Biały dym nad Barceloną. Lewandowski piłkarzem Dumy Katalonii!

Robert Lewandowski/Fot.: Sven Mandel - CC BY-SA 4.0, creativecommons.org

Saga z transferem Roberta Lewandowskiego do FC Barcelony dobiega końca. Kapitan polskiej reprezentacji ma jutro podpisać kontrakt z Blaugraną.

Przeciąganie liny między Robertem Lewandowskim a władzami Bayernu trwało od dłuższego czasu. Niezadowolenie naszego kapitana, wynikające z braku odpowiedniej propozycji przedłużenia kontraktu, narastało. Sytuację skrzętnie wykorzystała Barcelona, która już w lutym porozumiała się z naszym kapitanem w sprawie warunków indywidualnego kontraktu. Teraz pozostało już tylko przekonać Bawarczyków do sprzedaży swojego najlepszego gracza.

Czytaj także:

FIA traci swój autorytet? Środowisko F1 wylicza błędy Międzynarodowej Federacji Samochodowej

Otwarta Wojna

Lewandowski postanowił pójść na wojnę z klubem z Monachium. W czerwcu na konferencji prasowej przed meczem Polaków z Belgami stwierdził, że jego przygoda z Bayernem dobiegła końca. Te słowa wywołały prawdziwą burzę w Niemczech. Zaczęto zastanawiać się, jak zachowają się Oliver Kahn (prezes klubu) i Hasan Salihamidzić (dyrektor sportowy). Czy uprą się i nie zgodzą się na transfer napastnika (który mógłby też nie wkładać 100% serca w grę dla Bayernu), tracąc możliwość zarobku? Ostatecznie zarząd klubu zgodził się na transfer, postanowił jednak lekko musztrować piłkarza. Lewandowski musiał więc pojawić się na pierwszym treningu drużyny przed nowym sezonem, mimo że już wtedy musiało być wiadome, że jego odejście to kwestia kilku godzin.

Szczęśliwy Finał

Po tym jak Bayern zgodził się na transfer, musiał już tylko porozumieć się z Barceloną, co do wysokości odstępnego. Negocjacje trwały długo, ale zakończyły się szczęśliwie dla Polaka i Katalończyków. Wliczając wszystkie możliwe bonusy Bawarczycy zarobią na transferze Roberta Lewandowskiego 50 mln. euro. Będzie on zatem najdrożej sprzedanym piłkarzem Bayernu Monachium w całej historii istnienia klubu.

K.B.

Źródło: Twitter

Dwie godziny po ogłoszeniu turnieju mieliśmy już komplet zespołów – Artur Kaźmierczak o Mistrzostwach Świata w Dublinie

Właściciel Young Talent Football Academy Dublin mówi o zbliżających się Mini Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej.

Artur Kaźmierczak mówi o Mini Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej, które 18 września wystartują w Dublinie. Weźmie w nich udział 26 zespołów z różnych krajów (niestety nie pojawi się żadna drużyna z Polski, zagrają jedynie zespoły polonijne). W mistrzostwach będą rywalizować dzieci z w przedziale wiekowym 9 – 11 lat.

Pojawią się liczni goście z Polski. Udało się nam zaprosić Marcina Kikuta, będzie też Bartosz Ślusarski. Możliwe, że pojawią się też Bartosz Bosacki i Grzegorz Gabor Jędrzejewski.

K.B.

Czy Ronaldo odejdzie z Manchesteru United? Trener nie ma żadnych wątpliwości

Cristiano Ronaldo w czasie gry w Manchesterze United / Kjetil r / Attribution 2.0 Generic (CC BY 2.0)

Cristiano Ronaldo nie poleci z drużyną Czerwonych Diabłów na tournee do Tajlandii. Ta informacja wywołała falę komentarzy o możliwym odejściu Portugalczyka.

Cristiano Ronaldo to jeden z najbardziej utytułowanych zawodników w historii Ligi Mistrzów. Wygrywał ją pięciokrotnie (więcej tytułów zgromadził jedynie Francisco Gento), jest też najskuteczniejszym strzelcem w historii tych rozgrywek (w 182 meczach zdobył 140 bramek). Portugalczyk w LM czuje się jak ryba w wodzie i chciałby dalej śrubować swój strzelecki rekord. Jego obecna drużyna, Manchester United, nie zakwalifikowała się jednak do tegorocznej Ligi Mistrzów. Z tego powodu zaczęły pojawiać się głosy, że CR7 opuści Czerwone Diabły. Oliwy do ognia dodała wiadomość, że Ronaldo nie poleci z drużyną na tournee do Tajlandii.

Antoni Piechniczek w Radiu Wnet: aby odnosić sukces, trzeba nakreślić sobie prawie rygorystyczną klauzulę

Wątpliwości co do transferu podopiecznego rozwiał trener United Eric Ten Hag. Stwierdził, że Portugalczyk nie jest obecnie na sprzedaż, a jego nieobecność na Dalekim Wschodzie podyktowana jest sprawami osobistymi.

K.B.

Źródło: Twitter

Antoni Piechniczek w Radiu Wnet: aby odnosić sukces, trzeba nakreślić sobie prawie rygorystyczną klauzulę

Antoni Piechniczek, fot.: Sławomir Kaczorek, (CC BY-SA 3.0 PL)

Dokładnie czterdzieści lat po zdobyciu srebra na Mundialu w Hiszpanii, trener Antoni Piechniczek opowiada o najważniejszych momentach mistrzostw, dzieli się swoimi przemyśleniami.

Selekcjoner polskiej reprezentacji piłkarskiej z pamiętnego Mundialu 82, był gościem audycji „Porozmawiajmy o sporcie”. W niedzielę, 10 lipca, minęło 40 lat od zdobycia srebra przez drużynę prowadzoną przez Antoniego Piechniczka.

Trener opowiada o najważniejszych chwilach tamtych dni. Zwraca uwagę na nietypowy charakter naszej drużyny.

Strzeliliśmy 11 bramek, z czego Boniek strzelił cztery, a siedmiu piłkarzy po jednej.

To była na tyle uniwersalna drużyna, że miała w swoim składzie piłkarzy, którzy dobrze grali w defensywnie, ale również próbowali swojego szczęścia, swoich umiejętności w grze ofensywnej.

Czytaj także:

Raków zdobywcą Superpucharu. Jednak mecz nie był super…. – felieton Grzegorza Milko

Bez wątpienia jedną z kluczowych decyzji było przesunięcie Zbigniewa Bońka na pozycję napastnika. Zastąpił on kontuzjowanego Andrzeja Iwana.

Liczyłem na to, że Andrzej Iwan potrzyma swoją formę sprzed mundialu. Jednak przed kontuzją nie wykazywał się skutecznością.

Pozycję Zbigniewa Bońka, na środku pola, zajął, zmarły tydzień temu [4 lipca], śp. Janusz Kupcewicz.

Janusz Kupcewicz z tej roli wywiązał się doskonale.

Czytaj także:

Mija 40 lat od Mundialu w Hiszpanii. Polska została trzecią reprezentacją świata

Antoni Piechniczek  w maju skończył 80 lat. W rozmowie zdradza, że jego pierwsze 40 lat życia było ciekawsze, ta druga połowa minęła znacznie szybciej. Dzieli się z młodymi ludźmi swoją obserwacją.

Trzeba nakreślić sobie taką prawie rygorystyczną klauzurę, że aby odnosić sukces muszę popracować nad sobą, muszę się zastanowić nad sobą, muszę być ciepło nastawionym do wielu ludzi, muszę znaleźć swoją filozofię życiową, która jest bardzo istotna. I powiem panu, że większości tym piłkarzom to się udało.

Legendarny szkoleniowiec zauważa, jak wiele w swoich karierach osiągnęli jego podopieczni z hiszpańskiego mundialu. Wyraża radość z tego, że stanowi część ich sukcesu.

Ja mogę tylko się cieszyć, że razem żeśmy ten czas wykorzystali, ucząc się wzajemnie.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

K.K.

Zobacz także:

Porozmawiajmy o sporcie – 10.07.2022 r.

Raków zdobywcą Superpucharu. Jednak mecz nie był super…. – felieton Grzegorza Milko

Tomáš Petrášek, autor: Werner100359, CC BY-SA 4.0

Lech przegrał mecz o Superpuchar Polski z Rakowem 0-2, mimo tego, że grał u siebie, w Poznaniu. W starciu mistrza ze zdobywcą Pucharu Polski, lepsi ci drudzy.

Klub z Poznania prosił PZPN o inny termin, ze względu na czekający ich rewanż z Karabachem w Baku. Centrala się nie zgodziła, więc Lech zagrał w głęboko rezerwowym składzie i poległ. Trener Papszun (Raków), wypowiadał się, że roszczenia poznaniaków są nieuzasadnione, trzeba grać, wtedy kiedy termin jest wyznaczony. I tu nie zgodzę się z panem Markiem, mimo całego szacunku.

Superpuchar, owszem ważny, ale jednak „dodatek do kapelusza”. Puchary to sól klubowej piłki. Wszystkie polskie kluby, łącznie z Lechem i Rakowem, powinny mieć komfort przygotowania się do starć z europejskimi rywalami. Superpuchar mógł poczekać, Karabach Agdam, żądny rewanżu, nie zaczeka!

Okazuje się że trener John van den Brom nie dysponuje dwoma równymi jedenastkami, tym bardziej oszczędzał swoich najlepszych graczy, kosztem widowiska z „Medalikami”.

Czytaj także:

Sławomir Peszko się wygadał. Do 15 lipca Lewy będzie zawodnikiem Barcelony! – mówi menedżer piłkarski Daniel Kaniewski

Szkoda, że PZPN nie przewidział tej sytuacji, bo widzowie meczu Lech-Raków, dostali półprodukt, a przecież tak bardzo dba się o to żeby kibic był raczony najlepszym widowiskiem, tu nie był.

Od pewnego czasu Lech i Raków, delikatnie mówiąc, nie kochają się, co widać na każdym kroku, ale murawa jest najlepszym polem do udowodnienia kto jest lepszy. Tym bardziej termin powinien odpowiadać obu stronom.

Może za rok już nie będzie typowo „polskich” wojenek i Superpuchar będzie super, tym bardziej w 40. rocznicę pierwszego meczu o to trofeum.

Historyczny mecz rozegrano w 83 r w Gdańsku, Lechia pokonała Lecha 1-0, a gola strzelił pod koniec meczu Jerzy Kruszczyński.

Później mecze miały szczytny cel i nazywały się Superpuchar Gloria victis ( z łac. chwała zwyciężonym)

Zobacz także:

Porozmawiajmy o sporcie – 03.07.2022 r.

Spotkania nie były rozgrywane cyklicznie, czasami zdarzały się kilkuletnie przerwy. Z takich najbardziej pamiętnych meczów, w ’94 roku w Płocku Legia pokonała ŁKS 6:4. 2000 rok to zwycięstwo Polonii Warszawa nad Amiką 4-2, by po roku Czarne Koszule uległy Wiśle Kraków 3:4, w Starachowicach. Osiem lat później w Lubinie Biała Gwiazda przegrywa w rzutach karnych z Lechem 3:4.

Kolejorz powetował sobie porażkę wielkim zwycięstwem nad Legią 3-1 na swoim stadionie. A rok później rozgromił wojskowych i to w Warszawie 4-1.

Co ciekawe Legia w latach 2012 – 2021 przegrała wszystkie finały w których uczestniczyła ( w sumie 8!). Raków pokonał warszawian rok temu po rzutach karnych, by w tym roku obronić trofeum, we wspomnianych okolicznościach.

Może warto wrócić do charytatywnego celu rywalizacji, na jakiś fundusz, czy też najbardziej potrzebujących, wtedy takie spotkanie będzie miało większy prestiż.

Na koniec kartka z historii, o której już pisaliśmy. Dokładnie 10 lipca 82 r. 40 lat temu zostaliśmy 3-cią drużyną świata. Dziś rzecz niewyobrażalna w naszej piłce. Tym bardziej pamiętajmy.

Grzegorz Milko

Czytaj także:

Mija 40 lat od Mundialu w Hiszpanii. Polska została trzecią reprezentacją świata

Mija 40 lat od Mundialu w Hiszpanii. Polska została trzecią reprezentacją świata

Oficjalna piłka meczowa MŚ 1982 fot.: Warren Rohner, www.flickr.com, CC BY-SA 2.0

Mundial 82 – 8 lipca graliśmy w półfinale, dwa dni później Polacy zdobyli trzecie miejsce. Te wielkie dni polskiego sportu, na łamach Przeglądu Sportowego, wspomina Antoni Piechniczek. 

Cztery dekady temu reprezentacja Polski biła się o medale Mistrzostw Świata w Hiszpanii. Te wielkie dni polskiego sportu, na łamach „PS”, wspomina Antoni Piechniczek.

Stan wojenny

W dniu wprowadzenia stanu wojennego nasza kadra przebywała na Węgrzech w ramach wyjazdu zorganizowanego przez PZPN. Wówczas Polacy przebywający na Węgrzech mieli możliwość opuszczenia państw bloku wschodniego. Taką szansę dawała, granicząca z Węgrami, Austria. Żaden z reprezentantów Polski nie zdecydował się na taki ruch, dzięki czemu wspaniała kadra Antoniego Piechniczka w komplecie mogła kontynuować przygotowania do piłkarskiego święta, które rozpoczynało się pół roku później w Hiszpanii.

Stan wojenny nie ułatwiaj życia polskim piłkarzom. Kadra, zamiast grać z reprezentacjami innych krajów, musiała zadowolić się pojedynkami z drużynami klubowymi z Hiszpanii i Włoch. Jak się okazało, przeciwników mieliśmy wręcz idealnych. Prócz oswojenia się z klimatem iberyjskim, nasza reprezentacja solidnie zaznajomiła się z futbolem włoski, a na Mundialu z Azzurri zagraliśmy dwa razy.

Czytaj także:

Sławomir Peszko się wygadał. Do 15 lipca Lewy będzie zawodnikiem Barcelony! – mówi menedżer piłkarski Daniel Kaniewski

 

Niemrawy początek 

Mistrzostwa w Hiszpanii rozpoczęliśmy od dwóch bezbramkowych remisów. O ile ten pierwszy, z Włochami, jakoś się bronił, o tyle taki sam wynik w starciu z Kamerunem spowodował niemałe napięcie. Trener Piechniczek, w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego” tak wspomina te chwile:

Jak dziś o tym myślę, to z perspektywy tych 40 lat wciąż przyjąłbym ten wynik z pocałowaniem ręki, bo przecież pozostawaliśmy w grze. A nas wtedy osądzano? od czci i wiary, że wstyd i tak dalej. A my wyszliśmy i to w pięknym stylu. Wygraliśmy 5:1 z Peru i oni się po tym nie odkręcili przez kolejne 30 lat.

Jednak ostatni mecz pierwszej fazy grupowej zaczął się tak jak poprzednie dwa. Na drugą połowę Antoni Piechniczek wpuścił na boisko, zmarłego w poniedziałek (4 lipca br.), Janusza Kupcewicz, który zaprezentował się na środku pomocy. Z kolei Zbigniew Boniek, od tego meczu, zamiast na pomocy, grał jako napastnik.

Solidarność na Camp Nou 

Pamiętną drugą fazę grupową reprezentacja Polski rozgrywała na słynnym stadionie FC Barcelony. Trafiliśmy na Belgię i Związek Radziecki. Do półfinału awansowała tylko najlepsza z trzech drużyn. W starciu z Belgami na piedestał wstąpił Zbigniew Boniek. Na jego hat trick Belgowie odpowiedzi nie znaleźli.

W odległej Katalonii, podczas stanu wojennego, przyszło nam stoczyć bój z reprezentacją ZSRR. Na stadionie kibice dopingowali Polaków, trzymając transparenty Solidarności. Polska telewizja starała się zamazywać te obrazki, ale piłkarze grający z orzełkiem na piersi widzieli je doskonale i zatrzymali Rosjan. Jednym z bohaterów tego wydarzenia jest Włodzimierz Smolarek, który przytrzymywał piłkę przy narożniku boiska, powstrzymując tym samym zapędy Rosjan. Trzeci rezultat 0:0 był najszczęśliwszym z polskich remisów, gdyż zapewnił nam drugi w historii awans do strefy medalowej.

Czytaj także:

Carlos Sainz wygrał swój pierwszy wyścig w F1. Czy możemy spodziewać się po nim czegoś więcej?

 

Prześcieradło czy balkon?

Pobyt naszej reprezentacji w Hiszpanii był źle zorganizowany. Boisko znajdujące się w pobliżu głównej bazy naszych piłkarzy nie było odpowiednio przygotowane. Jeden z hoteli odwiedzanych przez Polaków nie był wyposażony w klimę. Pomocnik, Włodzimierz Ciołek, przyznał, że niektórzy w nocy owijali się mokrymi prześcieradłami. Z kolei sam selekcjoner, nie mogąc zasnąć, o czwartej nad ranem poszedł położyć się na balkonie. Na sąsiednim zobaczył swoich podopiecznych.

Brąz też cenny

W półfinale ponownie zmierzyliśmy się z Azzurri. Do meczu nie mógł przystąpić Zbigniew Boniek, który pauzował za kartki. Przed Piechniczkiem stanęło kolejne wyzwanie.

Podchodziłem do sprawy analitycznie. Pomyślałem, że jak zamiast Bońka wystawię do ataku Grześka Latę, króla strzelców Mistrzostw Świata, to coś zrobimy.

Tym razem „Entliczek pentliczek, co zrobi Piechniczek?” nie zdało egzaminu. Przynajmniej nie na tyle, by powstrzymać przyszłych mistrzów globu.

Ten mecz był dla mnie najtrudniejszym. Na zawsze pozostaną pewne niedomówienia. Zdawałem sobie sprawę, że już nigdy nie dostanę szansy, żeby zagrać o finał mistrzostw świata – przyznaje trener.

Pozostał nam „mały finał”. Mecz o brąz z Francją, która była zniesmaczona wynikiem swojego półfinału, w którym przegrała z RFN-em. Motywacja w naszych szeregach także nie była sprawą oczywistą.

Marian Renke, przewodniczący Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Sportu, wziął mnie na spacer. Powiedział wtedy: „Ja panu radzę, żeby pan maksymalnie zmobilizował chłopaków, by wygrać z Francuzami. Jak wygramy, to zostanie na zawsze i nikt tego Panu nie odbierze. Ale nikt nie będzie pamiętał, kto był ministrem sportu”. Zrozumiałem, że trzecie miejsce to będzie wielki sukces. Ale szkoda tego finału, tego chyba już nigdy nie osiągniemy. – pesymistycznie spuentował Piechniczek.

Polacy wygrali w Alicante 3:2. Ostatnią polską bramkę na Mundialu w Hiszpanii zdobył śp. Janusz Kupcewicz.

Czytaj także:

Nie tak prędko 

Na Okęciu niezliczone tłumy oczekiwały na trzecią najlepszą reprezentację globu. Jednak ich powrót znacznie się opóźnił. Po wylocie z Hiszpanii, załoga samolotu zakomunikowała, że system nie potwierdza zamknięcia podwozia – „Zawracamy!”. Przed lądowaniem pilot nie wypuścił paliwa, więc samolot lądował w asyście straży pożarnej. Nie zapowiadało się na szybki wylot. Zareagowały polskie władze. Marian Renke w trybie pilnym zorganizował inny samolot. Drużyna Antoniego Piechniczka wróciła do macierzy, a wyczekujący w Warszawie kibice zgotowali jej królewskie przywitanie.

Przed 1982 rokiem polska reprezentacja piłkarska po brązowy medal Mistrzostw Świata sięgnęła także na Mundialu w RFN. W 1974 roku drużyna Kazimierza Górskiego zajęła trzecie miejsce po wygraniu z reprezentacją Brazylii. Natomiast od czasu wydarzeń z Hiszpanii, Polacy w najważniejszych rozgrywkach brali udział cztery razy. Tylko w ’86 udało nam się wyjść z grupy. Tegoroczne Mistrzostwa Świata w Katarze będą dziewiątymi z udziałem Biało-Czerwonych.

Kamil Kowalik

Zobacz także:

Porozmawiajmy o sporcie – 03.07.2022 r.

Pogmatwane losy transferu Roberta Lewandowskiego

Fot.: Sven Mandel - CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=112212277

Klub z Katalonii złożył Bayernowi trzy oferty transferowe. Zdaniem Hiszpanów ta ostatnia powinna zadowolić giganta z Monachium. Według dziennikarzy Bilda, Barca nie myśli już o czwartej ofercie.

Bardzo pogmatwane są losy transferu Roberta Lewandowskiego z Bayernu do Barcelony. Kiedy wydaje się, że już jest blisko, pojawiają się czynniki, które oddalają RL9 od spełnienia swojego marzenia.

Klub z Katalonii złożył trzy oficjalne oferty transferowe Bayernowi. Ta trzecia była już taka, że zdaniem Hiszpanów, powinna zadowolić giganta z Monachium. 40 mln euro plus bonusy, z których można uzyskać dodatkowe 5-6 milionów. Bayern twardo stoi przy stanowisku, że rozmowy zaczynamy od 50 milionów euro, płatnych od razu. Ostatnio pojawiła się w niemieckich mediach informacja, że 60 milionów euro ostatecznie sfinalizowałoby umowę. I tu pojawia się problem. Zdaniem dziennikarzy Bilda, Barca nie zamierza przedstawiać już oferty nr 4. To co jest w propozycji nr 3 zupełnie wystarczy.

Niemcy nie chcą nawet o tym słyszeć, ich stanowisko jest jasne. Może dziwić postawa Katalończyków, którzy ostatnio uzyskali płynność finansową, sprzedając prawa telewizyjne za ponad 200 mln euro. Dlaczego zatem nie położą na stole tych mitycznych 50 mln., skoro tak bardzo chcą Lewego mieć u siebie?! Na tym wszystkim cierpi kapitan reprezentacji Polski. Nie wie na czym stoi. Jego menager Pini Zahavi co chwilę dzwoni do Joana Lapory, sternika Barcy, z zapytaniem i ponaglaniem, by wreszcie transfer stał się faktem, a nie był wirtualny.

Robert ostatnio spotkał się z trenerem bordowo-granatowych – Xavim. Panowie spotkali się w restauracji na Ibizie. Temat był pewnie jeden – rola Roberta w jedenastce Barcy. Xavi chce budować skład w nowym sezonie od Lewego. Jest pewny, że RL9 będzie jego najważniejszym graczem. Nie wyobraża sobie, że na tournée po USA 15 lipca poleci bez Roberta. Ba, nawet „Marca” napisała, że dwa dni wcześniej odbędzie się prezentacja nowego piłkarza na Camp Nou.

Bawarczycy mówią jednak wprost, 12 lipca Lewandowski musi stawić się na pierwszym treningu Bayernu.

Mam zamiar pojawić się w Monachium, tylko po to, by pożegnać się z kolegami z drużyny – powiedział ostatnio R. Lewandowski.

Czytaj także:

Historyczna decyzja PLS – siatkarski klub ze Lwowa dołączy do rozgrywek polskiej ligi

Oliver Kahn – prezydent Bayernu – mówi jasno, że Robert ma kontrakt z Monachium jeszcze na rok i musi go wypełnić.  Można zastanowić się, dlaczego Bayern jest taki uparty. Jeśli postawi na swoim, to będzie miał w klubie sfrustrowanego piłkarza na bardzo wysokiej pensji, którego już nikt w Monachium nie chce widzieć, łącznie z zawodnikami Die Roten. Pojawiłby się syndrom Garetha Bale z ostatniego okresu w Realu Madryt, zgorzkniałego gracza, który nawet, gdy siedział na ławce rezerwowych, ostentacyjnie nie oglądał meczu, tylko rozglądał się po trybunach.

Przecież Bayern ostatnio też stracił sporo kasy, odpadając na wczesnym etapie Ligi Mistrzów. Dlaczego nie zainkasować od Barcy 40 mln euro plus bonusów?! Zawsze lepsze to niż nie zarobić nic za rok, kiedy Lewemu skończy się kontrakt. Odpowiedź dał jeden z dziennikarzy związany z Bawarczykami, bo dla Bayernu najważniejszy jest klub, a nie pojedynczy piłkarz, nawet taki, który w ostatnich latach tyle dał Bayernowi. „Ordnung” (porządek), ten słynny niemiecki, aż się ulewa w całej tej sytuacji.

Robert przebywa w swoim domu na Majorce, można śledzić jego wypoczynek na Instagramie, gdzie chętnie wstawia swoje zdjęcia. I czeka. Ale już jest niemiło, już jest niepokój. I co jak się nie dogadają? Strajkować? Ale przecież na horyzoncie są Mistrzostwa Świata  w Katarze, turniej o który marzy nasz kapitan – marzy, że poprowadzi biało-czerwonych do sukcesu. Wtedy nikt już mu nie powie: „jeden z najlepszych polskich piłkarzy w historii, ale bez sukcesu z Polską, tylko z Bayernem”.

Tak szczerze, to szkoda mi Roberta, że w ogóle znalazł się w tej patowej sytuacji, że rozmienił swoją legendę w Bayernie, na drobne. Ostatnio oficjalnie poinformował, że nie zamierza przejść do Paris St Germain, by skupić się na Barcelonie. Czyli zobaczmy, jak bardzo zależy mu na założeniu koszulki Dumy Katalonii. Życzę jemu, by spełnił swoje marzenie, bo na to zasłużył. Tyle że jest tak blisko, ale jednak wciąż daleko…

GM

Maciej Dobek („Miasto moje, a w nim”): Szymon Jadczak w swoim artykule nie wydobył niczego nowego

od lewej: Maciej Dobek, Kamil Kowalik, Andrzej Karaś; fot.: Daniel Chybowski

Gościem Radia Wnet był prowadzący blog poświęcony Legii Warszawa. Maciej Dobek ocenia ostatni sezon w wykonaniu Legii. Podejmuje także temat Czesława Michniewicza i polskiej reprezentacji.

Prowadzący blog „Miasto moje, a w nim”, skomentował ostatnie rezultaty Legii Warszawa. Maciej Dobek wskazywał na problemy istniejące wewnątrz stołecznego klubu.

Ja mam wrażenie, że tam nie ma drużyny, nie ma ludzi, którzy się lubią, a nawet takich którzy się znają. Po prostu przychodzą jak do pracy. Nie widać w ich grze pasji.

Ten projekt przez wiele lat był budowany przez wielu trenerów – z Portugalii, z Bałkanów, z Polski… Zrobiła się z tego drużyna, która nie funkcjonuje jako całość.

Czytaj także:

Adam Małysz prezesem PZN-u. Marek Rudziński: w ostatnich latach Polska w kombinacji norweskiej miała dwóch zawodników

W ostatnich dniach głośnym tematem są powiązania Czesława Michniewicza z Ryszardem F. (skazany za korupcję). Wszystko to za sprawą artykułu śledczego Szymona Jadczaka z „WP”. Dziennikarz napisał o rozmowach telefonicznych, które obecny selekcjonera reprezentacji Polski przeprowadzał z „Fryzjerem” w latach 2003-2005.

Nie mamy tutaj w studiu jakiś dowodów, którymi moglibyśmy się teraz posłużyć i wydać wyrok. 

Z tego co wiem, to panowie mieli ze sobą wtedy relacje zawodowe. Czesław Michniewicz był trenerem Lecha Poznań, a tzw. „Fryzjer” był działaczem Amiki Wronki. Jak wiadomo, oba zespoły bardzo ze sobą współpracowały.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy!

K.K.

Porozmawiajmy o sporcie – 26.06.2022 r.

Polski obrońca nie zagra w kadrze do odwołania! Czesław Michniewicz podjął decyzję

Oficjalna piłka Premier League / Fot. pikist.com

Selekcjoner kadry Czesław Michniewicz poinformował Macieja Rybusa, że nie zostanie powołany na wrześniowe mecze Ligi Narodów. Nie będzie też brany przy ustalaniu składu na Mundial w Katarze.

Problemy lewego obrońcy zaczęły się w momencie, kiedy postanowił kontynuować swoją karierę w Moskwie. Wraz z końcem czerwca wygasa jego umowa z Lokomotiwem Moskwa. Od 1 lipca Rybus stanie się piłkarzem stołecznego Spartaka.

Media, w związku z rosyjską napaścią na Ukrainę, od jakiegoś czasu domagały się wykluczenia piłkarza z kadry. Czesław Michniewicz długo nie chciał się w tej sprawie wypowiadać. W końcu postanowił jednak, że piłkarz na razie w kadrze grać nie będzie. Na jak długo? Z pewnością nie zostanie powołany na wrześniowe mecze Ligi Narodów i Mistrzostwa Świata w Katarze.

Na decyzję Macieja Rybusa o kontynuowaniu kariery w Moskwie mogły wpłynąć sprawy osobiste. Żona piłkarza z narodowości jest Rosjanką.

K.B.

Lech Poznań traci trenera. Maciej Skorża żegna się z drużyną mistrza Polski

Kibice Lecha Poznań/Źródło: Wikimedia

Maciej Skorża poinformował zarząd klubu, że nie będzie w stanie kontynuować pracy. Powodem są sprawy osobiste trenera.

Maciej Skorża przejął ponownie poznańską drużynę w kwietniu 2021 roku w trakcie niezbyt udanego dla Lecha sezonu. Na stanowisku zastąpił Dariusza Żurawia. W minionym sezonie udało mu się zdobyć mistrzostwo Polski i zakwalifikować się do finału krajowego pucharu, gdzie jego drużyna ostatecznie przegrała z Rakowem Częstochowa.

Zarząd Kolejorza chciał kontynuować współpracę z trenerem, zważywszy na dobre rezultaty osiągane przez drużynę pod jego wodzą. Na przeszkodzie stanęły sprawy osobiste trenera.

Niestety, muszę w tym momencie zrezygnować z projektu Lech i z piłki nożnej w ogóle. Chciałbym bardzo mocno podziękować prezesom Piotrowi i Karolowi, dyrektorowi Tomkowi Rząsie i innym moim współpracownikom, a także piłkarzom, którzy wykonali na boisku fantastyczną pracę, za to jak mnie wspierali w ostatnim czasie, było to dla mnie ogromnie wzruszające.

Skomentował na łamach klubowych mediów Maciej Skorża. Podziękowania trenerowi przekazał prezes klubu Karol Klimczak:

Chcemy gorąco podziękować trenerowi Maciejowi Skorży za to co zrobił dla klubu. Za jego ciężką pracę, pasję, zaangażowanie. Drugi tytuł mistrzowski zdobyty pod jego wodzą na 100-lecie Lecha i te wielkie emocje z nim związane na zawsze pozostaną z nami.

Poznańskiego Lecha czekają więc trudne tygodnie. Na miesiąc przed startem eliminacji do Ligi Mistrzów traci swojego szkoleniowca. Dodatkowo z klubem pożegnał się utalentowany skrzydłowy Jakub Kamiński.

K.B.

Źródło: lechpoznan.pl