Puszka Pandory szeroko otwarta – nauczyciele wyskoczyli z niej pierwsi / Felieton sobotni Jana A. Kowalskiego

Wskaźniki gospodarcze zawróciły w głowie obozowi rządowemu, zanim jeszcze państwo polskie wyszło na plus. Postanowił nowymi, jeszcze nie zarobionymi pieniędzmi wygrać kolejne wybory.

Tak to musiało być, choć przestrzegałem nie raz. To kolejna piątka, piątka Kaczyńskiego – kaczorkowe, jarkowe; jak zwał tak zwał – podważyła wieczko puszki. Wskaźniki gospodarcze zawróciły w głowie obozowi rządowemu, zanim jeszcze państwo polskie wyszło na plus. Na prawdziwy plus, a nie pijarowy. I obóz rządowy postanowił nowymi, jeszcze nie zarobionymi pieniędzmi wygrać kolejne wybory, a najlepiej zapanować na wieczność.

Skoro jest tak świetnie, to dlaczego nam nie jest? – pomyśleli nauczyciele. I niezależnie od tego, czy ogłoszą strajk, czy go odwołają, dostaną po 10 000 zł rocznej podwyżki. Dla budżetu państwa wydatek dodatkowy równy 6 miliardom złotych. Ale to dopiero początek. Za chwilę zaczną myśleć kolejni pracownicy sfery budżetowej, wszyscy zatrudnieni przez państwo i niby-samorządy (też państwo). Zatem przygotowując się do kolejnych żądań, policzmy.

60 miliardów to koszt roczny programów socjalnych już funkcjonujących i tych, które zostaną wprowadzone do końca roku 2019. Dodatkowe 6 miliardów, pomyślicie, „dadzą radę”. Ale nauczycieli państwowych jest tylko 600 tysięcy. Jeżeli weźmiemy pod uwagę całą sferę budżetową, wszystkich opłacanych przez państwo, to jest to już 3,5-milionowa armia. A zatem dodatkowe 35 miliardów z budżetu państwa. Zatem zsumujmy: 60 + 35 = 95 miliardów złotych. No i oczywiście jeszcze z 5 miliardów na obsługę tego wszystkiego, zgodnie z dotychczasowym wzorcem. Otrzymujemy okrągłą sumę 100 miliardów złotych do wydania ze skarbu państwa najpóźniej w roku 2020.

20 miliardów z pierwszego 500+ budżet wytrzymał; przy stałym deficycie. 60 miliardów, za zasługą kolejnej piątki, może też by wytrzymał, choć ja w to wątpię. 100 miliardów na pewno nie wytrzyma.

I pęknie w szwach w ciągu kolejnego roku. A wraz z tym pęknie wiara we wszechmoc kreacji rzeczywistości w wykonaniu obozu Dobrej Zmiany.

Nie cieszy mnie to, niestety. I żadnego normalnie myślącego Polaka cieszyć nie może. Bo patriotyczny obóz, który odsunął od władzy polityczną patologię przeflancowaną z PRL, przegra na własne życzenie. Przegra w sytuacji, gdy ta patologia jeszcze się mocno trzyma. Przegrana obozu Dobrej Zmiany wcale nie zaowocuje zwycięstwem obozu Lepszej Zmiany, którego jeszcze nie ma. I, niestety, może się zakończyć powrotem starej patologii. I utratą szansy na reformę państwa przez kolejne lata.

Jan A. Kowalski

Długi marsz w stronę V Rzeczypospolitej (12). Między komunizmem, socjalizmem i żerowiskiem/ Felieton Jana A. Kowalskiego

Bez najmniejszych wątpliwości wolę państwo socjalistyczne niż komunistyczne lub żerowisko. Niezależnie od tego, kto będzie na nim (na nas) żerował. I mam nadzieję, że z Wami jest tak samo.

Na takim właśnie odcinku drogi znajduje się strukturalnie i społecznie państwo polskie. Oby pozostawało na nim jak najkrócej. Od rozpoznania, gdzie jesteśmy, zależy dalsza droga, której długość liczyć trzeba jak na górskim szlaku – nie kilometrami, ale czasem przejścia. Zatem na miarę mojego rozumu spróbuję wszystko objaśnić.

Od 1989 roku państwo polskie już nie jest komunistyczne. Bo komunistyczne było od roku 1945 do 1989, gdy władzę nad wszystkim trzymała w swoim ręku sowiecka bolszewia. To bolszewicy różnych nacji odebrali Polakom własność (poza drobną rolną), środki produkcji i handel. I tak przeorganizowali budżet państwa, żeby wszystkie pieniądze wypracowywane przez Polaków trafiały do Centrali. Dzięki temu bolszewicy mogli organizować życie wszystkich Polaków. Wypłacać co miesiąc kieszonkowe zwane pensją i niszczyć nas fizycznie i psychicznie. W wymiarze ekonomicznym system bolszewicki sprowadzał się do totalnego zarządzania coraz większą biedą. Z biegiem lat wyczerpywały się bowiem zasoby materialne i ludzkie przedwojennego państwa. Jeżeli porównamy to z innymi państwami zniewolonymi przez komunizm, zobaczymy ten sam obraz, obraz postępującej społecznej nędzy. I obraz postępującego zubożenia warstwy rządzącej, co prowadzi w końcu do odrzucenia przez nią samą bolszewickiej doktryny. W naszym przypadku – z rozkazu najważniejszej, moskiewskiej Centrali.

Nie ma dobrej nazwy w naukach społecznych na nazwanie systemu, który narzucono nam przy Okrągłym Stole. Myślę, że mało naukowy termin ‘żerowisko’ najbardziej oddaje istotę rzeczy.

Odrzucono bolszewizm (marksizm-leninizm-stalinizm) jako obowiązującą wszystkich pod karą więzienia doktrynę. I odrzucono ambicję centralnego zarządzania dobrem społecznym. Ale nie oddano Polakom pieniędzy zabranych wcześniej właśnie w tym celu: systemowego dopłacania do mleka, mieszkań, mundurków szkolnych i małego fiata. Bo bolszewicy lepiej znali nasze potrzeby niż my sami. Pozwolono zwykłym Polakom  martwić się o siebie samych, a nawet wyjeżdżać jak się nie podoba. Za to systemowym, okrągłostołowym kapitalistom pozwolono przejąć dużą część majątku narodowego. Pozostałą oddano w ręce zachodniego kapitału, zapewniając mu przy tym przewagę konkurencyjną dzięki rozlicznym przywilejom.

Dla pełnego zabezpieczenia interesów towarzyszy-biznesmenów i towarzyszy-emerytów ustanowiono specyficzny porządek prawny, przypieczętowany w roku 1997 obowiązującą do tej pory konstytucją. To nie bez powodu rozmaici Obywatele wymachują ową KON-STY-TU-CJĄ. Konstytuuje ona bowiem chaos poprzez przenikanie się i wzajemne znoszenie kompetencji organów państwa. Po to, żeby nieformalny okrągłostołowy obóz w nieskończoność rządził i grabił Polaków. I żeby robił to bezkarnie, mając TW (to od towarzyszy 🙂 ) sędziów w kieszeni. I chyba już zaczynamy rozumieć, że z podobnego powodu – obrony żerowiska – ten okrągłostołowy porządek jest broniony przez brukselskie kręgi.

Z żerowiskiem od 2015 roku walczy Obóz Dobrej Zmiany i w całej rozciągłości tę walkę popieram. Niech rządzi i oczyszcza Polskę z patologii żerowiska przez kolejną kadencję. Ale niech robi to skutecznie. Systemowo, a nie doraźnie i bez skutków trwałych.

Skoro PiS jest partią socjalistyczną, to niech wreszcie wprowadzi w Polsce socjalizm. Nie żartuję. Jestem jak najbardziej za. Bo wprowadzenie w Polsce socjalizmu (nie bolszewizmu) będzie jednoznaczne ze zmianą systemu finansowania państwa. I polegać musi na odrzuceniu bolszewickiego systemu odbierania przez Centralę wszystkich pieniędzy wypracowywanych przez polski naród. Systemu ustanowionego w latach 1945-47, zmodyfikowanego pseudoreformą samorządową, potęgującą rozwój patologii społecznej, a nie rozwój samorządności Polaków.

Nie marzę na razie o Szwajcarii pod rządami Prawa i Sprawiedliwości, gdzie 70% wszystkich dochodów państwa zbiera się i pozostawia w gminie i kantonie. Marzę o socjalistycznej Szwecji i socjalistycznych Niemczech, gdzie 50% budżetu jest zbieranych i pozostawianych w rękach społeczności lokalnych. I takiego sprawiedliwego i socjalistycznego państwa od Obozu Dobrej Zmiany oczekuję. To zmiana konstrukcji budżetu państwa jest tą podstawową zmianą, dzięki której możemy przejść od pokomunistycznego systemu żerowiska do zachodniego systemu socjalistycznego. Bo socjalistyczny Zachód zrozumiał niebolszewicką prawdę oczywistą, że łatwiej jest uprawiać socjalizm, gdy kasa państwa jest pełna. A żeby kasa była pełna, przedsiębiorcy prywatni muszą ją zapełnić. Dlatego najpierw zapewnia im się dogodne warunki rozwoju, a dopiero potem opodatkowuje. I zatrudnianych przez nich pracowników również. I to jest podstawowa różnica pomiędzy socjalizmem a komunizmem. Socjalistycznym zarządzaniem dobrobytem i komunistycznym zarządzaniem nędzą. Ubóstwo było wpisane w komunistyczną doktrynę, a największą zbrodnią przeciwko niej było odchylenie burżuazyjne. To stąd wynikało odebranie obywatelom pieniędzy i możliwości ich samodzielnego zarabiania.[related id=71213]

Chyba czas już tę podstawową różnicę zrozumieć. I przyjąć wreszcie w Polsce socjalizm w jego zachodnim wydaniu. Wszystkie inne reformy państwa i branżowych dziedzin życia społecznego są zależne od tej jednej podstawowej zmiany. Jeżeli jej nie dokonamy, niczego nie dokonamy. Dlatego tym razem nie będę omawiał szczegółów; robiłem to nie raz i jeszcze nie raz będzie okazja.

Dopiero zmiana struktury budżetu państwa na niebolszewicką, na socjalistyczną, pozwoli zaistnieć IV Rzeczypospolitej. A jak już wiecie, bez IV nie będzie mogła zaistnieć wolna i zamożna V Rzeczpospolita – moja dziedzina. Ale nawet tej IV gotów jestem bronić (o tym za tydzień), choćbym do końca życia miał pozostać Janem Kowalskim bez ziemi. Bo bez najmniejszych wątpliwości wolę państwo socjalistyczne niż komunistyczne lub żerowisko. Niezależnie od tego, kto będzie na nim (na nas) żerował. I mam nadzieję, że z Wami jest tak samo.

Jan A. Kowalski

Długi marsz w kierunku V Rzeczypospolitej. Fatalne proporcje w kiełbasie wyborczej PiS/ Felieton Jana A. Kowalskiego

To straszne i smutne, że ten najlepszy polski obóz rządowy nie przedstawił programu bogacenia się narodu polskiego w oparciu o zasoby własne. Żeby najpierw zarobić, zanim się zacznie rozdawać.

20 miliardów na pierwsze dziecko. 10 miliardów dla emerytów. I tylko 2 miliardy dla ludzi do 26 roku życia. Takie prognozowane obciążenie dla budżetu państwa wynika z kolejnej „piątki” obozu Dobrej Zmiany. I to są bardzo złe proporcje dla rozwoju polskiego narodu i państwa. I nie pomoże tu emerytura dla matek z czwórką dzieci, skoro zaraz po oderwaniu się od matczynej spódnicy kolejni młodzi Polacy wyemigrują za chlebem.

Te fatalne proporcje oddają rzeczywiste intencje obecnego obozu władzy – przedłużyć rządy nad Polską o kolejne 4 lata. Co gorsza, przedstawione źródła finansowania tego rozdawnictwa są w dużej mierze wydumane. Chyba, że przestępcy gospodarczy zaczną z własnej woli wpłacać do skarbu państwa pieniądze zarobione w poprzednich dwudziestu latach. Bo przecież lukę VAT-owską już mamy na najniższym w Europie poziomie. A z pustego i Salomon nie naleje.

Doraźne, przedwyborcze budowanie poparcia społecznego musiało mieć akcent socjalny. Nie mamy przecież wykształconej klasy średniej, która miałaby reprezentację polityczną zdolną wyartykułować i reprezentować jej interesy. To dlatego tak rozpaczałem kiedyś z powodu braku opozycji politycznej zdolnej do prawdziwej konfrontacji z Obozem Dobrej Zmiany.

Lewicowy obóz socjalny, reprezentowany przez Prawo i Sprawiedliwość, nie ma godnego siebie przeciwnika po prawej stronie sceny politycznej. Ma przeciwko sobie tylko krzyk zróżnicowanego obozu Okrągłego Stołu, establishmentu III RP pozbawianego dopływu finansów mniej lub bardziej legalnych.

Obozu, który w głębokim poważaniu ma zwykłych Polaków. Dlatego nie ma jakiejkolwiek wiarygodności i kontroferty programowej. Niemniej zajmuje miejsce na scenie politycznej i blokuje powstanie rzeczywistej w stosunku do PiS opozycji. Koalicji Europejskiej, czy jak się nie nazwie, chodzi tylko i wyłącznie o odblokowanie starych kanałów dystrybucji państwowego pieniądza… dla siebie.

Jednak miałem nadzieję, że Obóz Dobrej Zmiany nie da się nabrać na starożytny manewr chińskiego stratega Sun Tzu, który sugeruje, że dla pokonania silniejszego przeciwnika należy użyć nie swojej, ale jego siły. To dlatego pokonany establishment III RP, wbrew swojemu dotychczasowemu stanowisku, stał się w swoich obietnicach jeszcze bardziej socjalny niż PiS. Bez analizowania skutków ubocznych dla Polski i Polaków, bez myślenia o budżecie. Chodzi tylko o to, żeby odsunąć Obóz Dobrej Zmiany od władzy. Nie udało się ciamajdanem, na nic zdały się wtórne krzyki z Komisji Europejskiej. Zastosowano zatem inny, bardziej rozsądny wariant. Prawo i Sprawiedliwość i tak zwycięży we wszystkich nadchodzących wyborach. Ale obciążenie go ciężarem już nie 20 (500+), ale łącznie 60 miliardów, w warunkach prognozowanego spowolnienia lub kryzysu gospodarczego wywróci na łopatki zwycięski Obóz Dobrej Zmiany w połowie przyszłej kadencji. Tak sobie prywatnie prognozuję.

To straszne, że najlepszy polski rząd po roku 1989 dał się na taki zgrany numer nabrać. Zarazem to straszne i smutne, że ten najlepszy polski obóz rządowy nie przedstawił programu bogacenia się narodu polskiego w oparciu o zasoby własne. Żeby najpierw zarobić, zanim się zacznie rozdawać.

Niektóre „nasze” media uruchomiły narrację, że nowe propozycje Prawa i Sprawiedliwości są nakierowane na budowę klasy średniej (Koledzy, litości!). Rozdawnictwem i zwiększoną redystrybucją jeszcze żadnemu rządowi na świecie nie udało się wzmocnić klasy średniej, a cóż dopiero ją zbudować.

Mamy w Polsce kilka nierozwiązanych podstawowych problemów społecznych. Należą do nich:

  • właściwe wykształcenie młodzieży dla mądrego i udanego wejścia w dorosłe życie;
  • opłacalność naszej pracy i naszych przedsięwzięć, żebyśmy nie musieli emigrować za chlebem, pracując na dobrobyt innych narodów, zamiast własny;
  • patologiczny stan służby zdrowia (kolejny lekarz umarł na dyżurze z przepracowania, a jakie fatalne decyzje podjął przed śmiercią, wolę nie myśleć).

Niestety żadnego z tych problemów najlepszy polski rząd po roku 1989 nawet nie dotknął. Czy zajmie się ich rozwiązaniem w przyszłej kadencji? Myślę, że tak, bo nie podejrzewam polityków Dobrej Zmiany o niedostrzeganie podstawowych problemów społecznych. Jednak przyjęcie na swoje barki ogromnego ciężaru socjalnego w sytuacji, gdy budżet państwa cały czas jest na minusie, może w warunkach pogorszenia gospodarczego uniemożliwić rzeczywistą reformę państwa. I wywrócić ten rząd. A chyba nie chcemy, żeby Patologia Polityczna wróciła do władzy?

Politycy Obozu Dobrej Zmiany zapewniają, że dadzą radę. Dali radę z 500+, to i teraz dadzą. Jednak jest to bardzo dziecinny argument. Zgoda, przeskoczyli poprzeczkę zawieszoną na 120 cm, choć konkurenci twierdzili, że nie da się przeskoczyć nawet metra. Teraz konkurenci do władzy twierdzą, że oni to mogą przeskoczyć i 140 cm. A co na to Prawo i Sprawiedliwość? Zapewnia, że bez problemu przeskoczy nawet 160 cm. Bo przecież przeskoczyło 120 cm, choć nikt w to nie wierzył.

Czas powoli zamykać nasz cykl drogi. Miałem w tym odcinku opisać, jak obronić naszą V Rzeczpospolitą, gdy już do niej dojdziemy. Jednak kolejna pisowska „piątka” oderwała mnie od tego zamiaru. Sprowokowany, w kolejnym odcinku zbiorę w jedno cząstkowe wizje nowego państwa. A dopiero w ostatnim napiszę, jak nasz wymarzony raj na ziemi obronić.

Jan A. Kowalski

Długi marsz w kierunku V Rzeczypospolitej (5). Przełamać impas w polskiej polityce/ Felieton sobotni Jana A. Kowalskiego

To, czy PiS wygra kolejne wybory kilkoma czy kilkunastoma procentami, będzie miało znaczenie dla działaczy tej partii, ale nie dla Polski. Wraz z końcem starego roku pora porzucić stare złudzenia.

Aż krzyknąłem z radości jeszcze w końcówce ubiegłego roku na tę wiadomość: ojciec dyrektor Tadeusz Rydzyk zakłada partię polityczną! Jeżeli rok 2019 to potwierdzi, to mamy szansę na przełamanie niepokojącego impasu na polskiej scenie politycznej.

Zanim tę małą iskierkę rozdmucham, najpierw przypomnę najmłodszym historię lat 2005–2007. To wtedy zaistniał najbardziej egzotyczny sojusz polityczny w Polsce. Ortodoksyjne katolicko Radio Maryja opowiedziało się za liberalnym obyczajowo (i socjalistycznym) Prawem i Sprawiedliwością. Cofając tym samym poparcie dla narodowo-konserwatywnej Ligi Polskich Rodzin pod przywództwem Romana Giertycha.

Dla chwilowej korzyści politycznej ojciec Rydzyk i Jarosław Kaczyński rozbili odradzającą się polską endecję.

Na tyle skutecznie, że 14 lat później formacja ta uaktywnia się jedynie raz w roku w instytucji Marszu Niepodległości. Lub jest uaktywniana przez rosyjską agenturę wpływu dla siania zamętu w niedowarzonych głowach.

Nie jestem endekiem ani kryptoendekiem, żeby była jasność. Ale nie o deklarację polityczną tu chodzi. Po trzech latach rządów Dobrej Zmiany widać wyraźnie, że obóz ten nie jest w stanie przekroczyć bariery 40% poparcia społecznego, a co za tym idzie – samodzielnie zmienić konstytucji i państwa, jak zrobił to Wiktor Orbán na Węgrzech. A bez zmiany konstytucji i struktury państwowej Polska może jedynie dryfować po wodach międzynarodowej polityki, modląc się o pomyślne wiatry. Tymczasem mogą zdarzyć się gwałtowne burze i podwodne skały. Na taką okoliczność jesteśmy kompletnie nieprzygotowani, poza deklaracjami, że rząd PiS nie odda ani jednego guzika. Już kiedyś mieliśmy taki rząd, była połowa roku 1939.

Minęło dostatecznie dużo czasu, żeby środowiska narodowe otrząsnęły się z traumy porzucenia przez ojca Rydzyka. A sam Roman Giertych, kiedyś nadzieja, a potem zgrana karta polskiej polityki, ma z czego żyć z dala od niej.

Do zagospodarowania w obecnym czasie jest od 20 do 25% elektoratu. Medialne wzmocnienie, jakim dysponuje środowisko ojca Rydzyka, plus młode i dynamiczne struktury młodzieży patriotyczno-narodowej to mieszanka mogąca zaowocować wybuchem nareszcie endeckiej partii na polskiej scenie politycznej.

Podjęcie przez nią wolnorynkowego dziedzictwa Romana Dmowskiego i Romana Rybarskiego i cywilizacyjnego, antybiurokratycznego wkładu w myślenie o państwie Feliksa Konecznego – to wszystko, czego oczekuję od nowej formacji.

Czy potencjalni liderzy dorosną do takiego wyzwania? Rok 2019 to pokaże. Gdyby tak się stało, siły patriotyczne i narodowe uzyskałyby ogromną szansę na skuteczną zmianę państwa. Uzyskałyby zdolność konstytucyjną do przebudowy państwa w stronę normalności. Wreszcie moglibyśmy wyrwać się z systemu III RP narzuconego Polakom po to, żeby silnego i sprawnego państwa mieć nie mogli. A katolicka nauka społeczna mogłaby zaistnieć w przestrzeni publicznej jako alternatywa dla obecnego, socjalistycznego i biurokratycznego myślenia o narodzie i państwie polskim.

Lata 2015–2018 pokazały, że Jarosław Gowin nie jest w stanie przeciągnąć na stronę Zjednoczonej Prawicy patriotycznej części Platformy Obywatelskiej. A Paweł Kukiz zdecydowanie nie dorasta do roli lidera wolnościowej części polskiego społeczeństwa. Zatem większościowy obóz patriotyczny zdolny do pokonania systemu Okrągłego Stołu nie może powstać. Bo próba grzęźnięcia w starym bagnie, coraz częściej podejmowana przez obóz Dobrej Zmiany, skazuje nas jedynie na degrengoladę. To, czy PiS wygra kolejne wybory kilkoma czy kilkunastoma procentami, będzie miało znaczenie jedynie dla działaczy tej partii, ale nie dla Polski i Polaków. Wraz z końcem starego roku pora porzucić stare złudzenia.

2019 to pierwszy rok z kilku ostatnich, aby takiej zmiany (konstytucji i państwa) skutecznie dokonać. 35% Prawa i Sprawiedliwości i 25% Prawdziwej Europy, po przeliczeniu na mandaty, da nam taką szansę.

Dlatego zapowiedź powstania nowej formacji, mającej elektorat do zagospodarowania i gotowe struktury, należy powitać z nową nadzieją. Z nadzieją na prawdziwy przełom.

Jan A. Kowalski

Piotr Łukasz Andrzejewski, sędzia Trybunału Stanu, o wecie prezydenckim: Stało się źle! Nadchodzi koniec sobiepaństwa

Wydaje mi się, że nadchodzi koniec tego sobiepaństwa elity sędziowskiej – z całym szacunkiem dla sędziów, którzy dobrze wykonują swoje obowiązki – bo sumienie sędziowskie ciągle jednak szwankuje.

– Spodziewałem się, że w ramach swoich wątpliwości prezydent prześle do Trybunału Konstytucyjnego samą ustawę o Sądzie Najwyższym. To, co się stało, będzie przedmiotem dodatkowych roszczeń wobec prezydenta [ze strony obozu „dobrej zmiany” – przyp. red.] – powiedział sędzia Trybunału Stanu z ramienia PiS Piotr Łukasz Andrzejewski, według którego „stało się źle”. Jego zdaniem prezydent zobowiązany jest w ramach konstytucji do czuwania nad przestrzeganiem jej zapisów. W zawetowanych ustawach otrzymał wiele kompetencji na swoje własne życzenie, jak zaznaczył gość Poranka Wnet, w związku z tym on jest głównie odpowiedzialny, w myśl ustawy, za wiele elementów, które dotyczą utworzenia regulaminu Sądu Najwyższego, z przyjmowaniem oświadczeń majątkowych sędziów na czele.

Piotr Andrzejewski ma nadzieję, że prezydent przejmie odpowiedzialność za wdrożenie do polskiego systemu prawnego nowych rozwiązań. Jego zdaniem prezydent, aby nie umniejszyć zakresu reformy sądownictwa, powinien zastosować się do trzech punktów:
Po pierwsze, powinien określić, co to jest niezależność sędziowska i to on musi ją określić, a nie sędziowie sobie sami.

[related id=”31888″]Po drugie, powinien odsunąć od pracy winnych zaistniałego stanu rzeczy, lub tych, którzy ten stan tolerowali.

Po trzecie, powinien postawić na kontrolę obywatelską, czyli postępowanie dyscyplinarne poza korporacjami prawniczymi.

– Te trzy tezy muszą być elementem, który prezydent będzie wdrażał w ramach przejęcia odpowiedzialności za reformę sądownictwa – powiedział sędzia Andrzejewski.

– Nic dodać, nic ująć od tego, co powiedziała pani premier. Premier Beata Szydło to jest dziś najwybitniejszy polski polityk, który daje nam gwarancję, że „dobra zmiana” przyniesie rezultaty – zadeklarował Piotr Andrzejewski, podkreślając wagę jej determinacji i poparcia społecznego, jakim się cieszy. Zwrócił uwagę, że dziś wszyscy jesteśmy poddawani propagandzie, która jest „dobrze zorganizowana, kłamliwa i posługuje się orwellowską socjotechniką”.

– Chcą przekonać wszystkich, że dzieje im się krzywda wówczas, kiedy tak nie jest – podkreślił, zaznaczając, że przecież wszyscy są równi wobec prawa, a więc utyskiwanie, że ktoś jest traktowany tak jak inni jest co najmniej dziwne.

Podkreślał, że zmiana, nawet kilkakrotna, wszystkich istniejących kodeksów niczego w sądownictwie nie zmieni, jeśli „będziemy mieli taką kadrę sędziowską, która stawia się ponad prawem i uważa, że tylko ona może decydować, jaka jest treść konstytucji”.

– Wydaje mi się, że nadchodzi koniec tego sobiepaństwa elity sędziowskiej – z całym szacunkiem dla sędziów, którzy dobrze wykonują swoje obowiązki – bo sumienie sędziowskie ciągle jednak szwankuje – powiedział sędzia Andrzejewski.

MoRo

Chcesz wysłuchać całego Poranka Wnet, kliknij tutaj

Cała wypowiedź sędziego Trybunału Stanu Andrzejewskiego w części 1 Poranka

Michał Karnowski o nastrojach po prezydenckim wecie: Obóz „dobrej zmiany” jest na ostrym zakręcie, a opozycja w euforii

Liderzy podejmujący decyzje naprawdę muszą wiedzieć, co robią, bo te dwa weta prezydenta nie przybliżyły nas do reformy sądownictwa, ale dały paliwo opozycji i podzieliły obóz „dobrej zmiany”.

Dzisiaj obóz „dobrej zmiany” jest na ostrym zakręcie i im więcej czasu upływa od decyzji prezydenta o wecie, tym wyraźniej to widać. Rozumiem argumenty merytoryczne zwolenników prezydenta – chociaż ich nie podzielam – bo są przesłanki ku temu. Jednak w sensie politycznym, czyli ich skuteczności (co powinno być ważnym kryterium oceny polityków), to mamy zupełną katastrofę. Brak podstawowego celu, jaki można było przypisać decyzji prezydenta, czyli uspokojenia nastrojów. Odwrotnie, opozycja wydaje się być rozzuchwalona i zyskała zupełnie nieusprawiedliwione poczucie siły, bo manifestacje nigdy nie przekroczyły liczebnie tego, co zazwyczaj. Jedyna różnica to fakt, że zapalili sobie świece – twierdzi dziennikarz, publicysta i komentator polityczny Michał Karnowski.

– Opozycja dostała jakieś ogromne poczucie siły i zwycięstwa, i nie wiem, dlaczego prezydent zrobił to swojemu obozowi – zastanawia się komentator polityczny.

– Po drugie nie wydaje mi się, abyśmy byli bliżej reformy sądownictwa – wylicza. Jego zdaniem prezydent nie ma z kim przygotować reformy sądownictwa.[related id=31843]

– Z kim on ją przygotuje, z panią Gersdorf, z prezesem Krajowej Rady Sądowniczej? – pytał Karnowski, który uważa, że przecież te środowiska sędziowskie już niejednokrotnie dawały nam znać, że świetnie się czują z „patologiczną samorządnością”, która de facto jest oligarchizacją. A nie ulega wątpliwości, że chcą jej kontynuacji.

– Po trzecie szkoda, że prezydent Andrzej Duda przynajmniej nie postawił opozycji warunku, jak chociażby – „zakończcie te wulgarne protesty” czy „przestańcie uprawiać jakieś majdanowanie”, „przestańcie wzywać do przemocy, sugerować rozlew krwi” – wylicza komentator.

Jego zdaniem opozycja dostała wszystko właściwie za darmo, a obóz „dobrej zmiany” jest mocno poobijany, a co ważniejsze – podzielony. Karnowski wyraził nadzieję, że zostało to już wyhamowane, i zalecił, aby wszyscy powstrzymali emocje i zrobili analizę na zimno.

– Poczucie zwycięstwa, jakie dostali, to jest jakaś euforia i przekonanie, że każdą zmianę w Polsce można zatrzymać takimi protestami. To znaczy że wystarczy zebrać kilkadziesiąt tysięcy zdeterminowanych osób – wyjaśnił. Przyznał, że opozycja to nadal silny obóz mający oddziały w każdym powiecie. Przypomniał, że to są ludzie którzy niedawno rządzili i jeszcze pamiętają smak władzy i tęsknią za tym. Wśród tego kilkudziesięciotysięcznego tłumu roi się od ludzi z różnych fundacji i rzekomych działaczy obywatelskich, którzy bez pieniędzy z budżetu nie są w stanie działać.[related id=31846]

– Oni teraz tylko troszeczkę się zorganizowali i pan Soros, jak można podejrzewać, podesłał trochę pieniędzy i kilka czy kilkanaście ton świeczek zostało zakupionych. I dlaczego teraz ta siła dostała zwycięstwo? – pyta Karnowski. Przypomnijmy, że w grudniu ubiegłego roku prawica była zjednoczona i ulica wówczas niczego nie zwojowała. Wyraził przypuszczenie, że może teraz niektórzy już się przyzwyczaili do dyrektorskich stołków, które zawdzięczają „dobrej zmianie”, że teraz z poczuciem wyższości zalecają, żeby się dogadać z protestującymi, bo oni też mają swoje zdanie.

– Liderzy podejmujący decyzje naprawdę muszą wiedzieć, co robią, bo te dwa weta prezydenta nie przybliżyły nas do reformy sądownictwa, ale dały paliwo opozycji, podzieliły obóz „dobrej zmiany” i dały potworne poczucie satysfakcji drugiej stronie. Dziś cieszą się u Sorosa, cieszą się w „Gazecie Wyborczej”, cieszą się w pieczarze Schetyny. Natomiast smutni są ludzie, którzy często popadając w ostracyzm, bo ryzykując sporo, wieszali plakaty prezydenta Andrzeja Dudy na płotach swoich domów.

– Szanuję prezydenta, bo może został za mocno przyciśnięty do ściany i miał za słabe poczucie konsultacji – zadeklarował Karnowski, przypominając jednocześnie, że konsultacje z prezydentem odbywały się.

Mam poczucie, że prezydent chciał huknąć i trafiło na sądownictwo. Tylko że dzisiaj ryzykujemy to, że tej reformy po prostu nie będzie. Prezydent Duda wziął na siebie ogromną odpowiedzialność, także przed przyszłymi pokoleniami i wobec tych, którzy cierpieli przez ostatnie trzy dekady w tym postkomunistycznym bagnie sądownictwa – powiedział Karnowski.

[related id=”31888″] Jego zdaniem wczorajszy dzień oddalił Polaków od uczciwego sądownictwa. Przyznał jednocześnie, że przyjęte przez Sejm ustawy miały wady, ale dawały szansę na skokowe zmiany w wymiarze sprawiedliwości.

– A dzisiaj prezydent zaprasza panią Gersdorf i szefa KRS-u, sugerując, że z nimi zreformuje sądownictwo. Ja w to nie wierzę, bo ci ludzie nie zrobili nic, żeby reformy wprowadzić – twierdzi komentator polityczny. Przyrównał sytuację z wymiarem sprawiedliwości do lustracji, bo „w tamtym przypadku, tak jak i teraz, wszyscy chcieli lustracji, tylko lepszej, mądrzejszej… a ten horyzont był ruchomy. Tutaj mamy również ruchomy horyzont żądań opozycji i tego, jak ma wyglądać rzekomo mądra reforma sądownictwa”. De facto jej nie chcą.

MoRo

Chcesz wysłuchać całego Poranka Wnet, kliknij tutaj

Cała wypowiedź Michała Karnowskiego w części 8 Poranka