Jan Dziedziczak: w ostatnich latach sześciokrotnie zwiększyliśmy skalę repatriacji Polaków ze Wschodu

Pełnomocnik rządu ds. Polonii i Polaków za granicą mówi o chrześcijańskim fundamencie polskości oraz znaczeniu działań na rzecz powrotu Polaków z państw byłego Związku Sowieckiego do ojczyzny.

 

Jan Dziedziczak ocenia, że odrywanie polskości od katolicyzmu jest pozbawione sensu.

Już Roman Dmowski mówił, że katolicyzm jest istotą polskości. […] Ten model rozumieli ci, którzy w Polsce mieszkali nie będąc chrześcijanami.

Rozmówca Tomasza Wybranowskiego opowiada o trudnym procesie powrotu do ojczyzny Polaków ze Wschodu. Wskazuje, że tempo tego powrotu nie jest do końca zadowalające. Jak mówi, kryzys demograficzny w naszym kraju zobowiązuje do przyspieszenia repatriacji. Zdaniem polityka fiasko polityki multi-kulti w Europie Zachodniej wskazuje, że w pierwszej kolejności należy zapraszać do kraju rodaków.

Mądre kraje mają to do siebie, że potrafią wyciągnąć wnioski z błędów innych.

Pełnomocnik rządu ds. Polonii i Polaków za granicą wskazuje, że jego urząd powstał, gdyż premier Mateusz Morawiecki zauważył konieczność skoordynowania działań administracji rządowej na tym polu.

Sześciokrotnie zwiększyliśmy skalę powrotu Polaków z obszaru byłego Związku Sowieckiego, przede wszystkim z Kazachstanu.

Gość Studia 37 składa życzenia na Święta Wielkanocne, które wielu Polaków spędzi w bardzo wąskim gronie rodzinnym.  Jak mówi:

To wielki sprawdzian dla naszej tożsamości.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.W.K.

Szewczak: W nowej kadencji rząd powinien skupić się na gospodarce. Nie jest tak, że planowanie jest tylko w komunizmie

Janusz Szewczak o tym, co zostało, jest i powinno zostać zrobione przez rząd w gospodarce, imigracji, deficycie budżetowym, planowaniu rozwoju gospodarczego i składkach na ZUS.

Janusz Szewczak popiera zniesienie limitu trzydziestokrotności składek ZUS, stwierdzając, że to nie tylko kwestia wpływów do budżetu, które można oszacować na od 5 do nawet 8 mld zł, ale także sprawiedliwości społecznej. Pyta czemu przedsiębiorcy mają być zwolnieni z płacenia składek skoro „nauczyciel czy ekspedientka muszą płacić składki cały rok”. Odnosząc się do argumentu, że zniesienie limitu będzie oznaczać konieczność dopłacania do emerytur w przyszłości, mówi, iż:

To jakie będą emerytury za najbliższe 20 czy 40 lat, to kwestia dosyć odległa i niepewna.

Nasz gość mówi o coraz większym ściąganiu imigrantów do Polski. Nasz kraj przyjmuje ich bowiem najwięcej w całej Unii. Z danych unijnego urzędu statystycznego wynika, że w Polsce w 2018 roku wydano 635 tysięcy pierwszych pozwoleń na pobyt. Udzielane są osobom, które przyjeżdżają do danego kraju pierwszy raz. Jest to jedna piąta wszystkich decyzji wydanych w całej UE w u biegłym roku. Zdaniem Szewczaka świadczy to o dużym rynku pracy w Polsce. Stwierdza, że:

U nas ludzie, którzy przyjeżdżają, raczej pracują. Zakład Ubezpieczeń Społecznych zyskuje, bo składki płacą. Wolałbym, żeby przyjeżdżali Polacy z Kazachstanu.

W Niemczech tymczasem imigranci jadą głównie dla zasiłku. Dodaje, że „psim obowiązkiem tych, którzy są w wolnej Polsce, jest dać szansę wszystkim Polakom, by wrócili”. Jak mówi, „musimy Polaków ściągnąć płacą i lokalem”. Przyznaje, że „rząd nie ma wielu instrumentów, by wymuszać pewne ruchu płacowe”.

Nie każdy ma takie szczęście jak burmistrz Włoch z Platformy Obywatelskiej, który jedzie samochodem z otwartymi szybami i ktoś mu wrzuca 200 tys. przez okno.

Poseł PiS wskazuje, że „ciężko młodym utrzymać się w dużych miastach” ze względu na „ogromne koszty mieszkaniowe”. Jego zdaniem w nowej kadencji rząd  musi się skupić obecnie na polityce gospodarczej. A konkretnym celem obozu władzy będzie znalezienie nisz gospodarczych dla dużych podmiotów. Odnosi się także do powrotu do zlikwidowanego w 2017 r. resortu Skarbu, stwierdzając, że nigdy nie był zwolennikiem jego likwidacji. Mówi, iż „nowy bodziec dla spółek Skarbu Państwa”, gdyż dotychczas „jeden minister miał 8 spółek, inny 12”, więc dobrze się dzieje, że wracamy do tego.

To nie jest tak, że planowanie jest wyłącznie cechą komunizmu. […] Chińczycy mają wielkie zespoły, które przewidują, co będzie w 2038 r., nie mówiąc już o japońskim MITI, które planuje rozwój gospodarczy.

Jak mówi, „wolny rynek nie jest na świecie dominujący”, wskazując na rolę międzynarodowych korporacji. Następnie odnosi się do budżetu państwa oraz potrzebie przejrzenia ustaw podatkowych.

Niemcy, którzy mają Schwarze Null, budżet konstytucyjnie zrównoważony, widzą, że Polacy mieli chyba jednak trochę racji za rządów PiS i sami się nie zastanawiają czy nie dorzucić do gospodarki 50 mld euro, a może nawet 100.

Ekonomista sceptycznie odnosi się do teorii gospodarczych, podkreślających jak wspaniały jest budżet zrównoważnony lub z niewielkim deficytem, podkreślając rolę wydatków państwa w napędzaniu wzrostu gospodarczego. Przytacza przykład Japonii, „gdzie ludzie dobrze zarabiają i oszczędzają, zamiast wydawać”.

Gość „Poranka WNET” również, że Polska powinna budować fabryki leków, przypominając, że „myśmy byli kiedyś potęgą eksportową w lekach”. Inną dziedziną, w którą należy inwestować, jest przetwórstwo, gdyż już Ukraina rozpoczyna prywatyzację czarnoziemów, co skutkować będzie zwiększeniem produkcji rolnej. Należy więc wykorzystać tę okazję, by przejąć część zysków, które przy naszej bierności trafią do Ukraińców.

Posłuchaj całej rozmowy już teraz!

K.T./A.P.

Jedna z wielu książek wspomnieniowych o zesłaniu, ale jednak… inna / Jerzy St. Grzegorczyk, „Kurier WNET” 44/2017

Gwałtowne zderzenie cywilizacji, nagła zmiana warunków egzystencji, żadnego wyboru. „Na nasze skargi na los Rosjanie odpowiadali: – Pażywiosz, prywykniesz, a nie przywykniesz, padochniesz”.

Jerzy Stanisław Grzegorczyk

„A niech to wszystko mole zjedzą”

Tak zatytułowaną książkę – autorstwa Krystyny Sławskiej (Słabówny) – podarował mi kolega, zaznaczając przy tym, że jest bardzo ciekaw mojej opinii po lekturze tejże publikacji. Cóż było robić? Odmówić nie wypadało, a i tytuł dość intrygujący. Chcąc nie chcąc, zamieniłem się w… mola książkowego, wgryzając się stopniowo w smakowity – jak się niebawem okazało – tekst. Pochłonąłem go w jeden dzień i to bynajmniej nie dlatego, że książka jest niezbyt opasła (a wielka szkoda!). Chwilami miałem wrażenie, że czytam jedną z pasjonujących powieści Ferdynanda Ossendowskiego, nie przymierzając (notabene pisarza wyklętego przez długie powojenne lata). Drugie czytanie przebiegało wolniej, aby nic nie uronić z bogactwa zdarzeń, sytuacji, szczegółów… w których już zdążyłem się rozsmakować.

Zesłańcy w bydlęcym wagonie w drodze do Kazachstanu

Jest to jedna z wielu książek wspomnieniowych, ale jednak… inna. Autorka opisała swój pięcioletni pobyt na zsyłce w Kazachstanie (w latach: 1940–45). Miała 9 lat, kiedy z mamą i ciocią wyjeżdżały ze Lwowa, aby z wieloma innymi zesłańcami, stłoczonymi w „niepasażerskich” wagonach, tłuc się tygodniami hen! za Ural w dalekie – nieznane. Te 5 tysięcy kilometrów zapamięta na zawsze, jak wiele innych nieprzewidzianych historii i przygód, które ją spotkały.

„Jest rzeczą udowodnioną naukowo – pisze we Wstępie – że w chwilach największej tragedii pojawia się element swoistej radości, co oczywiście nie oznacza lekceważenia nieszczęścia. Śmiech jest ratunkiem dla znękanej tragedią psychiki człowieka. Jest samoobroną organizmu przed jego unicestwieniem (…) I właśnie to drugie, to optymistyczne oblicze życia na zesłaniu chciałam ukazać moim Czytelnikom (…)

Istotnym dla mnie, przy pisaniu wspomnień, był fakt życzliwego dla Polaków stosunku miejscowej ludności, która często okazywała się być również zesłańcami z samej Rosji. Byli to potomkowie Rosjan zesłanych na Sybir za czasów carskich. Dla autochtonów – Kazachów stanowiliśmy grupę ludzi, z którymi trzeba żyć, handlować i pomagać sobie nawzajem”.

Autorka pozostała wierna swojej „pogodnej koncepcji” wspomnień, ale warto przytoczyć jeszcze jedno ważne zdanie ze Wstępu: „Zostałam odarta z dziecięcych marzeń (…) Stałam się przedwcześnie dojrzałym człowiekiem”.

Grupa wygnańców trafiła do kazachskiej osady Boryso-Romanowki, położonej nad Tobołem (dopływ Irtysza) w obwodzie kustanajskim. Ich miejscem pracy miał być kołchoz, ale nie tylko. Byli dokwaterowani do miejscowych Rosjan, bytujących w skromnych, wręcz nędznych warunkach. W jednej z kolejnych kwater – lepianek, gdzie zamieszkała Krysia (wraz z mamą i ciocią), sień przypominała miniarkę Noego; z krową, owcami, kurami. Aby przejść dalej „trzeba było albo zatkać nos, albo nie oddychać”.

Gwałtowne zderzenie cywilizacji, nagła zmiana warunków egzystencji, żadnego wyboru. „Na nasze skargi na los – pisze Autorka – Rosjanie odpowiadali: Pażywiosz, prywykniesz, a nie przywykniesz, padochniesz; inaczej mówiąc: nie przyzwyczaisz się to… zdechniesz. Krótko i dosadnie.

Prymitywny dom „dwurodzinny” dla Polaków, zbudowany z suszonego nawozu bydlęcego, samanu

Sowiecki walec, który przewalił się po naszych Kresach, wypędził wielu rodaków na nieprzewidzianą, nieplanowaną „przygodę” ich życia – sybirski survival. Zaczęło się, przykładowo, od nieznanych dotąd temperatur: +40° latem, -45° zimą (trwała 9 miesięcy!); przymieranie głodem (permanentny „przednówek”); brak niemal wszystkiego, co potrzebne do zwykłego, normalnego życia… Prawdziwa szkoła przetrwania, z mglistą nadzieją na jej ukończenie… kiedykolwiek. A jednak nie tracili ducha; zresztą alternatywy nie było.

Przenieśmy się w tamte lata nad syberyjską rzekę. Z barwnego kalejdoskopu dość odległych zdarzeń, niespodzianek, przygód, obserwacji, utrapień etc. będę wybierał na chybił trafił, przykładowo: nocowanie pod gołym niebem, na przyzbie, do pierwszych przymrozków – z powodu rozplenionego robactwa w chałupie, wśród którego prym wiodły wiecznie nienasycone pluskwy.

Gotowanie cieniutkich zupek w… nocniku (innych garnków do miejscowego sklepiku nie dowieźli).

A „katok”? Cóż to takiego? Oto wyjaśnienie: krowim łajnem (było go pod dostatkiem w sieniach lepianek) wymieszanym ze słomą oblepiało się obróconą do góry dnem miednicę. Po wyschnięciu odrywało się „to” od formy i po oblaniu wodą wyrzucało na mróz. Powstawał znakomity… ślizgacz do zjeżdżania z górki. „Siedziało się wprawdzie na g….e, ale zamrożonym i bardzo śliskim”. Ów przemyślnie wykonany snowboard dematerializował się z nadejściem wiosny.

A teraz… „wiuga” (a właściwie – wiuuuugaaaa!) – zadymka śnieżna. Kiedy rozpoczynała swoje harce, lepiej było na Boży świat nie wyglądać. Gęsty śnieg błyskawicznie zalepiał oczy, powodując całkowitą dezorientację w terenie. W taką właśnie porę zamarzła Polka. Wyszła do sąsiadki po mleko dla dziecka. Znaleziono ja po trzech dniach, kilka kilometrów za wsią, zamienioną w… słup lodu. Syberyjski mróz – to podstępny towarzysz niedoświadczonych przybyszów. Pozbawiał nieszczęśników uszu, nosów, palców, dziurawił policzki…

Polska wioska w Północnym Kazachstanie zimą

Ale i upał dawał się we znaki. Szukano ochłody, gdzie się dało. Autorka wspomina zbieranie w głębokim stepie tzw. katiaszy (krowich placków na opał). Wtedy to natrafiła na idealnie okrągłe leje wypełnione wodą. W trakcie kąpieli skóra pokrywała się… lśniącym złotem (?) Złudzenie było całkowite. Po wyjściu z wody czar pryskał, złocista powłoka znikała jak sen. Chodziły słuchy, że owe leje to pamiątki po odpryskach/odłamkach słynnego meteorytu tunguskiego (z 1908 r.).

Jednak głównym kąpieliskiem był oczywiście Toboł i związane z tą rzeką niezwykle traumatyczne (dla Autorki) wspomnienie: na jej oczach topiły się mama i ciocia. Na ratunek pośpieszył wioskowy woziwoda Kola, którego główne zajęcia (w powszechnej opinii) polegały na zbijaniu bąków i grze na bałałajce. W brawurowej akcji uratował obie panie. Nieprzytomną mamę wydobył z samego dna rzeki. Dzielny chłopak do końca trzymał fason (nie przyjął złotego zegarka w podzięce za swój wyczyn), a jego akcje u miejscowych dziewcząt z nagła poszybowały w górę.

Osobnym rozdziałem były kontakty z Kazachami. Ich auł znajdował się za rzeką. Zaglądali do wsi w celach nie tylko handlowych, częściej, żeby pogadać. Autorka z prawdziwą sympatią wspomina niejakiego Dosana. „Był bezpośredni, szczery, kulturalny i z poczuciem humoru”. Swego ulubionego powiedzonka: „Cztob was moli sjeli” (żeby was mole zjadły) z niewielkimi modyfikacjami używał najczęściej – w sytuacjach emocjonalnie nieobojętnych.

Była taka chwila, że po swoim: – Niech to wszystko mole zjedzą! zakomunikował: – Przychodzę zaprosić was na swój ślub. Opowiedział o tym, jak narzeczoną porwał z domu rodziców (zwyczaj uświęcony tradycją!). Kosztowała go… wielbłąda i parę koni. Weselisko w jurcie Dosana musiało być dużą atrakcją. Goście siedzieli w dwudziestoosobowym kręgu, na wielbłądzich skórach, a w centrum stała micha z baraniną i pomniejsze naczynia z placuszkami i smakowitym sosem (Wyobrażam sobie, że Autorka wreszcie pojadła do syta). Kobiety piły kumys, panowie coś mocniejszego. Panna młoda obsługiwała samowar, milcząc, bez cienia uśmiechu na nieodgadnionej twarzy.

Minęło trochę czasu… aż tu znowu pojawił się Dosan z taka oto nowiną: – Żona uciekła ode mnie. To nic, ale ukradła dwa konie! Niech to mole zjedzą! Koni żal. Dodał jeszcze, że nie potrzebuje żony-złodziejki.

Leśna brygada zesłańców

Działy się tam również rzeczy „o których się filozofom nie śniło”. Przykład? Wyprawili się Polacy gromadą po chrust do pobliskiego lasu. „Coś” ich stamtąd wypłoszyło, a konkretnie – upiorny śmiech kobiecy, gdzieś z głębi lasu, spotęgowany echem. Przeraźliwe cha! cha! cha! cha!… jeżyło włosy na głowie. Słyszeli to wszyscy. Po powrocie okazało się, że miejscowi od dawna wiedzieli, że tam… straszy.

Wieś Boryso-Romanowka (!) należała do dalszej rodziny ostatniego cara Wszechrusi – Mikołaja II. Krwawy terror rewolucji nie oszczędził Romanowych, nawet i takich z dziesiątej wody po kisielu. Wioska nad Tobołem poszła z dymem, a jej mieszkańców wymordowano. Jak wieść niesie – ocalała jedynie 10-letnia dziewczynka, uciekając do pobliskiego lasu. Słuch po niej zaginął. Mieszkańcy są pewni, że upiorny chichot to głos tej nieszczęśnicy. Las omijają z daleka. To nie jest jedyna niesamowita historia z tamtego czasu, ale nie będziemy streszczać całej książki.

W 1942 r. Krysia wraz z mamą i ciocią po wielu staraniach przeniosły się do Kustanaju. Wprawdzie zagubionej w stepie kazachskiej wioseczki od stolicy obwodu – pod względem cywilizacyjnego rozwoju – nie dzieliły „lata świetlne” (w odniesieniu do dzisiejszej kosmicznej Astany takie porównanie było by uprawnione), ale zawsze był to jakiś awans społeczny. Prawdą jest, że dalej klepały biedę (miesięczna pensja starczała na wiadro kartofli), mimo to żyło się odtąd w mniej uciążliwych warunkach. Przechadzające się ulicami majestatyczne wielbłądy stanowiły o pewnej egzotyce miasta, a jednocześnie uświadamiały zesłańcom, że Polska została za górami, za lasami… bardzo, bardzo daleko.

Dojrzewała potrzeba przynajmniej jakiejś namiastki wydarzeń o charakterze, nazwijmy to: kulturalno-rozrywkowym, co zaowocowało powstaniem chóru – na początek. Organizatorką i dyrygentką w jednej osobie była mama Krysi (z profesji nauczycielka). Trzon repertuaru stanowiły pieśni patriotyczne. Próby chóru ściągały pod okna ich mieszkania nie tylko sąsiadów. Widzów przybywało; sugerowali nawet, że chętnie popatrzą na jakieś polskie tańce. Sprawa zaczęła się rozkręcać, nabierać tempa. Znalazła się sala w remizie oraz instrumentaliści (spośród strażaków); nie mówiąc już o oficjalnej zgodzie NKWD i władz lokalnych. Naprędce wykombinowano stroje do „poloneza”, „kujawiaka”, „krakowiaka”… (bardzo pomocni okazywali się Rosjanie). Koncert (połączony z recytacjami) odbył się w listopadzie (1943) – w rocznicę… Święta Niepodległości (!). Przyszły tłumy (wielu Rosjan); stali nawet na zewnątrz, pod oknami, mimo siarczystego mrozu. Żar przedstawienia (przy otwartych na oścież drzwiach) wystarczająco ogrzewał słuchaczy. „Czerwony pas”, „Ułani, ułani”, „Pierwsza Brygada”… pieśni harcerskie, recytacje, a potem „mazur” „krakowiak” (w którym Krysia trzaskała podkówkami o deski prowizorycznej sceny). Bisom nie było końca, łzom wzruszenia również.

Wieść o tym wydarzeniu dotarła do władz miasta, które niedługo potem oddały do dyspozycji zespołu… teatr, orkiestrę, a nawet rozgłośnię radiową. Powtórzono występ, tym razem w okazałej scenerii, przy ogromnym aplauzie… Rosjan.

Po tych sukcesach „zapominaliśmy na chwilę o głodzie, który na całe lata stał się naszym udziałem” – wspomina chórzystka i tancerka w jednej osobie.

W związku z wyżej opisaną narodową manifestacją, Autorka pokusiła się o taką oto refleksję: „Rosjanie cenią patriotyzm bez względu na to, kto jest tym patriotą: czy Rosjanin, czy – w danym momencie – wróg”. Można by rzec: kolejny przyczynek do rozważań nad tzw. „zagadką rosyjskiej duszy”, ale to osobny temat.

To był taki wybór obrazków z życia kazachskich zesłańców. Jeśli Czytelnik na pełny tekst tych wspomnień jak dotąd się nie skusił, to trudno – jego strata.

Zesłańcy przy produkcji „cegieł” z samanu

Dodajmy jeszcze, że po przeprowadzce do Kustanaju dotarła do pań niezwykle radosna wieść: tata i mąż, z którym straciły kontakt tuż przed wywózką – żyje! (Wilhelm Słaby vel Sławski był wybitnym działaczem polskiego skautingu; pełnił funkcję Komendanta Obszaru Wschodniego Szarych Szeregów). Nie na darmo polecały go Bogu w codziennych modlitwach. Okazało się, że kiedy one walczyły o przetrwanie w kazachskim stepie, on harował w łagrach m.in. pod Władywostokiem (przy budowie Nachodki). Szczęśliwie zdołał wyrwać się z sowieckiego raju – z Armią Andersa. Wielu nie doczekało takiej okazji.

Oto losy jednej z kresowych polskich rodzin, tułających się po świecie w tamtych trudnych latach. Ich heroiczne zmagania z twardą, często okrutną rzeczywistością, ich hart ducha i nieustępliwość w walce o przetrwanie, pielęgnowanie ojczystych tradycji i uczuć narodowych, są dzisiaj dla nas prawdziwą szkołą patriotyzmu i przykładem godnego życia, mimo nikłej – tak po ludzku rzecz biorąc – nadziei na lepsze jutro. Jesteśmy ich dłużnikami.

I jeszcze wiele mówiący fragment wiersza – z listu napisanego w wiosce nad Tobołem:

Wy tam nie wiecie, że nie tylko chleba,
Ale i śmiechu, by wytrwać, potrzeba…

Patrzę na fotografię z okładki. Przedstawia dziewczynę w stroju krakowskim, w postawie zadzierżystej, o śmiejących się, bystrych oczach… za chwilę ruszy w tany. To Krysia.

Nie było okazji, by Ją poznać (niestety nie doczekała pierwszego wydania swoich wspomnień). Miałbym ochotę powiedzieć Jej teraz, że jest to jedna z tych książek, które zostały napisane – ku pokrzepieniu naszych serc.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z wystawy pt. „Myśmy do stepów unieśli Ojczyznę” Niny Rupety i Piotra Hlebowicza; zostały wykorzystane za zgodą P. Hlebowicza.

Artykuł Jerzego Stanisława Grzegorczyka pt. „A niech to wszystko mole zjedzą” znajduje się na s. 18 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jerzego Stanisława Grzegorczyka pt. „A niech to wszystko mole zjedzą” na s. 18 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl

Historia życia Mikołaja Diaczyńskiego – najstarszego repatrianta z Kazachstanu/ Mirosław Grudzień, „Kurier WNET” 41/2017

Emerytury ma półtora tysiąca. Niedużo, ale dużo mu nie potrzeba. Cieszy się, że jest na starość w Polsce, między swoimi, słyszy polską mowę; jest kościół, ksiądz go odwiedza, rodzina, wnuki, prawnuki.

Mirosław Grudzień

Historia jednego życia
Wspomnienia najstarszego repatrianta z Kazachstanu

Mikołaj Diaczyński ma 90 lat. Jest najstarszym żyjącym repatriantem RP z Kazachstanu, a prawdopodobnie też najstarszym repatriantem z całej fali powrotnej, która napłynęła do kraju po rozwiązaniu Związku Sowieckiego i osiedliła się w już całkiem niepodległej Rzeczypospolitej Polskiej.

On i jego rodzina znaleźli się w sowieckiej republice Kazachstanu w 1936 roku. Był wtedy 9-letnim chłopcem. Nie znaleźli się tam dobrowolnie – zostali przesiedleni, wywiezieni z obszaru sowieckiej wówczas Ukrainy.

Urodził się w 1927 r. się we wsi Januszewka na Żytomierszczyźnie, niedaleko na wschód (ok. 100 km) od granicy przedwojennej Polski, w okolicach miasta Marchlewsk (dawniej i dzisiaj – Dołbysz). Rzeka tam była piękna, Słucz. Ich rejon to był Marchlewskij Polskij Nacjonajnyj Rajon – mówili tam na to „Marchlewszczyzna”. Biedny region. Długo nie było stacji kolejowej ani bitych dróg.

Słabo pamięta tamto życie w Januszewce – tylko piękną rzekę Słucz i piaski, lasy, bagna, rozlewiska – i tak bez końca, prawie połowa Marchlewszczyzny taka była. Tam już kończył się Wołyń, a zaczynało się Polesie.

Mikołaj Diaczyński | Fot. z archiwum rodziny Diaczyńskich

Ma na imię Mikołaj, ale z Marchlewszczyzny nie pamięta chodzenia Świętego Mikołaja z prezentami. Z tamtejszych polskich zwyczajów świątecznych w ogóle niewiele pamięta − oblewanie wodą, śmigusa-dyngusa na Wielkanoc. A potem to już nie było bezpiecznie obnosić się z polskimi zwyczajami, i to jeszcze katolickimi. W Kazachstanie już bezapelacyjnie nie było polskiego świętego Mikołaja, tylko rosyjski Died Moroz − on przychodził do dzieci, ale już nie do niego. I to na Nowy Rok, nie na Boże Narodzenie − tego święta już nie można było tam świętować, chyba że bardzo po cichu. W Kazachstanie cukierków nie było, przez wiele lat nie wiedział, co to jest. Dopiero po wojnie na święta dzieci zaczęły dostawać malutkie torebeczki z ciastkami.

Rodzina ze strony matki, Ewy, zamieszkiwała obszar Żytomierszczyzny od wieków. Natomiast ojciec, Józef, był z centralnej Polski, z Łodzi. Dobrowolnie się osiedlił na Żytomierszczyźnie jeszcze za carskich czasów, w ciągu pierwszej wojny światowej. Tam się ożenił z tamtejszą gospodarską córką, założył rodzinę, włożył w tę ziemię dużo pracy rąk, dużo potu.

Mikołaj pamięta, że przed wywózką jadali dużo owoców i warzyw, dobra tam ziemia była na sady i ogrody − melony, morele, buraków było mnóstwo. Kaszy jadł co niemiara. No i dużo jajek. Bo potem w Kazachstanie to jajka nie zobaczyłeś – wszystko trzeba było oddać państwu.

On tego nie pamięta, ale w jego rodzinie wspominali, że oni tam widzieli polskich ułanów tylko dwa razy w życiu, podczas wojny polsko-bolszewickiej: wiosną 1920 roku, kiedy wojsko polskie szło na Kijów, i jesienią, kiedy się wycofywało na ustaloną rozejmem granicę.

Szczególnie cieszył się dziadek, bo przecież pochodził z centralnej Polski, z Łodzi. Takie dwa krótkie mgnienia życia… a potem już tylko ciągle świat sowiecki.

Nie z własnej winy znaleźli się wtedy poza granicą Polski. Tak wykreślono granice. Teraz to mówią, że można było inaczej, można było przesunąć te polskie granice dalej na wschód, przygarnąć naszą Żytomierszczyznę do Ojczyzny… Bolszewicy byli wtedy gotowi na ustępstwa, ziemia jeszcze paliła się im pod nogami, nie byli pewni swego… Ale cóż, stało się inaczej.

Dziecinny świat przed katastrofą

Mikołaj jako mały chłopiec nawet nie przeczuwał, że nad tym dziecięcym szczęściem zbierają się chmury burzowe. Wie z tego tyle, co mu później bardzo ostrożnie opowiadała rodzina.

Większość miejscowych to byli Polacy, Ukraińców – gdzieś ponad trzy razy mniej. Było też trochę Niemców, chłopów niemieckich, co jeszcze carowie ich sprowadzili. Polacy tamtejsi to też już wtedy byli to przeważnie chłopi we wioskach. Wszyscy ci chłopi-Polacy byli katolikami – mówiono wtedy: „jak katolik, to Polak”. A bolszewikom się to nie podobało… bo oni wsi i chłopów nie lubili. Dla nich najważniejsi byli robotnicy z fabryk – proletarijat.

Z czasem większość wykształconych, miejskich Polaków z tego terenu bolszewicy powywozili albo rozstrzelali jako „polskich szpiegów”. Robotników było na początku niedużo – były tam dwie małe huty szkła i fabryka porcelany w Marchlewsku. Bolszewicy wybudowali jeszcze w Marchlewsku elektrownię, szpital i dwie nowe huty szkła – no to robotników przybyło, przywozili też tam polskich robotników z innych miast sowieckich, nawet z Rosji. W 30. roku dołączono do Rejonu jeszcze kilka wsi.

Były tam polskie szkoły i takie specjalne punkty nauki dla dorosłych, uczono ich czytać i pisać po polsku, wychodziła specjalna gazeta dla nich − dużo ludzi się tego uczyło. Na początku to gdzieś tak co drugi Polak umiał czytać i pisać; u Niemców było z tym lepiej, u Ukraińców gorzej. Potem się z tym poprawiło. No, ale z miłości do Polaków władze tego nie robiły – chodziło o to, aby mogli czytać bolszewicką propagandę, „uświadamiać się” tak, jak oni chcieli. Były nawet polskie sądy, polskie książki, polskie gazety.

Dopiero po rozwiązaniu Polskiego Rejonu w 1935 roku zaczęły się prześladowania nauczycieli i polskich urzędników – nawet polskich działaczy partii bolszewickiej, którzy stworzenie tego rejonu popierali, którzy nim kierowali. Bo w ogóle Polaków wtedy na Ukrainie, przed 1937 rokiem, było dużo, byli bardzo czynni, także w bolszewickich władzach było ich dużo.

No i była walka z katolickimi księżmi, coraz ostrzejsza… a najwcześniej właśnie na Marchlewszczyźnie. Kościołów i kaplic było już wtedy niewiele, ot, na palcach policzyć. A wszystkich księży z nich gdzieś zabrali – że niby to „polscy szpiedzy”, że robili „krecią robotę” przeciwko ludowi sowieckiemu. Po 1938 roku to już w ogóle w Związku Sowieckim nie było czynnego ani jednego katolickiego kościoła… Oni się tym chwalili, aby im dokuczyć (kiedy byli już daleko, w Kazachstanie).

Co mieli robić Polacy-katolicy bez księży? Zbierali się po cichu po domach na modlitwy, były kółka różańcowe. Różne babcie uczyły dzieci religii, prowadziły modlitwy na pogrzebach… przechowywały jak świętość książeczki do nabożeństwa. No i oczywiście po wywózce do Kazachstanu zachowali swoją wiarę.

Zaczął się okres, kiedy Sowieci postanowili budować przy zachodniej granicy taki obronny pas umocnień wojskowych, „linię Stalina”. Wtedy uznano Polski Rejon za pas przygraniczny… i że ten pas trzeba oczyścić z ludzi niepewnych, którzy mogą sprzyjać wrogowi. A ten wróg to była właśnie „pańska Polska”. A oni byli Polakami – wszyscy, co do jednego, potencjalni diwiersanty.

Pokój ryski z Rosją Sowiecką i podporządkowaną jej Ukraińską Republiką Sowiecką podpisany w Rydze przewidywał, że Polacy po stronie sowieckiej będą mogli przyjąć obywatelstwo Rzeczypospolitej Polskiej, o ile przedtem mieszkali w tzw. Kongresówce (oficjalna nazwa za ostatnich carów: Priwislinskij Kraj).

Ich ojciec Józef nie mógł wrócić, chociaż pochodził z Łodzi. Byli ludzie, którzy chcieli wyjeżdżać do Polski, nawet próbowali uciekać przez granicę. Nic z tego, nie pozwalali. Zresztą tam, we wsi Januszewka, ojciec miał wszystko, do czego się serce przywiązało. Został ze swoimi. Jak się później okazało − na własną zgubę.

Zaczęto go bowiem podejrzewać o niesłychane rzeczy, o tajną robotę przeciwko Związkowi Sowieckiemu. Jeszcze przed wywózką do Kazachstanu już go mieli na oku – najpierw OGPU, potem NKWD. Na razie w Januszewce ojca zostawiali w spokoju, ale po wywózce do Kazachstanu wkrótce zabrało go tamtejsze NKWD − i więcej go rodzina nie zobaczyła.

Przyczyny likwidacji „polskiej wyspy” i wysiedleń

Po śmierci Lenina głową państwa sowieckiego został Stalin. Ludzie nie spodziewali się tego, co on tam sobie po cichu uknuł… A tu – jeszcze pod koniec lat 20. z jego rozkazu zaczęto „rozkułaczanie” (wywożenie do łagrów bogatych gospodarzy). No i tworzenie kołchozów. U nich na Marchlewszczyźnie bardzo dużo gospodarzy uznali za „bogatych kułaków”, gdzieś tak co piątego… a drugie tyle za „średnich kułaków” i „podkułaczników”. To i prześladowania były tu większe, prawie połowy mieszkańców. Już w 1933 roku wywieziono kilkaset rodzin, innych przesiedlano do większych wsi.

Oni tam bardzo nie chcieli tych kołchozów, wykręcali się, jak tylko było można, to i tworzenie kołchozów bardzo wolno szło. Na początku lat 30. na wschodniej Ukrainie prawie wszyscy byli już w kołchozach, a na tej Marchlewszczyźnie – zaledwie trzecia część. Jeśli były, to tworzyli jej Niemcy i Ukraińcy − Polacy nie. Nie chcieli kołchozów, nie chcieli się też „rozkułaczać”. Ciągle mieli nadzieję, że władza sowiecka jest tu tylko chwilowa, że przyjdzie znowu polskie wojsko. Nawet szeptali ludzie, że były ukryte grupy „kułaków” w lasach i na bagnach… które próbowały przedrzeć się przez granicę do Polski.

Wtedy właśnie bolszewicka propaganda po raz pierwszy zaczęła mówić o „polskich tajnych organizacjach”, kierowanych z Polski i wrogich Związkowi Sowieckiemu. Bolszewicka wierchuszka tam, w Moskwie, była bardzo niezadowolona z Polaków. Wielki Głód (1930–33) złamał ludzki opór. Wiele wsi głodowało, ludzie ginęli z głodu, w tym dzieci umierały setkami… Ale u nich takiego wielkiego głodu nie było, jak na wschodniej Ukrainie, zwłaszcza nad Donem…

No i wtedy Politbiuro w Moskwie doszło do wniosku, że z Polaków nie da się zrobić prawdziwych „ludzi sowieckich” − więc lepiej będzie wywieźć wiele dziesiątek tysięcy Polaków z Marchlewszczyzny daleko, daleko… na gołe stepy Kazachstanu.

W październiku 1935 roku Polski Rejon Narodowy został rozwiązany i zlikwidowany. Represje – zsyłki do łagru i wyroki śmierci – dotknęły co czwartego mieszkańca.

Wysiedlenie i pierwsze lata w Kazachstanie

Najpierw była uchwała Politbiura bolszewickiego KC w Moskwie, ze stycznia 1935 r., o przesiedleniu 15 tysięcy rodzin polskich i niemieckich z Ukrainy do Kazachstanu. 28 kwietnia 1936 roku rząd sowiecki wydał pamiętny dekret nr 776-120 O wysielenii, czyli o deportacji. Mówił on o przewiezieniu chłopów polskich i niemieckich w całej masie do Kazachstanu i budowaniu tam nowych kołchozów na niezamieszkałym stepie.

To był ich pierwszy „eksperyment masowy” na taką skalę, z całą narodowością − robiony właśnie na Polakach. Polacy poszli wtedy na pierwszy ogień… przez to bolszewicy i NKWD się nauczyli, jak to robić najlepiej, nabrali dużej wprawy – w czasie wojny im się to przydało, gdy zaczęli przesiedlać Niemców Nadwołżańskich, Kaukaskich, Kałmuków, Tatarów z Krymu, Czeczenów z Kaukazu i wiele innych narodów…

Zgodnie z końcowymi raportami NKWD, wywózki na Syberię i do Kazachstanu objęły wówczas łącznie około 50 tysięcy Polaków, nie tylko z Marchlewszczyzny. Ale ci wywiezieni mieli szczęście. Potem było jeszcze gorzej – ludobójcza rzeź Polaków, których uznano − jakbyśmy to dzisiaj nazwali − za V kolumnę. Była to masowa „likwidacja polskich spiskowców i szpiegów” na mocy prikazu narkoma Jeżowa z 1937 r. W ramach tej właśnie „polskiej operacji” został zabity ojciec pana Mikołaja.

Na wiosnę 1936 roku ogłoszono dekret rządowy, a już we wrześniu zaczęły się wywózki. Jeszcze w sierpniu zapowiedzieli to ludziom i dali dwa tygodnie na spakowanie. Na kilkadziesiąt osób wypadał jeden „bydlęcy” wagon, do którego miał wejść też zapas żywności i zwierzęta domowe. Pozwolono im zabrać jedno zwierzę z gospodarstwa domowego. Większość wzięła krowę, niektórzy konia. Konie były do jazdy wierzchem, do ciągnięcia wozów, do transportu jucznego. Do orki na nowym miejscu trzeba było kastrować byki i orać wołami, jak za dawnych czasów.

Ta podróż koleją trwała gdzieś tak do trzech tygodni. Na początku października kolej przywiozła ich do północnego Kazachstanu i wyładowała w małej miejscowości, która się wtedy nazywała Tajncza, obecnie po kazachsku Tajanszy. Miejsce, które im wyznaczono na osiedlenie, nazywało się Odinnadcataja toczka posielenija – po polsku „Jedenasty Punkt Osiedlenia”. Taki napis widniał na słupie. Na 3 eszełony („rzuty”) Polaków wypadał 1 eszełon z Niemcami. Tak więc Polaków była tam ogromna większość.

Od gołego stepu do wzorowego kołchozu

Po dotarciu na miejsce… żal było patrzeć. Goły, suchy, „głodowy” step. Trawa i chaszcze stepowe − burzany, bez drzew… Stało tam tylko kilkanaście ogromnych namiotów żołnierskich z brezentu. Powitało ich też NKWD. Zapowiedziano im, że jako specpieriesielencom nikomu z nich nie wolno opuszczać wyznaczonego „punktu osiedlenia” bez specjalnego zezwolenia. Tamtejsi ludzie, specjalnie przywiezieni wcześniej, przygotowali saman – to takie miejscowe słowo, używane w Centralnej Azji − tak się tam nazywała ubita glina, albo nawet ziemia, wymieszana z drobno pociętą suchą trawą, stepowymi chaszczami, badylami dla umocnienia; robiono to w wielkich formach. W każdej były takie bloki samanu, kilka sztuk – i to słońce na stepie wysuszało, aż się zrobiło twarde i mocne.

Pisarz Anatol Diaczyński, syn Mikołaja, wspomina, że jeszcze wiele lat potem widział ogromne jamy, z których wybrano glinę i ziemię na saman.

Anatol Diaczyński, syn Mikołaja, członek ZLP w Rzeszowie

No a potem trzeba było z nich budować ziemianki. Jedna połowa na rodzinę, ale pierwszej zimy to w każdej takiej połówce mieszkało po dwie, trzy rodziny.

Co było robić? Trzeba było wybudować wieś i pomieszczenia dla bydła, zanim nadejdzie kazachstańska zima (a zimy są tam bardzo ostre i trwają do ośmiu miesięcy). Ściany ziemianek pomazać gliną, zrobić byle jakie dachy ze zdrewniałych badyli burzanów, bo przecież prawdziwego drewna nie było. Podłóg też nie było, bo z czego? Tylko ubita ziemia. Tak to było przez 20 lat, do czasów Chruszczowa…

Najważniejsze jadło, jakie pan Mikołaj pamięta z Kazachstanu, tak gdzieś do lat 70. – to ziemniaki, ziemniaki, ziemniaki, na wszystkie sposoby. Większość wszystkiego, co wyprodukowali – mięso, mleko, masło, jajka − im przecież zabierano. Ziarno – dla nich zostawało to gorszej jakości, odpadowe. Kur było mało. Jajka prawie wszystkie trzeba było oddać. Mięso było nie dla nich. Do picia? Ciepła woda, odtłuszczone mleko i przed długie lata – „herbata” z poziomek zbieranych w jarze. Prawdziwej herbaty nie było. Było tam słone jezioro, 12 km od wsi – woda parowała… a wtedy sól się osadzała, więc jeździli tam i łopatami zgarniali tę sól z brzegów jeziora do worków, i takiej używali w domu.

Z opieki medycznej pamięta jednego felczera na całą wieś i jego żonę – pielęgniarkę. Do tego jedną położną. Długo było tak, że chorowało i umierało dużo dzieci, zwłaszcza zimą.

Rodzina Diaczyńskich liczyła wtedy razem sześć osób − ojciec, matka i czwórka dzieci. Mikołaj był najstarszy z nich. Znajomi, krewni odnajdowali się długo potem, bardzo powoli, porozrzucani po innych punktach – bo przecież nie było wolno się swobodnie poruszać po tych toczkach posielenija − tylko za specjalnym zezwoleniem.

O wcześniejszych polskich zesłańcach tam nie słyszeli. Tacy byli raczej w kopalniach Karagandy albo na Syberii, już poza Kazachstanem. U nich nie, bo tam był goły step. Ale pan Mikołaj pamięta, że w ich wsi – Zielonym Gaju – było kilka rodzin z tych, których zesłali po wojnie 1939 roku. Potem większość z nich się gdzieś zapodziała, nie wiedzieli, gdzie. Może przenieśli się do innych miejscowości? Ale teraz myśli, że może oni dostali się do armii Andersa albo Berlinga – bo to do września 1939 roku byli obywatele Polski, więc mieli prawo wstąpić do polskiego wojska.

No a oni sami − nie bardzo mogli się rozglądać po terenie. Przecież nie wolno było się swobodnie poruszać, jeździć, nawet do sąsiednich wsi – chyba, że za specjalnym zezwoleniem… byli pod nadzorem, od początku była specjalna komiendantura NKWD, aby ich pilnować… żeby komuś nie przyszło do głowy uciekać. Nie mieli dokumentów – były trzymane wszystkie pod kluczem, a bez nich ani rusz, nie było co myśleć o zmianie miejsca. Tak było 20 lat, do połowy lat 50., kiedy to we wsi zlikwidowano komiendanturę 1 stycznia 1956 roku – już za czasów pierwszego sekretarza Kompartii, Nikity Chruszczowa.

Polacy na obcej ziemi

Tam byli nie tylko Polacy, od początku byli z nimi wysiedleni z Marchlewszczyzny chłopi niemieccy – dobrzy gospodarze. Sporo też rodzin mieszanych. W czasie wojny przesiedlono do nich kaukaskich górali, Czeczeńców. Tym to się źle żyło na stepowej równinie, bez gór. Nie mogli się z tym oswoić, klimat dla nich za ciężki − wymierali szybko. Byli nawet Koreańczycy z Dalekiego Wschodu, znad oceanu… Dla nich był lżejszy rygor, oni byli tymczasowo.

W domu każdy mówił do swoich w swojej mowie, a z tymi obcoplemieńcami mówili po ukraińsku, ale z domieszkami rosyjskimi, polskimi, niemieckimi… taka dziwna internacjonalna mowa. Większość zesłańców była z Ukrainy, wszyscy znali taką wołyńską odmianę ukraińskiego – a później i rosyjski.

Z zachowaniem polskiej mowy u młodych były kłopoty. Po wybudowaniu wsi i malutką szkołę tam postawiono, czteroklasówkę… Ale tam uczono po rosyjsku. A jako nauka „obcego” języka − tylko niemieckiego. O polskim nie było wcale mowy… Chcieli skazać ich polskie dzieci na obrusienje. A przecież trzon tej wsi – to byli Polacy, wieś się nazywała po polsku – Zielony Gaj. Na pamiątkę tych lasów, gajów, drzew, które pamiętali z Ukrainy.

Siedmioklasówka, całkiem w rosyjskiej mowie, powstała we wsi tuż przed Wielką Wojną… przed niemieckim napadem na Związek Sowiecki w 1941 roku. W Sojuzie mówili: „Wielka Wojna Ojczyźniana” i liczyli ją nie od 1939 roku, jak w Polsce, ale właśnie od 1941.

Wszystkich mężczyzn, jacy tylko mogli broń nosić, pod koniec wojny wzięli do Armii Czerwonej i prosto na front, nawet porządnie przeszkolić nie było jak. Wielu ich wtedy padło w bojach. Wioskowych Niemców-przesiedleńców też wtedy zabrano ze wsi, ale nie do armii, nie ufano im. Poszli do takiej specjalnej „armii pracy”.

Do roboty w kołchozie pozostały baby, staruszkowie i niedorostki, nawet dzieci musiały robić w gospodarstwie. Niemcy zabierali coraz więcej sowieckiej ziemi, kołchozy na Syberii i w Kazachstanie, na dobrym czarnoziemie, musiały żywić cały kraj i armię, był nacisk, aby było tego dużo… Nie było lekko. Plony i tak były nie za dobre, ale praktycznie wszystko szło przez kołchoz do państwa, ludziom zostawały marnej jakości ziarno oraz odpady.

Dom rodzinny w Kazachstanie | Fot. archiwum rodziny Diaczyńskich

To i co z tego, że była szkoła-siedmiolatka? Mikołaj zaczął do niej chodzić, ale dalej nie mógł, musiał pomagać rodzinie w robotach…

W przekazywaniu polskiej mowy dzieciom ogromną rolę odgrywała wiara i modlitwa. W domach modlili się po cichu − po katolicku, w polskiej mowie, nigdy w obcej. Jak już nic nie pomagało, to polska modlitwa przypominała młodym, że są dalej Polakami. Dzieci miały przykazane, aby trzymać język za zębami, bo przecież panowali nad nimi bezbożnicy, w szkole uczyli, że Boga nie ma. A po 1939 roku – że „panskoj Polszy” też już nie ma i że nigdy nie będzie…

Było tam kilka narodowości, prawdziwa mieszanka. Długo każdy naród trzymał się swoich, trochę z dala od obcych, ale trzeba było przecież razem pracować. O Polakach pan Mikołaj mówi, że żyli w zgodzie, po bratersku − obowiązywało solidarne działanie, współpraca, pomoc sąsiedzka. Ludzie byli dla siebie dobrzy, dzielili się tym, co mieli… mogli na siebie liczyć.

Polacy mieli tam najwięcej ze wszystkich humoru − życie bardzo trudne, ale okraszali wesołością, dowcipami, żartami. Tak szło łatwiej. Przy robocie dużo się śpiewało – oj, ile pieśni… To była prawdziwa osłoda. Bo cóż? Telewizji długo tam nie było… do lat sześćdziesiątych. Na początku przyjeżdżało do nich objazdowe kino, ale tylko raz na miesiąc, uruchamiane dynamem…

No, a kiedy potem syn sprowadził pana Mikołaja do Polski – to ku jego zdziwieniu okazało się, że tutaj Polacy prawie wcale nie śpiewają, jakby się wstydzili. To go strasznie dziwiło. Jakże tak, bez harmonii, bez pieśni?

Ku lepszemu

Po śmierci Stalina odczuli zmiany na lepsze… ale powoli, powoli… Od tamtej pory do przyjazdu tutaj – ponad 40 lat. Jak to ogarnąć w kilku zdaniach? Za Chruszczowa zlikwidowali im nadzor − tę komendanturę, o której była mowa wcześniej. NKWD poszło k czortu. Więcej swobody było w poruszaniu się po okolicy − chociaż dalej były ograniczenia. Jak młody człowiek miał szukać sobie żony poza kołchozem, zapoznać się z jej rodziną? Ciężko.

Potem było lepiej, gdy ich dzieci, te zdolniejsze, szły do szkół wyższego poziomu, na studia… no i pracę dostawały gdzieś w mieście. Anatol już pamięta te lepsze czasy. Za czasów pieriestrojki zaczęli organizować się Polacy w swoje narodowe organizacje, ich Anatol tam działał. No i zaczęli się razem starać o kościoły, o życie religijne, parafialne…

Polacy pokazali tam wszystkim, że są pracowici, gospodarni, po prostu dobrzy rolnicy. Podziwiali ich, potem zaczęli chwalić, wyróżniać – za wyniki, wydajność. A przecież więcej ich tam było w tej okolicy Polaków niż Rosjan i Kazachów. Ich kołchoz wyrósł przez ten czas na najlepszy w całej obłasti (obwodzie) − 1000 krów, 3000 świń, 200 koni. W czas wojny zaczęły pojawiać się u nich traktory, ich liczba urosła do 60, pod koniec, w latach 90., było ich o wiele więcej. Kołchoz powiększył się do 2 000 ludzi… 20 000 hektarów ziemi rolnej. Każda rodzina miała przy domu uczastok – to taka działka na własny użytek, dla siebie – powiększyli je potem do 8 arów. Tam głównie warzywa… Z tych działek się najbardziej cieszyli, bo to urozmaicenie… szło do rodziny, małych dzieci. Żeby one choć lepiej jadły.

Od Chruszczowa to wolno było już wierzyć w Boga – ale po cichu, nie obnosić się z tym, nie robić zgromadzeń religijnych, nie nawracać innych. Słuchy dochodziły, że byli tacy, co nawracali − to ich od razu do aresztu, i surowa kara – łagier.

Dopiero za późnych giensieków KPZR z tym się bardziej poprawiło − tak gdzieś od Andropowa wolno już to było robić bardziej na oczach władzy. Potem Gorbaczow, pieriestrojka. Pierwsze kościoły katolickie się pojawiły na początku lat dziewięćdziesiątych – w Tajanszy, Krasnoarmiejsku. W Zielonym Gaju − od 1993 r. Najpierw to była prosta wiejska chata przerobiona na kaplicę.

Nowy kościół w Zielonym Gaju | Fot. archiwum M. Diaczyńskiego

Teraz pan Mikołaj patrzy wstecz na całe swoje życie, podsumowuje trudne losy całej rodziny… Groby jego najbliższych rozrzucone są wszędzie, na ogromnym obszarze − pod Łodzią, na Żytomierszczyźnie, a potem i w Kazachstanie. Ale przede wszystkim na cmentarzu w kazachstańskim Zielonym Gaju.

Gdy znalazł się w Kazachstanie, był młodym chłopakiem. Ale potem dorósł, kandydatkę na żonę znalazł w innej wsi zesłańczej − Biełojarce. Oczywiście aby się spotykać, aby nawiązać kontakt między tymi wsiami, były potrzebne za każdym razem zezwolenia. No, ale ożenił się, urodziły się dzieci… Czworo było, ale została trójka, bo najstarszy zmarł w dzieciństwie. Anatol jako drugi z kolei, teraz najstarszy z trójki… córka i jeszcze młodszy syn. Anatol ukończył Instytut Literacki imienia Gorkiego w Moskwie – pełne studia wyższe. Córka ma wykształcenie pedagogiczne, po uczelni niższego szczebla. Młodszy syn skończył 8 klas.

Do Polski pomógł panu Mikołajowi się przeprowadzić syn Anatol, który był działaczem tamtejszego związku Polaków, a tu w Polsce − jest pisarzem, znanym przede wszystkim z tego, że pisze o losach polskich przesiedleńców. Jak to starali się o repatriację – opisał w swojej książce To my jesteśmy, Polsko – jej rozszerzone wydanie wyszło po rosyjsku O tiech pozabytych skażitie chot’ słowo (przetłumaczono ją też na ukraiński).

W Polsce przyjęto go normalnie, ze zrozumieniem − nie narzeka.

Emerytury razem ze wszystkimi dodatkami, w tym świadczenie kombatanckie i zasiłek opiekuńczy, zasiłek dla seniora − to wychodzi półtora tysiąca. Niedużo, ale dużo mu nie potrzeba. Cieszy się, że jest na starość w Polsce, między swoimi, słyszy polską mowę − jest kościół, ksiądz go odwiedza, rodzina, wnuki, prawnuki.

Prawnuki już jakby w innym świecie żyją, niewiele rozumieją z tamtych czasów. I pewnie tak musi być. Oby miały coraz lepiej, nie gorzej. I oby nie zaznały poniewierki, biedy. Tego wszystkim życzy.

Ale nie żałuje swojego życia, że było takie, a nie inne. Bywało ciężko i smutno, były i dobre chwile. Polak jest mocny, wytrzymały, nie dadzą mu łatwo rady. I zawsze jakoś, choćby najgorzej mu się żyło − zachowa nadzieję… i humor.

