Kuźnica to nie My Lai

Białoruski przekaz propagandowy wobec kryzysu na granicy białorusko-polskiej, wspierany w zakresie metodologii i zasobów przez Rosję, jest intensywny, spójny i skoordynowany.

Jego skuteczność oczywiście pozostaje kwestią dyskusyjną. Nie zmienia to faktu, że jednym z kluczowych działań, które winna podjąć strona polska, jest dopuszczenie (akredytowanie) do pracy w rejonie przygranicznym dziennikarzy.

Teza, że sprowadzi to na nas klęskę jak na Amerykanów, którzy pozwolili dziennikarzom na swobodne relacjonowane wojny w Wietnamie, jest co najmniej uproszczeniem – a ponadto odnosi się do zasadniczo innej sytuacji. Podobne do wojny wietnamskiej asymetryczne konflikty w Afganistanie przegrali zarówno Rosjanie, jak i Amerykanie – i nie z powodu dziennikarzy. A wojna w Wietnamie, choć powszechnie uznawana za „pierwszą wojnę medialną”, nie była bynajmniej pierwszym konfliktem, relacjonowanym przez dziennikarzy i (foto)reporterów. Pierwszym była wojna krymska, niemal 170 lat temu. Potem była wojna secesyjna, wojny burskie, rewolucje wszelakie i oczywiście obie wojny światowe.

Rzeczywiście jednak przekaz „medialny” był zwykle w mniejszy lub większy sposób ograniczany (co jednak wynikało też ze specyfiki ówczesnych mediów). Ale to dopiero po Wietnamie amerykańscy politycy doszli do wniosku, że informacja winna być w pełni kontrolowana. Niemniej na dłuższą metę ta kontrola okazała się całkowicie przeciwskuteczna – w wymiarze propagandowym, politycznym i wizerunkowym. Strategia kontrolowania informacji i manipulowania przekazem dotyczącym konfliktów od Granady przez Serbię po Irak i Libię wyrządziła Stanom Zjednoczonym ogromne straty polityczne. W dłuższej perspektywie dała oponentom Ameryki twardy i chętnie stosowany do dziś argument: jakie macie prawo pouczać nas w sprawie Czeczenii, Gruzji, Krymu czy Tybetu, skoro sami, pod fałszywym pretekstem, dokonaliście inwazji na Irak i zrzucaliście bomby na Belgrad?

Skoro mowa o Bałkanach – obraz konfliktów w byłej Jugosławii został zdominowany przez jednostronną narrację. To niemal wyłącznie Serbowie byli odpowiedzialni za całe zło: czystki etniczne, zbrodnie wojenne itp. I po dziś dzień taki obraz pokutuje w powszechnej świadomości, nie tylko na Zachodzie – choć nie jest to obraz prawdziwy. Ale Serbowie nie zadbali o kluczową rzecz: public relations. Skrupulatnie zadbali o to natomiast Brytyjczycy podczas wojny na Falklandach – i bardzo dobrze na tym wyszli. Był to jednak konflikt dość specyficzny, bo niebudzący specjalnych kontrowersji z moralnego punktu widzenia.

Nie zmienia to faktu, że przekaz jednostronny i kontrolowany prędzej czy później obróci się przeciw nam. Nie jest przypadkiem, że wojna, która była niemal transmitowana „na żywo”, tj. pierwsza wojna w Zatoce  Perskiej w 1991 roku, także w zasadzie nie budzi kontrowersji i nie prowokuje zarzutów o imperializm i powstawania teorii spiskowych – nawet wśród wrogów USA i Zachodu.

Weźmy też wreszcie pod uwagę, że obecne działania Alaksandra Łukaszenki, mimo, nomen omen, medialnych enuncjacji o „wojnie hybrydowej” – to jednak nie wojna. Tym bardziej nie ma powodu, by blokować dostęp do informacji na ich temat. Zwłaszcza, że dziś to w zasadzie niewykonalne. W erze „Internetu 2.0”, w której każdy może być tak odbiorcą, jak i nadawcą, jakiekolwiek próby kontrolowania informacji nie tylko są bezcelowe, ale też w sposób oczywisty prowokują oskarżenia o złe intencje.

Polska winna zademonstrować, że nie ma nic do ukrycia. Jest to ważne nie tylko z punktu widzenia międzynarodowego wizerunku Polski, ale i w kontekście pogłębiającej się polaryzacji wewnętrznej polskiego społeczeństwa – a sytuacja wokół kryzysu na granicy jest jednym z katalizatorów tego procesu. Warto też zadać sobie pytanie: jak potoczyłby się konflikt na wschodzie Ukrainy, jaka w jego sprawie narracja dominowałaby, gdyby Ukraina nie dopuściła, nawet wprost na linię frontu, dziennikarzy?


dr Jakub Olchowski

Czy ktoś jeszcze chce nas pouczać, jak ma wyglądać demokracja? / Jadwiga Chmielowska, „Śląski Kurier WNET” nr 54/2018

Teraz rozumiem słowa o Europie kilku prędkości: przewidywanie, że kraje takie jak Polska, Węgry, Litwa czy Estonia, które ledwo odzyskały niepodległość, nie zgodzą się jej utracić na rzecz Niemiec.

W grudniu gaszono nadzieje Polaków na wolność. Pamiętamy Grudzień ‘70 na Wybrzeżu i stan wojenny 13 XII 1981 r. Podmiana elit, która dokonała się w latach 80., umożliwiła poprzez dogadanie się w Magdalence powstanie III RP, z której spuścizną mamy problem do dziś. Np. reforma sądów, wyprzedaż niemal całej prasy, dzika prywatyzacja gospodarki, a co najgorsze – komunistyczne obyczaje w polityce.

Nie można bagatelizować słów Angeli Merkel: „Dziś państwa narodowe muszą, powiedziałabym, że dzisiaj powinny być przygotowane do zrzeczenia się suwerenności”. I kanclerz Niemiec dodała, „że musiałoby to się odbyć w uporządkowanej procedurze”. Teraz rozumiem, co oznaczały słowa o Europie kilku prędkości: przewidywanie, że kraje takie jak Polska, Węgry, Litwa czy Estonia, które ledwo odzyskały niepodległość, nie zgodzą się jej utracić na rzecz Niemiec.

Europa jest politycznie zdominowana przez Niemcy. Armia europejska to mrzonka Niemców. Czyżby miała służyć do pacyfikacji nieposłusznych obywateli, nie chcących wierzyć we wpływ człowieka na globalne ocieplenie czy mądrości gender? Z Rosją mają Niemcy dobre stosunki, a wprost przeciwnie, krytykują Amerykanów.

Buntują się kolejne narody. Nie tylko widać sukcesy wyborcze partii narodowych, ale i przeszło stutysięczne protesty we Francji. Macrona, wiernego pupila Merkel, Francuzi mają dość.

Brutalność policji francuskiej widział cały świat. Czy jeszcze ktoś chce nas pouczać, jak ma wyglądać demokracja? Przed laty pewien prezydent Francji już powiedział, że „Polacy stracili okazję, aby siedzieć cicho”. I kto tu powinien siedzieć cicho?! I kto od kogo uczyć się demokracji?

Bezczelna propaganda Putina to element wojny hybrydowej. Niby każdy o tym wie, ale wciąż święci ona pewne sukcesy. Ostatnio nie dali się na nią nabrać świadomi patrioci Ukrainy. Publikujemy ich oświadczenie w sprawie lwowskich lwów.

Bliżej nieznane Stowarzyszenie Polskich Mediów reprezentowało polskich dziennikarzy z okazji 100-lecia Związku Dziennikarzy Rosji. Radio Hobby z Legionowa, nadające od wielu lat audycje rosyjskiego Sputnika, protestowało przed Krajową Radą Radiofonii i Telewizji przeciwko odebraniu koncesji. Koncesja została mu zabrana już w 2015 r. za rządów PO-PSL. Czyżby mieli pretensje do obecnego składu KRRiT o to, że nie chciała złamać prawa i cofnąć słusznej decyzji swojej poprzedniczki? Znowu ulica i zagranica?

Na politykę dezinformacji wygląda mi straszenie ludzi „chemitrailsami” i szczepionkami. Te teorie mają obniżyć zaufanie do rządów na zasadzie „oni nas trują”.

Szkoda, że w przypadku szczepionek nie jest podany ich skład i dokładne dane. Nie wiadomo też, dlaczego w Niemczech liczba obowiązkowych szczepień dla dzieci to 10, a w Polsce – 40.

To, że firmy farmaceutyczne na nas, społeczeństwach, żerują, jest znane w całym świecie. Ilość leków zapisywanych pacjentom nasuwa pytanie, jakim cudem obecni lekarze zdali egzamin z farmakologii i co robili na 3 roku studiów? Mam nadzieję, że państwo polskie przestało być teoretyczne i będzie dbało o swoich obywateli i dobrze ich informowało.

Na koniec dobra informacja. Udało się z sejmiku województwa śląskiego wyeliminować RAŚ. Jest więc szansa na „odwojowanie” instytucji kultury i edukacji. Mam nadzieję, że wicemarszałek Wojciech Kałuża podejdzie rozsądnie do prowadzonej nagonki, bo przecież psy szczekają, a karawana idzie dalej. Marszałek Jakub Chełstowski jest znanym społecznikiem, przed laty obronił szpital wojewódzki w Tychach.

Artykuł wstępny Jadwigi Chmielowskiej, Redaktor Naczelnej „Śląskiego Kuriera WNET” znajduje się na s. 1 grudniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 54/2018.


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Artykuł wstępny Jadwigi Chmielowskiej, Redaktor Naczelnej „Śląskiego Kuriera WNET”, na s. 1 grudniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 54/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego