Macierewicz: Apele Janusza Korwin-Mikkego są szkodliwe dla bezp. Polski. Mają poklask aparatu PRL

Antoni Macierewicz o niewyjaśnionych do dziś zbrodniach PRL, wyjaśnianiu katastrofy smoleńskiej, realizacji postulatów rządu i o tym, kto popiera prorosyjskie wypowiedzi jednego z liderów Konfederacji

Antoni Macierewicz o sprawie morderstwa bł. ks. Jerzego Popiełuszki, która jak przyznaje, do dzisiaj nie została do końca wyjaśniona.

Nie zostały wyciągnięte konsekwencje wobec inspiratorów zbrodni. Za to te apele już od dłuższego czasu są kierowane do prokuratury. Liczymy, że w nowej kadencji ta sprawa będzie w końcu wyjaśniona.

Wchodzi w polemikę z Piotrem Jeglińskim na temat tego, czy porywacze kapłana byli jedynie doręczycielami, którzy przekazali go prawdziwym mordercom, czy też sami brali w nim udział. Zdaniem Macierewicza pierwsza wersja, za którą opowiada się jego przedmówca, nie posiada wystarczającego potwierdzenia w materiale źródłowym i jej przyjęcie byłoby niezasłużonym uniewinnieniem Grzegorza Piotrowskiego od zarzutu zabójstwa. Przyznaje przy tym, że sprawa ta podobnie jak śmierć Stanisława Pyjasa i morderstwa na księżach w czasie Okrągłego Stołu nie została do końca wyjaśniona, co tłumaczy powiązaniami ludzi establishmentu pookrągłostołowego ze służbami PRL.

Macierewicz mówi także o przyszłej realizacji postulatów PiS, wśród których są kwestie dopłat dla rolnictwa i zmian koncepcji dla wydobycia węgla brunatnego, która zakłada kontynuowanie pracy kopalni Bełchatów. Odpowiadając na pytanie czy będzie w przyszłym rządzie stwierdza, że obecnie chce dokończyć sprawę wyjaśniania tego, co wydarzyło się w Smoleńsku. Ostateczny raport komisji w tej sprawie ma być opublikowany do końca br. Nasz gość ocenia także  rolę Janusza Korwin-Mikkego w polskiej polityce.

Jego apele ws. uznania roli pana Putina w polskiej polityce i związku Polski za wszelką cenę z Rosją, zrezygnowania ze współpracy ze Stanami Zjednoczonymi, zwłaszcza w sprawach militarnych, stacjonowania wojsk amerykańskich i natowskich w Polsce, są nie tyle  kontrowersyjne, ile bardzo szkodliwe dla naszego bezpieczeństwa.

Stwierdza, że choć „niewątpliwie jest to bardzo interesujący polityk” to  pewne jego wypowiedzi są szkodliwe dla bezpieczeństwa kraju. Dodaje, że opinie te „mają poklask u ludzi z aparatu komunistycznego”. Przypuszcza, że część wyborców mogłaby podjąć inną, bardziej racjonalną decyzję, gdyby nie to, że „było bardzo mało okazji oglądania go w telewizji”.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

K. T./A.P.

Nowy wspólny program opozycji ponad podziałami: odsunąć PiS od władzy / Jan Martini, „Wielkopolski Kurier WNET” 58/2019

Z punktu widzenia opozycji sytuacja Polski zła jest. Sądy pełne dublerów, wszechobecna mowa nienawiści, brak tolerancji wobec delikatnych osób LGBT, faszyzujący kibole hajlują w krzakach i na ulicach.

Jan Martini

Dlaczego PiS tak bardzo przeszkadza?

Z punktu widzenia opozycji sytuacja Polski zła jest. Konstytucja, pisana z najwyższą starannością przez 3 lata przez pryncypialnych komunistów z najlepszych resortowych rodzin, została połamana. Sądy pełne dublerów, wszechobecna mowa nienawiści, brak tolerancji wobec delikatnych osób LGBT, faszyzujący kibole brutalnie hajlują w krzakach i na ulicach.

Sytuacja dojrzała do zdecydowanych działań. Poprzednie próby nie dały rezultatów. Dlatego dysponenci partii opozycyjnych doszli do wniosku, że potrzebne jest porozumienie ponad podziałami i wypracowali wspólny program, składający się z jednego punktu: – odsunąć PiS od władzy. Zmiana rządzących partii to rzecz zwyczajna w demokracji, ale w tym przypadku sytuacja jest bardziej złożona i aby ją rozszyfrować, potrzebny będzie rys historyczny.

Odrodzenie Polski w 1918 roku to cud, który racjonalnie rozumując, nie miał prawa się wydarzyć, a czynnikami umożliwiającymi zaistnienie tego cudu był równoczesny upadek wszystkich państw zaborczych, fanatyczne wręcz dążenie Polaków do odzyskania państwa i 13. punkt orędzia Wilsona.

Powszechnie wiadomo o przyjaznych kontaktach Ignacego Paderewskiego z prezydentem Stanów Zjednoczonych (a nasz wirtuoz miał wówczas status celebryty równy dzisiejszym czołowym piłkarzom czy fryzjerom damskim), ale mało kto wie, że z prośbą o wskrzeszenie Polski napisało do Wilsona 600 tys. amerykańskich rodaków-wyborców (dla porównania – w sprawie petycji przeciw ustawie 447 zdołano zebrać zaledwie 50 tys. podpisów).

Woodrow Wilson był bombardowany petycjami i poddawany presji także ze strony żydowskiej, aby Polska NIE powstała. Na szczęście było to jeszcze w czasie, gdy prezydent USA mógł przeciwstawić się lobby żydowskiemu.

Z faktem odrodzenia państwa polskiego nie pogodziły się dawne państwa zaborcze, a także „światowe żydostwo” (taki termin był w powszechnym użyciu przed wojną w prasie – także żydowskiej). Nasi wielcy sąsiedzi uważali Polskę za „państwo sezonowe”, które należy zlikwidować przy najbliższej okazji, co zresztą nadarzyło się dość szybko. Natomiast dla Żydów Polska była kolebkę ich kultury, dlatego nasz kraj do dziś „pozostaje w zainteresowaniu” (niestety) tych trzech graczy i sytuacja nie ulegnie zmianie w dającej się przewidzieć przyszłości. Gdy ład jałtański „wyczerpał swoją formułę”, możni tego świata musieli podjąć decyzje co do przyszłości naszej części Europy po zjednoczeniu Niemiec. Wszelkie ustalenia były tajne i nieprędko historycy będą mieć możliwość badań tego tematu. Nie wiemy, gdzie odbywały się rokowania (Hotel Bilderberg?) i kto w nich uczestniczył, ale jednego możemy być pewni – podobnie jak w Jałcie, nikt nie pytał o zdanie ludności zamieszkującej Europę Wschodnią. Z pewnością także nie brano pod uwagę aspiracji niepodległościowych Polaków – założono, że zwiększenie swobód obywatelskich i pewne koncesje wobec ulubionego przez Polaków Kościoła (lekcje religii, krzyże w urzędach) wystarczą. Równocześnie sprawni propagandziści skutecznie wmówili Polakom, że właśnie teraz to już jest „wolna Polska”, a my nie znaliśmy wówczas wypowiedzi jednego z autorów „upadku komunizmu” – b. sekretarza stanu USA Henry’ego Kissingera:

„Trzecia Mitteleuropa ma na celu nową kompozycję Europy Środkowo-Wschodniej po wycofaniu się Sowietów. Zadaniem 80-milionowych Niemiec jest zająć ten obszar”.

Można przypuszczać, że rokowania „wysokich umawiających się stron” były najtrudniejsze „na odcinku” polskim – czyli dokładnie tak, jak podczas kongresu wiedeńskiego, który z powodu kłótni o Polskę trwał aż 10 miesięcy. Brytyjski sowietolog Christopher Story jest zdania, że decyzja o rozpadzie Czechosłowacji i podziale wpływów zapadła w 1990 roku podczas spotkania niemieckiego kanclerza Kohla z M. Gorbaczowem w Genewie. Czechy miały przypaść Niemcom, a Słowacja Rosji – faktem jest, że Słowacja wstąpiła do NATO 5 lat później niż kraje sąsiednie. Rosjanie – znani z łamania wszelkich umów – natychmiast przystąpili do poszerzania swoich wpływów w Czechach, np. wykupując Karlowe Vary i próbując (wraz z Niemcami) „wyprowadzić” USA z Europy. Najlepszym dowodem na przepychanki rosyjsko-niemieckie była rezygnacja D. Tuska z pewnej prezydentury na rzecz partyjnego kolegi zalecanego przez konkurencję.

A na polskiej scenie politycznej harcują także „inni szatani”. Jak widać, „partnerzy” szybko zaczęli się nawzajem „przekręcać” i czynią tak do dziś, co wskazuje, że zawarty układ jest niestabilny, a więc potencjalnie niebezpieczny. Gdy pewien polski (?) mąż stanu zawarł kontrakt na dostawę gazu po bardzo niekorzystnej cenie, ale za to aż do 2037 roku, interweniowała Bruksela, a kanclerz Merkel przypomniała panu Putinowi, że „do Bugu obowiązuje niemiecka strefa wpływu”. Tak więc umawiające się strony są zmuszone do pewnego ograniczania się w „strzyżeniu” Polaków (musi starczyć dla każdego). Niestety środowiska żydowskie zbliżone do „przemysłu Holokaustu” nie wykazują takiego umiaru – na wieść o dobrych wynikach gospodarczych w Polsce zwiększyły sumy, które ich zdaniem należą się im jako „kontrybucja za Holokaust”, z 65 mld do 300 mld dolarów. Mimo widocznych tarć równowaga trwa, a świadczy o tym fakt, że zarówno prezydent Trump w pamiętnym wystąpieniu, jak i ostatnio Mike Pompeo wspomnieli o „bohaterskim” Wałęsie, co było afrontem dla Polaków.

Amerykanie oczywiście wiedzą, kim był Wałęsa i do czego służył, ale wzmianka o nim była sygnałem dla pozostałych stron, że ustalenia nadal obowiązują, a konfident – noblista wciąż jest filarem „układu okrągłostołowego”.

Łże-prawda o przemianach ustrojowych wraz z kultowym okrągłym meblem przechowywana jest w zardzewiałym muzeum – sarkofagu Europejskiego Centrum Kultury w Gdańsku, a całości interesu dogląda (co znamienne) niemiecki dyrektor.

Rewolucja agenturalnie wspomagana

W 2017 roku ukazała się kompletnie zamilczana praca dr Jerzego Targalskiego Służby specjalne i pieriestrojka – rola służb specjalnych i ich agentur w demontażu komunizmu w Europie Środkowej. Autor opisuje działania sowieckich reformatorów w budowie „demokracji kontrolowanej” i tworzeniu w miejsce dawnego bloku socjalistycznego formalnie niepodległych państw, pozostających jednak pod nadzorem moskiewskiej centrali. Cel ten udało się w dużej mierze zrealizować (gen. Jaruzelski: „Oddaliśmy władzę, ale zachowaliśmy pakiet kontrolny akcji”). Historyczny strajk sierpniowy w stoczni z jego „zwrotami akcji” jawi się czytelnikom pracy Targalskiego w nowym świetle i pozwala zrozumieć, dlaczego termin wybuchu strajku był zaskoczeniem dla działaczy WZZ (A. Gwiazda był na wakacjach) i dlaczego „do pomocy robotnikom” w stoczni błyskawicznie pojawili się „eksperci”, którym strona rządowa zagwarantowała hotel i przelot samolotem. W mieszkaniu Br. Geremka napisany został list 64 intelektualistów wzywających obie strony do podjęcia rokowań (skąd intelektualiści wiedzieli, że strajk wybuchnie?). Jednak realizowany scenariusz został zablokowany powstaniem 17 września (wbrew Wałęsie i ustaleniom porozumień sierpniowych) ogólnopolskiego związku, który przyjął nazwę Solidarność. Aby odzyskać kontrolę nad wydarzeniami, potrzebny był stan wojenny i niemal 10 lat mrówczej pracy służb komunistycznych. Wbrew powszechnym opiniom, „wojna polsko-jaruzelska” nie była próbą przywrócenia stanu z przed 1980 roku („aby było tak, jak było”) – chodziło tylko o przeprowadzenie reform („pierestrojki”) na swoich warunkach, bez dopuszczenia do głosu sił nie dających się kontrolować.

Jako człowiek Solidarności mam emocjonalny stosunek do tego wielkiego ruchu społecznego. Andrzej Gwiazda powiedział jednak, że wszelkie prace na temat „S” bez uwzględnienia problemu agentury są bezwartościowe.

Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę, że konfidenci są wśród nas, ale nie mieliśmy pojęcia o skali infiltracji. Dziś wiemy, że wśród delegatów na I Krajowy Zjazd „S” było 300 konfidentów, a gen. Kiszczak chwalił się, że wpompował w związek 3 dywizje swoich ludzi.

Wśród 16 najaktywniejszych działaczy Zarządu Regionu w Pile było 11 tajnych współpracowników (proporcje zbliżone do episkopatu Bułgarii, gdzie na 15 biskupów 13 było „trefnych”). W dekadzie lat 80 wielokrotnie przyszło się nam dziwić i zastanawiać „co jest grane”?

Na przykład – dlaczego po ostatnim posiedzeniu Komisji Krajowej „S”, która skończyła się parę minut przed wprowadzeniem stanu wojennego, „zwinięto” wszystkich jej uczestników, ale pozwolono uciec tylko tym, których gen. Kiszczak później zaprosił na negocjacje okrągłego stołu? Dlaczego w rocznicę porozumień sierpniowych koszalińska SB wyprowadziła ludzi na ulicę za pomocą ulotek, aby następnie ich „spałować”, polać wodą ze specjalnie sprowadzonej z Gdańska polewaczki i okadzić gazem łzawiącym? Wówczas myśleliśmy, że to inicjatywa chcących się wykazać lokalnych esbeków zmęczonych bezczynnością.

Dlaczego śledczy w mojej sprawie wykazywali małe zainteresowanie, skąd otrzymywałem materiały i gdzie przekazywałem teksty? Wtedy tłumaczyłem to sobie tym, że funkcjonariusze (zresztą kulturalni i grzeczni) stracili wiarę w socjalizm i entuzjazm dla swojej pracy. Dlaczego w stanie wojennym można było kupić farbę drukarską w wiejskim sklepiku w Kłaninie? Czy był to asortyment niezbędny rolnikom? (Kubełek farby oczywiście kupiłem i przekazałem naszym drukarzom). Dlatego z mieszanymi uczuciami słuchałem relacji Adama Borowskiego, że co tydzień kupował od złodziei 2 tony papieru dla swoich wydawnictw. Borowski jest ostatnią osobą, którą mógłbym podejrzewać o agenturalność, ale wiemy, że funkcjonariusze często wspierali podziemne wydawnictwa, robiąc przy tym niezłą kasę.

Największy wydawca w Krakowie, niejaki Karkosza, był tajnym współpracownikiem SB. Został internowany w Jaworzu wraz z innymi kapusiami – literatem Szczypiorskim, redaktorem „Gazety Wyborczej” Maleszką i szefem Radiokomitetu Drawiczem (oraz czołówką późniejszych polityków III RP).

Listę wydarzeń dziwnych i niezrozumiałych można by ciągnąć długo (np. konspiratorzy ukrywający się w mieszkaniach tajnych współpracowników SB), co świadczy o naszej znikomej wiedzy o złożoności zachodzących wówczas procesów.

Dopiero w 1988 roku uznano, że sytuacja jest na tyle „wyprostowana”, że można rozpocząć proces „przekazywania władzy w ręce opozycji”. Na wszelki wypadek pozbyto się kilku tysięcy solidarnościowców, wysyłając ich na emigrację. Z IPN otrzymałem ciekawy dokument, z którego wynika, że przygotowania do „okrągłego stołu” trwały cały rok i rozpatrywano możliwość ponownej fali internowań jako formy „dialogu z opozycją”. Ten dokument to „Meldunek o stanie przygotowań Wydziału III WUSW do realizacji decyzji Ministerstwa SW z dnia 29.04.1988 r.”. Chodziło o wytypowanie osób przewidzianych do internowania, „które w przypadku pogorszenia sytuacji wewnętrznej w kraju mogą podjąć działania wymierzone przeciwko porządkowi publicznemu”. W województwie koszalińskim znaleziono 2 takie osoby (byłem jedną z nich), ale do internowań nie doszło. Sytuacja się nie pogorszyła, a rokowania „okrągłego stołu” przebiegły zgodnie ze scenariuszem.

Myślę, że nie tylko mnie nachodzi czasem przygnębiające pytanie – czy nasza walka w ogóle miała sens? Czy nie opóźniliśmy „wiosny ludów” Europy Wschodniej przez sypanie piasku w tryby historii? A może mur berliński mógł runąć znacznie wcześniej? Czy „państwo teoretyczne”, które uzyskaliśmy w wyniku ustaleń w Magdalence, było lepsze niż przewidziane dla nas przez projektantów pierestrojki profesorów pułkowników Szłykowa i Rubanowa? Na te pytania prawdopodobnie nigdy nie uzyskamy odpowiedzi.

Stół pełen kantów

Podczas obrad „okrągłego stołu” Ciosek z Mazowieckim kłócili się do upadłego. Komunistom trzeba było wyrywać z gardła każde ustępstwo. W końcu zgodzili się na wiele, ale paradoks polegał na tym, że te ustalenia realizować mieli nie komuniści, lecz rząd „solidarnościowy”, któremu zamierzano przekazać władzę.

Ponoć tekst porozumień liczy 17 tys. stron, co – jak powiedział Andrzej Gwiazda – jest najlepszą gwarancją, że tego nikt nigdy nie przeczyta.

Ale to był tylko teatr dla maluczkich. Prawdziwe ustalenia w gronie poważnych osób zapadały gdzie indziej. Gdzieś zadecydowano, że prezydentem „wolnej Polski” ma zostać dotychczasowy wojskowy dyktator Jaruzelski. Czy było to w 1985 roku podczas spotkania Rockefellera i Brzezińskiego z Jaruzelskim w Nowym Jorku? Wybór Jaruzelskiego w Sejmie przeszedł jednym głosem, bo w kluczowym momencie głosowania poseł Marek Jurek wyszedł „za potrzebą”. Wiadomość o tej nominacji wywołała szok wśród Polonii – emigracyjny prezydent Sabbat zmarł na serce.

Jeszcze w 1988 roku wprowadzono moratorium na wykonywanie kary śmierci (tak na wszelki wypadek…). Było to wyraźne złamanie prawa (odmowa wykonania prawomocnych wyroków sądów). Gdy w 1995 roku Sejm moratorium przedłużył, posłowie Unii Polityki Realnej złożyli interpelację, pytając ministra sprawiedliwości Jerzego Jaskiernię (TW „Prym”), kto wprowadził owo moratorium. Minister odparł, że „nie można ustalić autora tej decyzji”. Niewątpliwie najważniejsze ustalenia zapadały nie przy okrągłym meblu, tylko w miejscach spokojniejszych (ambasady zaprzyjaźnionych państw?), a najważniejszym rezultatem było historyczne pojednanie zwaśnionych frakcji komunistycznych – „natolińczyków” i „puławian” („chamokomuny” i „żydokomuny”). Zadecydowano, że zbrodnie komunistyczne nie będą ścigane (i co się z tym wiąże – nie można „ruszyć” sądownictwa) i że MSZ, którego również nie można „ruszyć”, będzie w gestii „żydokomuny”. Kadry tego ministerstwa zbudowano w oparciu o „notes Geremka” – zatrudniono progeniturę sprawdzonych urzędników, którzy pracowali tam w latach 50. Również temu środowisku powierzono troskę o stan świadomości Polaków. Naczelnym wychowawcą został Adam Michnik, który przejął pałeczkę od swojego starszego kolegi Jerzego Urbana – głównego ideologa i propagandzisty lat osiemdziesiątych.

Jakieś wysokie i tajne kolektywy zadecydowały, by nie rozwiązywać komunistycznych służb specjalnych („są tam świetni fachowcy”), a Amerykanie obiecali, że „przewerbują je w całości”. Uważali prawdopodobnie, że będą one strażnikiem interesów rosyjskich, stabilizując sytuację w Polsce. Z pewnością zabezpieczono interesy wszystkich poważnych „akcjonariuszy” zewnętrznych i wewnętrznych, a Polakom pozostała jedynie „terapia szokowa”.

Mój więzienny współtowarzysz niedoli – robotnik z Białogardu deklarował, że wystarczy mu miska zupy na dzień, byle tylko Polska była wolna. Zupę koledze Makaremu zapewnił Balcerowicz – ubyło 5 mln miejsc pracy, straciliśmy 85% sektora bankowego i 50% przemysłowego.

Wszystko „poszło” za ok. 5% wartości odtworzeniowej. Po kilku latach reform ok. 40% Polaków (w 1989 roku było ich 16%) znalazło się poniżej minimum egzystencji. Za demokratyzację zapłaciliśmy wysoką cenę.

Kłopotliwa partia spoza rozdzielnika

Natychmiast po rokowaniach „okrągłego stołu” „przewerbowane” służby rozpoczęły meblowanie polskiej sceny politycznej w myśl zaleceń gen. Kiszczaka: „Musimy sobie zapewnić operacyjne możliwości oddziaływania na te organizacje, kreowania ich działalności i polityki”. Gdy ujawniono „listy Macierewicza”, okazało się, że tylko w partii PC (poprzedniczki PiS) Jarosława Kaczyńskiego nie ma agentów, a więc gen. Kiszczak nie mógł zapewnić sobie „operacyjnej możliwości kreowania jej działalności i polityki”. Z tego względu partia Kaczyńskiego zawsze podlegała huraganowej krytyce mediów miejscowych i zagranicznych. Nie miała też tzw. zdolności koalicyjnej. Po wygranych przez PiS wyborach 2005 roku zaproponowano ludowcom udział w rządzie. PSL to partia „profesjonalnych koalicjantów” zwyczajowo wchodzących w koalicje ze wszystkimi. Tym razem ludowcy odmówili, a wyglądało to tak, jakby ktoś, kto ma „operacyjne możliwości oddziaływania”, właśnie „oddziałał”. Na PiS i jego prezesa od zawsze spadały nieprawdopodobne ilości hejtu ze wszystkich stron, a to dlatego, że PiS jest „ciałem obcym” na scenie politycznej, przy budowie której angażowali się ci, co roszczą sobie pretensje do zarządzania ziemiami zamieszkałymi przez Polaków.

Historia zatoczyła koło – siły, które sprzeciwiały się odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku, dziś również działają w tej samej sprawie. Zdobycie w 2015 roku samodzielnej władzy przez „skrajnie nacjonalistyczną, niedemokratyczną, autorytarną” (najczęściej używane epitety) partię było „fuksem”, który możemy zawdzięczać zbiegowi kilku czynników. Natomiast utrzymanie się przy władzy i efektywne rządzenie wbrew przytłaczającej większości mediów, wobec nieustannych awantur i przepychanek, graniczy niemal z cudem. Aby „zejść z linii strzału” po 2 latach udanych rządów, dokonano rekonstrukcji gabinetu w celu poprawy wizerunku. Niestety nowa, „europejska” twarz całej formacji nie zrobiła najmniejszego wrażenia – ataki nie zmniejszyły się ani o milimetr. I nawet gdyby min. Zalewska wprowadziła obowiązkową naukę nowoczesnych, europejskich technik masturbacyjnych na wszystkich szczeblach nauczania z egzaminem praktycznym na maturze, nie zmieniłoby to opinii o Polsce. Bo nie chodzi tu o wizerunek – partia upominająca się o prawa dla Polaków jest po prostu obca systemowo i nieakceptowalna dla „sił trzymających władzę” w naszej części Europy. Jarosław Kaczyński, pomny prób naprawy państwa w czasie Sejmu Wielkiego i ich tragicznych efektów, stara się unikać gwałtownych ruchów, które mogłyby zakłócić kruchą równowagę, jaką wypracowały mocarstwa „na odcinku polskim”. Dlatego rządzący z nadzwyczajną cierpliwością znoszą wszelkie upokorzenia i afronty na forum międzynarodowym. Ale czy Polacy będą równie cierpliwi? Rozczarowany elektorat powściągliwość interpretuje jako indolencję i tchórzostwo, a bez pełnej mobilizacji wyborców nie sposób wygrać ze „zjednoczoną opozycją” (do której przed wyborami do Sejmu z pewnością dołączy także „Wiosna”).

Katastrofą byłby powrót do władzy internacjonalistów liberalno-proletariackich. Większość reform zostałaby cofnięta, „urealniono” by wiek emerytalny i skończyłoby się „rozdawnictwo” dla krajowców, bo „piniędze” potrzebne byłyby gdzie indziej.

Rządzący zdają sobie sprawę, że zemsta sędzi Kamińskiej będzie straszna, a sędzia Łączewski prawdopodobnie już zaczyna pisać uzasadnienia wyroków. Jak pamiętamy, zajmuje mu to dużo czasu (dla Mariusza Kamińskiego pisał 3 miesiące). Obecny rząd realizuje z lepszym lub gorszym skutkiem swoje obietnice wyborcze i nie ulega wątpliwości, że zrobił najwięcej dla Polaków ze wszystkich rządów po 1990 roku. Prawdopodobnie żaden następny rząd tyle nie osiągnie – powinni o tym pamiętać rozczarowani wyborcy PiS.

Artykuł Jana Martiniego pt. „Dlaczego PiS tak bardzo przeszkadza?” znajduje się na s. 6 kwietniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 58/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jana Martiniego pt. „Dlaczego PiS tak bardzo przeszkadza?” na s. 6 kwietniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 58/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Wiedza o tym, że Polska jest krajem dzikim, jest dość pospolita / Jan Martini, „Wielkopolski Kurier WNET” 57/2019

Heteronormatywni, patriarchalni mężczyźni zwykli byli bijać swe żony w niedzielę po powrocie z kościoła (bicie przed mogłoby pozostawić ślady). Osoby homoseksualne i inne mniejszości są prześladowane

Jan Martini

Postęp zewnętrznie wspomagany

Wiedza o tym, że Polska jest krajem dzikim, jest dość pospolita. Zamieszkuje ją ludność wyznająca w większości dość starą (by nie powiedzieć – przestarzałą) religię katolicką, a przemoc w rodzinie nie należy do rzadkości. Heteronormatywni, patriarchalni mężczyźni zwykli byli bijać swe żony w niedzielę, po powrocie z kościoła (bicie przed mogłoby pozostawić ślady). Osoby homoseksualne i transpłciowe, a także mniejszości etniczne niekiedy podlegają prześladowaniom.

Kilka dni temu w telewizji BBC pani ekspert mówiła o problemach europejskich Żydów – we Francji 200 tys. osób rozważa emigrację, gdyż nie czują się w kraju bezpiecznie. Jej zdaniem zagrożeni są także Żydzi na Węgrzech i w Polsce, z uwagi na brak praworządności i skrajnie nacjonalistyczne rządy. Prawdopodobnie z tego względu Polacy pochodzenia żydowskiego preferują pracę w gmachach dobrze strzeżonych typu ministerstwa czy banki. Sytuacja musi być poważna, bo sam Kongres USA wydał uchwałę zwalczającą europejski antysemityzm (Combating European Anti-Semitism Act), która zobowiązuje do składania corocznych sprawozdań o incydentach antysemickich i bezpieczeństwie europejskich wspólnot żydowskich. Zatroskane sytuacją w Polsce kraje sąsiednie (i te dalej położone) nie żałują pieniędzy swych podatników na rozmaite „organizacje pożytku społecznego”, usiłując pomóc w budowie polskiego społeczeństwa otwartego. Wspierane są również, choć może tylko moralnie, partie polityczne o właściwym programie i politycy wzbudzający zaufanie.

Palikot 1.0

Jednym z takich polityków był niegdysiejszy wiceprzewodniczący PO – Janusz Palikot. To on, popierając „spontaniczną inicjatywę na facebooku dwóch studentów” zorganizował „Dzień bez Smoleńska” („ludzie mają dość żałoby, obrzucania się epitetami”). Rzecznikowi SLD Tomaszowi Kalicie pomysł wydawał się znakomity: „Poszedłbym jeszcze dalej i zaproponował Dzień bez Jarosława Kaczyńskiego. Bo to, co wyrabia ten człowiek o paranoidalnej osobowości, przerasta ludzkie pojęcie. Na pewno chętnie przyłączymy się do akcji”. Na ulice miast wyszło setki aktywistów w pomarańczowych koszulkach. Szybko zebrano 100 tys. podpisów, aby 3 lutego 2011 był „Dniem bez Smoleńska”. Powodzenie akcji przekonało inwestorów i już w kwietniu powstała partia, która odniosła ogromny sukces rynkowy, stając się trzecią siłą polityczną z 10-procentowym poparciem. Rządzącej Platformie, skrępowanej „chadecką kotwicą”, na rękę było powstanie „lewej nogi” i obecność w sejmie czterdziestu nowych „szabelek”.

Radykalne zmiany poglądów wśród polityków i dziennikarzy są częste i może wynikają z doświadczenia życiowego czy dojrzewania, choć tłumaczenie spiskowe też ma sens (po wstępnym uwiarygodnieniu osobnik zostaje odpalony i przystępuje do działalności właściwej).

Szczególnie spektakularna była przemiana Palikota – absolwenta KUL, wydawcy konserwatywnego tygodnika „Ozon”, w którym krytykowano aborcję i homoseksualizm. Pewnego dnia stał się on „zoologicznym” antyklerykałem i entuzjastą „świeckiego państwa”.

W 2012 roku polityk z wielkim hukiem oficjalnie wystąpił z Kościoła, przybijając akt apostazji do drzwi katedry. Natomiast bez zbędnego rozgłosu przeszedł na judaizm i został wprowadzony do żydowskiej loży B’nai B’rith (masoni preferują dyskrecję). Warunkiem konwersji jest konieczność obrzezania się, więc Palikot musiał być bardzo zmotywowany, poświęcając tak funkcjonalny element swojego przyrodzenia. Polityk był przewodniczącym komisji „Przyjazne państwo”, która to komisja ponoć była dość przyjazna dla lobbystów. Dlatego gdy grupa ekspertów pod kierownictwem min. Rostowskiego i jego społecznej konsultantki (bardzo bliskiej znajomej red. Michnika) tworzyła dziurawe regulacje vatowskie, zwolennicy spiskowej teorii dziejów dostrzegli w tym syjonistyczny „skok na kasę”.

Po klęskach wyborczych w 2014 roku Ruch Palikota przestał istnieć i nie uratowało partii mianowanie jako drugiego lidera Nowackiej (nie mylić z Nowicką – podobnej proweniencji i konduity). Gdy przez roztargnienie polityk zapomniał wpisać samolotu w deklaracji podatkowej, życzliwy sąd uznał, że „Palikot jako filozof nie przywiązuje wagi do dóbr materialnych”. Obecnie jednak, już teraz jako Żyd, posiada „kiepełe” (głowę do interesów) i ma widać na względzie wartości materialne, gdyż przez 3 lata pobierał wielomilionowe sumy z budżetu na działalność faktycznie nieistniejącej partii.

Palikot 2.0

Ekstremalnie postępowy elektorat nie był zbyt długo osierocony, bo niemal natychmiast pojawił się „Rumun Tuska” – Ryszard Petru. Scenariusz został dokładnie powtórzony – huczna konwencja z udziałem wielotysięcznych tłumów, entuzjastyczne artykuły w prasie krajowej i zagranicznej o „charyzmatycznym ekonomiście”, sondaże witające „trzecią siłę polityczną” i sukces wyborczy. Platforma Obywatelska, której pewnych rzeczy robić nie wypada („chadecka kotwica”) z radością powitała swoją kolejną „lewą nogę” w postaci tym razem 28 wojowniczych „szabelek” w sejmie. Gdy w lipcu 2015 roku do Warszawy przyjechała Victoria Nuland – szefowa Biura ds. Europy i Eurazji w amerykańskim Departamencie Stanu, (wg. Wikipedii „urodzona w znanej rodzinie żydowskich prawników”) – spotkała się tylko z przywódcą Nowoczesnej. Musiała coś obiecać panu Ryśkowi, bo ten wkrótce oświadczył, że „będzie następnym premierem tego kraju”. Ale jak mieć dystans do siebie, kiedy zobaczy się sondaże, z których wynika, że politykiem, któremu najbardziej ufają Polacy jest… Petru („Duda trzeci, Szydło szósta”)?

Wydaje się, że perspektywiczni mężowie stanu powinni jednak być przeszkoleni w zakresie polskich kodów kulturowych. Kandydat na przywódcę musi wiedzieć, kiedy Polacy dzielą się jajkiem, a kiedy opłatkiem, że królów jest trzech, że na wigilię nie je się pasztetu itp.

Przywódcy lewicowo-liberalni nie wiedzą, że katolicyzm jest istotnym składnikiem polskiej świadomości narodowej, że Kościół stanowi o ciągłości naszej wspólnoty narodowej, że pomógł przetrwać rozbicie dzielnicowe, rozbiory, okupacje i komunistyczne zniewolenie. Gdy wymordowano nam 70% elit, to właśnie księża stali się zastępczą szlachtą. Ale o tym politycy w rodzaju Biedronia czy Nowackiej nie wiedzą, bo nie wynieśli tego z domu, nie usłyszeli na lekcjach historii i nie przeczytali w „Wyborczej”. Dlatego łatwo im mówić o świeckim państwie i żądać rozdziału Kościoła od państwa, równocześnie nie widząc niestosowności w paleniu świec chanukowych w urzędach. Gdyby znali treść modłów podczas rytuału – dalekich od tolerancji i eukumenizmu, proszących Boga o zatracenie niewiernych „hamanów” – może mniej chętnie zakładaliby jarmułki.

Palikot 3.0

Ponieważ dokonania Petru okazały się rozczarowujące, nie czekając na jego ostateczny upadek, zaczęto lansować następcę (postępowy elektorat nie powinien być zbyt długo osierocony). W prasie niemieckiej już od 2016 roku ukazywały się reportaże o błyskotliwym samorządowcu ze „starego miasta Stolp”, gdzie przyjeżdżają młodzi ludzie z całej Polski, aby zawrzeć ślub przed obliczem charyzmatycznego mera. Robert Biedroń – trwale wyposażony w czarujący uśmiech (nomen omen ‘gay’ po angielsku znaczy ‘wesołek’) – został politykiem głównie ze względu na swoją nieheteronormatywną orientację seksualną (co kiedyś uchodziło za przypadłość, dziś jest zaletą). I znów scenariusz został dokładnie powtórzony – wiwatujące tłumy na konwencji, entuzjazm mediów, sondaże zapowiadające narodziny „trzeciej siły politycznej” itp. Trudno zrozumieć, dlaczego osobom homoseksualnym (takim jak Biedroń czy przywódczyni Strajku Kobiet) tak bardzo osobiście zależy na „aborcji na życzenie dostępnej dla każdego”.

„Wszystkie środki, które służą ograniczeniu rozrodczości, powinny być tolerowane albo popierane. Spędzenie płodu musi być na pozostałym obszarze Polski niekaralne. Środki służące do spędzania płodu i środki zapobiegawcze mogą być w każdej formie publicznie oferowane, przy czym nie może to pociągać za sobą jakichkolwiek policyjnych konsekwencji. Homoseksualizm należy uznać za niekaralny”. Nie jest to fragment z programu partii Wiosna, tylko rozporządzenie niemieckich władz okupacyjnych z 1940 roku.

Dalej też jest ciekawie: Na roboty do Rzeszy należy wysyłać w pierwszym rzędzie Polaków żonatych. Przez to bowiem rozrywa się rodziny, co spowoduje, przy dłuższym tam zatrudnieniu, wydatne zmniejszenie liczby urodzeń. Na skutek zarządzeń godzących w rodzinę i jej sytuację gospodarczą zawierano by małżeństwa dopiero bardzo późno, a i potem Polacy zmuszeni byliby świadomie ograniczyć liczbę potomstwa. (…) Natomiast Żydzi otrzymaliby nieco więcej wolności, przede wszystkim w zakresie kulturalnym i gospodarczym, tak że niektóre decyzje w sprawie zarządzeń administracyjnych i gospodarczych następowałyby przy współudziale żydowskiej ludności. Pod tym względem polityki wewnętrznej rozwiązane to oznaczałoby jeszcze silniejsze gospodarcze skrępowanie Polaków przez Żydów.

Wylęgarnia talentów politycznych

Zacofanie najdłużej utrzymuje się na terenach trudno dostępnych, takich jak błota Polesia czy krzaki Podkarpacia, natomiast postęp dociera przez miasta. Zwłaszcza takie, w którym są ogromne konsulaty Niemiec – np. Gdańsk czy Wrocław, gdzie w konsulacie pracuje ponoć 800 osób. W Gdańsku władza centralna obecna jest jedynie symbolicznie – można powiedzieć, że siedzi w piątym rzędzie, jak prezydent i premier na pamiętnym pogrzebie. Na pytanie, kto rządzi, Grzegorz Braun odpowiada: mafie, loże i służby. Mało kto wie, że Gdańsk obok Brukseli jest głównym centrum masonerii w Europie – są tu obecne loże wszystkich obediencji. Do masonów nie można się tak po prostu zapisać – trzeba zostać wprowadzonym. Nawiasem mówiąc, procedury są podobne do tych, które obowiązywały przy wstąpieniu do partii komunistycznej, a więc innej organizacji hierarchiczno-mafijnej. Parę szczegółów ze strony internetowej wolnomularstwa:

Procedura wstępowania do wolnomularstwa jest długa i dość skomplikowana. Po wyrażeniu zgody i rozmowach kwalifikacyjnych profan, czyli kandydat do wolnomularstwa, musi poddać się ocenie aktywnych masonów, którzy według określonej procedury wyrażają swoją opinię na temat danej osoby – czy spełnia formalne, a także intelektualne kryteria i czy będą mieć do niej zaufanie. Dopiero potem odbywa się ceremonia inicjacji i zapoznanie z braćmi. Pojawiają się wtedy nie tylko przywileje, ale i obowiązki. Należy do nich m.in. zachowanie dyskrecji i wzajemne wspieranie w potrzebie. Większość z nas nie ma szans na członkostwo, bo trzeba być „osobą o trwałych przekonaniach liberalnych, osobą tolerancyjną, życzliwie nastawioną do świata i otoczenia”. Z tego względu (a także na „intelektualne kryteria”) nam, prostym Polakom, pozostaje raczej Klub Gazety Polskiej.

Wyjątkowość Gdańska wynika z faktu, że nastąpiła tu tzw. wstępna akumulacja kapitału, który napływał w latach 80. jako pomoc dla podziemnej Solidarności. Pomoc ta była nieszczęściem związku, bo SB opanowała kanały łączności z Zachodem i śledziła obieg pieniędzy. Pieniądze te posłużyły do korumpowania i szantażowania działaczy, którzy stawali się w końcu tzw. konstruktywną opozycją z perspektywą pięknej kariery w „wolnej Polsce”. Można sobie tylko wyobrazić, że posiadanie „swojego” ministra (czy decyzyjnego wiceministra) dla funkcjonariusza to złota żyła.

Nie trzeba było nikogo werbować, co zostawia papierowy ślad. Wystarczyła tylko przyjaźń (nawet szorstka) między funkcjonariuszem a usidlonym solidarnościowcem. I takie jest prawdopodobnie źródło bardzo licznych „talentów politycznych” pochodzących z Gdańska.

Jaruzelski wiedział, co mówi, wspominając o aureolach, które mogą pospadać. Myślę, że właśnie z tego względu rozmowy między SB a opozycją zaczęły się na Wybrzeżu bardzo wcześnie – na 6 lat przed Magdalenką. Wiadomo o całonocnym spotkaniu w hotelu Heweliusz z Ruchem Młodej Polski w marcu 1983 roku. Więcej szczegółów zawiera audycja „Pod prąd” J. Zalewskiego: Mieczysław Wachowski zaproponował rozmowy z władzą Darkowi Kobzdejowi w kwietniu 84 roku. Darek odmówił, wiem, że na takie rozmowy chodzili Bogdan Lis i Jacek Merkel. Chodzili za zgodą i wiedzą Lecha Wałęsy, który to potwierdził (relacja Zenona Kwoki). Przechwytując kanały łączności, komunistyczne służby zastosowały dokładnie taką samą metodę jak przy likwidacji WiN w latach czterdziestych.

Ale SB nie musiała niczego przechwytywać, bo sama utworzyła Biuro Solidarności w Brukseli pod kierownictwem Jerzego Milewskiego (TW Franciszek) – późniejszego szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego (!) za prezydentury Wałęsy i Kwaśniewskiego. Do brukselskiego biura wpływały wielkie pieniądze na pomoc dla Solidarności od różnych zachodnich central związkowych, a także od Polonii i od dobrych ludzi na Zachodzie. Pieniądze te woził do Gdańska Zdzisław Pietkun (TW Irmina) – członek Ruchu Młodej Polski – i przekazywał Bankierowi – Jackowi Merkelowi (zbieżność nazwisk z Angelą prawdopodobnie przypadkowa).

Ciekawy szczegół – gdy czerwcu 1992 roku Antoni Macierewicz przekazał w zalakowanej kopercie Donaldowi Tuskowi wykaz agentów w klubie KDL, reakcją Tuska był telefon do Merkela, aby natychmiast przyjechał. A więc była to reakcja typu „biją naszych, potrzebna pomoc”.

Dziś wiemy, że Tusk nie jest człowiekiem gorszącym się donosicielstwem. W latach 90. wielokrotnie podnoszono sprawę rozliczeń z „podziemnych” pieniędzy, ale zawsze odpowiedzią Borusewicza i ówczesnych władz związku było twierdzenie o niemożliwości prowadzenia dokumentacji w warunkach konspiracyjnych i zapewnienia, że pieniądze wydane były na cele statutowe. Wiem z pierwszej ręki, że do nieodległego regionu „Pobrzeże” w Koszalinie i regionu szczecińskiego nie dotarł nawet złamany dolar. Ewa Kubasiewicz nakreśliła smętny obraz gdańskiego podziemia: Borusewicz tak kierował tym podziemiem, że jak ja wyszłam z więzienia, to był maj 83 roku, prasa wybrzeżowa nie istniała. Dlatego, że nie było sprzętu, nie było pieniędzy, nie było papieru, nie było pomieszczeń, nie było niczego. A sprzęt był chowany po piwnicach. Andrzej Gwiazda otrzymał informację od ludzi z Norwegii, że do Gdańska przyszło 70 fotokopiarek, których nikt na oczy nigdy nie zobaczył. On rozbił moim zdaniem całe gdańskie podziemie, stworzył podziały między ludźmi.

Temat „podziemnych” pieniędzy do bezpiecznych nie należy – członek zarządu regionu Samsonowicz został „samobójcą”, próbując dociec, co się dzieje z konspiracyjną kasą. Śmierć Jana Samsonowicza – dochodził rozliczeń, a pieniądze szły niemałe, bo były to miliony dolarów. Aleksander Hall, który cały czas twierdził, że to jest samobójstwo, razem z Bogdanem Borusewiczem, Bogdanem Lisem i Marianem Świtkiem byli najwyższą władzą w regionie i rozpatrywali śmierć Samsonowicza, i ją utajnili – potwierdzili wersję esbecką. Ja uważam, że Borusewicz ukrywa zbrodnię. Mam nadzieję, że taka osoba w państwie jak marszałek senatu zechce w końcu wyjaśnić tę kwestię (Zenon Kwoka).

W latach 80. średnia pensja stanowiła równowartość 20 dolarów. Napływające sumy trafiały prawdopodobnie do kilkudziesięciu osób. Z czasem wokół „jądra” pojawił się wianuszek zaprzyjaźnionych biznesów i w ten sposób powstał „układ gdański”. Prawdopodobnie te środowiska spotykają się na hucznie urządzanych co roku imieninach noblisty. To w Gdańsku otwarto Muzeum II Wojny Światowej z ekspozycją ukazującą wydarzenia z „perspektywy europejskiej” („obiektywnej”), z której wynika, że Niemcy były największą ofiarą wojny. Tylko w Gdańsku możliwy był pogrzeb gangstera Nikosia z udziałem biskupa. Tylko w Gdańsku można było złożyć w prestiżowej świątyni prochy człowieka, który był nawet dla Platformy takim obciążeniem wizerunkowym, że zdecydowano się wystawić innego kandydata. Sama uroczystość (z udziałem mułły i rabina) zgromadziła tylu wrogich Kościołowi grzeszników-żałobników, że świątynia mogła ulec desakralizacji. Czy nie należałoby powtórnie konsekrować budynku? Trudno zrozumieć decyzję arcybiskupa Głodzia.

Sam hierarcha od lat podlega żarliwym atakom „Gazety Wyborczej”, co by wskazywało, że jest przyzwoitym człowiekiem, jednak eminencja jest wysoko notowany w IPN – gorliwie ewangelizował zarówno funkcjonariuszy SB, jak i „wojskówki”. Niektórzy mają też za złe temu znanemu z mocnej głowy biskupowi, że rozpił prezydenta Kwaśniewskiego i premiera Oleksego (Cz. Kiszczak: „mieliśmy świetne stosunki z Kościołem”).

Ponosimy konsekwencje braku lustracji w Kościele, a temat ten jest taktownie przemilczany w mediach wszystkich nurtów. Na pamiętnej uroczystości żałobnej dziwaczną homilię wygłosił dominikanin o. Wiśniewski. Są ludzie, którzy znają zakonnika z lat 80., gdy pracował w duszpasterstwie akademickim we Wrocławiu, później działał w analogicznej placówce w Gdańsku. Niewątpliwie był wtedy pasterzem z pokolenia JP II. Niestety po 9-letnim pobycie w Petersburgu wrócił odmieniony (podmieniony?) – zaczął pisywać w agorowym „Tygodniku Powszechnym” i podczytywać „Wyborczą”. Znajomy dominikanin z Poznania twierdzi, że „dominikanie zostali przejęci”. Czy o. Wiśniewski został przejęty?

Szokujące wydarzenie gdańskie nasuwa wiele wątpliwości, ale czy mają one szansę na wyjaśnienie, jeśli śledztwem zajmują się ludzie, którzy mogą być częścią układu? Dlaczego zamiast natychmiast zawieźć rannego do pobliskiego szpitala, przez 20 minut reanimowano go za parawanem? Co robił tam jakiś ambulans z ratownikami ubranymi w białe (przeciwchemiczne?) kombinezony? Czy podczas trwającego sekundę kontaktu zabójcy z ofiarą możliwe było zadanie 3 ciosów? Dlaczego pozwolono zabójcy na wygłoszenie manifestu zamiast wyłączyć mu mikrofon? Na te i wiele innych pytań powinna znaleźć odpowiedź prokuratura (niestety gdańska).

Amerykańskie środowiska żydowskie oznajmiły, że był to akt antysemityzmu, bo prezydent Adamowicz „był przyjacielem Żydów”. Ciąg jest logiczny – faszyści najpierw świętują urodziny Hitlera, a teraz już mordują.

Równocześnie pogrążona w żałobie wdowa natychmiast rozpoczyna międzynarodową działalność polityczną, a w internecie krąży film, na którym sieroty dyskretnie chichoczą na uroczystości pogrzebowej. Jako człowiek długo pracujący w teatrach mam wyczucie teatralności pewnych sytuacji. Oglądając relację z feralnego wieczoru, nie mogłem oprzeć się wrażeniu jakiejś inscenizacji – realizacji precyzyjnie zaplanowanego scenariusza.

Rzymska zasada „qui prodest” mówi, że czynu dokonał ten, kto zyskał. Wiemy, kto zyskał i wiemy, że wydarzenie to było potężnym ciosem w rządzącą ekipę i Polaków.

Artykuł Jana Martiniego pt. „Postęp zewnętrznie wspomagany” znajduje się na s. 3 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 57/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jana Martiniego pt. „Postęp zewnętrznie wspomagany” na s. 3 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 57/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Prof. Zybertowicz: Dzięki rządom PiSu miliardy złotych, będące w rękach mafii i złodziei, trafiły do Polaków [VIDEO]

– Świadczenia socjalne PiSu i naprawianie przez nie błędów poprzedników nie są działalnością doraźną. Dokonują w ten sposób zmiany systemowej – mówi prof. Andrzej Zybertowicz.

Prof. Andrzej Zybertowicz, doradca prezydenta Andrzeja Dudy, odnosi się do lawiny krytyki, która spadła na niego z powodu wypowiedzi, w której stwierdził, że przy Okrągłym Stole komuniści podzielili się władzą z własnymi agentami. Zaznacza, że media podały uproszczoną wersję jego słów i wyjaśnia, w jakim kontekście one padły. Mówi, że były one komentarzem do debaty oksfordzkiej mającej miejsce w Pałacu Prezydenckim i stanowiły przytoczenie słów Andrzeja Gwiazdy. Gość Poranka podkreśla, że chciał w ten sposób zwrócić uwagę uczestników wydarzenia na fakt, że zmiana władzy przy Okrągłym Stole miała również warstwę zakulisową.

Profesor jest zdania, że reakcja na jego wypowiedź świadczy także o stronniczości rzecznika praw obywatelskich Adama Bodnara. Opowiada on o liście swojej żony do ombudsmana, w którym przytoczyła ona wypowiedzi czterech profesorów mających charakter hejtu wobec gościa Poranka. W jednej z nich profesor prawa Wojciech Sadurski wzywał do obicia twarzy Zybertowiczowi. Rzecznik praw obywatelskich przekazał na Twitterze te słowa dalej uznając je za prawdziwe, natomiast Polska Agencja Prasowa, której również je przekazano, wykasowała je ze swojego serwisu.

Gość Poranka mówi również o poszerzeniu wolności słowa za rządów Prawa i Sprawiedliwości, której objawem jest zwiększona aktywność think tanków oraz o koncepcji suwerenności cyfrowej.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.K.