O matko! Wszystko się Pawłowi Wrońskiemu z „Wyborczej” pomieszało! / Felieton Jana A. Kowalskiego wyjątkowo w niedzielę

W czasie II wojny światowej bolszewikom udało się stworzyć z Polaków I Armię Wojska Polskiego i PPR w miejsce KPP – tej, która historycznie i genetycznie poprzedza środowisko „Gazety Wyborczej”.

Co napisał? „W 1920 roku wszyscy walczyli ponad podziałami, a na polu bitwy [Warszawskiej – JK] ramię w ramię stali endecy, socjaliści, księża i ateiści. (…) zapewne byli wśród obrońców także Polacy LGBT, których biskup krakowski Marek Jędraszewski porównuje do »czerwonej zarazy«, wyrażając poglądy rządzącej partii”.

Ale słodko kiedyś bywało w naszej Ojczyźnie, chciałoby się westchnąć po takiej enuncjacji autorytetu od łączenia, a nie dzielenia Polaków. Czy jednak na pewno? Przecież sam Paweł Wroński powinien znać  historię swojego środowiska. Tworzącego „Gazetę Wyborczą” i skupionego wokół niej i jej guru, Adama Michnika. Ale skoro z wiedzą historyczną u niego nietęgo, to jako nieskończony historyk przypomnę.

Otóż, Panie Pawle, było zupełnie inaczej. Podczas gdy Warszawa przygotowywała się na ostatni bój, żeby raczej polec niż ulec czerwonej zarazie, w odległym o 100 km Białymstoku zgromadziła się inna grupka Polaków. Etnicznych, kulturowych lub oddelegowanych przez Lenina/Stalina żydowskich wyrzutków do pełnienia obowiązków Polaka. Jako całość nazwała się Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski. I czekała na zwycięstwo Czerwonej Zarazy (znaczy się Armii) i klęskę Polski, żeby tę czerwoną bolszewię w Polsce zaprowadzić.

Na szczęście wtedy, w roku 1920, nie udało się jej. Polska pod wodzą marszałka Piłsudskiego i dzięki pomocy Matki Bożej obroniła się. Obroniła się na niecałe 20 lat. A potem, w roku 1945, wyniszczona przez hitlerowskie Niemcy, nowej fali bolszewickiej już uległa. Na 45 lat, do roku 1990, w 100%. Od tego czasu do roku 2015 – w 50%. By od czasu zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości dalej walczyć z pozostałościami bolszewizmu rosyjskiego od strony wschodniej (z bazą w Warszawie). I z nową hordą bolszewicką, już nie czerwoną, ale tęczową zarazą – jak to trafnie ujął arcybiskup Jędraszewski – od strony zachodniej.

W czasie nawały czerwonej zarazy w roku 1920 czerwoni bolszewicy mogli liczyć na niezbyt liczną na terenie Polski V kolumnę pod nazwą Komunistyczna Partia Rewolucyjna Polski (później KPP). A nawet udało im się sformować w Białymstoku polski bolszewicki pułk strzelców. W czasie II wojny światowej czerwonym bolszewikom udało się już stworzyć z Polaków I Armię Wojska Polskiego i Polską Partię Robotniczą w miejsce Komunistycznej Partii Polski. Tej Komunistycznej Partii Polski, która jest historycznym i genetycznym poprzednikiem środowiska „Gazety Wyborczej”, Pana środowiska.

Cele kiedyś czerwonej, a teraz tęczowej zarazy są zbieżne. Obie chciały/chcą zniszczyć rodzinę, państwo, Kościół i człowieka – dziecko boże. Zatem do jakiego środowiska powinna się odwołać aktualna zaraza? No chyba, że do swojego naturalnego i sprawdzonego środowiska, do środowiska potomków i spadkobierców KPP zgromadzonego wokół „Gazety Wyborczej”. Do Pańskiego środowiska.

Mam nadzieję, że udało mi się wszystko w krótkich i prostych słowach wyjaśnić nie tylko Panu, ale też naszym Czytelnikom. Mam też nadzieję, że tej nowej tęczowej nawale będziemy umieli się przeciwstawić tak, jak w roku 1920 dokonali to nasi przodkowie. Ale nie jak wszyscy nasi przodkowie, Panie Pawle. Bo ci Pana Polacy z Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski w Białymstoku (i przez chwilę w Wyszkowie) i Komunistycznej Partii (Robotniczej) Polski aż się ślinili (śliniły?, kurczę, nie wiem jakiej formy użyć, żeby nikogo z was nie urazić) na myśl, że zaraza zwycięży.

Jan A. Kowalski

I co my na Podkarpaciu mamy po wyborach parlamentarnych zrobić z gejami?/ Felieton sobotni Jana A. Kowalskiego

Każdy ma prawo do błędu. Ale żeby w powyborczej traumie popaść w aż taki błąd konstytucyjny? W błąd potencjalnie degradujący jednostkę ludzką na obszarze prawie połowy naszego pięknego kraju?

Aż wcisnęło mnie w mój bukowy zydel na myśl, że trzeba będzie głosować nad ich marnym na naszym terenie losem. To znaczy nie dziś czy jutro, ale po wygraniu przez opozycję totalną nadchodzących wyborów i przeforsowaniu jej kluczowej propozycji – o zróżnicowaniu prawa w Polsce. Co oznacza, że każdy wygrany przez nich samorząd będzie musiał dobrowolnie oddawać się sodomie i gomorze, zgodnie z ustanowionym w tym samorządzie autonomicznym od państwowego prawem.

Ludzie, totalna opozycjo, opamiętajcie się! Przecież my na naszym Podkarpaciu też dostaniemy takie samo prawo. Zatem czeka was zalew „naszych” ukrytych (przed podkarpackimi bojówkami) gejów i nie tylko. Musicie im, co chyba oczywiste, stworzyć miejsca pracy i przynajmniej komunalne mieszkanka. Jasne, to wasz problem.

No dobrze, a jak któryś z was będzie chciał przyjechać tu do nas, w Beskid Niski lub w Bieszczady? Napalić się zioła albo pohasać po łące za grzybkami, już wy wiecie, za jakimi grzybkami, to co wtedy? Przecież na setkę wyląduje w naszym podkarpackim więźniu i trzeba go będzie resocjalizować. Bo na deportację do waszego gejowskiego raju nasze podkarpackie prawo nie pozwoli. I będzie musiał o-d-s-i-e-d-z-i-e-ć swoje wraz z naszą lokalną społecznością.

Uff, ledwo się wycisnąłem z mojego bukowego zydla. I zrobiło mi się ich, totalnej opozycji, zwyczajnie, po ludzku, żal. Bo każdy człowiek jest omylny i każdy ma prawo do błędu. Ale żeby w powyborczej traumie popaść w aż taki błąd konstytucyjny? W błąd potencjalnie degradujący jednostkę ludzką na obszarze prawie połowy naszego pięknego kraju? Na to ja, Jan Kowalski, w końcu też człowiek (chociaż z Podkarpacia), nie mogę się zgodzić. I dla waszego dobra, totalni, protestuję i napominam, jak kiedyś Aleksander Kwaśniewski napominał polityka Prawa i Sprawiedliwości Ludwika Dorna i jego psa Sabę: nie idźcie tą drogą! Czy nie rozumiecie, że programu politycznego nie pisze się na kolanie albo innej nie mniej atrakcyjnej części ludzkiego ciała? Czyżby mój apel sprzed tygodnia, żeby to jednak Klaudia Jachira poprowadziła antypisowski lud, to wcale nie był żart, jak się okazuje tydzień później? Dobrze, zrobicie jak chcecie, ale nie miejcie potem pretensji do mnie, że nie ostrzegałem.

No to na koniec zaapeluję też do grupy najbardziej zainteresowanej.

Drodzy geje, lesbijki, biseksualiści, transseksualiści, interseksualiści i ku… (cokolwiek miałoby to znaczyć, z wyłączeniem prawdziwych ku…), zagłosujcie w przyszłych wyborach na Prawo i Sprawiedliwość albo na kogokolwiek, ale nie na Koalicję Obywatelską, jakkolwiek się będzie nazywać. Ci ludzie, ci aktorzy udający polityków, podstępnie szykują Wam dyskryminację i restrykcje prawie w połowie naszego pięknego kraju; z tendencją wzrostową.

A dziś, jeszcze przed wyborami, przyjeżdżajcie na nasze piękne Podkarpacie. Zachwycajcie się pięknem przyrody i życzliwością mieszkańców. Nacieszcie zmysły rozlicznymi ziołami i nawet grzybami ubogacającymi nasze łąki i lasy. I doceńcie wreszcie Podkarpacie, najpierw geograficzne, a potem może i mentalne. I w żadnym razie nie dajcie sobie takiej możliwości wyjazdu odebrać tym, którzy szykują Wam i nam wszystkim Polskę totalną, Polskę wydzielonych gett obyczajowych. Tylko proszę – nie pytajcie miejscowych o stosunki tu panujące.

Jan A. Kowalski

PS. Trochę mi głupio, ale się przyznam. 4 kilometry dzieli mnie geograficznie i administracyjnie od Podkarpacia. Ale mentalnie jestem w nim od lat J

Potrójna tęcza nad Mareszką – zdumienie cudem bożego stworzenia / Felieton sobotni Jana Azji Kowalskiego

Bóg proponuje nam dobro, piękno i prawdę, i miłość. A szatan zło, brzydotę i kłamstwo, i zdradę. W wersji, w propozycji szatana zawsze czegoś brakuje, jak koloru w tęczy lub ramienia w gwieździe.

To było wiele lat temu, też w maju. Trudny miałem wtedy okres w życiu. Właśnie padała moja firma, a małżeństwo pruło się w szwach. Również dlatego wybrałem się na tę wycieczkę. Z Bartnego na Magurę Wątkowską. 30 minut pod górę i tyle samo w dół. Taki dłuższy spacer, przerwa w pracy. Przynajmniej tak miało być.

Już na początku było trochę inaczej. Do starego drzewa przy szlaku przybita była zafoliowana kartka A-4. Poświęcona pamięci młodego poety, który przedawkował życie. „Po co komuś wyższe góry niż nasz Beskid Niski, po co piękniejszy widok niż potrójnej tęczy nad Mareszką”. Tak to mniej więcej brzmiało. I wyzwoliło we mnie wątpliwości nie tylko co do stanu umysłu autora, ale i jego wcześnie skończonego życia. Może dlatego, że poznałem kiedyś innego poetę i barda, za którego pięknymi tekstami stało sponiewierane i przegrane życie. Porzucona dla alkoholu żona i córka. I przedwczesna śmierć. Nawet piękne ballady śpiewane do tej pory przy górskich ogniskach nie wymażą z mojego mózgu jego prawdziwego obrazu. A ten jeszcze musiał zdrowo przyćpać, żeby zobaczyć potrójną tęczę. I po chwili już wszystko o nim wiedziałem.

Jednak 30 minut w górę, a potem tyle samo w dół, na dodatek tą samą drogą, to było trochę za mało. Postanowiłem zejść ze szlaku. Jeżeli dwie godziny później, po dzięciole zielonym, który opukuje drzewo, rozpoznajecie drogę, to nie jest z wami dobrze. Po kolejnych chciałem już tylko dojść do jakiegokolwiek opisanego punktu. I wreszcie udało się, z daleka odczytałem na tablicy drogowej nazwę miejscowości: Świątkowa Wielka. Wiedziałem, gdzie jestem, co znaczyło, że jestem uratowany. Trochę gorzej, że znalazłem się po drugiej stronie góry. Od samochodu w Bartnem dzieliło mnie pięć kilometrów asfaltem, z którego już nikomu nie pozwoliłem się zepchnąć.

A potem lunął deszcz i padał przez całą godzinę. Prawie przez całą drogę do samochodu. Przemoczony do gumki w majtkach, wreszcie zobaczyłem swój samochód. Świadomość, że mam w nim suche ubranie ucieszyła mnie na tyle, że mogłem jeszcze raz spojrzeć na przebytą drogę. Jakby nie patrzeć, zdobytą. I wtedy, spoglądając przez lewe ramię, zobaczyłem ją. Nad kupą łemkowskiego gnoju zobaczyłem potrójną tęczę, potrójną tęczę nad Mareszką. I doznałem olśnienia… jakim jestem małym i durnym człowiekiem! Ze wszystkimi swoimi przemyśleniami i mądrościami, i ocenianiem wszystkiego i wszystkich. Zarazem poczułem zachwyt bożym stworzeniem. To był pierwszy w moim życiu taki zachwyt. I chyba początek nawracania. W jednej chwili przestały mieć znaczenie jakiekolwiek problemy. Przemoczony i zziębnięty gapiłem się w bożą tęczę, na dodatek potrójną, i śmiałem się sam do siebie i z siebie.

Przypomniałem sobie tę historię teraz, przy okazji profanacji obrazu Matki Bożej gejowską, szatańską tęczą. Raz w życiu widziałem potrójną tęczę, właśnie nad górą Mareszka, 801 m wysokości n.p.m. Pierwsza tęcza miała normalne ustawienie kolorów, druga, powyżej, odwróconą kolejność i trzecia znów normalne. Kilka razy w życiu widziałem podwójną tęczę i wiele razy pojedynczą. Ale tych kolorów, jak je widzi ludzkie oko i definiuje mózg, zawsze było siedem. A nie sześć, jak w tęczy LGBTIQ, masońskiej i szatańskiej. Jakiego koloru brakuje w ich tęczy? Oczywiście błękitu, koloru nieba.

Bóg proponuje nam dobro, piękno i prawdę, i miłość. A szatan zło, brzydotę i kłamstwo, i zdradę. W wersji, w propozycji szatana zawsze czegoś brakuje, jak koloru w tęczy lub ramienia w gwieździe. Lub jest odwrócone jak krzyż. Tak czy inaczej, jest zdeformowane i prowadzi do zguby i człowieka, i ludzkość. Bo w odróżnieniu od Boga, który człowieka kocha, szatan człowieka nienawidzi i ze wszystkich sił stara się go upodlić i zniewolić. Hałaśliwymi modami dla zdeformowania naszego sumienia i naszych życiowych wyborów również.

Nie dajmy się zmanipulować i ogłupić, nawet Donaldowi Tuskowi i jego krajowym heroldom. Są tacy obyci i światowi, a nie potrafią zliczyć do siedmiu i nie rozróżniają kolorów. Wyjdźmy w góry, zmoknijmy i nacieszmy oczy i dusze wszystkimi kolorami tęczy, bożej tęczy.

Jan A. Kowalski

Jak długo jeszcze marni nauczyciele będą ogłupiać nasze dzieci za liche pieniądze?/ Felieton sobotni Jana A. Kowalskiego

Jest rzeczą pewną, że nauczyciele pieniądze dostaną. Co nie rozwiąże żadnych problemów związanych z nauczaniem naszych polskich dzieci. Przede wszystkim nie podniesie poziomu nauczania.

To chyba z powodu aktualnej sytuacji życiowej nie zainteresowałem się w ogóle strajkiem nauczycieli. Bo dzieci już nie mam w szkole, a wnuków jeszcze tam nie mam. Ale przy okazji przypomniała mi się moja własna podstawówka.

Teraz nikt pewnie w to nie uwierzy, ale byłem naprawdę zdolnym dzieckiem. Na tyle zdolnym, że postanowiłem zacząć edukację podstawową dwa lata wcześniej. Brak zgody dorosłych odsunął mój zamiar o rok. Bardzo lubiłem się uczyć w pierwszej klasie, tak samo w drugiej. To w trzeciej klasie szkoły podstawowej przyszło ostudzenie mojego entuzjazmu. I kompletna utrata zaufania do nauczycieli. Od mojej pani zaczynając, która nagle zaczęła się nade mną znęcać psychicznie i fizycznie. Nie byłem w stanie tego pojąć wtedy, a potem o wszystkim zapomniałem. Zrozumienie przyczyny takiej drastycznej zmiany przyszło wiele lat później.

To przez moją mamę w wieku 8 lat stałem się nieświadomą ofiarą systemu. Moja nauczycielka z klas 1–3 należała do komunistycznej awangardy nauczycielskiej. Również w sferze obyczajowej, co wywołało niezadowolenie zacofanych społecznie mieszkańców mojej wsi Błota Wielkie (niedaleko Taplar) 😊. Na tyle duże, że delegacja z moją mamą na czele wybrała się do województwa, do kuratorium i Partii. W Komitecie Wojewódzkim PZPR mama zaproponowała dyplomatycznie sekretarzowi, żeby tak światłą osobę, przerastającą poziom naszej wsi, raczej wzięli do województwa. Na co dostała odpowiedź: „A myśli pani, że u nas takich kurew brakuje?!” Historię tę usłyszałem z ust mojej śp. mamy w roku 2004 i nawet się roześmiałem. W roku 1971, podczas kolejnych kar cielesnych, do śmiechu mi raczej nie było. Może nie mam z tego powodu szczególnej traumy, ale skoro nawet WSI rozwiązano, to chyba ZNP, ta bolszewicka skamielina, też powinna zostać starta w pył.

Wróćmy jednak do tu i teraz. Jest rzeczą pewną, niezależnie od dalszego przebiegu strajku, że nauczyciele pieniądze dostaną. Co nie rozwiąże żadnych problemów związanych z nauczaniem naszych polskich dzieci. Przede wszystkim nie podniesie poziomu nauczania. Bo niezależnie od poglądów politycznych (z wyłączeniem LGBTIQ) zgodzimy się z jednym w stulecie niepodległości – poziom nauczania stale obniża się na przestrzeni tych 100 lat. I co zrozumiałe, obniża się poziom wykształcenia absolwentów uczelni.

Magister z moich czasów znaczył tyle, co maturzysta sprzed II wojny światowej. Obecnie poziomowi przedwojennej matury dorównuje dopiero doktor nauk.

Dlaczego tak się dzieje? Odgoniłem od siebie myśl o przedwcześnie gderającej starości i zacząłem rozmyślać. Mówią przecież, że myślenie nie boli.

Sam nie wiem, jak trafiłem na ten tytuł w internecie: 100 lat GUS na 100 lat niepodległości. Uznałem to za pewny znak, dzięki któremu wszystko zrozumiem. Nie przejmując się zatem własną ignorancją matematyczną, zacząłem przeglądać tabele i zestawienia z opracowania pt. Polska 1918–2018 pod red. Cecylii Leszczyńskiej. I oto co znalazłem:

  • Rok szkolny 2018/19. 4 900 tys. uczniów – 600 000 nauczycieli, czyli 1 nauczyciel na 8 uczniów.
  • Rok szkolny 1990/91. 7 750 tys. uczniów – 450 000 nauczycieli, czyli 1 nauczyciel na 17 uczniów.
  • Rok szkolny 1970/71. 7 600 tys. uczniów – 300 000 nauczycieli, czyli 1 nauczyciel na 25 uczniów.

Niestety opracowanie podaje liczbę 5 400 tys. uczniów w roku 1938/39, ale nie podaje liczby nauczycieli. Wnioskując ze szczątkowych danych z lat wojny i tuż po, i tylko na użytek tego tekstu możemy przyjąć, że przed rokiem 1939 1 nauczyciel przypadał na 40 uczniów.

Mam nadzieję, że powyższe zestawienie (i moja osobista historia) pozwoli nam na wyciągnięcie kilku trafnych wniosków.

  1. Należy natychmiast zmniejszyć liczbę nauczycieli o 400 000 osób. Jako pierwsze powinny być zwolnione osoby, które nie potrafią nauczyć ucznia i odsyłają go na korepetycje.
  2. Należy wraz z tym zwiększyć zarobki nauczycieli dwukrotnie, do co najmniej 6000 zł na rękę. Uczyni to zawód nauczyciela atrakcyjnym dla osób o wysokim poziomie wiedzy i umiejętności jej przekazania. I skończy z dotychczasową selekcją negatywną, jak też koszmarną 85% feminizacją zawodu.
  3. Nauczyciel powinien przekazywać uczniowi wiedzę, a nie ideologię, nieważne jak światłą. Większość moich problemów szkolnych wynikała z bardziej lub mniej świadomej niezgody na przymusową ideologizację. I tylko trochę z tego, że byłem „żywym dzieckiem”.

Czas rozwalić systemowo tę kolejną nadzwyczajną kastę, która w kompletnie nieekonomiczny sposób broni swoich przywilejów. I jak na razie czyni to skutecznie.

Ale żeby taka zmiana mogła się dokonać, należy pokonać biurokratycznego molocha III RP. Skończyć z patogennym systemem rzekomego władania szkołami przez gminy, ale z dotacji celowych przekazywanych na ten cel przez Centralę. I oddać władzę decydowania o wykształceniu i wychowaniu dzieci ich rodzicom.

Podobnie jak lekarze, nauczyciele też mogą zupełnie uczciwie dużo więcej zarabiać niż obecnie. Wszyscy możemy dużo więcej zarabiać. To w chorej systemowo strukturze zatrudnienia tkwi źródło naszej biedy. Mam nadzieję, że kiedyś to zrozumiemy i odrzucimy ten chory system.

Jan A. Kowalski

Pacjenci i lekarze muszą dorosnąć… Długi marsz w kierunku V Rzeczypospolitej (7) / Felieton sobotni Jana A. Kowalskiego

Gdyby z perspektywy najbardziej ludzkiej, ale wpisanej w kontekst Bożego Sądu – zbawienia lub potępienia na wieki – tworzyć jakikolwiek system, to mam pewność, że byłby najdoskonalszy z możliwych.

Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy. (Łk 12)

W środę 16.01 w Akademiku Praskim w Warszawie odbyła się debata „Kim jest pacjent”. Byli biskupi, ministrowie, lekarze, pielęgniarki, pacjenci i ja – Wasz nieoficjalny wysłannik. No i wszyscy lekarscy święci – dla wierzących sprawa oczywista. Najważniejszym problemem, z którym próbowali się zmierzyć uczestnicy debaty, był system. Jaki być powinien, żeby z kłopotliwego dla lekarzy petenta, kosztu czy problemu chory stał się pacjentem. A nawet bliźnim w potrzebie.

Oczywiście aktualny minister zdrowia Łukasz Szumowski zapewniał, że system już jest dobry… tylko ludzie, pacjenci i lekarze, muszą trochę dorosnąć (skąd my to znamy?). Naprawdę był bardzo przekonujący 🙂

Oprócz wzniosłych deklaracji i trosk, a nawet deklamowanej poezji, były też próby całościowego podejścia do problemu. Nowatorskie, cybernetyczne spojrzenie przedstawił Dominik Dudek. A sposób prosty, logiczny i matematyczny dla stworzenia najkorzystniejszego dla pacjentów i lekarzy systemu zaproponował dr Krzysztof Kozak (i to pomimo dwunastogodzinnej podróży ze Szczecina [!]).

Jednak przed rozpoczęciem debaty krótką modlitwą pożegnaliśmy zabitego w niedzielę prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza. Nie dlatego, że był naszym przyjacielem, z którym moglibyśmy konie kraść. Wręcz przeciwnie, większość z nas jeszcze żywy Paweł Adamowicz określiłby mianem swoich nieprzyjaciół. I to w sposób na tyle barwny, żeby wzbudzić entuzjazm swoich zwolenników. Ale śmierć zmieniła wszystko – brutalnie zamordowany został nasz bliźni. Dlatego pomodliliśmy się o to, żeby miłosierny Bóg wybaczył mu wszystkie jego grzechy i przyjął go do swojego królestwa.

A zaraz po modlitwie wystąpił biskup warszawsko-praski Romuald Kamiński, gospodarz debaty, i zaproponował stare, ale w dzisiejszych czasach niemalże nowatorskie, bo chrześcijańskie podejście. Przywołaną przeze mnie w tytule nieuchronność śmierci jako punkt wyjścia do budowy dobrego systemu lecznictwa. I według mnie to było najbardziej konstruktywne zdanie, na którym powinniśmy oprzeć wszelkie próby zmiany systemu na lepszy. I wszelkie pomysły na to. I nie tylko na to.