Co pozostało po dziadku − głowie rodu

Ojcem pana Mikołaja był − jak już była mowa − Józef Diaczyński (w Polsce jego nazwisko pisało się jeszcze wtedy: Dyjaczyński). Przypomnijmy: pochodził on z centralnej Polski, z Łodzi, rozstrzelano go już po przesiedleniu do Kazachstanu, co ma związek z ludobójczą rzezią sowieckich Polaków, znaną jako „operacja polska” NKWD. Przeprowadził ją w latach 1937–1938 narkom Nikołaj Jeżow na rozkaz Stalina. NKWD zabrało Józefa w 1938 roku, zaledwie półtora roku po przybyciu do Kazachstanu. Wtedy już „operacja polska” się kończyła, za kilka miesięcy sam Stalin miał nakazać jej wstrzymanie − i winą za jej „nadmierną srogość” obciążył… samego Jeżowa.

Ojciec był jedną z ostatnich ofiar tej rzezi Polaków (ogółem: ok. 200 000 rozstrzelanych). A po roku… w więzieniu NKWD znalazł się sam Jeżow.

Dodatkowa przyczyna „winy” ojca była taka, że pochodził z centralnej Polski, z Łodzi. Pod koniec I wojny światowej znalazł się na Żytomierszczyźnie. Dwóch jego kolegów później wróciło do Polski, a on zakochał się w matce Mikołaja i pozostał na tamtej ziemi. Skazano go i rozstrzelano, ale rodzina nie wiedziała ani jaki wyrok, ani gdzie, ani kiedy… gdzie pogrzebano zwłoki. Takie były wtedy przepisy – nie mówić rodzinie.

Dziadek Józef Diaczyński | Fot. archiwum rodziny Diaczyńskich

Ksiądz przed rozstrzelaniem, spowiedź, komunia? A gdzieżby! Nawet pytać nie było wolno, bo strach… Długo nie wiedzieli, że nie żyje, myśleli, że ciągle przebywa w łagrze. Dopiero jak umarł Stalin, nastały czasy Chruszczowa, dostali urzędową wiadomość, że niby ojciec już dawno „umarł w łagrze na chorobę brzucha” (dyzenterię). Ale ciągle był liczony jako wrag. No i dopiero wiele lat potem − Anatol, już w niepodległym Kazachstanie, przed samym wyjazdem do Polski (1995 r.) dostał inne urzędowe pismo: że ojciec został rozstrzelany jako polski szpion… ale niewinnie, i że dlatego go już zrehabilitowano.

Na jakiej podstawie go rozstrzelano? No cóż – byli rodziną, która miała (właśnie przez Józefa) „krewnych za granicą”. Takich moskiewskie Politbiuro już w 1935 roku kazało wywozić w pierwszej kolejności, jako podejrzanych o wrogość do bolszewickiego ustroju (ukaz z 17 stycznia następnego roku).

Dla dziadka to już wtedy był gotowy gwóźdź do trumny. Po przywiezieniu do Kazachstanu dano mu jeszcze trochę czasu, aby pobudował dom dla rodziny. A potem – przyszli po niego. Paragraf do skazania − prikaz narkoma Jeżowa 00485. Tam trzeci punkt mówił, że trzeba aresztować wszystkich tych, co przybyli z Polski – bo mieli być wszyscy oni „nasłani jako dywersanci i szpiedzy”, aby szkodzić w ramach „tajnej polskiej organizacji”. No i – surowo ukarać. A kara za takie okropne rzeczy była tylko jedna. Kto by tam dokładnie dochodził winy pojedynczego człowieka? Znęcano się tylko, aby wymusić zeznania, aby biedak obciążył innych Polaków i żeby potem wykazać, jaka to była straszna polska siatka dywersyjna…

Pan Mikołaj nie wie, gdzie pogrzebano ojca. Na pewno byle gdzie, może gdzieś w rowie… Tak jak i mnóstwo innych podobnych zastrzelonych… bez oznakowania.

Jak teraz wiedzą, wyroki wydawała wtedy specjalna trojka, to byli zarazem oskarżyciele i sędziowie, bez żadnego obrońcy. I tak było z jego ojcem. Wtedy państwo sowieckie notorycznie kłamało rodzinom, że taki aresztowany „zmarł po chorobie”. Rodzina modliła się za niego w domu, w tajemnicy, po cichu… podczas świąt, głównie Zaduszek.

Gdy enkawudziści przyszli go zabrać, to w domu było tylko kilka małych zdjęć na ścianie. Zdarli ze ściany i cisnęli do pieca, spalić. Żeby śladu nie zostało w pamięci. Mikołaj jako dorastający syn długo nosił potem portki i robocze buty ojca. Ale się zdarły, nie zostało śladu. Zresztą została tylko po nim malutka książeczka po polsku – modlitewnik z początku XX wieku.

Józef umiał dobrze czytać i pisać po polsku, oni już z tym mieli kłopoty – mówili po polsku, znali trochę liter – ale lepiej znali ruskie bukwy, tego alfabetu ich tam uczono. No, ale niektóre modlitwy z tej książeczki znali na pamięć – pan Mikołaj pamięta, jak mama bardzo lubiła śpiewać „Lulajże, Jezuniu” i inne dawne i dobre polskie kolędy. Jego najstarsza siostra przechowuje ten modlitewnik do dziś, jest on tam u niej, w Kazachstanie.

Ostatnio z synem Mikołaja, Anatolem, skontaktowała się kuzynka z Łodzi. Szukała czegoś w domowych albumach i przypadkowo znalazła – małe, stare zdjęcie Józefa, ojca Mikołaja i dziadka Anatola, zrobione pod koniec I wojny światowej, chyba ostatnie zrobione w Łodzi. Na tym zdjęciu dziadek ma ciągle około 20 lat.

Wnuk trzyma fotografię u siebie jak skarb… ale udostępnia ją czytelnikom „Kuriera WNET”. Patrzy na nie z czułością i wyraźnie dostrzega swoje podobieństwo do dziadka.

Artykuł Mirosława Grudnia pt. „Historia jednego życia. Wspomnienia najstarszego repatrianta z Kazachstanu” znajduje się na s. 14 i 15 listopadowego „Kuriera WNET” nr 41/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Mirosława Grudnia pt. „Historia jednego życia. Wspomnienia najstarszego repatrianta z Kazachstanu” na s. 14 i 15 listopadowego „Kuriera WNET” nr 41/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

„Śląski Kurier Wnet” 38/2017, Anatol Diaczyński: Dlaczego Polska ośmiesza się w świecie tą parodią repatriacji?

Przeciwników repatriacji w Polsce nie brakowało. Toczyło się wszystko wg porzekadła: krok do przodu, dwa do tyłu. Doszedłem do wniosku, że tutaj nie chcieli tych ludzi. Ale dlaczego i kto nie chciał?

Anatol Diaczyński

Rozważania o repatriacji

Chcę się podzielić swoimi uwagami z życzliwymi dla repatriacji i repatriantów Polakami. Sam jestem repatriantem i już od 20 lat mieszkańcem i obywatelem Polski. Jestem literatem, członkiem ZLP/Rzeszów. W Kazachstanie byłem założycielem i pierwszym przewodniczącym Polaków w Kokczetawie (obecnie Kokszetau).

Szczerze mówiąc, władze Polski, już nowej, demokratycznej, przez długie lata absolutnie nie były zainteresowane repatriacją. O tym, że jest ona możliwa, że Polska to także nasza Ojczyzna, przekonywali nas w zasadzie tylko społecznicy, którzy docierali do Kazachstanu, jak chociażby znany działacz Solidarności Walczącej Piotr Hlebowicz.

W 1992 roku byłem delegatem na I Zjazd Polonii i Polaków z Zagranicy w Krakowie Uczestniczyłem w tamtych latach w wielu podobnego rodzaju oficjalnych i nieoficjalnych spotkaniach polonijnych w Rosji, Polsce, Kazachstanie.

Z każdym rokiem, razem z innymi działaczami polonijnymi z Kazachstanu i ludźmi z honorem i sercem – z Polski, coraz mocniej przekonywałem władze Rzeczpospolitej, żeby naszym ziomkom dano możliwość repatriacji do dawnej Ojczyzny, do Polski. Jak dziś pamiętam przekonujące słowa prezydenta Wałęsy na tym zjeździe: „Jestem prezydentem wszystkich Polaków!”. Wtedy bardzo chciało się w to wierzyć!

Ale przeciwników repatriacji w Polsce też nie brakowało. Toczyło się wszystko według porzekadła: krok do przodu, dwa kroki do tyłu. Pomyślałem, że może kiedy sam przeprowadzę się do Polski, da się bardziej nagłośnić tę sprawę i ten proces przyśpieszyć. Przeprowadziłem się. I co? I nic! Mimo że sejm RP w ciągu ostatnich 20 lat podjął szereg uchwał, które niby to powinny były ułatwić repatriację, i nawet powołano do życia tak zwany system „Rodak”, o którym więcej powiem później, repatriacja nie tylko nie przyśpieszyła, ale praktycznie zanikła. Dlaczego?![related id=962]

Teraz słyszę, że taka powolna repatriacja była skutkiem złej poprzedniej Ustawy o repatriacji. Władze doszły więc do wniosku, że kolejne poprawki do tamtej ustawy nic nie dadzą i trzeba uchwalić nową. Słuchałem i głęboko zastanawiałem się, czy to mówią poważni, rozsądni ludzie?! Tyle lat im było trzeba, żeby dojść do wniosku, że tamta ustawa była zła?!

