Okiem sceptyka/ Poplecznicy Hitlera. Druga wojna światowa dla Polski trwa i jakby daleko do jej zakończenia

Autorom współczesnych napaści na Polskę idzie o konkretne, wymierne interesy. Ale napaści te, w opisanych niżej formach, stanowią poplecznictwo wobec Niemiec nie tyle dzisiejszych, co hitlerowskich.

Prawo anglosaskie zna pojęcie ‘accessory after the fact’; na polski tłumaczone dosłownie jako ‘wspólnik (przestępstwa) po fakcie’ – a w języku ścisłym, prawniczym, choć raczej mglistym dla ogółu, krótko: ‘poplecznik’. Przestępstwo poplecznictwa znane jest w polskim kodeksie karnym. U Anglosasów poplecznik to ktoś, kto wiedząc o dokonanym przestępstwie, pomaga sprawcy po jego dokonaniu i z zamiarem, w celu umożliwienia sprawcy uniknięcia aresztowania i kary. Poplecznik to ktoś, kto na przykład ukrywa zwłoki ofiary, zaciera ślady zbrodni, ścigającym policjantom wskazuje kierunek odwrotny od drogi ucieczki sprawcy. Także ktoś, kto zeznaje, że zbrodni dokonał ktoś zupełnie inny. I tak docieramy do oceny – prawnej i moralnej – mnożących się wypowiedzi o „polskich obozach koncentracyjnych” w czasie drugiej wojny światowej.

Ale nie tylko. Wielu wysoko postawionych urzędników RP – w tym bodaj dwu prezydentów, a niedawno pewien chybiony minister rządu PiS – w mojej ocenie dopuściło się przestępstwa poplecznictwa, przypisując „Polakom” odpowiedzialność za niemiecką zbrodnię wojenną w Jedwabnem. Panowie ci opowiadali mgliście o „Polakach” jako sprawcach, rozmyślnie ignorując oczywistą, intuicyjnie zrozumiałą zasadę prawa międzynarodowego, w myśl której za wydarzenia na danym terytorium odpowiada to państwo, które terytorium to kontroluje.

Większość terytorium Rzeczypospolitej Polskiej w roku 1941, w tym okolice Jedwabnego, kontrolowała niemiecka Trzecia Rzesza i stąd zbrodnia w Jedwabnem to zbrodnia wojenna niemiecka, nawet gdyby krytycznego dnia w miejscowości tej nie było żadnego niemieckiego oddziału (a był) i nawet gdyby Niemcom w dokonaniu tej zbrodni pomagali na rozkaz jacyś miejscowi Polacy. Zakres takiej pomocy jest dziś, o ile wiem, sporny, gdyż ekshumacji ofiar nie było, a na miejscu znaleziono łuski po amunicji niemieckiej. Nie znaczy to, że Polacy są święci (choć niektórzy i owszem), albo że, na przykład, nie są antysemitami (bo są, a dokładniej – bywają; o czym może innym razem).

Że zbrodnia w Jedwabnem to niemiecka zbrodnia wojenna, piszę od lat; czasem bardzo obszernie i dużo bardziej prawniczo-fachowo. Na przykład tu: https://sites.google.com/site/wolnyczyn/aktualnosci/akt-oskarzenia-autorow-przekroju-o-zniewazenie-narodu-polskiego.

Dygresja. Zbrodnia ludobójstwa, jakiej dokonano w 1943 r. na Polakach z terenu Wołynia, też nastąpiła na terytorium kontrolowanym przez pewne państwo. Nie było to ani państwo polskie, ani ukraińskie. Tymczasem – może nie zwróciłem uwagi, albo nie zapamiętałem – w licznych wypowiedziach polskich (jak i zresztą ukraińskich) rzadko można spotkać tezę, by Niemcy byli na Wołyniu kimś innym niż biernymi obserwatorami, kompletnie za nic nie odpowiedzialnymi…

Powtórzę: w sensie prawa międzynarodowego za wydarzenia na danym terytorium – niezależnie od narodowości bezpośrednich sprawców – odpowiada to państwo, które terytorium to kontroluje, dobrze czy niedobrze, skutecznie czy nieskutecznie, ale kontroluje. W roku 1943 Wołyń nie był jakimś nowym, odrębnym państwem. Znajdowały się tam oddziały wojskowe, policyjne i tyłowe niemieckie. A kontynuatorem prawnym Niemiec hitlerowskich są Niemcy współczesne. Koniec dygresji.

 

Niewiele wynika z tego, że jakiś fakt, wydarzenie, zjawisko nazwiemy w ten czy w inny sposób. Wręcz groteskowy jest ktoś, kto czuje się lepiej, względnie gorzej, po tym, jak sobie je nazwie. Warto w ogóle unikać niepotrzebnych emocji, utrudniających ocenę sytuacji. Autorom napaści na Polskę – ze wszystkich państw zainteresowanych napadami na Polskę – idzie o bardzo konkretne, wymierne interesy.

Ale napaści te, w opisanych wyżej formach, stanowią poplecznictwo wobec Niemiec nie tyle współczesnych, co Niemiec hitlerowskich.

Warto zwrócić uwagę na popleczników tak zewnętrznych, jak i nawet wewnętrznych. Bardziej licznych od tych z Jedwabnego.

To poplecznicy Hitlera.

I w tym sensie druga wojna światowa dla Polski trwa i jakby daleko do jej zakończenia.

Mariusz Cysewski

Okiem sceptyka / Polaczek-cwaniaczek. Jak Polacy traktują siebie i siebie nawzajem? Temat zbyt niski czy zbyt ponury?

Słabo znałem mój kraj, bo wbrew moim rachubom, typ polaczka-cwaniaczka wśród Polaków dominuje; mieszkając nad Wisłą warto pamiętać, że załatwienie czegoś może zająć tu siedem razy tyle, ile powinno.

My tu gadu-gadu, to i śmo, a to Rosja, a to Ameryka, a to Ukraina i zasady demokracji… A z jakim właściwie kapitałem społecznym staje Polska na świecie? Jak Polacy traktują samych siebie i siebie nawzajem? Jakby nikt się nad tym nie zastanawia, a przecież bez poglądu na ten temat przypominać będziemy matematyka z fraszki Kochanowskiego. Temat zbyt niski – czy zbyt ponury?

W zeszłym roku latem kupowałem tani, używany, prosty, miejski rower. Jednym z parametrów rowerów jest ich masa, ciężar. Parametr ten w pewnych granicach nie jest nazbyt istotny, ale jego znaczenie bywa wyolbrzymiane. Sprzedających niepotrzebne im już sprzęty przez ogłoszenia na jednym z popularnych portali odsprzedażowych – były to osoby prywatne – pytałem więc standardowo o ciężar ich rowerów, dając do zrozumienia, że parametr ten jest dla mnie istotny, i umawiałem się lub nie na oględziny. Obejrzałem rowerów sześć. Waga nie zgadzała się nigdy! Rozbieżność wahała się od kilograma do (najczęściej, jakby się wszyscy umówili) dwu kilogramów, przy wadze roweru od 9 do 13–14 kilogramów. Rower wreszcie kupiłem – za siódmym podejściem, gdy waga zgadzała się dokładnie z tym, co mejlowo podała mi sprzedająca go pani. Na miejscu okazało się zresztą, że to nie ona rower sprzedaje, a jej syn; czyżby nie posługiwał się internetem sam? No ale mniejsza o to. W końcu znalazł się ktoś uczciwy. Kupno używanego taniego roweru zajęło mi nie jeden dzień, a dni kilka; zwiedziłem sobie też kilka miejsc rozległej metropolii.

Ten stan rzeczy mnie zaszokował. Sądziłem, że część sprzedających zwyczajnie pojęcia mieć nie będzie, ile ich rower waży, i nie będzie im się chciało/nie będą wiedzieli, jak to sprawdzić; oczekiwałem też, że ktoś zacznie mi tłumaczyć, w dużej mierze słusznie, dlaczego waga nie ma zbyt dużego znaczenia w ocenie roweru. Nie warto też moralizować ani nawet przesadnie liczyć na ludzką uczciwość.

Spodziewałem się tedy z góry, że ktoś ze sprzedających zechce trochę „podrasować” zalety sprzedawanego sprzętu. Ale że wszyscy??? Oszukiwać postanowiło kolejno sześć osób! I na co ludzie ci liczyli? Że po zaznaczeniu, że ciężar sprzętu jest dla mnie ważny, nie sprawdzę go przed kupnem? Byli nie tylko cwaniaczkami – ale i cwaniaczkami głupimi.

Też cwaniaczkami bezczelnymi, bo nie spostrzegłem oznak zakłopotania po wykazaniu kłamstwa. Jakby kłamstwo i oszustwo były dla nich do tego stopnia chlebem powszednim, że nie widzieli w nim nic dziwnego. W końcu, gdy cwaniaczkują wszyscy, to cwaniaczkowanie staje się jakby niewidzialne; a jeden cwaniaczek w te czy wewte różnicy wielkiej nie zrobi.

Może jest coś szczególnego akurat w portalu ogłoszeniowym, z którego korzystałem, że przyciąga on ludzi określonego rodzaju. Subiektywnie mam też wrażenie, że oszukiwanie na wadze akurat rowerów jest rzadsze im, są one droższe, a używający ich ludzie poważniej traktujący swoje hobby/środek transportu – a zarazem samych siebie – oszukują mniej.

Raczej nie można też spieszyć się z wnioskami albo uogólniać na podstawie siedmiu osób; nie wiem, jak liczną próbkę za wystarczająco reprezentatywną uznaliby statystycy. Mnie jednak szkoda czasu na sprawdzanie 70, 700 czy 7 tysięcy rowerów i przynajmniej jakieś robocze wnioski dla siebie sformułować musiałem już po drugich oględzinach.

Wniosek roboczy minimalny z opisanego wyżej doświadczenia bezpośredniego (osobistego) brzmi, że doprawdy bardzo mało dotąd znałem mój kraj, bo wbrew moim rachubom, typ polaczka-cwaniaczka wśród Polaków dominuje, przez co Polska staje się czymś w rodzaju dżungli; mieszkając nad Wisłą warto pamiętać, że załatwienie czegoś może zająć tu siedem razy tyle, ile powinno.

Pamiętają Państwo wiedzę praktyczną z lat 90. o kupowaniu używanych samochodów w Niemczech? Wyjeżdżających wtedy po nie namawialiśmy, by auta kupowali od Niemców, a nie handlujących tam nimi coraz częściej Turków. No więc – sami staliśmy się takimi oto Turkami.

Włosów z głowy rwać z tego powodu pewnie nie ma sensu; trzeba raczej podchodzić do tego filozoficznie – z uśmiechem i dystansem zastanawiając się, czym jeszcze nas świat zaskoczy. No i trzymając się zaktualizowanej wersji naszej „wiedzy o Polsce i świecie współczesnym”.

Od jakiegoś czasu na sile przybierają jakby rozmaite kampanie – najczęściej w formie „szeptanki” w mediach społecznościowych – namawiające do kupowania polskich produktów i w polskich sklepach. Czyli domyślnie – nie w quasi-supermarketach, centrach i sieciach. Zyski tych pierwszych miałyby zostawać w Polsce, tych drugich – wędrować za granicę. Pomińmy, czy na przykład sieci osiedlowe oferują produkty „polskie” (i które to są?) częściej niż centra i sieci i czy oferta jednych istotnie różni się od oferty drugich – a skupmy się na jednym tylko. Na uczciwości. I cenach.

Ceny w sklepach np. osiedlowych są z reguły i naturalnie wyższe niż w tych dużych. Ja jednak uważam, że mając wybór, wybrać się na zakupy do tych pierwszych z innego powodu niż z pilnej i nagłej potrzeby – trzeba upaść na głowę.

Numerek jest ponoć stary jak świat. Banalny. I jakoś o nim cicho, w tej czy innej formie spotkała się z nim większość Państwa. Oto na półce wywiesza się jedną, atrakcyjną cenę, a przy kasie do rachunku dolicza cenę inną – wyższą.

O numerku przypomniała mi niedawna wizyta w pewnym sklepiku, gdzie znęciła mnie atrakcyjna cena ulubionej kawy, soku i jogurtu; ale też właśnie przez ich atrakcyjność ceny zapamiętałem i przy kasie z wszystkich produktów dla zasady zrezygnowałem. Trzy zero… Jednak zwykle numerek działa niezawodnie. Ilu z nas pójdzie do sklepu po jeden artykuł?

Ktoś z pełnym wózkiem zakupów raczej nie ma tu szans. Część sklepów rachunki drukuje niewyraźnie z zasady – no to już wiemy, na czym polega ich pomysł na „byznys”… I wreszcie, nawet gdy ktoś wędruje do sklepu za jednym artykułem lub zdoła – jak ostatnio ja – zapamiętać kilka różnych cen, to argument kasjerki jest jak z Barei: nie mamy pana płaszcza, i co nam pan zrobi? Cena jest inna niż na półce, no i co z tego?

Waga roweru jest inna niż deklarowana. No i co z tego?

Są oczywiście – to statystycznie nieuniknione – sklepiki handlujące uczciwie. Proporcje jednych i drugich określić znacznie trudniej niż w przypadku mojego kupowania roweru; łatwiej też o wnioski błędne – łatwiej nam zapamiętać jedno jaskrawe łajdactwo niż dziesięć sytuacji, których nie zauważymy, uznając je za normalne.

Sytuacja ta bynajmniej nie pojawia się wyłącznie w sklepikach małych, osiedlowych czy umownie „polskich”. Subiektywnie numerek na cenę inną przy kasie uważam i określiłem za „prastary” i tam właśnie jest on powszechny. Ale okazjonalnie zauważyć go można – a jakże! – i w „sieciówkach”, a jedna z obecnych w Polsce dwu dużych francuskich sieci z numerku zrobiła nawet zasadę handlu bakaliami. Proszę sprawdzić orzeszki…

Jako człek złośliwy przypuszczam, że do określania cen i kampanii promocyjnych dopuszczono tam polaczków-cwaniaczków.

Mariusz Cysewski

Okiem sceptyka: Kto (nie) zamordował generała Sikorskiego? Jaką rolę odegrał pilot samolotu, czeski oficer Prchal?

Można sobie wyobrazić, że pilot cudem ocalał i doznał czegoś w rodzaju amnezji lub zwyczajnie kilkadziesiąt kolejnych lat nie potrafił spójnie i przekonująco określić przyczyn katastrofy.

Zamach na samolot to zwykle śmierć wszystkich na pokładzie. Ukrycie zamachu i upozorowanie katastrofy jest trudne, gdy ktoś ocaleje, zwłaszcza ktoś z załogi; i tym bardziej pilot. Stąd tak powszechnie podejrzewano zamach, gdy katastrofę samolotu generała Sikorskiego w Gibraltarze w roku 1943 przeżył właśnie pilot. Był nim oficer czeski – porucznik Eduard Prchal. Drobiazgowo badano jego życiorys, karierę i przebieg służby. Podejrzeń potwierdzić się nie udało; ale i nie udało się ich ostatecznie rozwiać. Aż do śmierci Prchala w 1984 r. pilnie śledzono, skądinąd nieliczne, jego wypowiedzi o katastrofie.

Z tzw. braku laku teorie zamachu opierano tedy na innych szczegółach tragicznego lotu i jego kontekstu: obecności czy nieobecności rozmaitych osób w Gibraltarze w czasie katastrofy, równoczesnej wizycie delegacji sowieckiej, składzie załogi i tak dalej. Owe inne szczegóły często zwyczajnie zmyślano.

Te inne teorie zamachu, „wtórne”, pomijające ewentualny udział w spisku pilota – a doprawdy spisano je w niejednej książce – mam za brnące w coraz większe nieprawdopodobieństwo (i coraz większy bezsens) z powodów podanych na wstępie: zamach byłby bardzo trudny lub niemożliwy do zorganizowania bez udziału pilota, a skoro udziału nie było lub go nie wykazano – to najprawdopodobniej nie było i zamachu.

Naturalnie, jak w sprawie mordu na błogosławionym księdzu Popiełuszce, na podstawie znanych faktów możemy tylko stopniować prawdopodobieństwo; tymczasem świat logiczny być nie musi (zwłaszcza nie musi do końca) i bywają rzeczy, co nie śniły się filozofom. Można sobie tedy wyobrazić, że pilot samolotu, na który dokonano zamachu, cudem ocalał i doznał czegoś w rodzaju amnezji lub zwyczajnie kilkadziesiąt kolejnych lat nie potrafił spójnie i przekonująco określić przyczyn katastrofy; że cudem ocalał i przerażony wydarzeniami postanowił do śmierci milczeć; a nawet, że na pokładzie startującego samolotu stoczył z zamachowcami walkę, w której odniósł obrażenia i o której natychmiast po uratowaniu… zapomniał! Kpię? A jednak taką właśnie, niedorzeczną teorię całkiem serio wysunął jeden z polskich sensatów, Tadeusz Kisielewski.

Ja skupię się na prostej logice i osobie pilota.

Śmierci generała Sikorskiego pragnąć mogły rządy kilku państw; głównie Brytyjczycy (wszak katastrofa nastąpiła na ich terytorium), Sowieci, Sowieci wspólnie z Brytyjczykami, a w dalszej kolejności inni – Niemcy i Amerykanie. Także Polacy: wywiad polski miał być niechętnie lub wrogo nastawiony do, jego zdaniem, nieskutecznej i szkodliwej dla Polski polityki Sikorskiego. To dla któregoś z tych państw musiałby działać porucznik Prchal, gdyby uczestniczył w spisku na życie generała.

Tadeusz Romer, Władysław Sikorski, Władysław Anders i Tadeusz Klimecki podczas podróży inspekcyjnej Naczelnego Wodza na Bliskim Wschodzie 1943 | Fot. nieznanego autora, Wikipedia

Zastanówmy się.

Nie ma większego sensu przywiązywanie nadmiernej wagi do czyjegokolwiek pojęcia praworządności, lojalności czy przyzwoitości tam, gdzie w grę wchodzą interesy i niejawne operacje państwa; i stąd, gdyby porucznik Prchal uczestniczył w spisku na rozkaz brytyjski, i to na terytorium brytyjskim, to zapewne wkrótce po wyłowieniu z wody i ewentualnie złożeniu przed komisją ds. wypadków niewiele wnoszących zeznań – rząd brytyjski zaaranżowałby mu wypadek drogowy, atak serca itp.

Kluczowych świadków usuwa się i rządy państw tzw. demokratycznych nie są w tym względzie gorsze od najkrwawszych tyranii, choć może częściej dbają o pozory.

W tym wypadku nic podobnego nie nastąpiło. Brytyjczycy szybko po katastrofie przywrócili porucznika Prchala do służby i do końca wojny pilotował on samoloty VIP-ów. W rezultacie rząd brytyjski nadal był podejrzany, choć moim zdaniem mniej już sensownie: musiałby bowiem zawierzyć interes polityczny i tajemnice państwa świadkowi, którego winien raczej zlikwidować. Ale teoria tajnego działania porucznika Prchala na zgubę delegacji polskiej, a na rozkaz Brytyjczyków, ostatecznie moim zdaniem runęła, gdy po zakończeniu wojny porucznik bez przeszkód opuścił Wielką Brytanię, by wrócić do Czechosłowacji. Jeśli można sobie (z trudem) wyobrazić pozostawienie przez Brytyjczyków przy życiu kluczowego dla nich świadka, to zdecydowanie trudniej – ostateczne wyzbycie się wszelkiej kontroli nad jego poczynaniami.

Naturalnie Anglicy mogli zamach zorganizować bez udziału porucznika Prchala, i to łatwo – wystarczyło za liberatorem generała wysłać nocny samolot myśliwski RAF-u z misją specjalną. Gdyby jednak z tych czy innych (wcale nie tak mało prawdopodobnych) powodów konieczny był udział kogoś z załogi, kto powinien przeżyć, to musiałby to być porucznik Prchal, a on nie tylko przeżył katastrofę, żył do końca wojny, ale i po jej zakończeniu swobodnie opuścił Wielką Brytanię i udał się do Czechosłowacji – kraju kontrolowanego przez Sowiety.

Tedy to nie Brytyjczycy zorganizowali śmierć generała Sikorskiego ze świtą. Powyższa logika stosuje się i do pobytu porucznika Prchala w Czechosłowacji.

Gdyby porucznik był wykonawcą zamachu na zlecenie Sowietów, NKWD lub czechosłowacka bezpieka zadbałyby o to, by skrócić mu życie – jeśli nie jeszcze w Anglii, to na pewno po powrocie do Czech, aranżując mu wypadek drogowy, atak serca itp., by tajemnicę zabrał z sobą do grobu.

Opcjonalnie winny skłonić lotnika np. do wystąpienia przed mikrofonami radia i w sowieckim stylu rytualnych potępień – oskarżenia o zamach Brytyjczyków. Wiemy, że nie nastąpiło ani to, ani to. Co prawda, publiczne oskarżenie Brytyjczyków czeska bezpieka porucznikowi sugerowała; ale bez specjalnego nacisku i jakby bez przekonania. Koniec końców, z Czechosłowacji Prchal uciekł.

Tedy i nie Sowieci zamordowali generała Sikorskiego ze świtą. Wprawdzie podobnie jak Brytyjczycy, mogli zamach ten zorganizować bez udziału porucznika Prchala. Gdyby tak było, czyli gdyby Sowieci zorganizowali zamach bez udziału Prchala, to nie musieliby go likwidować ani zmuszać do oskarżania o zamach rządów państw wrogich Sowietom (choć znając obyczaj sowiecki, należałoby tego oczekiwać). Jednak zamach taki byłby o wiele mniej prawdopodobny – i nieporównanie trudniejszy niż dla Brytyjczyków.

* * *

Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Katowicach prowadziła śledztwo w związku ze śmiercią gen. Sikorskiego w Gibraltarze w 1943 r. Umorzono je w ubiegłym roku w Warszawie. Niemal rok temu, w lutym 2017 r., ustalenia Komisji na spotkaniu publicznym omówili goście IPN i Piotra Zychowicza: dr hab. Tomasz Konopka z Zakładu Medycyny Sądowej Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego i prokurator Psiuk. Zapis filmowy tego spotkania znaleźć można na YouTube; polecam.

Z ustaleń śledztwa zdaje się wynikać, bardzo przekonująco, wniosek, że zamachu nie było.

Sądzę, że wniosek ten warto oprzeć i na podanej wyżej, nieskomplikowanej logice i rachunku prawdopodobieństwa.

 

Mariusz Cysewski

Okiem sceptyka. Kto (nie) dokonał zbrodni na księdzu Popiełuszce? Kontrowersje ws. zbrodni założycielskiej Trzeciej RP

Dlaczego Kiszczak nie kazał zamordować w więzieniu członków gangu Piotrowskiego? Wiemy, że wypadki takie chodzą w Polsce po ludziach nawet współcześnie, o czym świadczy los morderców Olewnika.

W swej książce „Teresa, Trawa, Robot” (Fronda 2009) Wojciech Sumliński opisuje prowadzoną na rozkaz Kiszczaka akcję inwigilacji esbeków skazanych w procesie toruńskim i następnie uwięzionych, oraz ich rodzin czy kręgów towarzyskich. SB zakładała podsłuchy, dokonywała tajnych rewizji i prowadziła obserwacje. Zdaniem autora, ta szeroko zakrojona akcja zmierzała do ukrycia sprawstwa i dowodów – prawdy w sprawie mordu dokonanego na bł. księdzu Jerzym Popiełuszce.

Czy naprawdę taki właśnie był cel tej akcji?

Nie sądzę, by dla oberubeka, jakim był Kiszczak, zlecenie podwładnym zamordowania kogokolwiek w PRL było tak łatwe, jak się to zwykle opisuje. Wymagałoby to struktury w jakiś sposób wyodrębnionej nawet z szeregów zbrodniczego z definicji MSW, uproszczonego systemu podległości i raportowania – swoistej „konspiracji w konspiracji”. Z drugiej strony wiemy, że komuniści takie właśnie struktury tworzyli. Mogli nadto sięgnąć po „bratnią pomoc”.

Rozkaz zamordowania kogokolwiek w Polsce, choć nieprosty, to jednak przypuszczalnie nie stanowił dla Kiszczaka nadmiernego wyzwania. O ile pamiętam, Wojciech Sumliński sądzi dość podobnie – w każdym razie w bodaj każdej swej książce opisuje Kiszczaka jako główną lub jedną z głównych postaci komunistycznego systemu zbrodni – kogoś, kto nie cofał się przed niczym.

Ale skoro tak, to dlaczego Kiszczak nie kazał zamordować zamkniętych w więzieniu członków gangu Piotrowskiego?

Wiemy, że wypadki takie chodzą w Polsce po ludziach nawet współcześnie, o czym świadczy los morderców Olewnika. Ludzie ci rozstali się z życiem, by tak rzec, hurtowo i w czasie zbliżonym, tedy urzędowe wyjaśnienia ich śmierci brzmią mało wiarygodnie. Skoro można dzisiaj zorganizować komuś samobójstwo w monitorowanej celi w Polsce, to bodaj można było i za PRL-u, zwłaszcza dla kogoś takiego, jak szef MSW. Dygresja: rozumowanie powyższe opiera się na prawdopodobieństwach i przypuszczeniach; być może śmierć morderców Olewnika naprawdę nastąpiła z przyczyn naturalnych – a jeśli nawet nie, to może ten, kto postanowił ich śmierć zaaranżować, miał potrzeby operacyjne i środki działania większe nawet od tych, którymi w PRL dysponował Kiszczak. Życie nie musi być logiczne ani tym bardziej odpowiadać naszym o nim wyobrażeniom. Koniec dygresji.

Przyjmujemy więc, że szef MSW Kiszczak mógł kazać zgładzić w więzieniu albo całą ekipę Piotrowskiego – co naturalnie wzbudziłoby podejrzenia – albo przynajmniej samego Piotrowskiego lub Pietruszkę; co właściwie przeszłoby bez echa. Ba! Ze swego punktu widzenia i w swym własnym zbrodniczym interesie – nawet powinien ich kazać zgładzić.

Skazani mordercy księdza, gdyby rzeczywiście wiedzieli poważnie więcej o sprawie mordu, a zwłaszcza gdyby mieli dowody współudziału kolejnych zbrodniarzy z MSW, w tym być może nawet i samego Kiszczaka – byliby przecież czymś w rodzaju bomby z opóźnionym zapłonem, blotkami do wykorzystania w każdej wyobrażalnej grze politycznej wymierzonej w ekipę Jaruzelskiego, potencjalnie jej gwoździem do trumny.

