Paweł Lisicki: Kościół katolicki od lat 60. przechodzi załamanie. Widać je po stosunku do innych religii i wyznań

W Poranku WNET Paweł Lisicki i Cezary Gmyz rozmawiali o książce „Luter. Ciemna strona rewolucji” oraz o sytuacji w Niemczech, gdzie społeczeństwo jest dziś podzielone jak nigdy dotychczas.

Gośćmi Poranka WNET byli dzisiaj Paweł Lisicki, redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”, i Cezary Gmyz, korespondent Telewizji Polskiej w Niemczech.

Pierwszym tematem była niedawno wydana książka Pawła Lisickiego pt. „Luter. Ciemna strona rewolucji”. Książka ta jest krytyką stosunku papieża Franciszka i jego współpracowników do protestantyzmu i osoby Marcina Lutra oraz prezentacją tego, jak zmieniał się stosunek przedstawicieli Kościoła katolickiego do protestantyzmu.

Autor książki twierdzi, że Marcin Luter przez papieża Franciszka i bliskich mu hierarchów traktowany jest jako osoba o autorytecie porównywalnym ze świętymi katolickimi i jedna z największych postaci w historii Kościoła katolickiego. Tworzony jest obraz jedności między katolikami i protestantami. Jedność ta jest jednak iluzoryczna, gdyż na jej ołtarzu składana jest prawda co do dogmatów i prawda historyczna.

Paweł Lisicki pyta, co łączy papieża i prymaskę luterańską w Szwecji Antje Jackelén. Jest ona typową lewaczką, zwolenniczką kapłaństwa kobiet, związków homoseksualnych itp. Tak naprawdę jej związek z papieżem jest tylko taki, że byli razem na zdjęciu.

Omawiana książka jest trzecią z serii książek dotyczących stosunku Kościoła katolickiego do innych religii. Poprzednie dotyczyły islamu („Dżihad i samozagłada Zachodu”) i „religii holocaustu” („Krew na naszych rękach”). Pokazują one załamanie, które zdaniem Pawła Lisickiego Kościół katolicki przechodzi od lat 60. XX wieku. Najwyraźniej widać je właśnie w stosunku do innych religii i wyznań. Redaktora „Do Rzeczy” niepokoi „czyszczenie pamięci”, z którym mamy do czynienia. Nie oznacza to, że jest przeciwnikiem dociekania prawdy. Utraciliśmy po prostu podstawową umiejętność rozpoznawania tego, co prawdziwe, słuszne i dobre.

Cezary Gmyz, który powiedział o sobie, że jest konserwatywnym protestantem, jest krytykiem szaleństw, jakie mają miejsce wśród protestantów skandynawskich. Jego zdaniem Marcin Luter, gdyby to widział, jako człowiek impulsywny wściekłby się.

Autor omawianej książki zwrócił uwagę, że katolicy zawsze odróżniali urząd papieski od osoby papieża. Natomiast Marcin Luter krytykował samą instytucję papiestwa jako zdegenerowaną. Był to jeden z wyznaczników protestantyzmu – nie, że jakiś papież się myli, ale że urząd papieża jest dziełem antychrysta. Reformacja miała bardzo złe skutki. Bezpośrednim była na przykład wojna chłopska w 1525 roku, w której zginęło 100 tysięcy ludzi. Bardzo ważne były też skutki pośrednie. Takim była nowa koncepcja państwa, którego władca świecki ma również władzę duchową.

Druga część rozmowy dotyczyła sytuacji w Niemczech, którą Cezary Gmyz obserwuje z bliska, gdyż mieszka w Berlinie jako korespondent Telewizji Polskiej. Zauważa w Niemcach bardzo dużą zmianę, która nastąpiła od jego poprzedniego pobytu w tym kraju. Społeczeństwo jest obecnie bardzo podzielone. Podział ten ma swój początek w 2015 roku, kiedy rozpoczął się kryzys imigracyjny po zaproszeniu uchodźców do Niemiec przez Angelę Merkel.

Drugim bardzo poważnym problemem w Niemczech jest dominacja państwowych mediów, „dziennikarstwo dworskie”, poprawność polityczna i wysokie kary za tzw. mowę nienawiści. Wolność mediów jest tam dużo mniejsza niż w krytykowanej przez niemieckich polityków Polsce. Dziennikarze mają dużo mniejszy dostęp do polityków, zwłaszcza do kanclerz. Nie ma praktycznie możliwości zadania jej trudniejszego pytania. Niemcy nie dowiadują się o wielu wydarzeniach, np. o bardzo dużej liczbie incydentów na tle rasistowskim, których według oficjalnych statystyk jest ponad sto na dzień. Efektem tego jest orwellowskie dwójmyślenie – ludzie boją się głośno mówić, co myślą.

Rozmowa w dziewiątej i dziesiątej części Poranka WNET. Zapraszamy do słuchania.

JS

Pielgrzymka do Kolumbii: Papież Franciszek apeluje o odwagę pojednania i wyjście z „bagna przemocy i urazy”

Papież Franciszek odprawił mszę w mieście Villavicencio, gdzie ogłosił błogosławionymi biskupa i księdza, zamordowanych podczas wojny domowej. Apelował o odwagę pojednania i wyjście z „bagna przemocy”

[related id=37336]Papież beatyfikował społecznie zaangażowanego biskupa miasta Arauca Jesusa Emilio Jaramillo Monsalve (1916-1989), który został porwany, torturowany i zabity przez marksistowską Armię Wyzwolenia Narodowego (ELN), a także księdza Pedro Marię Ramireza Ramosa (1899-1948). Został on zamordowany na początku wojny domowej, w czasie zamieszek, do jakich doszło po tym, gdy zabito kandydata na prezydenta Jorge Eliecera Gaitana.

Miasto Villavicencio, gdzie odbyła się beatyfikacja męczenników, szczególnie ucierpiało w czasie trwającego dekady wewnętrznego konfliktu w Kolumbii.

Wśród kilkudziesięciu tysięcy uczestników mszy było wiele ofiar przemocy.

W homilii papież powiedział, że dwóch nowych kolumbijskich błogosławionych symbolizuje pragnienie narodu, by „wyjść z bagna przemocy i urazy”.

Zwracając się do wiernych podkreślił: „Jakże wielu z was może opowiedzieć o wygnaniu i rozpaczy, ile kobiet w milczeniu trwało w samotności i ilu dobrych mężczyzn próbowało odłożyć na bok złość i gniew, chcąc połączyć sprawiedliwość i dobroć”.

Franciszek wskazywał, że pojednanie nie jest „słowem abstrakcyjnym”.

Jak tłumaczył, pojednać się oznacza „otworzyć drzwi wszystkim i każdej osobie, która przeżyła dramat konfliktu”.

„Gdy ofiary przezwyciężają zrozumiałą pokusę zemsty, stają się najbardziej wiarygodnymi uczestnikami procesów budowania pokoju” – oświadczył papież.

Odnosząc się do hasła swej pielgrzymki: „Zróbmy pierwszy krok”, nawiązującego do procesu pojednania narodowego, Franciszek mówił: „Trzeba, aby niektórzy mieli odwagę zrobić pierwszy krok w tym kierunku, nie czekając, aż uczynią to inni”.

[related id=37204]„Wystarczy jedna dobra osoba, aby była nadzieja! A każdy z nas może być tą osobą” – przekonywał papież.

Przestrzegł także: „Odwoływanie się do pojednania nie może służyć przyzwyczajaniu się do niesprawiedliwości”.

Franciszek przytoczył słowa świętego Jana Pawła II o tym, że pojednanie jest „spotkaniem między braćmi gotowymi do przezwyciężania pokusy egoizmu i do wyrzeczenia się zamysłów zmierzających do pseudosprawiedliwości”.

Papież wzywał, by pojednać się także z naturą, która – jak dodał – jest obiektem „naszych zaborczych namiętności, naszej żądzy panowania”.

Przed mszą na terenie bazy lotniczej z powodu braku barier samochód z Franciszkiem został zablokowany przez nacierający tłum. Policjanci na motorach z trudem zdołali utworzyć wolną trasę przejazdu małego papieskiego auta.

W nocy czasu polskiego w Villavicencio papież weźmie udział w wielkim spotkaniu modlitewnym w intencji pojednania narodowego. Uczestniczyć w nim będą ci, którzy ucierpieli w wojnie domowej, a także byli partyzanci, byli wojskowi policjanci.

PAP/MoRo

„Kurier Wnet” 37/2017. Rocznica Światowych Dni Młodzieży w Krakowie: Wydarzały się cuda i dzieją się do dziś

3000 chłopaków do kapłaństwa, 4000 dziewczyn do zakonów. I 2000 rodzin – gotowych, aby jechać na misje. Do dowolnego miejsca na świecie. Bóg stawia poprzeczkę wysoko i z Nim można ją przeskoczyć.

Wojciech Sobolewski
Marek Karolak

Cuda Światowych Dni Młodzieży w Krakowie

O schodzeniu z sykomory, oświadczynach w cieniu hangaru, wielkiej ulewie, misjach ad gentes i chrześcijanach dla lwów opowiada Marek Karolak, świecki katechista Drogi Neokatechumenalnej, który przygotowywał Światowe Dni Młodzieży w Krakowie w 2016 r. Wysłuchał Wojciech Sobolewski.

Byłeś koordynatorem przygotowań do Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. W lipcu 2016 mówiłeś o tym na łamach Kuriera WNET. Minął rok. ŚDM to już – dla wielu – prehistoria…

Może, ale nie dla mnie. Obrazy ŚDM są ciągle żywe. Zacznę od takiej rzeczy zabawnej: rok temu mówiłem, że ŚDM to będzie taka rozmowa Jezusa z Zacheuszem, który wdrapał się na sykomorę w Jerychu. 31 lipca podczas mszy kończącej ŚDM (w podkrakowskich Brzegach) papież Franciszek już w pierwszym zdaniu powiedział: „Drodzy młodzi, przybyliście do Krakowa by spotkać Jezusa. A Ewangelia mówi nam dziś właśnie o takim spotkaniu między Jezusem a pewnym człowiekiem, Zacheuszem, w Jerychu”. Więc najpierw my tu sobie rozmawiamy, a potem w Krakowie Franciszek używa tego samego wątku z życia Jezusa, żeby pokazać, że Bóg przechodzi i odnajduje nas.

W Sydney też były sykomory…

Tak, ale na miejscu spotkania powołaniowego z Kiko.

Nie wszyscy to wiedzą: nazajutrz po mszy z papieżem kończącej ŚDM neokatechumenat organizuje swoje spotkanie powołaniowe…

Tak, i kiedy większość organizatorów odpoczywa po skończonej pracy – my mamy pełne ręce roboty. Co mnie zabolało: o takim spotkaniu w Krakowie wspomniały raptem tygodniki katolickie. W pozostałych mediach – cisza.

A było o czym wspominać?

1 sierpnia do Brzegów przybyły tysiące młodych z całego świata; dzień wcześniej byli w tym samym miejscu na mszy z papieżem Franciszkiem. Wielu z nich było gotowych oddawać życie dla ewangelizacji na całym świecie.

Skąd to wiadomo?

Spotkania mają swój określony przebieg; na koniec każdego z nich Kiko Argüello (inicjator Drogi Neokatechumenalnej) zaprasza wszystkich, którzy słyszą w sobie ten głos powołania: chłopaków do kapłaństwa, dziewczyny do zakonów. Wszyscy siedzą na ziemi – a ci wstają i idą na podium.

Kiko Argüello,inicjator Drogi Neokatechumenalnej | Fot. W. Sobolewski

A jak ktoś ma rodzinę?

Ostatnio robi się też wołanie rodzin – dla każdego w ewangelizacji jest miejsce.

I ktoś wstał?

Prawie 3 tysiące chłopaków, 4 tysiące dziewczyn do zakonów. I 2 tysiące rodzin – gotowych, aby jechać na misje. Tam, gdzie jest taka potrzeba, czyli do dowolnego miejsca na świecie.

To są owoce ŚDM: młodzi gotowi oddawać swoje życie. To jest sedno ŚDM: Bóg szuka człowieka, żeby pokazać mu, gdzie jest jego powołanie. Czyli: jak – konkretnie – Jego wola ma się w moim życiu wypełnić. Biskupi i kardynałowie obecni na tych spotkaniach zawsze są zadziwieni tą rzeką powołań sunącą na podium. Oczywiście – wszystkie te powołania są potem weryfikowane.

Jadąc na ŚDM w Madrycie, spotkaliśmy w Strasburgu siostrę sakramentkę, bardzo zadowoloną z życia. Ta jej radość robiła ogromne wrażenie na wszystkich pielgrzymach, także na dziewczynach szukających swojego powołania: oto kobieta żyjąca w zamk­nięciu – a taka radosna! Jej droga do zakonu zaczęła się w 1991 r. w Polsce; nazajutrz po mszy z Janem Pawłem II w Częstochowie odbyło się w Warszawie spotkanie powołaniowe. I ona wtedy wstała.

W Kościele widać często lęk przed utratą młodego człowieka, kiedy się go za bardzo obciąży. To jest pułapka demona: brakuje powołań, zamyka się kościoły i klasztory, starsze pokolenie wymiera, ale „nie wymagajmy od młodych niczego więcej, ważne, że oni jeszcze są i to powinno wystarczyć”.

Młodzi potrzebują radykalnej drogi, a Droga jest radykalna, tu słyszą: nie warto tracić życia na kanapie z pilotem albo konsolą w ręku, Bóg stawia ci poprzeczkę wysoko i z Nim możesz ją przeskoczyć. Najpierw niewiele, pół centymetra, centymetr, ale potem pół metra, metr – co przecież nie jest możliwe o własnych siłach, bo ten młody w ogóle nie umie skakać. Albo zostawiamy go na tej kanapie, bo przecież „przychodzi w niedzielę do kościoła”.

A ci, którzy wstają na ewangelizację? Nikt im nie obiecuje łatwego życia, nie mówi: „Będzie fajnie”. Wręcz przeciwnie: będą trudności, może prześladowania… Może taka rodzina będzie posłana w miejsce, gdzie łatwo o narkotyki albo gdzie rządzi wojujący islam. Może to się skończyć śmiercią. Jezus nie obiecuje łatwego życia: matka przeciw córce, ojciec przeciw synowi, będą was wtrącać do więzień i zabijać z mojego powodu. Albo pączki, kawa, 800 kanałów i tatuaże (bo to jest teraz modne), albo „Chodź za Mną, oddaj Mi swoje życie”. Apostołowie najpierw pouciekali, ale potem, gdy dostali Ducha Świętego – oddawali życie.

Byli na tym spotkaniu powołaniowym młodzi z Bliskiego Wschodu?

Tak – z tych wszystkich miejsc, skąd teraz ciągną do Europy emigranci. I co nas zaskoczyło: nikt nie skorzystał z okazji, by zostać w Europie; wszyscy wrócili do swoich krajów. Przy okazji – nasi bracia chrześcijanie z Iraku, Syrii, Egiptu, Libanu, Indii, Filipin, z Ameryki Południowej, z Afryki mogli przyjechać tylko dzięki ks. kardynałowi Kazimierzowi Nyczowi, od którego dostaliśmy gigantyczne wsparcie; na naszą prośbę wystawiał dokumenty dla pielgrzymów z dowolnego zakątka świata, a my słaliśmy to do konsulatów.

Zwykły tryb ŚDM nie wystarczał?

Nie, bo nie uwzględniał faktu, że to spotkanie odbyło się dzień po zakończeniu ŚDM. Taki drobny błąd jakiegoś urzędnika. I stąd kłopoty tysięcy pielgrzymów. Czasem było zabawnie: 40 młodych chłopaków z Wybrzeża Koś­ci Słoniowej (wszyscy z seminarium w Abidżanie) dostało polskie wizy, ale na lotnisku w Paryżu 17 z nich uznano za potencjalnych terrorystów. Dostajemy rozpaczliwego SMS-a z lotniska: „CO ROBIĆ?”. Dzwonimy do ks. kard. Kazimierza Nycza, dzwonimy do p. Beaty Kempy. Po 10 minutach mamy wiadomość od p. Kempy: ks. kardynał już wszystko załatwił, chłopaki z Abidżanu przylecą do Krakowa. Dzięki pomocy Kurii warszawskiej mogli poczuć troskę Kościoła o nich.

A tu na miejscu, w Polsce: zwyciężyła tradycyjna gościnność czy wygoda?

Było różnie: część mediów podkręcała atmosferę strachu, taki negatywny PR: ktoś przyjedzie, wysadzi się w powietrze, po co nam ta awantura. I niestety wielu temu ulegało; rozmawiałem z człowiekiem mieszkającym w pobliżu miejsca spotkania pod Krakowem, który nie pozwolił swoim dzieciom wziąć udziału w ŚDM. Wysłał je na kolonie, ale sam został na miejscu; gdy zobaczył piękno tego spotkania – rozpłakał się; nawet w ostatniej chwili zdecydował się ugościć pielgrzymów. Podobna historia była w 1997 r. w Paryżu: cały Paryż wyjechał…

Po co?

Żeby uniknąć tego całego zamieszania. Wszyscy się bali, że wielki Paryż będzie sparaliżowany, poza tym dla laickiej Francji przybycie głowy Kościoła nie jest istotnym wydarzeniem. Ale potem, gdy zobaczyli, że to jest niesamowite wydarzenie – to ten Paryż wrócił do domu i w niedzielę rano na mszy z Janem Pawłem były tłumy Francuzów. Tłumy, których nikt się nie spodziewał.

Jakie były owoce tego „krakowskiego zamieszania”?

Dla każdego inne, to są często bardzo osobiste historie, nie ujęte w statystykach. Pewna dziewczyna z Zambii przyjechała do Polski jako rasistka: nienawidziła białych, którzy najechali i zniszczyli jej kraj. Nawet białych księży. Tu w Polsce spotkała ludzi, którzy dali jej wszystko: karmili ją, wozili, tracili dla niej swój czas, oddali jej swój pokój, łóżko… Biali ludzie! Ostatniego dnia, przed odlotem popłakała się w Kościele, dawała publicznie świadectwo o tym, jak Bóg tu, w Polsce, leczył jej serce. I prosiła swoich gospodarzy (i w ogóle – białych) o przebaczenie.

Są inne owoce. Co chwila słyszymy o kolejnym ślubie młodych, którzy poznali się na ŚDM lub tam zdecydowali na sakramentalne małżeństwo (dla wielu młodych ten krok jest coraz trudniejszy). Pan Bóg w czasie ŚDM dotykał głęboko ich serc.

Ilu było wolontariuszy z Drogi Neokatechumenalnej?

Trzy tysiące. Wcześniej wszyscy przeszli szkolenia prowadzone przez służby (był nawet wykład o cyberprzestępczości). Poświęcali swój czas, pieniądze, umiejętności, ale – opłacało się.

Jakiś przykład?

Pewna wolontariuszka z Gdańska, która pomagała nam pod Krakowem non-stop, 24 godziny na dobę, w końcu – zasłabła. Ściąganie karetki z Krakowa było bardzo trudne, na szczęście znalazł się na miejscu chłopak z samochodem, który wracał do miasta i zawiózł ją do szpitala. Potem wpadł ją odwiedzić. Potem wpadł drugi raz… Latem biorą ślub.

Albo taka historia: dwoje wolontariuszy – on z Poznania, ona z Warszawy – usiadło w cieniu hangaru na papierosa i chwilę odpoczynku. On myśli: „No, jakby mi się oświadczyła, to bym się z nią ożenił.” I oddaje jej papierosa. Ona się zaciąga i mówi: „Słuchaj, może byś się ze mną ożenił?”. W grudniu był ich ślub. Takich historii Pan Bóg robił wiele, znamy tylko niektóre.

Zorganizowaliśmy własny kampus dla pielgrzymów pod Krakowem, na Pobiedniku (lotnisko aeroklubu). W nocy przeszła tam potężna burza, lał deszcz, wiele namiotów po prostu zmiotło z powierzchni ziemi, została tylko wypalona trawa. Kolejnej nocy szła druga fala. Na miejscu było oczywiście mnóstwo naszych wolontariuszy chętnych do walki z żywiołem. Byli gotowi do wyzwań: mieli latarki, saperki, koce – wszystko przygotowane do akcji. Część z nich skierowaliśmy do namiotu-kaplicy, żeby adorowali Najświętszy Sakrament. Byli trochę zbuntowani, ale w pokorze i posłuszeństwie poszli się modlić. I burza przeszła bokiem. Była też grupa ze Słowacji: przyszli na piechotę kilkanaście kilometrów, dwa razy zmokli. Gdy znaleźli się na polu bitwy, jakim był Pobiednik, nie miał się nimi kto zająć. Stanęli sobie z boku i zaczęli modlić się na różańcu, a ich przewodnik mówi: spokojnie, jesteśmy tu na pielgrzymce: jak siedem razy nie zmokniesz – nie było pielgrzymki.

Inne napięcia?

Na miejscu spotkania zbudowaliśmy podium, położyliśmy wykładzinę, ale nocą powiał wiatr i ją wywiał, musieliśmy kłaść nową. W nocy z 31 lipca na 1 sierpnia lało jak z cebra; wolontariusze ubabrani w błocie po szyję rozkładali w bezsilności ręce; przyjechał dyrektor organizacyjny Brzegów: „Kochani, to nie ma szans! To spotkanie nie może się udać!”. Poza tym deszcz wypłukał wielki dół na drodze (jedynej), którą na spotkanie powołaniowe mieli docierać biskupi i kardynałowie. W niedzielę wieczorem powstał tam po prostu basen. Żeby go zasypać, potrzebny jest spychacz, wywrotka, żwir…

A spotkanie nazajutrz…

Tak. Prognozy dla Krakowa i okolic były jednomyślne i beznadziejne: meteo z krakowskiego lotniska w Balicach: deszcz… Deszcz… Deszcz… Od rana do wieczora. To samo mówiła prognoza z Warszawy i wszystkie inne. Ale nazajutrz o 7.00 rano deszcz ustał. Widzieliśmy, że to nie my organizujemy tę imprezę. Za tym stoi sam Bóg, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Przed spotkaniem (które zaczynało się po południu) wsypaliśmy w ten basen żwir. Jedenaście ciężarówek. Pan Bóg o wszystko się zatroszczył, o spychacz też. Na końcu – udało się! Jedni mówili: – To Matka Boża! W końcu to Jej impreza! (Droga powstała z inspiracji Maryi). Inni wołali: – To Carmen tak się o nas zatroszczyła! (Carmen Hernández, współinicjatorka Drogi Neokatechumenalnej, zmarła kilka dni przed rozpoczęciem ŚDM w Krakowie).

Problemem było także to, że nie wiedzieliśmy, ilu młodych z Drogi przyjedzie do Krakowa. Na spotkaniach organizatorów ŚDM często nas o to pytano, a my mówiliśmy, że nie wiemy: 50 tysięcy, może 100 tysięcy… Wszyscy łapali się za głowę – to jest 500-1000 pełnych autokarów. Liczby przerażały. Na końcu okazało się, że przyjechało 200 tysięcy młodych. Do końca to nie było pewne, bo mówiło się, że „w Polsce jest niebezpiecznie”. Zrezygnowała np. cała grupa ze Szwajcarii. A co by się działo, gdyby Franciszek zapowiedział: – Następne ŚDM odbędą się… w Iraku. Zdziwilibyśmy się wszyscy: wojujący islam, pozabijają wszystkich! Ale to właśnie Bóg nam proponuje: idziesz za Mną?

Ale wielu innych przyjechało…

Potwierdziła się reguła, że na ŚDM-ach stanowimy 10-procentowy udział: w Rio, w Sydney, w Madrycie. Chociaż, jeśli ktoś w noc czuwania przemierzał teren spotkania, to mógł pomyśleć, że znacznie więcej: ci wszyscy tańczący w wielkich kręgach w rytm hiszpańskich rytmów granych na gitarach, w kolorowych, odjechanych koszulkach i z transparentami – to właśnie młodzież z Dogi Neokatechumenalnej.

Jak już jesteśmy przy liczbach: na ŚDM było 300 tysięcy młodych Polaków. Wobec tych kilku milionów, powiedzmy sześciu, które były zaproszone – to niewiele, co dwudziesty.

Kiedyś działał prosty fakt, że Jan Paweł II był z Polski. Ale dzisiaj jest Franciszek i on ma też swój styl, swoją metodę docierania do człowieka i proste przesłanie: wstań z kanapy, zerwij z tym sposobem życia, przestań przeżuwać życie jak gumę, z tabletem w dłoni albo z konsolą. I młodych to pociąga: widzą troskę papieża o ich życie. A to życie? Jakie jest? Z telefonem, tabletem, nastawione na konsumpcję.

Wielu ludzi w Kościele też w gruncie rzeczy to wciąga, chcą dotrzeć do młodych, wykorzystując te same techniki. Ale Kościół nie jest tabletowy, nie jest „website’owy”. Oczywiście Bóg może się objawić w taki sposób, że ktoś na Twitterze znajdzie swoją dziewczynę czy chłopaka, ale – Kościół jest pewnym wydarzeniem, Bóg się objawia w historii każdego człowieka, przychodzi osobiście, jak Jezus do Zacheusza.

Młodym podoba się prosty przekaz Franciszka, który wywraca pewne rzeczy, mówi młodym: zróbcie raban! Albo to, że Franciszek chodzi w swoich ulubionych butach, zamiast nosić czerwone pantofle.

A powinien?

Papież zerwał z długą tradycją noszenia czerwonych pantofli, która symbolizuje krew męczenników. I nie wsiada do porządnego, kuloodpornego samochodu, tylko jeździ swoim zwykłym autem. Może jacyś ludzie odpowiedzialni w Watykanie rwą z tego powodu włosy… Ale młodzi też to widzą i im się to podoba. Prosi też młodych o modlitwę, a tym samym pokazuje im, że są pot­rzebni. U nas na Drodze młodych też prosi się o modlitwę w intencji misji Ad gentes – każdy chętny otrzymuje w tej intencji różaniec…

Co to jest misja Ad gentes?

Kilka rodzin – z dziećmi i z księdzem – przeprowadza się w takie miejsce, gdzie nie ma – już albo jeszcze – Kościoła. Te rodziny wcześniej nie znają się, jedna jest np. z Hondurasu, druga z Hiszpanii i trzecia z Polski. Na miejscu posyłają dzieci do szkoły, sami szukają pracy i żyją wśród ludzi dając świadec­two o Jezusie Chrystusie. Oczywiście nie jadą tam sami z siebie, lecz posyła ich papież, Kościół.

I ci młodzi modlą się za misję?

Oni są odpowiedzialni za tę misję, są jej częścią. Modlą się, a tamci na misji wiedzą, że ktoś się za nich modli. Tacy, powiedzmy, Hiszpanie czy ludzie z Kostaryki, którzy nigdy nie widzieli śniegu, jadą na Syberię, gdzie jest -40° C. I żeby się ogrzać trzeba wejść do lodówki, bo tam jest cieplej (+8° C) (śmiech).

Wielkim skarbem wspólnot Drogi jest dobry kontakt z młodymi: oni odnajdują się we wspólnocie, gdzie są ludzie w wieku ich rodziców czy dziadków.

Następne ŚDM…

…Odbędzie się w Panamie i to jest ukłon w stronę wielu biednych z Ameryki Łacińskiej, którzy dostają szansę, by uczestniczyć w ŚDM.

Mieliśmy wyjątkowe szczęście, że byliśmy gospodarzami ŚDM. Może dopiero po latach odkryjemy, jaka to była łaska dla Polski, dla nas wszystkich. I zobaczymy jej owoce. Mam nadzieję, że nie będzie tak, jak z figowcem, do którego przychodzi głodny Jezus i nie znajduje figi; przeklina drzewo, a ono usycha. I młodzi odchodzą z Kościoła.

I pokazują „figę”…

Albo jesteś powołany do tego, żeby być w Kościele i umiesz to wykorzystać: schodzisz z sykomory, rozdajesz majątek biednym, oddajesz to, co nakradłeś – albo mówisz: dzisiaj, Panie Boże, nie mogę, mam ważne spotkanie, może innym razem… I tak było z goszczeniem pielgrzymów na ŚDM – wielu mówiło: po co mi to zamieszanie, może wypiją mi soczek, zadepczą trawnik, zniszczą wykładzinę. Tak myśli wielu „wierzących i praktykujących”, a nawet kilku przyjaciół Księdza Proboszcza. Chcemy mieć życie poukładane i bez wstrząsów.

ŚDM pokazał, że Franciszek jest dla wielu młodych autorytetem, chociaż naturą młodych jest bycie w kont­rze do wszelkich autorytetów: mówisz „idź w lewo” – młody człowiek pójdzie w prawo, mówisz „nie pij” – będzie pił. Mówisz „pal” – nie będzie palił. Ale potem taki człowiek dojrzewa i wydaje owoce.

Skąd młodzi wezmą pieniądze na ŚDM w Panamie? Sam przelot z Polski to ogromny wydatek.

Sposobów jest wiele: pracują dorywczo, opiekują się dziećmi, pieką cias­ta, urządzają kiermasze, dają koncerty po kościołach – imają się przeróżnych zajęć. A jak nadal nie starcza pieniędzy, to pokornie proszą o wsparcie wspólnotę, rodziców, chrzestnych albo przyjaciół.

…których poznaje się w przysłowiowej biedzie. Oprócz kosztów pielgrzymki musieliście też pokryć koszty organizacji spotkania powołaniowego.

Zbiórka na ten cel zaczęła się 1,5 roku przed ŚDM. Zbierano raz w tygodniu, po Eucharystii – każdy dawał symboliczną złotówkę. Jeśli wspólnota ma np. 42 osoby, to co tydzień zbierała 42 złote. Zebrało się ponad 2 mln – przysłowiowy wdowi grosz.

To, co pozostało ze świątyni jerozolimskiej, tzw. Ściana Płaczu, też była zbudowana za wdowi grosz. I tylko to z wielkiej świątyni ocalało. A tych pieniędzy starczyło?

Nie. Ale nie trzeba być bogatym, żeby dawać. Wielu wolontariuszy na dwa tygodnie ŚDM brało urlopy, często bezpłatne; zostawiało nawet małe dzieci, chcieli być dyspozycyjni. Ktoś zaoferował bezpłatnie karetkę (tylko prosił o zwrot pieniędzy za benzynę).

Na naszym kampusie – gigantycznym polu namiotowym na terenie lotniska – potrzebowaliśmy różnych ludzi, nie tylko wykształconych, jak lekarze, także zwykłych robotników i takich wynajęliśmy. Jeden z nich na koniec nie chciał od nas pieniędzy (chociaż się umówił). Kiedy zapytałem go o powód, odparł krótko: – Bo spotkałem Boga. I to mi wystarczy.

Ta krótka rozmowa z człowiekiem, który ani nie kocha Neokatechumenatu, ani nie chodzi do kościoła – wycisnęła mi łzy z oczu. Czym on się zajmował? Podawał na kampusie jedzenie, sprzątał ubikacje, donosił papier toaletowy. Potem ktoś go spotkał na katechezach, które poprzedzają wejście do wspólnoty.

Inna historia: zgłosił się chłopak, który powiedział, że ma zmiany nowotworowe w mózgu i nie wie, czy dożyje do ŚDM. Przyjechał i pracował jako wolontariusz. To ten sam, co palił z dziewczyną pod hangarem – uprzedził ją lojalnie, że jest chory, poszli do lekarza sprawdzić, ile czasu zostało im na życie razem. Okazało się, że po nowotworze nie było śladu.

Pan Bóg często wywraca życie do góry nogami…

I to życie dopiero wtedy nabiera smaku. Nie zapomnę takiej sceny w czasie ŚDM w Sydney: stoimy na dużym placu w centrum miasta, robimy uliczną ewangelizację, z gitarami, głośnymi śpiewami, z tańcem. A tu podchodzą do nas miejscowi i jeden z nich mówi:

– Chrześcijanie?! Wy jesteście mięsem dla lwów! Chrześcijanie dla lwów!

To nie był rok 108 po Chrystusie, ale rok 2008… Za chwilę z biurowca przy placu wychodzi młoda dziewczyna i jedzie na tę samą melodię: – Po co nam tu robicie zamieszanie? I co to za bałagan? – Jeden chłopak z naszej pielgrzymki stanął przed nią i zaczynają rozmowę. On po angielsku raczej dukał, ale próbuje rozmawiać:

– Pan Bóg cię kocha!
– Skąd jesteście?
– Z Polski.
– Przylecieliście z Polski?
– Tak! Zapłaciłem za bilet! Dużo pieniędzy!
– Chcesz powiedzieć, że przyleciałeś z Polski, żeby mi to powiedzieć?
– Tak, przylecieliśmy właśnie po to, żeby ci powiedzieć: Bóg cię kocha!

Dziewczyna rozpłakała się. Potem przytuliła tego chłopaka i została z nami na placu.

Z każdym z nas Bóg robi historię inną, niepowtarzalną: ten złamał nogę, tamten ma nowotwór, inny spadł z konia, a jeszcze inny łowił ryby i nic nie złowił. Przychodzi do niego Jezus i mówi… No właśnie: co mówi dzisiaj do ciebie?

„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Wojciecha Sobolewskiego z Markiem Karolakiem, pt. „Cuda ŚDM” na s. 4 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl

W Rzymie otwarto „Pralnię Papieża Franciszka”. Sześć pralek i sześć suszarek oraz żelazka będą służyły najuboższym

10 kwietnia w Rzymie otwarto pralnię dla ubogich, utworzoną przez Urząd Dobroczynności Apostolskiej. To kolejne dzieło, które powstało za pontyfikatu papieża Franciszka.

Placówką zajmie się Wspólnota św. Idziego. Jest to kolejny owoc zachęty Ojca Świętego, aby Rok Miłosierdzia pozostawił po sobie konkretne owoce, na co wskazuje jałmużnik papieski, abp Konrad Krajewski.

„Wśród wszystkich tych dzieł, które już powstały za pontyfikatu Papieża Franciszka, jak prysznice, noclegownie, ambulatoria, jakby brakowało tego ostatniego elementu, czyli pralni, ponieważ, mimo iż nasi ubodzy otrzymują od wielu ludzi ubrania, to jednak po pewnym czasie muszą je wyrzucić, dlatego że są już nieużyteczne. Natomiast do pralni publicznych nie za bardzo mogą iść, bo tam trzeba płacić. A wiadomo, że tym, czego na pewno ubogim brakuje, są pieniądze. Stąd na Zatybrzu powstała w byłym szpitalu pralnia i też w tej samej części miasta planujemy niedługo otworzyć zakład fryzjerski dla ubogich, a także ambulatorium. Więc zaistnieje tam cały łańcuch dzieł miłosierdzia, dobroci, które pozostaną po Roku Miłosierdzia. Zostało to przyjęte z wielką radością. Od razu zgłosiły się firmy, które postanowiły ofiarować Ojcu Świętemu proszki i wszystko, czego potrzeba do utrzymania takiej pralni. Ja pytałem: «Do kiedy?». Odpowiedzieli: «Dopóki będzie istniała owa pralnia». Czyli nie ogranicza się to tylko do pontyfikatu Papieża Franciszka” – powiedział Radiu Watykańskiemu abp Konrad Krajewski.

Papież Franciszek od początku swojego pontyfikatu stara się pokazać Kościół, który dba o biednych, choć niektóre jego decyzje budzą kontrowersje wśród wiernych świeckich i duchowieństwa. O pomoc dla potrzebujących biskup Rzymu zabiega zarówno wśród przeciętnych wiernych, jak i osób bogatych.

 

WJB/RV

Świat i Unia Europejska boi się niektórych encyklik. Ludzie szukają nowych dróg, zamiast iść tą jedyną, która jest dobra

– Papież uczył przede wszystkim wzajemnej miłości, poszanowania, troski o wiernych, troski o życie. Myślę, że najważniejsze jest, abyśmy na nowo zechcieli to przeżywać – powiedział ks. Jan Kabziński.

Gość Poranka Wnet, kustosz sanktuarium św. Jana Pawła II w Krakowie i Prezes Centrum Jana Pawła II, ks. Jan Kabziński podkreślił wielkie oparcie, jakie Polacy mieli w papieżu Polaku oraz jego nauczaniu i powiedział: – Chcemy na nowo przeżywać to, czego uczył nas Jan Paweł II i dzielić się tym z innymi.

[related id=”9760″]Ksiądz zwrócił uwagę, że nauczanie Jana Pawła II daje odpowiedź na problemy moralne, aktualne dzisiaj: – 14 encyklik, 15 adhortacji. Dotyczyły one tych warunków, w których dzisiaj żyjemy w Europie: Encyklika Redemptor Hominis, Bóg Bogaty w Miłosierdzie, encyklika o pracy ludzkiej, o życiu Kościoła w świecie, troska o sprawy społeczne czy encyklika Veritatis Splendor oraz aktualne na dziś Evangelium Vitae o wartości i nienaruszalności życia ludzkiego.

– Myślę, że gdy chodzi o świat, gdy chodzi o Unię Europejską, w jakiś sposób niektórych encyklik się boimy. Ludzie szukają nowych dróg, a nie chcą iść tymi drogami, które są dla każdego człowieka drogą jedyną, bo papież uczył przede wszystkim wzajemnej miłości, poszanowania, troski o wiernych, troski o życie. Myślę, że to jest najważniejsze, abyśmy na nowo zechcieli to przeżywać – mówił.

Zapytany, czy nauczanie Jana Pawła II jest aktualne w pontyfikacie papieża Franciszka i jego kontrowersyjnym otwarciu na inne wyznania, odpowiedział: – Myślę, że nauczanie Franciszka idzie w tym kierunku, żeby akceptować to, co dobre, a zmieniać to, co złe. Myślę, że Jan Paweł II był tego wspaniałym świadkiem.

WJB

Papieska Komisja ds. Ochrony Nieletnich: Watykan musi dawać bezpośrednią odpowiedź ofiarom wykorzystywania seksualnego

W oświadczeniu komisji położono nacisk na konieczność dostosowania prac komisji do potrzeb ofiar pedofilii i nawiązania współpracy z nimi. Wydano zbiór wskazówek dotyczących zapobiegania nadużyciom.

Powołana do walki z pedofilią w Kościele Papieska Komisja ds. Ochrony Nieletnich wezwała urzędy Stolicy Apostolskiej, by odpowiadały bezpośrednio zwracającym się do nich ofiarom wykorzystywania. To jedna z konkluzji komunikatu wydanego po obradach w Watykanie.

Ponadto w tekście zawarte są słowa wdzięczności za pracę i zaangażowanie w walkę z pedofilią dla Marie Collins z Irlandii, ofiary księdza pedofila, która wystąpiła niedawno z komisji na znak protestu przeciwko niewystarczającej – jej zdaniem – współpracy ze strony instytucji Stolicy Apostolskiej.

Komisja, jak podano, uzgodniła też jednomyślnie, że należy znaleźć nowe drogi, aby zapewnić, by jej prace były dostosowane do potrzeb ofiar pedofilii i prowadzone razem z nimi.[related id=”2698″ side=”left”]

Poza tym członkowie komisji zwrócili uwagę na znaczenie „udzielania bezpośrednich odpowiedzi” ofiarom, gdy piszą do urzędów Stolicy Apostolskiej. „Szybkie i osobiste odpowiedzi są elementem postępu przejrzystości” – wskazała Komisja kierowana przez amerykańskiego kardynała Patricka Seana O’Malleya.

Członkowie komisji – jak zapewniono w komunikacie – „kontynuują pracę, zachęcani przez papieża Franciszka, by pomagać Kościołom lokalnym w ich odpowiedzialności za ochronę nieletnich”. Poinformowano też, że komisja spotyka się z reprezentantami episkopatów, przybyłymi do Watykanu z wizytą „ad limina”.

Jako „niezbędny element” walki z pedofilią komisja wskazała wydane przez siebie wskazówki, czyli zbiór norm dotyczących też zapobiegania nadużyciom.

W skład Papieskiej Komisji ds. Ochrony Nieletnich, powołanej przez Franciszka w 2014 roku, wchodzi między innymi była premier i była ambasador RP przy Stolicy Apostolskiej Hanna Suchocka.

PAP/lk

Południe Radia Wnet 14 marca 2017 – Ewa Czaczkowska, Piotr Cywiński, Piotr Uściński, Maciej Starmach

Konflikt Holendersko-Turecki pochłoną uwagę krajów europejskich. Kto na nim zyska a kto straci? Na to pytanie starał się odpowiedzieć wieloletni obserwator sceny politycznej, Piotr Cywiński.

 

Goście Południa Wnet:

Ewa Czaczkowska – polska historyk, dziennikarka, publicystka, i biografistka;

Piotr Uściński – poseł PiS, przewodniczący parlamentarnego zespołu na rzecz polityki i kultury prorodzinnej;

Piotr Cywiński – dziennikarz akredytowany w Niemczech;

Maciej Starmach – dziennikarz sportowy.

 


Prowadzący: Jan Włodzimierz Brewczyński
Realizator: Andrzej Gumbrycht


Część pierwsza:

Piotr Cywiński o wyborach parlamentarnych w Holandii oraz problemach związanych z obecnością dużych grup ludności muzułmańskiej w Europie.

Część druga:

Piotr Uściński o kontrowersjach związanych z wizytą Rebecci Kiessling w Polsce i promowaniem przez nią konserwatywnych wartości.

Część trzecia:

Ewa Czaczkowska o czterech latach pontyfikatu papieża Franciszka.


Część czwarta:

Nagranie rozmowy Łukasz Jankowskiego z wiceministrem rozwoju Jerzym Kwiecińskim o zmianach w koncepcji dystrybucji środków unijnych.

Część piąta:

Maciej Starmach o zniżce formy Kamila Stocha w końcówce sezonu Pucharu Świata.

Watykan wypożyczył Włochom słynną rzeźbę Torsu Belwederskiego na obchody sześćdziesięciolecia traktatów rzymskich

To najważniejsze artystyczne wydarzenie towarzyszące jubileuszowi, w ramach którego 25 marca odbędzie się szczyt przywódców Unii Europejskiej. Rzeźbę wystawiono w siedzibie Senatu na Palazzo Madama.

Przed zbliżającymi się obchodami 60-lecia traktatów rzymskich po raz pierwszy od dwóch wieków mury Watykanu opuścił słynny Tors Belwederski – pochodząca z I wieku p.n.e. rzeźba grecka przypisywana Apolloniosowi. Muzea Watykańskie wypożyczyły ją Senatowi Włoch.

Do 26 marca, a więc do zakończenia obchodów 60 rocznicy podpisania traktatów, które dały początek integracji europejskiej, rzeźbę można oglądać bezpłatnie w siedzibie izby wyższej, Palazzo Madama w Rzymie.

To najważniejsze artystyczne wydarzenie towarzyszące jubileuszowi, w ramach którego 25 marca odbędzie się szczyt przywódców Unii Europejskiej. Dzień wcześniej wszystkich szefów państw i rządów krajów członkowskich UE przyjmie na audiencji papież Franciszek.

Media podkreślają, że wypożyczając antyczne dzieło sztuki władzom Włoch, Watykan przyłącza się do obchodów i tym samym podkreśla swe proeuropejskie zaangażowanie.

W zbiorach Watykanu Tors Belwederski, stanowiący fragment statuy mężczyzny, prawdopodobnie wojownika, znajduje się w zbiorach Watykanu od początku XVI wieku. Stanął tam wtedy na dziedzińcu Belwederu; stąd nazwa dzieła.[related id=”5452″ side=”left”]

Rzeźbę, której dokładne pochodzenie nie jest znane, studiował wnikliwie m.in. Michał Anioł. Zafascynowany był pozą oraz doskonale odtworzonym napięciem mięśni. Według historyków sztuki planował nawet zrekonstruować brakujące części posągu.

Gdy w 1798 roku wojska Napoleona weszły do Rzymu, posąg wywieziono do Paryża jako zdobycz wojenną. Do Rzymu powrócił po upadku Napoleona w 1815 roku. To jedyny jak dotąd raz, gdy  antyczne dzieło sztuki opuściło Watykan.

Przewóz nadzwyczaj skrupulatnie zabezpieczonej rzeźby z Muzeów Watykańskich do Senatu na drugim brzegu Tybru był bardzo delikatną operacją.

Palazzo Madama, gdzie ją wystawiono, będzie miejscem części uroczystości upamiętniających traktaty rzymskie.

W piątek 17 marca w pałacu Senatu odbędzie się ceremonia z udziałem przewodniczących parlamentów krajów członkowskich UE, a także szefów Parlamentu Europejskiego Antonio Tajaniego i Rady Europejskiej, Donalda Tuska.

PAP/lk

Watykan: Papież przyjmie wszystkich przywódców państw UE przed szczytem z okazji 60-lecia traktatów rzymskich

To będzie pierwsze spotkanie papieża Franciszka ze wszystkimi przywódcami państw UE jednocześnie. Odbędzie się 24 marca o godzinie 18.00. Rzecznik prasowy Watykanu potwierdził wiadomość o audiencji.

Papież Franciszek przyjmie na audiencji szefów państw i rządów krajów Unii, którzy dzień później wezmą udział w szczycie UE z okazji 60-lecia traktatów rzymskich. Wiadomość o audiencji potwierdził w piątek rzecznik prasowy Watykanu Greg Burke. Odbędzie się ona 24 marca o godzinie 18.00.

Wcześniej o audiencji informowały nieoficjalnie włoskie media powołując się na źródła watykańskie.

W 2014 roku papież wygłosił przemówienie w Parlamencie Europejskim w Strasburgu. W maju zeszłego roku spotkał się z przywódcami unijnych instytucji w Watykanie w związku z wręczeniem mu nagrody Karola Wielkiego.

PAP/lk

– Nie znam Ciebie. Taka będzie odpowiedź Jezusa gorszycielom, którzy prowadzą podwójne życie – przestrzegł Ojciec Święty

Papież Franciszek powiedział w czwartek, że nie zachowuje się po chrześcijańsku ten, kto deklaruje się jako katolik, chodzi na msze, ale nie płaci sprawiedliwie pracownikom i prowadzi brudne interesy.

Papież Franciszek, odnosząc się do ewangelii św. Marka, powiedział we czwartek 23 lutego w kazaniu podczas mszy w kaplicy Domu świętej Marty w Watykanie, że zgorszenie niszczy. – Skandalem jest mówienie jednej rzeczy i robienie drugiej, podwójne życie we wszystkim – przestrzegł, apelując o porzucenie fałszywej postawy typu: „Jestem żarliwym katolikiem, chodzę zawsze na mszę, należę do stowarzyszenia, ale moje życie nie jest chrześcijańskie. Nie płacę sprawiedliwie moim pracownikom, wyzyskuję ludzi, prowadzę brudne interesy, piorę brudne pieniądze”.

Wielu katolików jest takich. Tacy sieją zgorszenie – kontynuował. – Ile razy słyszeliśmy, my wszyscy, w naszej dzielnicy i gdzie indziej, że zamiast być katolikiem, jak tamten, lepiej pozostać ateistą. I to jest zgorszenie.

Jak zauważył – to dzieje się każdego dnia, wystarczy obejrzeć dziennik telewizyjny i zajrzeć do gazet; tam jest wiele skandali i jest też wielka reklama, którą robi się skandalom.

Franciszek podał przykład dużej firmy, znajdującej się na skraju bankructwa. Jak relacjonował, jej pracownicy nie mieli pieniędzy na codzienne potrzeby, bo nie otrzymywali pensji. Gdy chciano rozmawiać z szefami firmy, jeden z nich – katolik – był na wakacjach w ciepłych krajach. „To są skandale” – wskazał papież.

Przestrzegł też, że kiedy przed Jezusem stanie ktoś taki, zapewniając: – „Chodziłem do kościoła, byłem blisko Ciebie, należałem do stowarzyszenia, dawałem datki”, to usłyszy: „Tak, pamiętam te datki, wszystko to były brudne pieniądze, wszystkie ukradzione ubogim. Nie znam Ciebie. Taka będzie odpowiedź Jezusa tym gorszycielom, którzy prowadzą podwójne życie.

PAP/lk