A ile pieniędzy wypłacono posłom, senatorom i innym urzędnikom za te lata pracy nad nią? Przecież za te pieniądze można było sprowadzić do Polski połowę moich ziomków! Tym bardziej że jest pozytywny przykład, choćby ze strony Niemiec, które w o wiele krótszym czasie sprowadziły milion swoich rodaków ze Wschodu! W Polsce władze liczą na przyjazd zaledwie 10–15 tysięcy ludzi. I dla sprowadzenia takiej garstki potrzeba jeszcze 25 lat w nowej, demokratycznej Polsce? To, co w Polsce nazywa się repatriacją, faktycznie jest jej parodią!

Dlaczego Polska ośmiesza się w świecie tą parodią repatriacji? Dlaczego złożyła w ofierze te zaledwie kilkadziesiąt tysięcy Polaków, którzy zamieszkiwali w Kazachstanie przed rozpadem ZSRR, i z których zaledwie połowa zdecydowałaby się wrócić do Polski?

Po długim rozważaniu doszedłem do jedynego wniosku, że w Polsce nie chcieli tych ludzi. Ale dlaczego i kto nie chciał? Przecież w społeczeństwie, jak też w mediach, nadal panuje przekonanie, że Polakom z Kazachstanu trzeba dać możliwość powrotu do Polski, chociażby dlatego, że Polska wyludnia się, bo dramatycznie maleje przyrost naturalny i wielu wyjechało za granicę.

Przykro mi to mówić jako patriocie i katolikowi, ale chyba prawdą jest, że ta repatriacja idzie tak marnie tylko dlatego, że sprzeciwia się jej Episkopat i MSZ Polski. Pierwszy dlatego, że chce przez Polaków w Kazachstanie rozpowszechniać katolicyzm w Azji, drugi – żeby załatwiać swoje plany polityczne. W tej sytuacji słowa kolędy „Nie było miejsca dla Ciebie” mówią chyba o moich ziomkach. A ten tak zwany system „Rodak”, o którym wspomniałem wyżej, sam nie działał na rzecz repatriacji i innym nie pozwalał. Dysponował środkami i możliwościami, ale nie działał. Z takimi mocnymi przeciwnikami walka moich ziomków była bez szans.[related id=2274]

To tylko w Biblii Mojżesz z pomocą Boga prowadził Żydów do Ziemi Obiecanej. W dzisiejszych czasach nie ma Mojżesza i obiecana przez władze Polski w różnych ustawach ziemia wciąż jest ziemią obiecaną. Oczywiście jest nadzieja, że Pan Bóg ukarze tych, którzy w Polsce przeszkadzali w repatriacji. Ja w to wierzę! Ale to będzie dopiero na tamtym świecie!

Dodatkowo przykre jest to, że w Kazachstanie teraz interesy robi wiele krajów, w tym europejskich, ale nikt, chyba z wyjątkiem Polski, nie trzyma tam swoich rodaków jako zakładników tych interesów.

Kiedy byłem jeszcze działaczem polonijnym w Kazachstanie, a i w pierwszych latach tu, w Polsce, zawsze starałem się dodawać swoim rodakom otuchy. Zapewniałem ich: Polska was kocha, pamięta o was, pomoże wam powrócić do Ojczyzny.

Mówiłem im o tym i pisałem w swoich książkach. Teraz z przykrością się zastanawiam, czy nie czują się okłamani przeze mnie? Czy jeszcze jest dla nich miejsce w Polsce? W nowej, przecież demokratycznej…

Rok temu, po ukończeniu zjazdu repatriantów w Pułtusku, grupa działaczy polonijnych, w tym ja, została zaproszona na uroczysty obiad z delegacją państwową, na czele z panią Beatą Szydło. Po zakończeniu obiadu, żegnając się, jako jedyny ucałowałem pani premier rękę i powiedziałem: „Niech Pani pamięta o Polakach w Kazachstanie!”. Teraz chyba trochę inaczej sformułowałbym swoją prośbę: „Niech Pani pamięta o obiecanej repatriacji!”.

Na razie nie wygląda to zbyt różowo. Owszem, przyleciała do Pułtuska przed Bożym Narodzeniem 150-osobowa grupa Polaków z Kazachstanu. Mieszkają tam więc już od pół roku. Ale gdzie i jak rozsiedlać tę grupę na stałe, odpowiednie osoby – z Anną Marią Anders, pełnomocnikiem prezesa Rady Ministrów do spraw repatriacji na czele – pomysłu chyba nie mają. Przynajmniej nie ma jednolitego, szczegółowego pomysłu.

A przecież wiadomo, że diabeł tkwi w szczegółach! Więc tych 150 osób sprowadzonych w ciągu ostatniego pół roku do Polski to żaden wybitny rezultat! W niektórych poprzednich latach, jeszcze na długo przed przyjęciem tej najnowszej ustawy, zapraszano więcej. Czyżby to kolejny, broń nas Boże, nowy, nieudany eksperyment?!

Autor był działaczem polonijnym w Kazachstanie, obecnie jest literatem polskim, członkiem Związku Literatów Polskich.

Artykuł Anatola Diaczyńskiego pt. „Rozważania o repatriacji” znajduje się na s. 10 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Anatola Diaczyńskiego pt. „Rozważania o repatriacji” na s. 10 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

Przeciwników repatriacji w Polsce nie brakowało. Toczyło się wszystko według porzekadła: krok do przodu, dwa do tyłu

Władze Polski, już nowej, przez długie lata nie były zainteresowane repatriacją. O tym, że Polska to także nasza Ojczyzna, przekonywali nas tylko społecznicy, którzy docierali do Kazachstanu.

Anatol Diaczyński

Mimo że sejm RP w ciągu ostatnich 20 lat podjął szereg uchwał, które niby to powinny były ułatwić repatriację, i nawet powołano do życia tak zwany system „Rodak”, o którym więcej powiem później, repatriacja nie tylko nie przyśpieszyła, ale praktycznie zanikła. Dlaczego?!

Teraz słyszę, że taka powolna repatriacja była skutkiem złej poprzedniej Ustawy o repatriacji. Władze doszły więc do wniosku, że kolejne poprawki do tamtej ustawy nic nie dadzą i trzeba uchwalić nową. Słuchałem i głęboko zastanawiałem się, czy to mówią poważni, rozsądni ludzie?! Tyle lat im było trzeba, żeby dojść do wniosku, że tamta ustawa była zła?! A ile pieniędzy wypłacono posłom, senatorom i innym urzędnikom za te lata pracy nad nią? Przecież za te pieniądze można było sprowadzić do Polski połowę moich ziomków!

Tym bardziej, że jest pozytywny przykład, choćby ze strony Niemiec, które w o wiele krótszym czasie sprowadziły milion swoich rodaków ze Wschodu! W Polsce władze liczą na przyjazd zaledwie 10–15 tysięcy ludzi. I dla sprowadzenia takiej garstki potrzeba jeszcze 25 lat w nowej, demokratycznej Polsce? To, co w Polsce nazywa się repatriacją, faktycznie jest jej parodią!

Dlaczego Polska ośmiesza się w świecie tą parodią repatriacji? Dlaczego złożyła w ofierze te zaledwie kilkadziesiąt tysięcy Polaków, którzy zamieszkiwali w Kazachstanie przed rozpadem ZSRR, i z których zaledwie połowa zdecydowałaby się wrócić do Polski? Po długim rozważaniu doszedłem do jedynego wniosku, że w Polsce nie chcieli tych ludzi.

Ale dlaczego i kto nie chciał? Przecież w społeczeństwie, jak też w mediach, nadal panuje przekonanie, że Polakom z Kazachstanu trzeba dać możliwość powrotu do Polski, chociażby dlatego, że Polska wyludnia się, bo dramatycznie maleje przyrost naturalny i wielu wyjechało za granicę. (…)

Kiedy byłem jeszcze działaczem polonijnym w Kazachstanie, a i w pierwszych latach tu, w Polsce, zawsze starałem się dodawać swoim rodakom otuchy. Zapewniałem ich: Polska was kocha, pamięta o was, pomoże wam powrócić do Ojczyzny.

Mówiłem im o tym i pisałem w swoich książkach. Teraz z przykrością się zastanawiam, czy nie czują się okłamani przeze mnie? Czy jeszcze jest dla nich miejsce w Polsce? W nowej, przecież demokratycznej…

Artykuł Anatola Diaczyńskiego pt. „Rozważania o repatriacji” znajduje się na s. 10 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Anatola Diaczyńskiego pt. „Rozważania o repatriacji” na s. 10 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl