Perú budowane polskimi rękami / Perú construido por las manos polacas

Choć Polska i Perú leżą daleko od siebie, ten kraj andyjski wiele zawdzięcza naszym rodakom. Osobom, z których rzeczywiście możemy być dumni. O nich opowiemy w República Latina.

Był taki czas, kiedy nie było Polski na mapach świata. Nie znaczy to jednak, że nie pozostawała ona w sercach wielu swoich obywateli. Chociaż wielu z nich sporą część swojego życia spędziło poza granicami swojej ojczyzny. Bardzo często w miejscach tak odległych, jak kraje Ameryki Łacińskiej. Niektóre z tych krajów były budowane polskimi rękami właśnie. Jednym z tych krajów jest Perú.

W połowie XIX wieku młode państwo peruwiańskie odnotowywało wzrost cywilizacyjny. Jednak, aby możliwy był większy skok w rozwoju, potrzeba było „zaimportować” doskonale wykształconych inżynierów, gotowych rozpocząć nowe życie w innej części świata. Do tej roli znakomicie pasowali Polacy: wielu z nich ukończyło prestiżowe studia w Europie Zachodniej Nie mogąc zaś znaleźć miejsca w ojczyźnie, decydowali się na emigrację. W przypadku Perú najbardziej znaną osobą był z pewnością Ernest Malinowskim wybitny inżynier, architekt, współautor Centralnej Kolei Transandyjskiej. Oprócz niego Perú było budowane polskimi rękami również i innych architektów, często zresztą przyjaciół i współpracowników Malinowskiego. O nich również wspomnimy.

Perú było budowane polskimi rękami nie tylko w zakresie obiektów architektonicznych, czy inżynieryjnych. Do kraju tego przybywali też biolodzy, geolodzy, zoologowie, archeolodzy i inni. Jednak Polacy, którzy spowodowali, że kraj zaczął się mocniej się rozwijać, aktywni byli m.in. na polu religijnym, kulturalnym, czy politycznym. Również i tutaj powiedzieć można śmiało, że Perú budowane było polskimi rękami.

O polsko – peruwiańskich kontaktach i doświadczeniach opowie nasz gość: pochodzący z Perú Diego Amado Olivas Arana. W rozmowie ze Zbyszkiem Dąbrowskim nasz gość opowie o historii kontaktów polsko – peruwiańskich. Wspomni także o Peruwiańczykach polskiego pochodzenia. Warto tu wspomnieć, że osób tych trochę żyje w Perú.

Na rozmowę o tym jak Perú było budowane polskimi rękami zapraszamy w najbliższy poniedziałek, 11 listopada, jak zwykle o 21H00! Będziemy rozmawiać po polsku i hiszpańsku!

¡República Latina – budujemy nie tylko mosty!

Resumen en castellano: hubo el tiempo en la historia de Polonia, cuando el país no existía en las mapas del Mundo. Sin embargo existía en los corazones de sus ciudadanos. Muchos de ellos sin embargo han pasado la gran parte de su vida fuera de Polonia: en lugares tan lejanos , como América Latina. Muchos países latinoamericanos fueron contruídos por las manos polacas. Uno de ellos es Perú.

Como un país joven Perú necesitaba las manos calificadas de obras y los ingenieros, que pudieran ayudar construir el país. Este papel podían tocar los Polacos: muchos de ellos acabaron los estudios prestigiosos en Europa Occidental. Sin poder volver a su patria, se decidían buscar la suerte en otras partes del mundo. Unos de ellos, que se decidió viajar a Perú, era Ernest Malinowski – uno de los diseñadores del Ferrocarril Central Transandino. Sin embargo vale la pena mencionar también de otros: no sólo arquitectos o ingenieros. Hay que decir de los biólogos, geologos, zoologos, archeologos y otros. Junto con nuestro invitado: Diego Amado Olivas Arana vamos a hablar sobre el pasado y actualidad de las relaciones polaco – peruanas. Vamos también a mencionar de las personalidades de Perú que tienen raíces polacos.

Les invitamos para escucharnos este lunes, 11 de noviembre, como siempre a las 21H00UTC+1! Vamos a hablar polaco y castellano!

Pięć powodów, dla których Polacy, którzy udali się na emigrację w czasach III RP, nie wracają do Polski na stałe

Niestety często się zdarza, że nawet jeżeli emigrant zdecydował się wrócić, to po pewnym czasie ponownie pakuje walizki, a czasami, jak autor artykułu, udaje się na emigrację wewnętrzną i czeka.

Wojciech Walczuk

Ostatnie miesiące upływają pod znakiem gospodarczego rozkwitu. Inwestycje rosną, bezrobocie maleje, a pracodawcy coraz głośniej domagają się poluzowania sztywnych reguł rządzących rynkiem pracy. Gospodarka z tygrysim impetem wskakuje na kolejne słupki wzrostu, a, dodatkowo, perspektywy rozwoju na kolejne lata wcale nie przewidują załamania koniunktury.

Dlaczego zatem, mimo milionów brakujących rąk do pracy, za milionami przyjeżdżającymi zza wschodniej granicy nie widać choćby dziesiątek tysięcy Polaków powracających z emigracji?

Polski jest wciąż najczęstszym językiem obcym słyszanym od Dover po Inverness. Przyczyn, trywializując, jest wiele, tak jak wiele było powodów do wyjazdu. Każdy przypadek jest odmienny, ale mimo to wiele schematów się powtarza, dlatego spróbujmy je uporządkować i wyciągnąć choćby bardzo ogólne wnioski.

Na problem niepowracającej emigracji możemy spojrzeć z perspektywy autora tekstu, czyli byłego emigranta z brytyjskim paszportem, próbującego na nowo ułożyć sobie życie w kraju nad Wisłą.

Dlaczego zatem nie wracają? Pierwszy powód jest oczywisty – to pieniądze. Wszystko kręci się wokół nich. Co i za ile, kto ma ich więcej, a komu się znowu nie udało rozkręcić interesu. W Polsce czy za jej granicami temat pieniędzy to numer jeden. Na emigracji wciąż można zarobić dużo więcej, ale jeżeli sprawdzimy koszty życia na Zachodzie i porównamy z krajem, bilans finansowy nie jest już taki oczywisty. Szukajmy zatem dalej.

Drugi wniosek, który można wysnuć po licznych rozmowach z Polakami na Wyspach, to jakość codzienności nad Wisłą. Wszechobecna agresja panosząca się w tramwaju i kolejce w supermarkecie, kierowcy, którym cztery kółka na lokalnej szosie pomyliły się z czwórką w galopie, a także wszędobylskie słowa na k i ch potrafią skutecznie zniwelować bliskość rodziny i smak domowego ciasta.

Trzeci powód, który należy łączyć z drugim, to jakość usług, gdzie nie chodzi wcale o urzędników, bo ci zaczęli się nawet uśmiechać i nie traktują już petentów niczym wrogów, ale o zorganizowany system utrudniania życia na każdym etapie. Wiadomo od carskich czasów, że Polaków trzeba trzymać krótko, ale czy w wolnej Polsce musimy wciąż czuć się jak pod zaborami? Lubujemy się w wolności osobistej, wspominamy złoty wiek demokracji szlacheckiej, a pozwoliliśmy, aby zaświadczenia, formularze i pieczątki wyznaczały nam rytm codziennych obowiązków.

W obecnym systemie powinności obywatela wobec państwa i tego, co państwo polskie oferuje w zamian, nie tylko nie powinniśmy liczyć na liczny powrót Polaków z emigracji, ale możemy zapomnieć o masowym i trwałym napływie innych narodowości.

Czwarty i piąty powód nielicznych powrotów to marny poziom szkolnictwa (zwłaszcza uczelni wyższych) i licha publiczna służba zdrowia. Obydwa są tematami na osobne artykuły, ale obydwa można też sprowadzić do powszechnej selekcji negatywnej i wszechwładnych koterii.

Przyczyn, dla których nie wracają, jest pewnie więcej i każdy emigrant mógłby wskazać swoje własne, ale niestety często się zdarza, że nawet jeżeli już powrócił, to po pewnym czasie ponownie pakuje walizki, a czasami, jak autor artykułu, udaje się na emigrację wewnętrzną i czeka. Czasami walczy o swoją szansę na normalność.

Felieton Wojciecha Walczuka pt. „Dlaczego nie wracają” znajduje się na s. 12 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Wojciecha Walczuka pt. „Dlaczego nie wracają” na s. 12 marcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl

Osiem lat temu Dublin uczcił pamięć Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. „Marsz Pamięci” zjednoczył Polaków w Irlandii.

– Chcemy by „Marsz Pamięci – Memorial March” zjednoczył nas, Polaków, i  irlandzkich przyjaciół. Żyjemy razem, obok siebie. Irlandczycy okazali nam tyle współczucia w tych ciężkich dniach.

Osiem lat temu nie było chyba zakątka na kuli ziemskiej, gdzie Polacy nie byliby pogrążeni w żałobie i kontemplacji nad istotą kruchości życia i nad śmiercią, która łączy wszystkich. 18 kwietnia 2010 roku był ostatnim akordem dni żałoby narodowej dla Polonii w Dublinie i na całej Szmaragdowej Wyspie. Tego dnia odbył się „Marsz Pamięci – Memorial March”.

 

Przed historycznym gmachem Poczty Głównej w Dublinie (GPO – General Post Office). Polska flaga pod irlandzkim niebem i upamiętnienie ofiar smoleńskiego dramatu. Fot. Studio 4 Foto

 

W niedzielę, dzień po tragicznych wydarzeniach w Smoleńsku, grupa Polek i Polaków, niezwiązanych z żadną organizacją czy stowarzyszeniem, spontanicznie założyła komitet organizacyjny wydarzenia.

– Naszą intencją było zamanifestowanie naszego żalu i wielkiego smutku po stracie tak wielu wybitnych Polaków – powiedziała Agata Szczyrbowska, jedna z organizatorek. – Chcemy w zgodnym „Marszu Pamięci” zjednoczyć nas, Polaków, i naszych irlandzkich przyjaciół. Żyjemy razem, obok siebie, na wyciągnięcie ręki. Irlandczycy okazali nam tyle współczucia i bliskości w tych ciężkich dniach.

Wbrew wielu malkontentom, którzy podważali sens zorganizowania takiego wydarzenia, „Memorial March” ku czci ofiar tragicznego wypadku w Smoleńsku doszedł do skutku. Grupa wolontariuszy przygotowała uroczystość wzorcowo. Organizatorzy otrzymali wszystkie niezbędne pozwolenia, by uroczystość odbyła się.

 

W obliczu tragedii wszyscy polscy emigranci w Irlandii są wspólnotą ducha i serca. W niedzielne południe okolice GPO i główna dublińska aleja O’Connell Street zapełniła się polsko-irlandzkim tłumem. Fot. Studio 4 Foto

 

„Marsz Pamięci” irlandzkich i polskich serc

 

Osoby zaangażowane w przedsięwzięcie mówiły skromnie i szczerze, że to

„akcja wspólnoty serc i potrzeby zamanifestowania naszej polskiej wspólnoty w obliczu tragedii oraz wyraz szacunku dla osoby Pana Prezydenta Lecha Kaczyńskiego i wszystkich ofiar tragedii”.

W pracowniach plastycznych i stolarniach wykonano imponujących rozmiarów poster z podobiznami wszystkich ofiar katastrofy. Prac doglądał Bartłomiej Marczyński. Kwestiami natury logistycznej zajęły się Anna Pospieszyńska, Agata Szczyrbowska i Katarzyna Sudak. Oprawę muzyczną uroczystości przygotowali Przemysław Łozowski oraz Krystian Szmul i Krystian Mistasz, członkowie zespołu Swan. Jednym z głównych pomysłodawców marszu był Bogdan Węgrzynek. Wsparcia udzielił także Grzegorz Dawidowski.

 

Razem, wspólnie, zgodnie…

 

Plakaty upamiętniające tragicznie zmarłych przygotowali rodzice i dzieci, rodziny polskich emigrantów, pod kierunkiem Mai Ryży. Konstrukcje mocujące dla wielkich plakatów przygotowali Tomasz Bugała i Piotr Bruzda. Wspomożenia organizatorom udzielili polscy dominikanie, ojciec Marek Lisak i brat Adam.

Dlaczego warto wymienić te nazwiska? Dlatego, że „polskie pospolite ruszenie”, w chwili próby udowodniło, że MOŻNA wspólnie i solidarnie przygotować takie wspólne przeżycie chwili ważnej, bo definiującej losy naszego kraju na długie lata. Wydarzenia o tyle ważnego, bowiem symbolizującego przywiązanie emigrantów na Szmaragdowej Wyspie do spraw polskich.

 

 

Z modlitwą i w zamyśleniu

 

W niedzielne przedpołudnie 18 kwietnia 2010 r., w kościele Dominikanów St. Saviour’s Priory, przy 9 – 11 Dorset Street w Dublinie, uroczyście sprawowano Mszę św. w intencji naszych drogich Rodaków, którzy niespodziewanie i zbyt wcześnie stawili się na apelu przed Najwyższym.

Tuż po odprawionej ofierze wszyscy przeszli w skupieniu pod gmach Poczty Głównej GPO, w sercu celtyckiej stolicy. Do zamyślonego pochodu dołączały dziesiątki osób, także wielu Irlandczyków. W samo południe zebrani w sile prawie 3,5 tysiąca osób (oficjalne dane irlandzkiej policji), mogli wysłuchać początku Mszy św. żałobnej z krakowskiego Kościoła Mariackiego, w intencji Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego i jego niezapomnianej małżonki Marii. W tym czasie nad tłumem w Dublinie powiewały flagi Polski i Irlandii.

Przy podobiznach wszystkich Ofiar smoleńskiego nieszczęścia, nazywanego już „drugim cieniem Katynia”, w warcie honorowej stanęli harcerze. Około 12.10. zabrzmiała trąbka Przemysława Łozowskiego, utytułowanego muzyka i animatora środowisk muzycznych w Irlandii. Rzewna melodia, pełna smutku i bólu, poprzedziła apel poległych.

 

Agata Szczyrbowska i Bartłomiej Marczyński wyczytują nazwiska wszystkich ofiar tragicznego lotu prezydenckiego samolotu Tu-154. Fot. Studio 4 Foto

 

Długi cień Katynia roku 1940

 

Uroczyście, z namaszczeniem odczytano nazwiska wszystkich ofiar prezydenckiego samolotu Tu-154. W języku angielskim przypomniano ich funkcje i zasługi dla Polski. W przerwach między odczytaniem kolejnych nazwisk brzmiały werble, które niczym serie z karabinów maszynowych przeszywały serca wszystkich zebranych wokół budynku GPO, głównego bohatera wydarzeń irlandzkiego Powstania Wielkanocnego. Całość rejestrowała państwowa stacja telewizyjna RTE.

Po apelu organizatorzy podziękowali szczególnie ciepło pani prezydent Republiki Irlandii, Mary McAleese, i wszystkim obywatelom Szmaragdowej Wyspy za „wielkie duchowe wsparcie i braterskie ciepło w tych ciężkich dla Polaków chwilach”.

 

„Memorial March” rusza w kierunku The Garden of Remembrence – Ogrodu Pamięci Irlandzkich Bohaterów, przy Parnell Square. Fot. Studio 4 Foto

 

„Marszu Pamięci”, nazywanym także przez organizatorów „Marszem Solidarności”, wziął udział ambasador RP w Dublinie dr Tadeusz Szumowski. W gronie zebranych byli także przedstawiciele Ambasad Federacji Rosyjskiej, Litwy, Ukrainy oraz Łotwy. W gronie Polaków i Irlandczyków hołd zmarłym oddali także Afrykanie i Azjaci. Uroczysty apel zakończono słowami:

„Polska społeczność w Irlandii w imieniu całej Polonii dziękuje wszystkim przybyłym na oficjalną ceremonię Pożegnania Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego i Pierwszej Damy, Marii Kaczyńskiej, oraz wszystkich tragicznie zmarłych w smoleńskim dramacie 10 kwietnia 2010 roku.  Dziękujemy Pani Prezydent Mary McAleese i całemu irlandzkiemu narodowi za to, że byli prawdziwym oparciem w obliczu tak wielkiej dla nas tragedii. Wszystkim Wam bardzo, bardzo dziękujemy”.

 

The Garden of Remembrence. Fot. Studio 4 Foto

 

Potem uformowano pochód, który w asyście konnych funkcjonariuszy Gardy i przy przejmujących dźwiękach werbli ruszył w kierunku The Garden of Remembrance – Ogrodu Pamięci Irlandzkich Bohaterów. Przy posągu, symbolizującym irlandzkich dzielnych mężów, ustawiono wielki, żałobny baner, na którym znalazły się fotogramy wszystkich osób, które zginęły pod Smoleńskiem. Wzruszenia, już po zakończeniu uroczystości, nie kryli ambasador RP w Dublinie dr Tadeusz Szumowski i ojciec Marek Lisak, przełożony polskiej misji dominikanów w Irlandii.

„Marsz Solidarności” pokazał, że w chwili próby i bólu Polacy są w stanie SOLIDARNIE zrobić naprawdę wielką rzecz.

 

Tomasz Wybranowski

Współpraca: Katarzyna Sudak

Foto: Studio 4 Foto