego.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z muzykami Skytruck po inauguracyjnym koncercie:

 

I tak mógłbym nagranie po nagraniu opisać cały ten album młodych gigantów spod flagi Skytruck. Od otwierającego tytułowego „Lotu na Marsa”, który od pierwszego taktu falą endorfin porywa nas w sam środek rzeczy nowej fali rocka XXI wieku, po wieńczący, skryty pod znacznikiem „10” porankowy, przeganiający dystopijny klimat i dający nadzieję, trochę Norwidowski „Koniec milczenia”, którego sam Tool i mistrz Maynard może pozazdrościć.

Mógłbym, ale radio to muzyka warta słuchania, a nie świat i platforma do opowiadania o niej – muzyce. Słuchaczki i słuchacze, do dzieła! „Lot na Marsa” czeka na wasze emocjonalne kolorowanki i marzenia, które – jestem pewien – obudzą się!

/…/ wszystko się zmienia

Znalazłem siebie

Jestem gotów /…/

Pięciu kompozytorów i instrumentalistów z pojazdu Skytruck emanuje nieudawaną szczerością w penetrowaniu i przysposabianiu najróżniejszych stylów muzycznych, że o wielkiej klasyce nie wspomnę (poetycki, monumentalny, choć nie przytłaczający „Letni Poranek”), które potrafią zestroić z maestrią rocka, którego stają się prawdziwymi restauratorami. I za to im chwała.

A imiona ich Tomasz Boruch, Jakub Szulc, Mateusz Śliwa, Konrad Kubalski i Przemysław Pajdak.

Radzę te nazwiska zapamiętać, bowiem tworzą świeży i nietuzinkowy band. W rozmowach przed wydaniem „Lotu na Marsa” mówili jeden przez drugiego, że

chcą by na nowo kwitnął stary poczciwy ROCK w polskiej przestrzeni muzycznej.

Panowie! To już udało wam się wykonać. Czekam na kolejną dużą płytę i już nie mogę się doczekać.

Tomasz Wybranowski

 

Najlepsze „33” polskie albumy 2021 roku. „3” Tomasz LIPA Lipnicki “Dźwięki słowa” . Subiektywny wybór Radia Wnet

Tomasz Lipa Lipnicki dzieli się słowem w sposób przemyślany i godny. I nie traktuje tego, jako formy oczyszczenia czy terapii. Chodzi po prostu o poznanie przez prawdę dźwięków i szczerości słów.

W świecie pełnym ułudy, poprawności i bojaźni, przede wszystkim przed tym, co indywidualne a nie tym masowe i akceptowane bez poczucia odpowiedzialności (nieważne w którą stronę zwrócony jest wektor polityczności), Tomasz LIPA Lipnicki odważnie pragnie, aby słuchacze i czytelnicy lepiej jego poznali.

                                                      Tomasz Wybranowski

 

Tutaj do wysłuchania program z prezentacją platynowej „10” najważniejszych albumów roku 2021 sieci Radia Wnet:

 

Tomasz LIPA Lipnicki chłopak z gitarą z gdańskiego Nowego Portu na albumie „Dźwięki słowa” pokazał swoją poetycką twarz. Ktoś może się wzdrygnąć, ktoś popukać w czoło i zadać pytanie: po co? Odpowiedź zdaje się być jedna i ja ją tak przynajmniej odbieram:

Czas przywrócić słowu i ideom szacunek, moc i odpowiedzialność.

W dzisiejszych czasach słowo jak i honor wiele nie znaczą. Praktycznie nic. Podobnie niczego nie konotuje na publicznych forach zapewnienie i dawanie przez polityków, artystów i tak zwanych celebrytów „słowa honoru”.

Albumem „Dźwięki słowa” Tomasz LIPA Lipnicki to ceremonii zmienił. Choć woła na puszczy, to bardzo donośny i ważny głos. – Tomasz Wybranowski.

Tomasz LIPA Lipnicki odszedł od stylistyki Illusion i Lipali, aby z sieci interpretacji i nawiązań, mnogości impulsów i bodźców przetworzyć a potem przedstawić swoje widzenie „nowego wspaniałego świata”. Ale ów wspaniały świat tworzymy my – ludzie, o czym często zapominamy.

 

Tomasz Lipa Lipnicki

„Dźwięki słowa” to delikatna, aby nie powiedzieć czuła i tkliwa wyprawa do krainy muzyki, gdzie nie ma jakichkolwiek barier czy granic, które strzegą stylów w ich encyklopedycznych ramach.

Ale to przede wszystkim wędrówka na terytorium świadomego i oszczędnego słowa. Tomasz Lipnicki uniknął banałów i konwenansów. Przez ostatnie lata cyzelował słowa, które z myślą o tym albumie powstały najpierw.

To bardziej muzyczny wieczór autorski poety – Lipnickiego niż rockowa płyta. Na jedenaście utworów, dziesięć jest autorstwa Lipy a jedno Trenta Reznora, lidera Nine Inch Nails („Hurt” znany też z repertuaru Johnny’ego Casha), właściwie tylko trzy możemy uznać za klasyczne piosenki.

Rutaj do wysłuchania rozmowa z Tomaszem LIPĄ Lipnickiem:

 

W tym gronie prawdziwy majstersztyk – „Ballada na umieranie”. Niewiele na tym albumie jest piosenkowości. Znacznie więcej teatru rapsodycznego i deklamacji. Ale to nie jest zarzut. Lipa może zawstydzić niejednego dyplomowanego aktora.

Album zaczyna się delikatnie, bardziej niż nastrojowo, baśniowo wręcz. Oto letnia burza, gdzieś nad pięknym rozlewiskiem. Z mgły dobiegają dźwięki. Łagodne pociągnięcia strun gitary koją.

Jutro coś się musi wydarzyć, widzę to z tego w jaki sposób stoją auta w korku. Czytam z ruchu warg przechodniów… – opowiada Tomasz Lipa Lipnicki.

A potem wsiadamy na rydwan basu i gitary i odpływamy ku marzeniom wraz z wznoszącym się lotem porannym ptakiem. Z tego tekstu zapamiętam do końca życia cytat:

Przychodzi czas i wskakujemy do rzek nienawiści zachłystujemy się i toniemy…

Potem wysłuchamy „Pieśni na wyjście” Edwarda „Steda” Stachury, która rozbrzmiewa trochę jak bluegrassowa ballada, a trochę jak szlagier z pogranicza country i amerykańskiego rocka.

Gitarowo, energetycznie i bardzo melodyjnie dzieje się w nagraniu „Kondycja narodu”.

Kompozycja nie jest śmiałą oceną chorej rzeczywistości poety – Lipy, a jedynie szczerym opisem stanów wahań, snów o potędze i grzechów pogubionych ludzi XXI wieku i to nie tylko w czasie około kowidowych dat.

Historia uczy tylko jednego, że nie nauczyła nigdy niczego.

Te same błędy popełniamy wciąż a stare jeszcze pamiętane są.

Ten rockowy pulsar zmienia się w drugiej części w pastelowy krajobraz. Muzyczny kontrast dwóch części jeszcze bardziej uwypukla przesłanie tekstu.

Prawie w finale mój kawałek muzycznego raju, czyli „Ballada na umieranie”. To istny muzyczny majstersztyk.

Tomasz LIPA Lipnicki opowiada o strachu i nadziejach, także tych płonnych, bo ledwie zarysowanych w ciemności i nieprzystających do ducha współczesności.

A ta goni za błyskotkami, szelestem spadających na konta papierków i ma twarz nierządnicy – znieczulicy.

Tomasz Lipa Lipnicki (z prawej) z Litzą na planie teledysku do piosenki „Śladem krwi” (2018).

Piosenkowa balladowość i tkliwość brzmią klimatem francuskich klasyków. W finale spotykamy nadzieję, bo Lipa śpiewa o potrzebie ciepła i zwykłego przytulenia. Dotyk okazuje się niezbędnym jest by przeżyć, by przetrwać… I jeszcze głos czarodziejki Anny Leśniewskiej.

Walczymy o siebie do utraty siebie

Nagranie „Kto na tak” przypomina mi w warstwie lirycznej „Synonimy” Grzegorza Ciechowskiego z czasów albumu „Republika marzeń” Republiki.

Zakłamanie, ufajdanie, przetrącanie kręgosłupów, zakazanie wad.

Wyliczanie, rozkradanie, obiecanie, rozpasanie i chowanie strat.

A kto jest na nie? A kto jest na tak? Kto?

Płyta jest to znakomita i wbrew temu, co niektórzy napisali już i orzekli autorytarnie, nie jest to album w najmniejszym choćby stopniu politycznie zaangażowany. To bardziej opowieść artysty – obywatela, który metaforami i aluzyjnością z odcieniem ironii opisuje współczesnych mu ludzi i otaczający świat. I politykę i jej niewolników.

Dziwny to świat, który od czasów Czesława Niemena zmienił się bardzo technologicznie, ale w usposobieniu ludzi uczynił regres cechujący się kunktatorstwem i „zeligowatością”. – Tomasz Wybranowski.

 

 

Muzyczna Polska Tygodniówka – Mikołaj Konopacki i Tomasz Domoradzki. Zaprasza Tomasz Wybranowski

Mikołaj Konopacki mówi o nowopowstałym studiu nagraniowym Silent Scream Studio: „Tu chcemy dać przede wszystkim możliwość zaistnienie młodym kapelom z Polski, które szukają swojego miejsca”.

W sobotniej audycji Tomasza Wybranowskiego Mikołaj Konopacki wraz z Tomaszem Domoradzkim opowiadają o studiu nagraniowym „Silent Sceram Studio”, który jest fundamentem i załążkiem nowej wytwórni muzycznej. Niedługo wkroczy ona na polski rynek i wszyscy o niej usłyszą.

Mikołaj Konopacki, szef Pragalerii wraz z Tomaszem Domoradzkim mówią o emocjach, które towarzyszą im tuż przed rozpoczęciem nowego projektu:

Obawy są zawsze, ale robimy cos z pasji i z miłości. (…) Ja bardziej zajmuję się sztuką jako taką, sztukami plastycznymi, ale muzyka to przecież też sztuka i jej promocja i pokazywanie jej i pomoc tym ludziom jest największym i najlepszym wyzwaniem – stwierdza Mikołaj Konopacki.

Rozmówca Tomasza Wybranowskiego zdradza na jakim etapie pracy znajduje się nowa praska wytwórnia. Jak podkreśla Mikołaj Konopacki już niebawem otworzy się działające przy wytwórni studio muzyczne:

Doprowadzamy już ostatnie szlify, ostatnie remonty. Studio muzyczne Silent Sceam przy warsztacie muzycznym Silent Scream rusza już niebawem – komentuje Mikołaj Konopacki.

Mikołaj Konopacki / Fot. Łukasz Stępień

 

Szef Pragalerii opowiada także o motywacjach i celach, które przyświecały jemu oraz jego współpracownikowi, realizatorowi Tomaszowi Domoradzkiemu, przy zakładaniu wytwórni.

Według Mikołaja Konopackiego, Silent Scream Studio ma być otwarta przestrzenią wspierającą młodych artystów z całej Polski, którzy nie wiedzą jak zacząć swoją muzyczną karierę.

Gość „Muzycznej Polskiej Tygodniówki” skazuje także na fakt, że na polskim rynku muzycznym jest nisza. Poza szlachetnymi wyjątkami czy to radiowymi, czy też wytwórni muzycznych, młode i początkujące zespoły często zderzają się ścianą. I to nie zawsze natury finansowej.

 

Tu chcemy dać przede wszystkim możliwość zaistnienie młodym kapelom z Polski, które może szukają swojego miejsca, może mają problemy, nie wiedzą jak ugryźć całą sprawę – mówi Mikołaj Konopacki.

Tomasz Domoradzki pochyla się nad problemami artystów w czasie pandemii, zaznaczając, że nowa wytwórnia chce wychodzić na przeciw ich potrzebom. Realizator i specjalista zaprasza wszystkich zainteresowanych młodych twórców do współpracy:

Wiadomo jakie są teraz czasy. Była pandemia, sytuacja muzyków jest jaka jest, więc staramy się. Zapraszamy wszystkich muzyków do naszej praskiej siedziby – zaznacza Tomasz Domoradzki.

Ponadto, jak stwierdza Tomasz Domoradzki część najbliższych terminów w Silent Scream Studio zostało już zarezerwowanych. Co więcej, studio już rozpoczęło działania w dziedzinie wspierania młodych bandów, gdy mowa o muzycznym miksie i masteringu:

Cieszę się, że rzeczywiście parę miejsc jest już zarezerwowanych. Działamy. Jeżeli ktoś chce miksu lub masteringu to rzeczywiście można się do nas odezwać – zaprasza Tomasz Domoradzki.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Mikołajem Konopackim i Tomaszem Domoradzkim:

N.N.

Poezja wydana na żer szmacianych memów. Recenzja Tomasza Wybranowskiego albumu „Dźwięki słowa” Tomasza Lipy Lipnickiego.

Tomasz Lipa Lipnicki dzieli się słowem w sposób przemyślany i godny. I nie traktuje tego, jako formy oczyszczenia czy terapii. Chodzi po prostu o poznanie przez prawdę dźwięków i szczerości słów.

W świecie pełnym ułudy, poprawności i bojaźni przede wszystkim co indywidualne a nie masowo i często akceptowalne (nieważne w którą stronę zwrócony jest wektor polityczności), Tomasz Lipa Lipnicki odważnie pragnie, aby słuchacze i czytelnicy lepiej go poznali.

Nie jest tajemnicą, jakie przekonania polityczne i poglądy na świat na Lipa. I bardzo dobrze. Obawiam się tych, którzy mawiają: „nie mam żadnych przekonań i w nic nie wierzę”.

Tomasz Wybranowski 

 

Tomasz Lipa Lipnicki chłopak z gitarą z gdańskiego Nowego Portu pokazał swoją poetycką twarz. Ktoś może się wzdrygnąć, ktoś popukać w czoło i zadać pytanie: po co? Odpowiedź zdaje się być jedna i ja ją tak przynajmniej odbieram:

Czas przywrócić słowu i ideom szacunek, moc i odpowiedzialność.

Tomasz Lipa Lipnicki

W dzisiejszych czasach słowo jak i honor wiele nie znaczą. Praktycznie nic. Podobnie niczego nie konotuje na publicznych forach zapewnienie i dawanie przez polityków, artystów i tak zwanych celebrytów „słowa honoru”. Albumem „Dźwięki słowa” Tomasz Lipa Lipnicki to po prostu zmienił. Choć woła na puszczy, to bardzo donoścny i ważny głos.

Tomasz Lipa Lipnicki dzieli się słowem w sposób przemyślany i godny. I nie traktuje tego, jako formy oczyszczenia czy terapii. Chodzi po prostu o drogę do poznania przez prawdziwe dźwięki, szczere słowa i akt twórczy.

W rozmowie ze mną na antenie Radia WNET Tomasz powiedział mi, że „napędza go szeroko rozumiane człowieczeństwo i jego podmiot – człowiek”. Album „Dźwięki słowa” jest tego realizacją.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Tomaszem Lipą Lipnickim:

 

Tomasz Lipa Lipnicki odszedł od stylistyki Illusion i Lipali, aby z sieci interpretacji i nawiązań, mnogości impulsów i bodźców przetworzyć a potem przedstawić swoje widzenie „nowego wspaniałego świata”. Ale ów wspaniały świat tworzymy my – ludzie, o czym często zapominamy.

„Dźwięki słowa” to delikatna, aby nie powiedzieć czuła i tkliwa wyprawa do krainy muzyki, gdzie nie ma jakichkolwiek barier czy granic, które strzegą stylów w ich encyklopedycznych ramach.

Ale to przede wszystkim wędrówka na terytorium świadomego i oszczędnego słowa. Tomasz Lipnicki uniknął banałów i konwenansów. Przez ostatnie lata cyzelował słowa, które z myślą o tym albumie powstały najpierw.

W rozmowie z artystą powiedziałem, że oto wydał dziesięć swoich wierszy, które doprawił i opatrzył dźwiękami. Jest jego gitara, jest bas Bartka Wojciechowskiego i perkusja Łukasza Jeleniewskiego. W akompaniamencie pojawiają się także dźwięki skrzypiec Filipa Siejki i wokalizy Anny Leśniewskiej.

Ale muzyce towarzyszą i dźwięki ze świata, o którym Lipa opowiada. Znajdziemy odgłosy ze spaceru zimową zadumą śniegu, jest zawodzący psychodelicznie i złowróżbnie wiatr i szczekający pies. Jest też dźwiękowy zapis budzącej się mgły w rytm skrzypiącej łódki i wioseł bijących w wodę (a może ster, który nas otacza?).

To bardziej muzyczny wieczór autorski poety – Lipnickiego niż rockowa płyta. Na jedenaście utworów, z których dziesięć jest autorstwa Lipy a jedno Trenta Reznora z Nine Inch Nails (wieńczący „Hurt” znany też z wykonania Johnny’ego Casha) właściwie tylko trzy możemy uznać za piosenki. W tym gronie prawdziwy majstersztyk – „Ballada na umieranie”.

Piosenką, która brzmi jak wezwanie do opamiętania w dzisiejszych czasach, jest także „Pieśń na wyjście” z metaforami Edwarda Stachury.

Niewiele na tym albumie jest piosenkowości. Znacznie więcej teatru rapsodycznego i deklamacji. Powiem szczerze, Lipa może zawstydzić niejednego dyplomowanego aktora.

 

DŹWIĘKI SŁOWA

Album zaczyna się delikatnie, bardziej niż nastrojowo, baśniowo wręcz. Oto letnia burza, gdzieś nad pięknym rozlewiskiem. Z mgły dobiegają dźwięki. Łagodne pociągnięcia strun gitary koją.

Jutro coś się musi wydarzyć, widzę to z tego w jaki sposób stoją auta w korku. Czytam z ruchu warg przechodniów… – opowiada Tomasz Lipa Lipnicki.

A potem wsiadamy na rydwan basu i gitary i odpływamy ku marzeniom wraz z wznoszącym się lotem porannym ptakiem. Z tego tekstu zapamiętam do końca życia cytat:

Przychodzi czas i wskakujemy do rzek nienawiści zachłystujemy się i toniemy…

Potem wysłuchamy „Pieśni na wyjście” Stachury, która rozbrzmiewa trochę jak bluegrassowa ballada a trochę jak szlagier z pogranicza country i amerykańskiego rocka. Gitarowo, energetycznie i bardzo melodyjnie dzieje się w nagraniu „Kondycja narodu”, który nie jest śmiałą oceną, a opisem naszych stanów wahań, snów o potędze i grzechów nie tylko w czasie okołokowidowych terminów.

Historia uczy tylko jednego, że nie nauczyła nigdy niczego.

Te same błędy popełniamy wciąż a stare jeszcze pamiętane są.

Ten rockowy pulsar zmienia się w drugiej części w pastelowy krajobraz. Muzyczny kontrast dwóch części jeszcze bardziej uwypukla przesłanie tekstu.

Po „Ech, wojenko, wojenko…” nadciąga dosłownie i w przenośni „Nad zamglonym jeziorem”. Folkowy motyw fletu i gitara, jako kościec tego nagrania i znakomitego obrazu malarskiego jednocześnie, gdzie w finale czujemy się jak podczas słowiańskiego wiecu, albo wieczornicy wikingów. Taki obraz w sercu mam.

Pochowaliśmy ważne słowa wśród milionów słów nieważnych. Ważkie idee zarzuciliśmy szmatami memów. Wielkość, by nie wystawała i w oczy nie bodła, przysypaliśmy tonami gówna. Teraz one błyszczą brązem majestatycznego płaskowyżu.

„Śnieg” to najmocniejszy i najważniejszy literacko tekst na albumie „Dźwięki słowa”. Oczywiście zdecydowaną większość mogą zniesmaczyć słowa niecenzuralne. Ja traktuję je jednak jako wzmacniające partykuły.

Tomasz Lipa Lipnicki wprost, bez ogródek, czasami bez wnikania w materię poetyckich metafor. Opisuje nasz „nowy wspaniały świat” i nas, którzy wiecznie z boku i odwróceni mienimy się jego panami. A ten świat pełen jest złudnych zamienników i gadżetów, które imitują prawdę. Jaka więc ona jest?

Finał nagrania tonie w gąszczu rytmów i dźwięków, które scalają w sobie wiatr północy i klimat hinduistycznych mantr. I daję słowo, że słyszę jeszcze tybetańskie misy i dzwonki.

Potem mój kawałek muzycznego raju: „Ballada na umieranie”. To istny muzyczny majstersztyk. Tomasz Lipa Lipnicki opowiada o strachu i nadziejach, także tych płonnych, bo ledwie zarysowanych w ciemności i nieprzystających do ducha współczesności goniącej za błyskotkami, szelestem spadających na konta papierków i znieczulicy.

Piosenkowa balladowość i tkliwość pobrzmiewa klimatem francuskich klasyków. W finale spotykamy nadzieję, bo Lipa śpiewa o potrzebie ciepła i zwykłego przytulenia. Dotyk – okazuje się – niezbędnym jest by przeżyć, by przetrwać… I jeszcze głos czarodziejki Anny Leśniewskiej.

Walczymy o siebie do utraty siebie

Nagranie „Kto na tak” przypomina mi w warstwie lirycznej „Synonimy” Grzegorza Ciechowskiego z czasów albumu „Republika marzeń” Republiki.

Zakłamanie, ufajdanie, przetrącanie kręgosłupów, zakazanie wad.

Wyliczanie, rozkradanie, obiecanie, rozpasanie i chowanie strat.

A kto jest na nie? A kto jest na tak? Kto?

Klimatycznie w „Kto na tak” Tomek Lipa Lipnicki wpasowuje się w aktorski garnitur Roberta DeNiro z filmu Sergio Leone „Dawno temu w Ameryce”. Myślę o słynnej, finałowej scenie w palarni opium.

Druga część utworu stanowi piękną muzyczną iluminację słów wypowiedzianych przez Tomka, a jazzująca gitara przywołuje na myśl Pata Metheny’ego. Namiot elektroniki i jej zawiesista ażurowość niosą i podbijają klimat.

Potem „Licho”, chocholi rapsod nad straconymi złudzeniami, walczyk niby frywolny, ale… czy do końca? A potem mój faworyt „Kobieta i kot”, który przywołuje mi na myśl najpiękniejsze strofy o miłości mistrza metafor i życiowego tragizmu. Jego imię Federico Garcia Lorca. Nawet gitara Tomasza Lipy Lipnickiego czaruje jakąś magiczną nutą i nadświetlnością prawdziwej miłości.

W finale „Hurt” i dygnięcie artysty dla mistrzów Trenta Reznora i Johnny Casha. Nagranie, które należy potraktować jako bonus, bo nie ma on związku z poprzednią dziesiątką nagrań.

Beneath the stains of time

The feelings disappear

You are someone else

I am still right here…

Pod plamami czasu

Uczucia znikają

Jesteś kimś innym

Nadal tu jestem…

Płyta jest to znakomita. I nie jest to album w najmniejszym choćby stopniu politycznie zaangażowany. To bardziej opowieść artysty – obywatela, który metaforami i aluzyjnością z domieszką ironii opisuje współczesnych mu ludzi i otaczający świat. Dziwny świat, który od czasów Czesława Niemena zmienił się co prawda bardzo technologicznie, ale w mentalności ludzi zdecydowanie na niekorzyść z kunktatorstwem i „zeligowatością”. Szczególnie dla nas Polaków.

Warto mieć w swojej kolekcji dłogograja Tomasza Lipy Lipnickiego „Dźwięki słowa”. Tutaj link do strony artysty, którego możemy wesprzeć zakupem jego dzieła. Bardziej niż warto! – dodam.

Tomasz Wybranowski

„Dźwięki słowa” z autografem

 

 

40. rocznica pierwszego koncertu Republiki – Toruńska „Od Nowa” – 25 kwietnia 1981. Muzyczna Ostatnia Niedziela Miesiąca

W 1981 roku wykrystalizował się skład kultowej Republiki z Grzegorzem Ciechowskim, Sławomirem Ciesielskim, Zbigniewem Krzywańskim i Pawłem Kuczyńskim. Dwa lata później ukazał się album „Nowe Sytuacje”

Tutaj do wysłuchania wspomnieniowy program:

 

Ten album to szczere złoto, które mamy w sercu. Z Maciejem Stępniem i Fryderykiem Nguyenem rozmawia Sławek Orwat

„To jest płyta o nas, o czymś, co mieliśmy schowane w sobie najgłębiej i za jej pomocą wszystko to z siebie wyrzuciliśmy”. Mówią w studio Radia WNET muzycy wrocławskiej grupy Katedra.

Grupa Katedra w pełnym dwunastoosobowym składzie/ Foto. Sławek Orwat, Radio Wnet

– Katedra to zespół, który od początku swego istnienia działa we Wrocławiu, ale tak naprawdę powstał w… Warszawie.

Maciek „Jim” Stępień: Tak, warszawskie Powązki, rok 2009, wycieczka klasowa do Warszawy i właśnie tam, na tym cmentarzu, gdzieś między grobami natchnęło nas, a właściwie mnie, by wypowiedzieć pamiętne słowa: „bądźmy Katedrą”.

– Dlaczego akurat Katedrą?

Maciek: Było to metaforyczne porównanie się do budynku katedry, jako do elementu architektury miasta, bo kiedy patrzysz na wrocławską katedrę, to ten budynek wyróżnia się jak żaden inny na tle Ostrowa Tumskiego. Jedną z naszych pierwotnych idei stworzenia zespołu było, aby jego muzyka wyróżniała się tak, jak wyróżniają się katedry na tle architektury miast.

– Spróbujmy prześledzić muzykę Katedry od momentu wydania waszego pierwszego mini albumu w roku 2011 aż po dzień dzisiejszy. Powiedziałeś kiedyś Fryderyku, że tym utworem pochodzącym z waszej pierwszej EP-ki, który chyba najmniej się nie zestarzał, jest w twojej opinii „Astma” . Jest to bardzo rockowo zagrany utwór, a śpiewasz w nim o płomieniu, który hamuje twoje przeróżne zamiary i nigdy nie gaśnie.

[related id=59245 side=right] Fryderyk Nguyen: Nasze dwie pierwsze EP-ki nie posiadają jakiegoś szczególnego brzmienia. Wówczas za bardzo nie skupialiśmy się na detalach i stąd są one – powiedziałbym – standardowe. „Astma” natomiast jest czymś w rodzaju świadectwa epoki, bo choć dzisiaj zdecydowanie zagralibyśmy ten utwór zupełnie inaczej, to efektu, jaki został utrwalony na naszej pierwszej EP-ce, nie wstydzimy się. Ten tekst pisaliśmy razem z Jimem i można interpretować go wielorako. Napisaliśmy zresztą dwie wersje tego utworu, w tym jedną na wycieczce w Pradze, gdzie zwiedzaliśmy właśnie katedry. Pierwsza redakcja tego tekstu gdzieś  nam zaginęła, ale po konsultacjach z Jimem jakoś ją potem szczęśliwie odtworzyłem. Chyba taką główną ideą tego utworu po pierwsze była moja choroba, którą gdzieś tam współdzieliłem razem z Michałem Zasłoną – naszym klawiszowcem, czyli astma, ale takim metaforycznym tematem tego nagrania jest wszystko to, co w jakiś sposób nas ogranicza i o tym jak te przeróżne wewnętrzne ograniczenia nas blokują niczym ten astmatyczny brak oddechu, który nam towarzyszy podczas doświadczania tej choroby.

– Pozwól Jim, że zacytuję twoją wypowiedź z naszej rozmowy sprzed kilku lat: „myślę, że na początku założenie było bardzo spontaniczne. W sumie nie do końca wiedzieliśmy, co chcemy robić, ale na pewno to czuliśmy i dalej czujemy. To się nie zmieniło, ale stylistyka zespołu nieco ewoluowała, przybrała jakąś bardziej konkretną formę, którą nazwaliśmy psychodelicznym big-bitem” , a Fryderyk w tym samym wywiadzie dodaje: „tak na dobrą sprawę pierwsze koncerty nie miały żadnej formy”. Jak dziś z perspektywy muzycznej dojrzałości, jaką prezentujecie na swoim najnowszym albumie Człowiek za dużo myślący wspominacie swoje nieśmiałe, młodzieńcze początki oraz wasze pierwsze wrocławskie koncerty?

Maciek: My byliśmy bardzo młodzi, kiedy zakładaliśmy zespół. To była pierwsza klasa liceum, a więc mieliśmy około 16 lat i bardziej wtedy czuliśmy, niż wiedzieliśmy, co tak naprawdę powinniśmy robić i właśnie to, że płyta Człowiek za dużo myślący ukazała się dopiero po 10 latach od powstania pierwszego utworu – „Dziewczyna z obrazka” , pozwoliło nam na tyle dojrzeć i muzycznie i życiowo, żeby zrozumieć, w jaki sposób to nasze dzieło chcemy pokazać światu i jak odnaleźć drogę do formy, czyli aby od uczuć, od emocji przekuć je w materialną formę określonego konceptu, który ma początek i koniec.

– Dodam tylko, że cytaty waszych wypowiedzi, jakie dziś będą się pojawiały, pochodzą z naszej rozmowy, jaka odbyła się w roku 2015 z okazji wydania waszego debiutanckiego albumu Zapraszamy na łąki. Zgodziliśmy się wtedy także, że waszą karierę artystyczną można podzielić na dwa wyraźne etapy: przed-telewizyjny i po-telewizyjny. Przypomnę, że w roku 2013 wystartowaliście w popularnym programie Must Be The Music, o którym wasz klawiszowiec Michał Zasłona powiedział dwa lata później następujące słowa: „to nam dodało skrzydeł i trochę chyba wzrosło nasze poczucie własnej wartości i zyskaliśmy więcej motywacji do działania” . Jak na tę waszą telewizyjną przygodę patrzycie z perspektywy człowieka, który myśli za dużo (śmiech)?

[related id=65506 side=left] Fryderyk: Jeśli już tak to dzielisz, to myślę, że trzeba by chyba teraz wyróżnić trzeci okres, czyli etap po zawieszeniu, które miało miejsce w 2018 roku i które zakończyło się wydaniem płyty Człowiek za dużo myślący, czyli mniej więcej w listopadzie. Przypomnę, że  od jakiegoś czasu nasz klawiszowiec Michał na co dzień mieszka w Berlinie, co wprowadziło nas w zupełnie inny – nowy kontekst działania, czyli tworzenia trochę na odległość. Szczęśliwie wiele z naszych utworów, które od jakiegoś czasu były twórczo rozgrzebane i wciąż nienagrane, w końcu doczekało się swojej formy i teraz będziemy mogli zajmować się już tylko zupełnie nową twórczością. Zobaczymy dokąd nas ta praca doprowadzi. Tak więc jest to – myślę – taki nasz kolejny przełom, a co do tego pierwszego, o którym powiedziałeś, czyli udziału w programie Must Be The Music, to bez wątpienia spowodował on naszą większą rozpoznawalność. Pięć lat temu na pewno dostaliśmy potężnego kopa do dalszego działania, przez co jakoś mocniej w tamtym okresie skupiliśmy się na samym zespole, stwierdziliśmy, że w końcu trzeba wydać pierwszą płytę długogrającą i wszystko zaczęło się jakoś bardziej profesjonalizować. Zaczęliśmy sporo grać we wrocławskich klubach jak również w wielu innych miastach i przeżyliśmy wiele różnych przygód, które nas kształtowały.

– Krótko po finale Must Be The Music w roku 2013 wydaliście swoją drugą EP-kę Nieukryte, z której najlepszym w mojej opinii i muzycznie i tekstowo jest „Jonasz” – utwór, który – jak dla mnie – jest jednym z najważniejszych w waszym repertuarze. Jest w nim wprawdzie sporo odniesień biblijnych, ale jego największą siłą jest fakt, że pokazuje on nam, czym tak naprawdę jest przeznaczenie.

Fryderyk:  Tak, już sam tytuł wskazuje, że utwór inspirowany jest historią biblijnego Jonasza, czyli symbolicznego proroka z jednej z ksiąg Starego Testamentu i choć badania mówią, że jako takiego Jonasza nigdy nie było, to jest to swego rodzaju przypowieść, czyli forma ówczesnej opowieści pouczającej, a podstawową jej myślą jest to, że często uciekamy przed jakimś zadaniem, które może nam się wydawać zbyt trudne, boimy się, że mu nie podołamy, ale też i nie chcemy wziąć na siebie tego bagażu odpowiedzialności, chociaż przecież tak naprawdę dopiero wtedy, kiedy człowiek dostaje jakieś wielkie zadanie, jakąś wielka misję, spełnia się w poczuciu, że robi coś wartościowego i pomimo, że czasem ucieka w tę swoją wygodę, to – myślę – że spokoju wcale mu ona nie przynosi. Jest to takie podróżowanie na symbolicznym okręcie, który cały czas jest wstrząsany różnymi morskimi burzami i często możemy się do tego odnieść, jeżeli uciekamy przed jakimiś obowiązkami. Każdy z nas ma przecież jakąś swoją działalność, jaka może się przysłużyć ludziom, jaka jest po prostu ważna, a jakże często łatwiej jest wybrać jakąś inną, wygodniejszą drogę, która tak naprawdę nie jest naszą drogą. Dopóki nic się nie robi, to nie ma problemu, ale kiedy już zaczyna się coś robić, wtedy problemy pojawiają się od razu.

– Oprócz waszych własnych tekstów, które stanowią zdecydowaną większość repertuaru Katedry, od czasu do czasu można doszukać się u was także kilku utworów z tekstami znanych poetów i myślicieli. Tak jest chociażby na waszej najnowszej płycie Człowiek za dużo myślący i tak też zdarzyło się na początku waszego istnienia. Jest w waszej twórczości utwór do tekstu… Leonarda Da Vinci.

Maciek: Słowa utworu „Strach i pragnienie” zostały kiedyś przeze mnie odnalezione w… podręczniku szkolnym do języka polskiego, a więc kolejna historia z licealnej ławki. Wtedy chyba jeszcze nawet nie mieliśmy za bardzo pojęcia o filozofii, ale od początku ten tekst zainspirował mnie tak bardzo, że pokazałem go Fryderykowi, a niesamowita muzyka, którą on potem do niego napisał, urzekła mnie od pierwszej chwili.

– Tematycznie „Strach i pragnienie” jest właściwie o tym samy, o czym jest „Jonasz” , czyli że oprócz posiadania wielkiego pragnienia zrobienia czegoś, odczuwamy często ogromny strach przed tym wyzwaniem, zwłaszcza gdy wyidealizowana w naszej wyobraźni prosta droga do celu, po pierwszych krokach zaczyna robić się kręta, a niekiedy nawet cierniowa.

Maciek:  Tak i my chyba byliśmy w podobnym momencie, kiedy zakładaliśmy zespół i muszę powiedzieć, że kiedy Fryderyk po raz pierwszy zagrał mi ten tajemniczy, powoli rozwijający się riff, to już wówczas wiedziałem nie tylko, że jest to dobry numer, ale że będzie to jeden z fundamentów repertuaru Katedry, a był to przecież jeden z pierwszych utworów, jakie stworzyliśmy w autokarze podczas jednej z wycieczek klasowych. Uwielbiam go grać, może dlatego, że zaczynamy go basem (śmiech) i mimo, że w ciągu tych lat graliśmy go na koncertach setki razy, to zawsze chętnie będę go grał.

– Jest on takim waszym – można powiedzieć – transparentem. Pamiętam, że jak bisowaliście podczas premiery płyty Człowiek za dużo myślący we wrocławskim klubie Czasoprzestrzeń, to właśnie „Strach i pragnienie” był jednym z najbardziej skandowanych przez publiczność utworów.

Fryderyk: To chyba zależy od towarzystwa, Akurat wrocławskie towarzystwo jest specyficzne. Oni wszyscy razem z nami dojrzewali w tym samym liceum, potem na studiach przychodzili regularnie na nasze koncerty i każdemu z nich kojarzy się on trochę sentymentalnie z czasem, kiedy wszystko było prostsze, piękniejsze i bardziej optymistyczne. Dodatkowym powodem może też być fakt, że był to jeden z pierwszych utworów, jakie zagraliśmy na naszym pierwszym, poważniejszym, klubowym występie. Nie bez znaczenia jest także ten wielokrotnie powtarzający się zwrot „strach i pragnienie”, który ludzie doskonale pamiętają i chcą sobie przypomnieć, jak to kiedyś na koncertach Katedry bywało, bo to też zależy od miasta. Na przykład w Poznaniu, gdzie zaczynaliśmy grać dużo później, bo w roku 2013, ludzie bardziej domagają się utworu „Zapraszamy na łąki” zapamiętanego z finału Must  Be The Music.

– Przypomnijmy w tym momencie, że jest to także tytułowy utwór z waszej pierwszej płyty długogrającej, brzmiącej już o wiele bardziej dojrzale od dwóch EP-ek, jakie nagraliście dotychczas. Słychać na tej płycie i wasze zasłuchanie takimi zespołami jak australijski Tame Impala i to oldskulowe brzmienie z pietyzmem dobranych, nowo zakupionych instrumentów, słychać też przeróżne smaczki techniczne, jak choćby efekt pogłosu. Jim użył w naszej pamiętnej rozmowie następujących słów: „dzięki występowi w telewizji zaczęliśmy się też bawić trochę formą naszych utworów. Bo jeżeli mówimy o tym etapie przedtelewizyjnym, to zazwyczaj te utwory były długie, a ich forma naprawdę bujna, rozkwitała..”

Fryderyk:  Tak, graliśmy już bardziej piosenkowo, bardziej skupialiśmy się chyba na brzmieniu, a mniej na kwestiach skomplikowanych kompozycji, bo wcześniej – jak doskonale pamiętasz – były to rozbudowane, wieloczęściowe utwory. Ponadto pojawiły się – o czym też wspomniałeś – vintage’owe  sprzęty, które kopiliśmy po to, aby bardziej adekwatnie do naszej muzyki to wszystko brzmiało, pojawiło się prawie oryginalne brzmienie Hammondów i te wszystkie dziwaczne, psychodeliczne efekty, które były wprawdzie w muzyce rockowej wykorzystywane od dawien dawna, jak choćby te  wszystkie gitarowe eksperymenty Hendrixa, ale rzeczywiście Tame Impala był tym projektem, który nas bardzo zainspirował tak bardziej współcześnie. Zobaczyliśmy, że można współcześnie robić ciekawą i przemawiającą do naszych gustów muzykę. Wcześniej trudno nam było znaleźć jakiś zespół z naszych czasów, który byłby w stanie na nas znacząco wpłynąć i z którego muzyką moglibyśmy się w jakiś sposób identyfikować i dlatego poznawanie muzyki Tame Impala było dla nas momentem mocno inspirującym.

– Utwór tytułowy z płyty Zapraszamy na łąki posiada bardzo ciekawą konstrukcję. Podobnie jak legendarna „Layla” z  repertuaru zespołu Erica Claptona Derek And The Dominos, „Zapraszamy na łąki” także składa się z dwóch muzycznie odrębnych części – pierwszej dynamicznej i drugiej spokojnej, u was bardzo czytelnie nawiązującej do muzyki Skaldów. Czy to prawda, że część waszych fanów domaga się obecnie zrealizowania z tego materiału dwóch oddzielnych piosenek?

Fryderyk: Ja bym się teraz wymagał tego sam od siebie, bo jednak pomimo, że te dwie części powstały w tym samym czasie i dlatego je wtedy z sobą połączyłem, to jednak brzmi to trochę jak utwór w utworze i może i jest w tym jakieś świadectwo czasu i chociaż do takiego klasyka jak „Layla” trochę trudno jest się porównywać, to rzeczywiście sam nastrój obu tych utworów sprawia, że one są muzycznie radosne pomimo, że podczas pisania łąk miałem dość trudne doświadczenia. Ja w ogóle jestem człowiekiem nadwrażliwym i przeżywałem wówczas skutki uboczne tego swojego temperamentu, przełamując go niejako pisaniem radosnego utworu o łąkach.

– Byli też i tacy, którzy dopatrywali się w tym utworze twoich hippisowskich koneksji, bo przecież łąki to kolorowe kwiaty, a dodatkowo podkreślały to jeszcze te wasze stroje, które niezwykle czytelnie kojarzyły się wszystkim z epoką dzieci kwiatów i które doskonale zapadły także w pamięć telewidzom.

Maciek: Czasy hippisowskie to jest coś, z czego muzycznie też bardzo mocno czerpaliśmy, a ja chyba szczególnie, bo kiedy poznałem Fryderyka, to miałem  długie, kręcone włosy sięgające do łopatek (śmiech) i chyba wówczas uważałem się właśnie za hippisa i do dziś uważam, że są to piękne, utopijne czasy, w których istniała fantastyczna muzyka, ludzie się kochali, szanowali i chcieli tylko pokoju, miłości i muzyki. No szkoda, że to wszystko było tak bardzo utopijne i w tym znaczeniu nasze łąki to była taka nasza współczesna odpowiedź na tamte czasy, w której pokazaliśmy, jak my tamte idee odbieramy dzisiaj, a teledysk, w którym biegamy sobie w tych dzwonach po łące tylko tę naszą odpowiedź podkreśla, bo przecież – i to też należy przypomnieć – czasy hippisowskie to także ogromna jedność z naturą, którą w tym klipie bezsprzecznie pokazujemy. A  co do naszych inspiracji podczas tworzenia tej płyty, to wskazałbym tu na nasz największy hippisowski głos kobiecy, czyli na Anię Rusowicz, która właśnie wówczas wydała bardzo bigbitową płytę, co można by wskazać jako jedną z bezpośrednich inspiracji do nagrania bigbitowej płyty także przez nas, która miała być taką naszą odpowiedzią, na jej wydawnictwo. Niestety, były to  pojedyncze projekty – jak później się okazało – chociaż muszę przyznać, że utopijnie wtedy wierzyliśmy, że to wszystko powróci i że będzie więcej takiej muzyki na polskiej scenie vintage. Przypomnę też, że Ania Rusowicz zaśpiewała wówczas także gościnnie na naszej płycie w utworze „Wicher wieje”.

–  Jest taki utwór, który nie tylko jest z wami od początku, który nie tylko jest waszą wizytówką, ale przede wszystkim jest to utwór, który został nagrany na nośniku CD w roku 2010, czyli jeszcze zanim wydaliście swoją pierwszą EP-kę i do tego wydany na jakim nośniku!

Fryderyk: Tak i to jeszcze na dodatek była któraś z wersji tego utworu, bo – przypomnijmy – ma on chyba około 10 wersji, a była to płyta Minimax pl 6 firmowana przez redaktora Piotra Kaczkowskiego,  na której znaleźliśmy się i była to w ogóle nasza pierwsza publikacja pod szyldem Katedra i to naszym słuchaczom zawdzięczamy to, że ten utwór tam się znalazł. Na początku nie był on w ogóle brany pod uwagę w związku z tym, ze wykonywałem go jeszcze z moim poprzednim zespołem, ale potem jednak stwierdziliśmy, że jest on dla wielu ludzi tak bardzo istotny, że po prostu trzeba go wykonać i ten fakt umożliwił nam wtedy naszą pierwszą publikację płytową.

– Człowiek za dużo myślący to – przyznacie sami – zupełnie inna płyta od wszystkich wydawnictw, jakie dotychczas nagraliście. Co chcieliście tym krążkiem przekazać waszym słuchaczom?

Fryderyk: Jest to historia, której różne aspekty każdy z nas osobiście przeżył i wydaje mi się, że jest to także historia wielu z tych ludzi, którzy od początku nam towarzyszyli i wciąż cały czas są z nami. Dlatego właśnie tak bardzo chcieliśmy, aby ta historia została zapisana, nagrana i graficznie opakowana właśnie w takiej formie. Chcieliśmy tym samym niejako podarować każdemu z naszych wiernych słuchaczy coś od siebie.

– Nie tak dawno Józef Skrzek powiedział w jednym z wywiadów, że muzyka progresywna w Polsce wymiera. Wy jesteście żywym dowodem na to, że muzyka progresywna nie tylko nie wymiera, ale że dzięki wam odrodziła się w czystej formie.

Fryderyk: Nie wiem właściwie, czy my gramy rocka progresywnego, bo rock progresywny zawsze wybiegał gdzieś do przodu, a my poza tym, że eksperymentujemy z różnymi dziwacznymi formami utworów, to często jednak odwołujemy się też do przeszłości, a więc jest to takie coś jakby „pomiędzy”. Jest to styl, na który składa się wiele różnych inspiracji i który na dobrą sprawę najlepiej nazwać po prostu stylem… Katedry, bo to, co najbardziej nas odróżnia od innych zespołów, to właśnie ten rodzaj podejścia do grania – z jednej strony melodyjny i poetycki, a z drugiej mocno eksperymentalny.

– Płyta koncepcyjna, to chyba duże wyzwanie?

Fryderyk: Zdecydowanie tak i dlatego od momentu rozpoczęcia nagrań do momentu jej wydania minęło aż dwa i pół roku.

– Ponad trzy lata temu odbył się także spektakl teatralny zatytułowany „Człowiek za dużo myślący”.

Fryderyk:  Tak, bo trzeba przypomnieć, że ta płyta to utwór po utworze – no może poza drobnymi szczegółami – dokładnie tamten spektakl. I ten album i tamten spektakl to są dopiero teraz zrealizowane nasze marzenia z czasów licealnych i myślę, że bardzo dobrze, że udało się nam je spełnić dopiero dziś, bo w liceum mieliśmy o wiele mniejsze doświadczenie i kompletnie nie wiedzielibyśmy, jak pewne rzeczy ogarnąć. Poza tym mamy do tych utworów ogromny sentyment, bo nawet jeśli dziś z niektórymi tekstami w stu procentach już się nie utożsamiamy, to w związku z tym, że jest to dla nas pewna historia, z którą mamy dobre wspomnienia, podeszliśmy do nich z ogromnym dystansem i postanowiliśmy nawet w najmniejszym stopniu tych tekstów nie zmieniać.

Maciek:  Zauważ też, że nie ma chyba takich sytuacji w Polsce zbyt dużo, że jakiś zespół robi koncept album, następnie gra go na żywo w trzech dużych miastach z wykorzystaniem wizualizacji, a na koniec wprost z warszawskiego klubu Chmury Radio WNET transmituje na żywo jego koncert finałowy.

– Zanim jednak zagraliście w Warszawie, wystąpiliście – mówiąc językiem sportowym – na swoim terenie. Jakie wrażenia towarzyszyły wam po koncercie promującym waszą płytę w rodzinnym Wrocławiu?

Fryderyk: Przede wszystkim chcielibyśmy wyrazić ogromną wdzięczność tym wszystkim ludziom, którzy przyszli do klubu Czasoprzestrzeń. Wielu z tych, którzy obejrzeli i wysłuchali nasz wrocławski koncert, przez cały czas istnienia zespołu jak i tworzenia tej płyty bardzo nas wspierało, dopytywało się i tym samym dawało nam czytelne sygnały, że bardzo na to wydawnictwo czeka. Było to bardzo piękne wydarzenie i nie wiem, kiedy znów uda nam się zebrać ich wszystkich w jednym miejscu. Najbardziej mi żal, że trudno było z każdym z nich na spokojnie porozmawiać po koncercie, ale sam fakt, że oni wszyscy tam byli, bardzo mnie poruszył i podbudował

– Ośmieliłem się porównać waszą najnowszą płytę do takich pomników narodowej kultury jak Enigmatic Czesława Niemena i Korowód Marka Grechuty, ponieważ uważam, że garściami czerpiecie z tamtych dźwięków i treści. Z drugiej jednak strony poprzez tę pięknie zrealizowaną wizualizację nawiązujecie też do pamiętnych koncertów progresywnych takich zespołów jak Pink Floyd czy Genesis, które przecież także często wykorzystywały efekty wizualne.

Fryderyk: Współpracujemy ze znakomitymi ludźmi zajmującymi się grafiką jak Sebastian Siepietowski odpowiedzialny za wizualizację, a także Marysia Łuc i Dawid Okoński..

– Maćku w dużym stopniu tekstowo to jest twoja płyta.

Maciek:  Tak, jest to dla mnie niesamowicie osobisty materiał. To jest płyta o nas, o czymś, co mieliśmy schowane w sobie najgłębiej i za jej pomocą wszystko to z siebie wyrzuciliśmy. To nie było tak, że chcieliśmy napisać piosenki o czymś. Ta płyta powstawała 10 lat! Ten album to szczere złoto, które mamy w sercu. Kiedy napisałem „Dziewczynę z obrazka” , nawet jeszcze nie grałem w Katedrze, bo  Katedra wtedy jeszcze nie istniała, ale już marzyłem o tym, żeby mieć kiedyś zespół, a kilka tygodni temu ten utwór poleciał przecież u Piotra Kaczkowskiego w Minimaxie! Warto mieć pasje i warto za nią iść. Marzenia się spełniają!

– Macie już materiał na trzecią płytę?

Fryderyk:  Jeśli chodzi o same piosenki, to uzbierałyby się ze dwie, a może nawet trzy płyty, ale aby zrobić to porządnie, to jedna płyta w jakimś stopniu jest już skomponowana i chyba jeszcze ze trzy, cztery kompozycje trzeba będzie na nią dorzucić. Mam nadzieję, że w najbliższych miesiącach będziemy nad tym materiałem pracować, a kiedy uda nam się wszystko sfinalizować? Zobaczymy…

– Czym będzie się ten album różnił od „Człowieka za dużo myślącego” ?

Fryderyk: Właściwie to każda nasza płyta jest inna, a jeszcze dodatkowo my bardzo lubimy ubierać je w koncepty. Pierwsza miała koncept bigbitowy w połączeniu z brzmieniami psychodelicznymi, druga to rock progresywny połączony z poezją śpiewaną i elementami wręcz doom metalowymi (śmiech). Trzecia płyta będzie umiarkowanie elektroniczna i może nawet trochę indie – popularne określenie, które właściwie niewiele mówi – tak więc chyba jednak dopiero, kiedy ten materiał  zamkniemy, będzie można więcej o nim powiedzieć.

– Maćku, co chciałbyś na koniec powiedzieć waszym słuchaczom?

Maciek: Żeby kochali życie.

Sławek Orwat

Administratorr, czyli Bartosz Marmol gościem Studia 37. Rozmowa o najnowszym albumie „Czy”. Zaprasza Tomasz Wybranowski

Bartosz Marmol powrócił na rockowo – alternatywne pole bitwy, jak mawia Odstawił (pewnie na chwilę) człon electro w „Administratorr Electro” i wydał trzeci, bardzo gitarowy album jako Administratorr.

 

Przede wszystkim słuchanie krążka „Czy” daje dużo radości i poczucia lekkości. Czasami, z powodu tekstów właśnie, jest to Kunderowska nieznośna lekkość bytu. Ironia, czasami podszyta groteską wbija w nas („Autozdrada A4”, czy „Folia”) szpileczki znaków czasu.

Wtedy z letargu codzienności i tanecznych pląsów (bo wciąż słuchamy kolejnych piosenek z „Czy”) budzi się nasza refleksja i dystans. Okazuje się, że przez rzeczy z pozoru małe możemy dostrzec, to co wielkie i ważne („Ostatnia cząstka” i „Na Ukrainie szybkiej jak dźwięk”).

Tomasz Wybranowski

 

Bartosz Marmol po raz kolejny pokazuje talent kompozytorski. Każda z piosenek na płycie to pozbawiona rutyny i schematu inna opowieść dźwiękami. Jest nowa fala, sporo alternatywy i ducha post punka czy elementów electro rocka, ale wszystko…  gitarowo. To także zasługa producentów albumu i magii miejsca studia Serakos.

„Czy” to jazda obowiązkowa absolutnie dla każdego. Osobiście czekam na kolejny krążek z piosenkami o Warszawie, w duecie z Lesławem. A skoro o Lesławie mowa, to nowy album Komet ma się ukazać najpóźniej do połowy marca 2020 roku.

 

„Napnij czas – Piękno mieścisz w drzwiach – Gniew” -Jan Biedziak i Bruno Jasieński gośćmi WNET i Tomasza Wybranowskiego

Zespołowi Noże kibicuję od czasu, gdy usłyszałem nagranie „Rekonkwista marzeń”. A potem przyszedł słonecznie wrzaskliwy czerwiec, który przyniósł ich singel „Złe wychowanie”. Znałem go w innej wersji.

Ale to przybrudzone, obleczone pozornym chaosem, z nienaganną polszczyzną śpiewającego Karola Kruczka i pociskiem dobrych metafor poraził mnie. I uwiódł…

Tomasz Wybranowski

 

Czwórka muzyków, którzy tworzą jako NOŻE: Jan Biedziak, Bruno Jasieński, Jeremiasz Hendzel i wspomniany już Karol Kruczek wydali jeden z najlepszych albumów roku 2019.

Ich dźwięki nieco z kosza post rocka, podsypane zimną falą ze szczyptą delikatnego dream rocku (tutaj od razu skojarzenie z Esben and the Witch przychodzi mi instynktownie). Jest też duch post punkowej rebelii z doskonałymi poetycjami Karola Kruczka.

Niespełna trzydzieści sześć minut i dziesięć nagrań. Mało to, ale i bardzo dużo. NOŻE łamią schematy i są bardziej niż młodzieńczo świeży, bo nikogo nie kopiują. Tworzą „siebie”!. Mocne momenty to oczywiście „Rekonkwista marzeń”, „Szkło” i „Złe wychowanie”. W nocnej liście moich częstograjów zwycięża „Error/Eros” i „Kora Persefona”. Testy smakują (choć mrocznie i zmierzchowo szeleszczą). I wreszcie ktoś nie boi się pisać o krajobrazach miłości, także tych bardziej niż mrocznych, bez żadnych złudnych fetyszy czy kalek.

A jeśli to miłość
Kości mi łamie
Prądy, linie, fale
Error, Erros
Wiesz, zawsze chciałem spłonąć za prawdę

Podróż do kresu nocy
Popioły na brzegach powiek
Słyszę twój oddech
Jeśli tracę wzrok
Od tych świateł
Słońce także spali wszystkie maki
Jeśli tracę wzrok
Jaśniejesz
Zostają serca czarne, pamięci opiaty

„Error/Eros”

 

Przełomu na miarę epokowego zdarzenia jeszcze nie ma. Czuję jednak, że wydarzy się i przyjdzie na drugim albumie zespołu. Czekam by zobaczyć ich na żywo. Obok zespołu Kwiaty prawdziwe objawienie ro(c)ku 2019. Album „Gniew” był w listopadzie Polską Płytą Tygodnia, a dla mnie osobiście to trzeci najlepszy krążek, który ukazał się w Polsce.