Co więcej, zbrodniarze Piotrowskiego własną śmierć zdawali się kilka razy wręcz prowokować, dając do zrozumienia, że owe dodatkowe informacje w rzeczy samej posiadają, że za czas jakiś (po odbyciu wyroku? W razie nieobniżenia wyroku?) „oni im (swemu naczalstwu?) dopiero pokażą” itp. Takie sugestie i takie gesty niezmiernie podnieciły Sumlińskiego, każąc mu wierzyć, że w rzeczy samej coś było na rzeczy, że skazani to li tylko najniższy krąg sprawców tej zbrodni.

Jednak niżej podpisany sam był w komunistycznym więzieniu i z doświadczenia wie, że bodaj nie ma więźnia, co nie odgraża się ludziom, których uważa za sprawców swej niedoli.

A może Kiszczak kazał inwigilować sprawców w ramach czegoś w rodzaju wewnątrzresortowej rutyny, ot – bo inwigiluje się zawsze i wszystkich skazanych. Tego nie wiem i sądzę, że taka hipoteza wymagałaby rozległej wiedzy na temat niejawnych operacji SB, by określić, czy inwigilacja szajki Piotrowskiego była rutynowa, czy też była operacją szczególną, specjalną. Dość, że za specjalną uważa ją Wojciech Sumliński; podtytuł jego książki brzmi: „Największa operacja komunistycznych służb specjalnych” i nawet, jeśli jest to gruba przesada, to jednak możemy przyjąć, że inwigilacja sprawców banalna nie była.

A może Kiszczak kazał inwigilować sprawców w ramach akcji dezinformacyjnej, swoiście „wielopiętrowej”? Kiszczak mógł wszak np. osobiście odpowiadać za mord na księdzu Popiełuszce, a gdy upewnił się, że nie wiedzą tego/nie mają dowodów ubecy skazani w procesie toruńskim (w przeciwnym razie nakazałby ich zgładzić) – poprzestał na samej tylko inwigilacji sprawców, chcąc w ten sposób zademonstrować swą i Jaruzelskiego rzekomą niewiedzę, tym samym budując sobie i Jaruzelskiemu, nawet tylko wewnątrz resortu i partii, swego rodzaju alibi. Ale teorię wielopiętrowej dezinformacji mam za zbyt wydumaną, skomplikowaną; a ubecy skomplikowani nie byli.

Cóż więc sądzić o inwigilacji w więzieniu sprawców mordu na błogosławionym księdzu Popiełuszce? Oto – najprawdopodobniej nie mają oni informacji poważnie wpływających na nasz stan wiedzy o tej zbrodni. W przeciwnym razie byliby nie inwigilowani, a zgładzeni.

Żyją do dziś. Więc nic nie wiedzą.

Po drugie, zbrodnia na błogosławionym Kościoła najprawdopodobniej, przynajmniej w zasadniczym zarysie, została dokonana w sposób przedstawiony w skandalicznym skądinąd procesie toruńskim sprawców. Gdyby na przykład to nie członkowie szajki Piotrowskiego jej dokonali, a kto inny – to patrz wyżej: byłoby to informacją poważnie wpływającą na nasz stan wiedzy o tej zbrodni, a Piotrowski i spółka dziś by już nie żyli.

Po trzecie: informacji poważnie wpływających na nasz stan wiedzy o zbrodni na księdzu najprawdopodobniej nie mieli też Kiszczak ani Jaruzelski. Oczywiście dużo lepiej od Piotrowskiego czy Pękali znali oni realia polityczne i personalne PRL-u i całego bloku sowieckiego, również w kontekście dokonanej zbrodni i jej konsekwencji, ale i bez związku bezpośredniego z samą zbrodnią.

Choć zarządzona przez Kiszczaka inwigilacja sprawców mogła być banalna i rutynowa (czemu Sumliński przeczy) albo miała rzekomą niewiedzę Kiszczaka i Jaruzelskiego tylko pozorować (którego to alibi Kiszczak i Jaruzelski nie potrzebowali albo byli na nie zbyt prymitywni), jednak logicznie i najprościej: szuka informacji tylko ten, kto jej nie posiada.

Mariusz Cysewski

Kto zorganizował zamach w Smoleńsku? Pytanie to nadal nurtuje wielu Polaków / Mariusz Cysewski dla WNET w każdy czwartek

Czy warto i czy można rozsądnie rozprawiać o sławetnej „masonerii” jako o odrębnym bycie? Mówi się – nie bez racji, choć pewnie nie do końca słusznie – że kapitał ma narodowość. Ma ją i masoneria.

Onegdaj – za wyborów 2015 roku – częstą lekturą wielu Polaków były „Prawicowe dzieci”, książka pana Leszka Misiaka, dziennikarza poróżnionego z Niezależną, a przygarniętego przez innych mecenasów („Warszawską Gazetę”, co dość znamienne). Związany dziś z „Warszawską”, autor ten specjalizuje się w atakach na ministra Macierewicza. W książce „Prawicowe dzieci” Leszek Misiak stwierdził, że zamach w Smoleńsku dziełem Rosji najpewniej nie był; natomiast nie da się wykluczyć, że zorganizowała go masoneria, i to rytu szkockiego (czy jakoś tak; dokładnego cytatu nie przytoczę). Tak, tak. Rytu z Madrytu. Zrytu beretu.

Dziwaczna wypowiedź Leszka Misiaka spotkała się z zasłużonymi salwami śmiechu publiki. A jednak ta i inne podobne wypowiedzi bywają czasem powtarzane, jako że oskarżanie o wszystko „mazonerii” jest – wśród starszych zwłaszcza Polaków – równie częste, jak oskarżanie „Rzyduf” bądź nawet z nim wymienne.

Z opowieściami o „mazonach” (jak i o „rzydah”) przychodzą czasem różni ludzie. Kwitowanie tych opowieści szyderstwem albo uśmieszkiem niepotrzebnie zostawia idiotom i agentom nadzieje na szerszy posłuch.

Śmiech śmiechem, ale wypadałoby choć pokrótce opisać, na czym polega nonsens takich oskarżeń. Czytelnik uważny powinien zrezygnować z dalszej lektury tego artykułu, jest on bowiem przeznaczony dla tych, co zawsze wiedzieli, ale nie chcieli pytać.

Rozbierzmy więc sobie tu z powagą tezę, dlaczego „masoni” dowolnego rytu nie dokonali i nie mogli dokonać zamachu na delegację polską w Smoleńsku w 2010 roku.

Masoneria to niewątpliwie i w odróżnieniu od np. „chemtrails” zjawisko realne albo zespół zjawisk, organizacji, ludzi istniejących w świecie realnym, a nie wyłącznie urojonym. Wiedzę o masonerii – jak i, na przykład, o ludobójstwie na Wołyniu – czerpiemy nie z wrzutek trolla na fejsie, nie z nie wiadomo przez kogo założonych i finansowanych serwisów internetowych; nie z gazet (zwłaszcza „Warszawskiej Gazety”) ani telewizji; nie od blogerów (łącznie z niżej podpisanym). Czerpiemy ją z publikacji znajdujących się w uniwersyteckich bibliotekach. Są to publikacje opatrzone wstępem, definicjami pojęć, przypisami, bibliografią itp. Czasem bardzo obszerne.

Napisałem „czerpiemy”? Stop… Wróć. O ile publikacje o zjawiskach masowych, będących udziałem wielkich mas ludzkich, zostawiających ogromną ilość świadectw (dokumentów, relacji itp.) to źródło wiedzy w miarę, powiedzmy, bezpieczne, to z masonerią jest inaczej. Zachowane źródła siłą rzeczy będą dotyczyły węższych grup ludzi, poczynań czy praktyk niejawnych itp. Pokusa subiektywizmu – lub po prostu propagandy vel zwyczajnie kłamstwa, tak czy owak obecna wszędzie, tu siłą rzeczy jest proporcjonalnie większa. Akademicka ranga rzetelnej wiedzy wciąż jest wymagana (innej zresztą, powiedzmy, nie ma) – warto jednak zachować sceptycyzm i mieć świadomość pułapek i intelektualnego pola minowego. Kto chce, niech próbuje.

Znaczyłożby to, że przed nami, nie dysponującymi czasem i skazanymi na fejsa i sieć lajków, na zawsze już zatrzaśnie się wieko tajemnicy? Że na zawsze już tajemnicą pozostaną dla nas sprawy wazonów z trytu i Madrytu? Któż osuszy nam łzy sieroce? Proponuję, by uczynił to Józef Piłsudski ;))

Jak wiemy, Polska Niepodległa wyłaniała się w walce, a endecy do dziś nazywają piłsudczyków „bandytami”, co to z rewolwerem w ręku rabują banki. Ludzi tych, z samym Piłsudskim na czele, cechowało pewne zdecydowanie w działaniu wynikające z ich losów.

Generał Lucjan Żeligowski dostał od Piłsudskiego rozkaz zajęcia Wileńszczyzny i upozorowania budowy nowego państwa, Litwy Środkowej, którą po pewnym czasie – gdy zmniejszyły się przewidywane dla Polski koszty polityczne tego przedsięwzięcia – włączono do Polski. Wyrazem zdecydowania było i samo przejęcie władzy w 1926 r. Wywiad polski – jeśli nie zwyczajnie policja – infiltrował zdelegalizowaną „Komunistyczną Partię Polski” tak skutecznie, że Stalin uznał, iż polscy towarzysze do tego stopnia są niewiarygodni, że należy ich wszystkich wymordować – i jął energicznie realizować tę decyzję.

Posunięciem pod względem zdecydowania wręcz gangsterskim były składane od 1934 r. kilkakrotnie w Paryżu propozycje wojny prewencyjnej przeciw Niemcom. Mówi się, że propozycje polskie zmierzały głównie do ustalenia wiarygodności sojuszniczej Francji; gdyby jednak Francuzi miast samobójczej bierności rozsądnie je przyjęli, mogły zapoczątkować europejską grę przyspieszającą lub opóźniającą II wojnę światową, a w każdym wypadku zmieniającą jej warunki i układ sił. Lub ją uniemożliwiającą.

Po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. tajne organizacje w Polsce zostały zakazane (nie wiem, czy dotyczyło to i masonerii), ale zakazu podobno nikt nie przestrzegał. Po roku 1926 podobno przestrzegał lub przynajmniej starał się to pozorować. I oto pewnego dnia Piłsudski lub ktoś z jego otoczenia dostrzegł, że sektę takich, co chodzą w fartuszkach i wspólnie śpiewają szanty lub modlą się do Azraela albo jakiegoś innego Beliala, wykorzystać można w interesie państwa polskiego. Tym bardziej, że do sekty należały rozmaite ważne persony tak zwanych „demokracji” bardziej zaawansowanych niż nasza, w tym ministrowie, członkowie rodzin panujących i tu i ówdzie jakiś premier, były lub przyszły.

Stosowne rozkazy padły i oto już wkrótce nienagannymi masonami zostali stosownie zalegendowani oficerowie Dwójki – wydziału II sztabu generalnego, czyli polskiego wywiadu. Nie znam szczegółów pracy polskiego wywiadu na odcinku fartuszkowym ani jej efektów – pewnie oszałamiające nie były. Pracę tę charakteryzowała też pewna zmienność, a masonów w Polsce niepodległej na przemian a to goniono, a to hołubiono.

Każdemu nasunie się tu naturalne pytanie, skąd niby wiadomo, że to polski wywiad, przynajmniej w interesujących go sprawach, kręcił masonami w Polsce, a nie na odwrót – masoni wywiadem? Czy to pies macha ogonem, czy na odwrót – ogon psem? A dokładniej: kto w danym wypadku jest psem, a kto ogonem?

Odpowiedź bynajmniej nie jest prosta i wymaga uważnego i sceptycznego rozważenia poszlak. Nie jest prosta nawet dla samych uczestników wydarzeń. W książce opublikowanej kilka lat temu w Polsce niemiecki dziennikarz Jurgen Roth opisuje raport wywiadu niemieckiego (BND) o „polskim polityku”, który zlecić miał zamach w Smoleńsku jakoby bezpośrednio znanym sobie i wymienionym przez Rotha z nazwiska oficerom KGB. Naturalnie, zlecanie czegokolwiek oficerom KGB bez wiedzy rządu Rosji możliwe nie jest. Ba – nie jest możliwe przede wszystkim bez i aktywnego udziału tego rządu, i samej inicjatywy z jego strony, jakkolwiek pomyślnie Rosjanie by ją maskowali przed owym nieszczęsnym, co pewnie do dziś wyobraża sobie, że to on merdał Rosją, a nie Rosja nim.

Być może, nie wolno lekceważyć panów w fartuszkach. Ani trochę bardziej niż owego „polskiego polityka”, co myśli, że merdał Rosją. Ze zmienności przygód polskiego wywiadu z masonerią zdaje się logicznie wynikać, że nie udało mu się – zresztą ani tego mógł, ani nawet chciał – sekty tej infiltrować tak zupełnie, jak infiltrował KPP. Ale… spytajmy prostolinijnie – właściwie dlaczego?

Ano… Czy nie dlatego, że na pomysł infiltracji nie wpadła tylko Dwójka? Czy na pomysł taki nie mogły wpaść i nie wpadły wywiady inne? Sowiecki, niemiecki, brytyjski i każdy inny, który chciał?

Czy w takim razie warto i czy można w ogóle rozsądnie rozprawiać o sławetnej „masonerii” jako o odrębnym bycie, a nie jeszcze jednej dekoracji, rozrywce nędznych, głupich i próżnych? Podatnych na szaleństwa i na merdanie? Czy nie jest ona tedy – w interesujących nas dziedzinach – zwyczajnie wypadkową gry polityków i wywiadów państw? Wypadkową konfrontacji interesów państw? Jak wszystko inne?

Mówi się – nie bez dużej dozy racji, choć pewnie nie do końca słusznie – że kapitał ma narodowość.

Ma ją i masoneria.

 

Mariusz Cysewski

Jakie cele realizuje polska polityka historyczna wobec Ukrainy? Jej autorzy nie ujawniają tego / Mariusz Cysewski

Nie da się też podmienić komuś świadomości ani zasuflować Ukraińcom jakiejś innej świadomości. Jeśli takie byłyby cele polskiej polityki wschodniej, to wypadałoby uznać ją za po prostu obłąkaną.

Czego właściwie chcemy? Powiada oto minister Parys, że „nie godzimy się” na fałszowanie historii. Że „odrzucamy” „heroizowanie UPA”. Że „nie pozwolimy”, by nas lekceważono lub by się z nas „wyśmiewano” i tak dalej, i tak dalej. Wcześniej prezes Jarosław Kaczyński oznajmił, że z UPA Ukraina do Europy nie wejdzie.

W wystąpieniu ministra Jana Parysa 9 grudnia w klubie Ronina zabrakło moim zdaniem nie tylko jasnego określenia tego, jak pan minister – i szerzej: obóz rządzący – pojmują interesy państwa polskiego, które polska polityka zagraniczna miałaby realizować w ramach tzw. „polityki wschodniej”, ale i bardziej prozaicznie, rzeczy jeszcze bardziej podstawowej: tego, co właściwie Polska chciałaby osiągnąć na Ukrainie.

Przyjmijmy na chwilę, że jak najpoważniej takie oto są cele polskiej polityki wschodniej adresowanej do Ukrainy. Jednak cele tego rodzaju są nierealizowalne. Cóż z tego, że rząd się „nie godzi” na to czy owo? Ja też mogę „nie godzić się” na to, że pada deszcz, lecz jako człek rozsądny wiem, że mogę co najwyżej nosić parasol, bo deszczu odwołać się nie da – pozostaje to kompletnie poza moim zasięgiem oddziaływania.

Nawiasem mówiąc, „godzić się” albo się „nie godzić”, „pozwalać na coś” albo „nie pozwalać”, to jak na mój gust czasowniki oznaczające odmowę uznania rzeczywistości. Są też, moim zdaniem, stosowane w języku słabości, bezradności, bezsiły albo taniej i prymitywnej moralistyki rodem z „Gazety Wyborczej”. Infantylizmu. Ktoś, kto mówi, że się na jakiś kawałek świata „nie godzi”, ośmiesza się wręcz automatycznie – i to jest zresztą jeden z powodów śmieszności i infantylizmu organu Michnika.

W odróżnieniu od dziecka dorośli wiedzą, że rzeczywistość warto przede wszystkim przyjąć do wiadomości, aby, ewentualnie, tym skuteczniej na nią oddziaływać; oddziaływać na sposoby realne. Natomiast wygrażanie piąstką czy tupanie nóżką nic nie da. Nikt też kogoś takiego szanował nie będzie – i nic dziwnego, że adresaci tupania czy wygrażania, mimo wszystkich prób zachowania powagi, nie mogą się czasem nie uśmiechnąć.

Po wtóre, „niegodzenie się” np. na fałszowanie historii albo na „heroizowanie” UPA jest też niewykonalne w tym sensie, że nie ma wyraźnego stanu granicznego, po przekroczeniu którego możemy uznać, że oto osiągnęliśmy założony cel. I tak, być może, udałoby się – spróbujmy to sobie wyobrazić – przekonać rząd ukraiński, by potępił UPA; być może udałoby się doprowadzić do czegoś w rodzaju „hołdu ruskiego”; co jednak, gdy następnie na Ukrainie jacyś (nierządowi) historycy opublikują prace względem UPA apologetyczne? Osiągnęliśmy swój cel, czy nie?

„Niegodzenie się”, czy też „potępianie” jest groteskowe również z tego powodu, że logicznie nie widać jego końca – można nie godzić się i potępiać do końca świata i nic z tego kompletnie nie wynika – w każdej bowiem chwili znajdzie się ktoś, kto oznajmi, że jego adwersarz jeszcze niewystarczająco potępił albo że nie dość szczerze się „odciął” itd. Dlatego nie miało sensu przepraszanie Żydów za zbrodnię w Jedwabnem w wykonaniu prezydenta Kwaśniewskiego, choćby tylko dlatego, że wkrótce przeprosiny ponawiać musiał (swoim zdaniem) prezydent Komorowski. I tak do końca świata.

Nie da się też podmienić komuś świadomości ani zasuflować Ukraińcom jakiejś innej świadomości. Jeśli takie byłyby cele polskiej polityki wschodniej, to wypadałoby uznać ją za po prostu obłąkaną.

Tzw. „polityka pamięci” nie ma żadnego zadania ani żadnego celu do osiągnięcia na Ukrainie i wśród Ukraińców, bo nie jest możliwe ani wymuszenie innej świadomości, ani wymuszenie budowania innej świadomości, ani nawet wymuszenie jakiegoś hołdu ruskiego.

Próby takich wymuszeń byłyby obłąkane i prowadziłyby do skutków odwrotnych od deklarowanych. Podobne skutki osiągnęliby Niemcy, gdyby zażądali od Polski rezygnacji z tradycji AK.

Nie znaczy to, że deklarowana polityka historyczna kierowana w stronę Ukrainy nie ma zupełnie celów racjonalnych.

Tyle, że jej autorzy uznali za stosowne celów tych nie ujawnić.

Władza w demokracji zależy – teoretycznie i w ujęciu najprostszym – od liczby wyborców danego ugrupowania.

Zastanówmy się, kim w rzeczywistości jest opozycja wobec rządów Prawa i Sprawiedliwości. Odpuśćmy sobie telewizyjne historyjki, że jest to Platforma, Nowoczesna czy twory typu KOD itp. – są to bowiem twory agenturalne i stojące poza życiem Polski. Kim więc jest opozycja?

Otóż w opozycji do PiS jest przede wszystkim pan prezydent Andrzej Duda; nie afiszując się z tym i w wymiarze li tylko funkcjonalnym. Jednak prezydenckie weta były jak dotąd najbardziej skuteczną blokadą dla rządów PiS.

W opozycji do PiS jest również ruch Kukiza. Ruch Kukiza, nie posiadając żadnego realnego i sensownego, albo i wręcz jakiegokolwiek programu, i zdradziwszy (moim zdaniem) swych wyborców, a to widnieje nad, a to pod progiem wyborczym w sondażach. Wielu jego wyborców (ci rozsądni zwłaszcza) zmieniło swe preferencje i w przyszłości głosować będzie raczej na PiS.

Stałym elementem retoryki ruchu Kukiza (bo nie jego programu, tego bowiem nie ma) jest wrogość do Ukrainy. Walenie w szowinistyczne bębenki w kontekstach ukraińskich może być dla Kukiza jedną z ostatnich pozostających mu szans nie tylko na przetrwanie, ale i poszerzenie strumyczka wyborców płynących w stronę odwrotną – z PiS do Kukiza.

I analogicznie, bębenek szowinistyczny – swoista licytacja w irracjonalności – może być dla PiS sposobem zwężenia tego strumyczka czy nawet likwidacji i marginalizacji ruchu Kukiza.

Prawo i Sprawiedliwość w wielu wymiarach jest w Polsce partią najbardziej nowoczesną i z pewnością najbardziej świadomą mechanizmów wyborczych. Świadczy o tym nie tylko jego obecna pozycja, ale i jego historia. W przeszłości to PiS przejął większość elektoratu i SLD, i Samoobrony. Osiągnął to po przejęciu i dostosowaniu retoryki obu tych partii.

I nie inaczej będzie z ruchem Kukiza.

Mariusz Cysewski

Czy warto umierać za Gdańsk? Albo czy istnienie Ukrainy jest warunkiem istnienia wolnej Polski? / Mariusz Cysewski

Najkorzystniejsze zmiany – narodotwórcze i państwowotwórcze – przewiduję dla tożsamości narodowej; oto bowiem dzisiejszy model patriotyzmu stadionowo-fejsbukowego zastąpi inny: wojenno-gotowościowy.

Przez media przetoczyła się fala komentarzy wywołanych wypowiedzią Jana Parysa 9 grudnia w klubie Ronina, polityka ważnego dla kształtowania polityki zagranicznej rządu (w tym jego polityki wschodniej) o tym, że istnienie Ukrainy nie jest warunkiem istnienia wolnej Polski. Wypowiedź oczywiście wyrwano z kontekstu i jej sens – jak i sens całości – jest odwrotny od tego, jaki jej przypisuje propagandowy przekaz (jej pełny zapis filmowy dostępny jest na YouTube); z drugiej jednak strony, z powodów zasadniczych trudno mnie, patriocie wielkiej Rzeczypospolitej, popierać polityka podtrzymującego dyskurs, w którym groby żołnierzy UPA w Polsce to już nawet nie „pomniki” ale… „tablice” (tak!).

Powiedział jednak Parys wiele rzeczy słusznych, choć w stylu publicystycznym, ze szczerością brutalną i nie unikając ujęć kontrowersyjnych, którymi łatwo manipulować – choćby właśnie to, że istnienie Ukrainy nie jest warunkiem istnienia wolnej Polski. Bo w rzeczy samej nie jest.

Do wypowiedzi Jana Parysa będziemy wracać. Ja jednak skupię się na sprawie w niej podstawowej. Oto powiada on, że polska polityka poparcia dla Ukrainy musi być zgodna z interesem państwa polskiego i że zatem nie jest bezwarunkowa ani bezkrytyczna i że taki właśnie jest prawdziwy sens tzw. doktryny Giedroycia. Słusznie. Polityka poparcia Ukrainy nie jest bezwarunkowa ani bezkrytyczna i musi być zgodna z interesem Polski.

Kluczowe jest tu pojęcie „interes państwa polskiego”. Na spotkaniu w klubie Ronina nikt o to nie pytał, a Jan Parys być może odpowiedź ma za oczywistą – ale nie wyjaśnia on, jak pojęcie to rozumie. A przynajmniej nie wyjaśnia wprost. Zastanówmy się więc, jak możemy rozumieć pojęcie „interes państwa polskiego” – w kontekście polityki wschodniej i szczególnie w związku z polskim poparciem dla Ukrainy.

Interesy państw realizują się na wielu płaszczyznach: związanych z demografią, gospodarką, podatkami, handlem zagranicznym i Bóg wie czym jeszcze. Interesem każdego państwa podstawowym, od którego zależy samo istnienie państwa, jest bezpieczeństwo państwa. Pomyślnie realizowany interes bezpieczeństwa państwa pozwala chronić życie obywateli, unikać wojen, zaborów, okupacji itd.

Ewentualny – choć mało dziś prawdopodobny – podbój Ukrainy przez Rosję w rzeczy samej nie oznacza zniknięcia z mapy wolnej Polski. Bezpieczeństwo Polski jest większe (powiedzmy) niż bezpieczeństwo Ukrainy; choćby przez to, że Polska jest państwem członkowskim NATO i UE. W wymiarze wojskowym pierwszoplanowa dla bezpieczeństwa wojskowego Polski jest nie Ukraina, a Białoruś, i tak już teraz przez Rosję de facto okupowana.

Pójdę dalej niż Parys i powiem nawet, że ewentualny i na szczęście mało prawdopodobny podbój całej Ukrainy przez Rosję może prowadzić do wzrostu bezpieczeństwa Polski, o ile doprowadzi do skądinąd i tak pożądanych zmian w polityce bezpieczeństwa Polski i NATO.

W końcu bezpieczeństwo Polski będzie większe, gdy Amerykanie przebazują do Polski na stałe kilka dywizji pancernych i zmechanizowanych i większość lotnictwa z obecnych baz w Niemczech; gdy rząd polski jako rząd państwa zagrożonego i frontowego będzie mógł kupować latające i strzelające zabawki na warunkach preferencyjnych (np. izraelskich); gdy Niemcy poczną dystansować się od Rosji i postawią na politykę zbrojeń; i tak dalej.

Naturalnie po ewentualnym upadku Ukrainy przede wszystkim rząd polski będzie musiał postawić na zbrojenia, podnosząc budżet MON, powiedzmy, z 2 do 2,5 procent. 3 procent? 4 procent?… Zależne to będzie od oceny stopnia zagrożenia. Konieczne stanie się też sprofilowanie inwestycji państwa tak, by były co najmniej zbieżne z wymogami obronności.

Polityka zagraniczna Polski podobnie może utracić wiele z obecnej względnej swobody manewru, w większym niż dzisiaj stopniu realizując interesy amerykańskie i niemieckie w zamian za poparcie obu tych państw dla polskiego wysiłku obronnego.

Mam nadzieję, że zmieniłaby się i polityka wewnętrzna bezpieczeństwa i w jej ramach bilet w jedną stronę do Rosji wreszcie otrzymaliby fundatorzy i autorzy rozmaitych pokątnych portalików typu Nowy Ekran czy kresy.ru, jak i „sekta” księdza Isakowicza-Zaleskiego czy najbardziej prorosyjskich odłamów Ruchu Narodowego. Najbardziej korzystne zmiany – narodotwórcze i państwowotwórcze – przewiduję dla tożsamości narodowej; oto bowiem dzisiejszy model patriotyzmu stadionowo-fejsbukowego zastąpi inny: wojenno-gotowościowy powiedzmy. Żołnierski. Jedyny prawdziwy…

Czy wszystkie te zmiany Polsce się opłacają?

A przecież nie jest to żadna – nawet najbardziej skomplikowana – kalkulacja biznesowa, bowiem są Wielkie Niewiadome. Nie wiemy mianowicie, czy drastycznie większy wysiłek na rzecz obrony kraju wystarczy, by od Polski odsunąć perspektywę agresji Rosji, a tym bardziej, jak mógłby przebiegać ewentualny konflikt, jakie byłyby tego konfliktu koszty, a nade wszystko – jaki byłby jego wynik końcowy.

Część tych kosztów dziś ponosi Ukraina.

Naturalnie wszystkie zmiany w polityce bezpieczeństwa polskiego państwa, jakże pożądane nawet bez agresji rosyjskiej przeciw Ukrainie, koniec końców mogą nie nastąpić, mimo jej upadku – i bal na Titaniku trwać będzie nadal, jak trwa i dziś.

Zatem prawdą jest, że istnienie Ukrainy nie jest warunkiem istnienia wolnej Polski.

Podobnie warunkiem istnienia wolnej Polski nie było w roku 1938 istnienie Czechosłowacji.

Podbój całej Ukrainy mam dziś za mało prawdopodobny. Ale w roku 1939 większość społeczeństw – bo nie lepiej zorientowane kręgi rządowe – też była święcie przekonana, że do kolejnej wojny nie dojdzie, skoro pierwsza była tak nieskuteczna, nieopłacalna, krwawa. Nawet już po wybuchu wojny, w roku 1939 i 1940, Francuzi nie chcieli „umierać za Gdańsk” – nie pojmując, że w rzeczywistości wojna dla nich toczy się nie o Gdańsk, a Paryż.

I w tym sensie poparcie dla Ukrainy – siłą rzeczy nie bezkrytyczne – to poparcie dla Polski.

A „Kijów, Warszawa” to „wspólna sprawa”.

Mariusz Cysewski

Jestem patriotą Rzeczypospolitej, którą Paweł Jasienica określił jako Rzeczpospolitą Obojga Narodów / Mariusz Cysewski

Nie widzę powodu, by nasze narody miały się nie znać, nie rozumieć i nie lubić – w formach choć zbliżonych do relacji między Polakami i Węgrami. Postawa życzliwości i przyjaźni są zawsze cenne.

Potężne to państwo obejmowało większość terytorium współczesnej Ukrainy i Kijów, i Smoleńsk. I Białoruś. „Obok Orła – znak Pogoni” –  jako dwie róże barwą różne w jednym krzewie… W rzeczywistości było to państwo nie dwu narodów, a co najmniej sześciu. Odtworzenie dawnej Rzeczypospolitej dziś nie jest ani możliwe, ani wskazane, ani nawet pożądane – skoro wszyscy doceniamy wartość państw narodowych, dających naszym narodom gwarancje swobodnego rozwoju i równouprawnienia.

[related id=45545 side=left]Nie znaczy to jednak, by współczesne państwa, powstałe z ziem dawnej Rzeczypospolitej, nie miały z sobą współpracować. Nasze państwa są dość podobne. Rocznicę Powstania Styczniowego na Litwie i Ukrainie obchodzono bardziej uroczyście niż w Polsce. Płaszczyznami współpracy do dziś szczególnie cennymi są obrona i polityka zagraniczna – to właśnie przez nie Rzeczpospolita w swym historycznym kształcie powstała. Z takiej współpracy wyłączona jest Białoruś przez fakt moskiewskich baz wojskowych na jej terytorium. Ukraina z kolei nie jest państwem członkowskim NATO. Ale te przeszkody z czasem znikną.

Nie widzę też powodu, by nasze narody miały się nie znać, rozumieć i lubić – w formach choć zbliżonych do relacji między Polakami i Węgrami. Postawa życzliwości i przyjaźni są zresztą cenne i wskazane nie tylko między narodami dawnej Rzeczypospolitej, ale i wszystkimi innymi – z rosyjskim włącznie. I z niemieckim też. Zdrowy rozsądek, życzliwość, przyjaźń popłacają zawsze.

Powyższe uwagi miałem zawsze za truizmy tak oczywiste, że niewarte wypowiadania.

Z tym większym zdumieniem odnotowuję kolejne medialne wrzutki i wrzawę, jak i całe kampanie dezinformacji i nienawiści organizowane w Polsce, a zmierzające do skłócenia Polaków nie tylko z Ukrainą, ale też z pozostałymi sąsiadami, a właściwie z wszystkimi. Cui bono?

Współpraca wojskowa i dyplomatyczna państw Europy Wschodniej i osiągnięty tą drogą efekt synergii, wzmocnienia potencjału każdego z nich, czy to w formie wschodniej flanki NATO, czy Unii Europejskiej (lub tego co z niej zostanie), to warunek ich sukcesu. A może i przetrwania.

Polska i Czechosłowacja w dwudziestoleciu międzywojennym miały bardzo podobne interesy geopolityczne. Potencjał armii czeskiej był niebagatelny. Sojusz wojskowy polsko-czechosłowacki, sojusz ścisły, odporny na zewnętrzny nacisk zmierzający do jego rozerwania zapewne dałby obu państwom nie tylko „głębię operacyjną” dla skutecznej obrony przed agresją, ale i przyzwoite widoki przetrwania, jak i wręcz zablokowania biegu wydarzeń, który doprowadził do drugiej wojny światowej. Dlaczego więc do sojuszu tego nie doszło? Wiem, wiem… to nie my zaczęliśmy i nie my byliśmy winni. Historycy opisują przeszkody, jak to ujmują, obiektywne dla ewentualnego zbliżenia polsko-czechosłowackiego, takie jak rusofilską orientację Czechów. Polska dyplomacja poczyniła zresztą pewne kroki i wykonała gesty pod adresem Czechów, głównie przez ich związek z Francją. Mam jednak wrażenie, że owe kroki i gesty nastąpiły dla tzw. porządku – dla „odfajkowania” – a decydujące było przeświadczenie otoczenia marszałka Piłsudskiego, że Czechosłowacja nie jest państwem trwałym i nie przetrwa. Przeświadczenia takie bywają samosprawdzalne.

Próby skłócenia Polski ze wszystkimi też mogą być samosprawdzalne. A historia znowu nikogo niczego nie nauczy.

Mariusz Cysewski

Ukraiński grób w Hruszowicach. Polityka pamięci IPN czy polityka łajdactwa i fałszerstwa? / Mariusz Cysewski

Instytut Pamięci Narodowej z chwilą, gdy zniszczenie grobów zaczął nazywać „demontażem pomnika”, stoczył się (dla mnie) moralnie na poziom Dziennika Telewizyjnego z czasów stanu wojennego.

Powszechnie pytają mnie nawet zorientowani znajomi, czy aby na pewno ukraiński grób na cmentarzu w Hruszowicach był grobem, a nie pomnikiem; i skąd to wiem? Oczywiście wiedza z pierwszej ręki dla mnie, zwykłego zjadacza chleba, dostępna nie jest; ale jak z pobojowiskiem w Smoleńsku – każdy może patrzeć, myśleć i wyciągać wnioski.

Po pierwsze, na cmentarzach w Polsce zazwyczaj znajdują się groby, a nie pomniki (pomniki też; ale rzadziej).

Po drugie, fragmenty zniszczonego nagrobka sprawcy zrzucili na płyty nagrobne z napisami – płyty nagrobne też zniszczyli i skądinąd dlatego właśnie mówimy o zniszczeniu grobu, a nie tylko nagrobka (wg sprawców – „pomnika”).

Po trzecie, obok zniszczonego grobu jakaś ostatnia chyba na tym cmentarzu chrześcijańska ręka postawiła niewielki krzyż. Moim zdaniem ze zdjęć wynika, że krzyż postawił ktoś ze sprawców, choć to oczywiście tylko domysł. Któregoś ruszyło sumienie?
Dla chrześcijan symbolika krzyża ma znaczenie daleko wykraczające poza ramy tego skromnego tekstu. Krzyż zapowiada też zwycięstwo nad złem i zbawienie. Krzyża nie stawiamy w miejscu przypadkowym. Okoliczności od 1 do 3 każdy może sprawdzić na fotografiach i filmach, które zrobili i opublikowali sami sprawcy.

Demontaż pomnika UPA | Fot. Nowiny 24 plus

Po czwarte, grób grobem nazywają organizacje ukraińskie.

I po piąte: pamiętamy, że agentura Rosji i polscy „wypędzeni” długo i jeszcze przed dewastacją prawili, że pomnik to, a nie grób, bo nie są tam pochowani ludzie.

I oto w tej sprawie spektakularnego moim zdaniem samozaorania dokonał IPN oświadczeniem, że właśnie po to grób został zniszczony (wg IPN: „zdemontowany został pomnik”), by sprawdzić, czy są pod nim szczątki ludzkie; bo jeśli są, to wtedy owszem, czemu nie – nagrobek jakiś można tam postawić: „Strona polska niejednokrotnie podkreślała w korespondencji z ukraińskimi partnerami, że obiekt istniejący na cmentarzu w Hruszowicach od 1994 r. powinien zostać rozebrany, aby można było przeprowadzić prace archeologiczne, mające na celu potwierdzenie istnienia pochówków szczątków ludzkich, o czym informowali nas przedstawiciele ukraińskiej mniejszości w Polsce. W razie potwierdzenia wystąpienia szczątków pod pomnikiem, mogiła zostałaby urządzona przez Międzyresortową Komisję we współpracy ze stroną polską i podlegałaby ochronie prawnej ze strony Państwa Polskiego. Nadal podtrzymujemy swoje stanowisko w tej kwestii i gotowi tu jesteśmy pomóc stronie ukraińskiej” (Komunikat [z 28 kwietnia 2017 r.] Instytutu Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu wobec Oświadczenia… Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej z 27 kwietnia 2017”).

Idiotyzm takiej postawy wręcz trudno komentować. Po to niszczą grób, by sprawdzić, czy to grób? Gdzie sens?

Instytut Pamięci Narodowej z chwilą, gdy zniszczenie grobów zaczął nazywać „demontażem pomnika”, stoczył się (dla mnie) moralnie na poziom Dziennika Telewizyjnego z czasów stanu wojennego. Całkowicie na własne życzenie. O ile wiem, nic też nie wskazuje na to, by miał jakąś uprzednią wiedzę o planowanej dewastacji; nie wiadomo więc właściwie, po co pakował się w tę antypolską prowokację.

IPN wydał setki publikacji na doskonałym poziomie akademickim, z bibliografiami, przypisami, rzetelnych i uczciwych… Był punktem odniesienia nie tylko dla Polaków, ale i badaczy zagranicznych, w tym Ukraińców. Poważna i nobliwa instytucja. Wszystko to runęło – a w pamięć zapadnie obraz instytucji uwikłanej w groteskową manipulację, zachwalanie barbarzyństwa, kierowanej przez ludzi w amoku. Przez oszalałych endeków. Smutne. Z tego, co słyszałem, nawet profesor Szwagrzyk też opowiada o jakimś „pomniku”… Sic transit gloria mundi.

W odpowiedzi na akt barbarzyństwa w Hruszowicach Ukraina zawiesiła proces tzw. legalizacji polskich miejsc pochówku na Ukrainie. „Legalizacja” to proces składania/wydawania wniosków o zezwolenia na upamiętnienie miejsc pochówku, stawianie nagrobków czy pomników.

Grób ukraiński w Hruszowicach rzeczywiście był „nielegalny”, bez „legalizacji”, gdyż nie było wymaganego zezwolenia ze strony polskich władz lokalnych; przeciągały one sprawę od lat. Ale w identycznej sytuacji są groby polskie na Ukrainie – przy czym na jeden grób ukraiński w Polsce przypada dziesięć polskich na Ukrainie. Jeśli do kogoś nie przemawia argument zasadniczy: nie niszczymy grobów – to może przejmie się tym, że zniszczenie jednego ukraińskiego grobu może odbić się na dziesięciu polskich grobach na Ukrainie?

Żartuję. Sprawcy dewastacji w Hruszowicach doskonale wiedzieli, że zaszkodzą Polsce głównie, jeśli nie wyłącznie.

Oprócz zawieszenia procesu legalizacji na swoim terytorium, Ukraina zażądała przywrócenia grobu w Hruszowicach do pierwotnego stanu i ukarania sprawców. Trudno się dziwić albo te żądania mieć Ukrainie za złe. Punkt widzenia nie zależy od punktu siedzenia, kasy, klasy czy rasy, czy języka; niszczenie grobów ja też mam za niedopuszczalne, a miejsce sprawców, jak ci z Hruszowic, jest za kratami.

Ba!… niszczenie grobów jako niedopuszczalne deklarują sami sprawcy i przecież po to bredzą dziś o „demontażu pomnika” – a nie zniszczeniu grobu. Prawda nie przejdzie im przez gardło.

Jak widać, podstawą utrzymywania w stanie obłąkania „tłumu zbydlęciałego pod twych rządów knutem”, vel „polskiej polityki historycznej” wobec Ukrainy stało się kłamstwo, oszustwo, manipulacja terminologiczna. W formie tak czystej, jak rzadko. Podmiana dosłownie dwu słów; może nawet tylko jednego.

Gdy w przyszłości ktoś zechce przeciąć spiralę nienawiści, pewnie zastanowi się: przez kogo to wszystko? Od czego wszystko się zaczęło?

A od nazwania grobów pomnikami.

Mariusz Cysewski

 

Mariusz Cysewski / Jak ja to widzę: Zatrzymanie nachodźców w Polsce wymagałoby ich skoncentrowania w obozach

Zaczęło się od szantażu Niemiec. Tak, że: dzięki, ale nie. Mamy swoje życie i chcemy je zachować. Zachowamy też twarz. A najlepsze tradycje koncentrowania ludzi w obozach mają Niemcy.

Ani guzika
albo o rzekomych uchodźcach

W Polsce nigdy nie było żadnego problemu z przyjmowaniem imigrantów. Dowodem na to jest podejście do Wietnamczyków, a w moim mieście – do Ukraińców czy nawet Chińczyków (których obecność bardzo mnie zaskakuje).

Nikt też (a przynajmniej ja) nie oczekuje, że ci prawdziwi imigranci będą się „integrować”; niech kwitnie tysiąc kwiatów – różnorodność jest piękna i wystarczy, że zachowują się normalnie, według własnych i naszych standardów. Standardów powszechnych.

Inaczej jest z nachodźcami muzułmańskimi. Raz, że ludzie ci bynajmniej nie przyjeżdżają do Polski, a (na ogół) do Niemiec i zatrzymanie ich w Polsce wymagałoby stosowania wobec nich przymusu, zamknięcia, skoncentrowania w obozach. N’est-ce pas?

Gdybyśmy byli tak głupi i ich przyjęli, to za 10, 20 lat nikt już nie będzie pamiętał, od czego się to zaczęło… A konkretnie zaczęło się od szantażu Niemiec. Tak, że: dzięki, ale nie. Mamy swoje życie i chcemy je zachować. Zachowamy też twarz. A najlepsze tradycje koncentrowania ludzi w obozach mają Niemcy.

Jednak cały spór o nachodźców konstruowany jest sztucznie – wokół kwestii może i ważnych, ale i tak wtórnych.

Tu nie idzie o przyjęcie paru tysięcy nachodźców, jak przedtem Hitlerowi nie chodziło o „korytarz” ani Gdańsk. Jak przedtem, tak i teraz chodzi o narzucenie dyktatu Fuhrera, o złamanie kręgosłupa opornym. Gdy raz zgodzimy się poddać woli Fuhrera, to potem poddawać się jej będziemy za każdym razem.

Jak to ujął Wierzyński, z okna skacze się tylko raz. A gdy pęknie Polska, to i pękną mniejsze państwa naszego regionu, którym dziś, chcąc nie chcąc (raczej nie chcąc), przewodzimy. Gdy wpuścimy nachodźców, to za 5, 10 lat będziemy musieli np. zlikwidować wolność słowa, zakazać chrześcijaństwa, potem zakładania rodzin… Katalog jest długi i jak mówią prawnicy, „otwarty” – a jego zawartość w przyszłości zależeć będzie tylko od aktualnego obłędu Fuhrera, tak jak od obłędu zależy i dziś.

Ustąpienie choćby tylko raz woli Fuhrera – czy to tamtego, czy obecnego – to wejście na równię pochyłą, na której końcu jest likwidacja niepodległości Polski i likwidacja Europy takiej, jaką znamy.

W takim sensie wypowiadał się minister Józef Beck w styczniu 1939 r.: „Jeśli Niemcy podtrzymywać będą nacisk w sprawach dla nich tak drugorzędnych, jak Gdańsk i autostrada, to nie można mieć złudzeń, że grozi nam konflikt w wielkim stylu, a te obiekty są tylko pretekstem; wobec tego chwiejne stanowisko z naszej strony prowadziłoby nas w sposób nieunikniony na równię pochyłą, kończącą się utratą niezależności i rolą wasala Niemiec” (J. Beck, Ostatni raport).

Tak jak poprzednio, najbardziej też zaszkodzi to samym Niemcom – ale tego oni nie zrozumieją, bo taka właśnie, między innymi, jest definicja ich obłędu. Tak że najsensowniej powtórzyć: nie oddamy ani guzika!

Mariusz Cysewski