Bo nieuchronność śmierci powinna być podstawą naprawy nie tylko systemu lecznictwa w Polsce. Powinna być również podstawą do naprawy systemu funkcjonowania naszego państwa, którego system ochrony zdrowia jest ważną częścią. I według mojego rozeznania nie da się zmienić jednego bez zmiany drugiego. Bo każdy, cząstkowy nawet system, jak jest w przypadku lecznictwa, podlega systemowi ogólnemu, państwowemu. A ten ogólnopaństwowy system w Polsce, system uczenia się, zarabiania pieniędzy, oszczędzania na starość, wreszcie leczenia, jest zbudowany w sposób biurokratyczny. I podporządkowany partiom i partyjkom politycznym. To dlatego jest tak nieudolnie zbudowany i zarządzany, bo przez swoich – wicie, rozumicie – obsadzany. W ramach zapłaty za partyjną wierność.

Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy. Co zabierzesz ze sobą? Wszystkie dystynkcje, insygnia, odznaczenia, mieszkania, samochody i pełny spichlerz pozostawisz tu na ziemi. Do życia wiecznego pójdzie jedynie twoja dusza. A gdzie pójdzie? Czy tylko do nieba, bo piekła nie ma, jak zapewniają ateiści wszelkich wyznań?

Na tym polega Boża sprawiedliwość: niezależnie od pozycji na tym świecie, bogactwa lub biedy, każdy z nas umrze i będzie musiał przed Bożym Sądem zdać relację ze swoich uczynków. I zostanie sprawiedliwie osądzony. Ja, Ty i Paweł Adamowicz, i wszyscy jego zacietrzewieni zwolennicy, i przeciwnicy również. Gdyby z tej perspektywy, najbardziej ludzkiej, ale wpisanej w kontekst Bożego Sądu – zbawienia lub potępienia na wieki – tworzyć jakikolwiek system, to mam pewność, że byłby najdoskonalszy z możliwych. Jakakolwiek próba układania dobrego życia dla siebie i dla naszych bliźnich (jak dla siebie samego) musi się opierać na tej jednej prawdzie.

W odróżnieniu od naszych medycznych wszystkich świętych, nie każdy lekarz, sędzia lub polityk będzie kandydatem na ołtarze. Ale ewangeliczne prawdy i społeczne przykazania z II tablicy Dekalogu są dla ludzi grzesznych, dla nas. Są nam pomocą. Ułatwiają, a nie utrudniają życie. I większość ludzi, z wyłączeniem dewiantów, ma tę świadomość. Ma ją w życiu prywatnym. Gdy jednak zaczyna działalność publiczną, zostawia Boga w domu i zaczyna mówić i robić jakby biblijne prawdy już nie obowiązywały. Bo w działalności publicznej obowiązują zobowiązania towarzyskie i partyjne, wskaźniki, procedury, uwarunkowania i sondaże.

Może jednak, skoro chcemy naprawiać wszystko złe, co się wokół nas dzieje, czas wrócić do starej chrześcijańskiej prawdy przypomnianej przez biskupa Kamińskiego. I na niej oprzeć budowę bardziej sprawiedliwego świata. Doczesności niekończącej się z chwilą obumarcia naszego fizycznego ciała. Ryzyko jest przecież niewielkie. Bo nie powinniśmy się chyba bać lepszego życia, lepszej śmierci, a w końcu lepszej wieczności.

Jan A. Kowalski

W odpowiedzi moim konstytucyjnym polemistom: za moim projektem nie kryje się żadna forma niewyżytej, młodzieńczej zabawy

Bezpośrednie zarządzanie z pulpitu własnego komputera własną gminą, województwem i państwem jest zdecydowanie najtańszym i najbardziej demokratycznym sposobem. I jestem jak najbardziej za.

Jan A. Kowalski

W odpowiedzi moim konstytucyjnym polemistom

Wypada zacząć od lewej strony, a zatem od tekstu: Konstruktywna krytyka Konstytucji Kowalskiego autorstwa Artura Karaźniewicza. Przeczytałem tę polemikę i aż się spłoniłem ze wstydu. Gdybym potrafił oderwać deskę od podłogi, to schowałbym się pod podłogą. Profilaktycznie wlazłem pod łóżko i tam przesiedziałem pełne pięć minut. A jak wyszedłem, to zrozumiałem: rok życia zmarnowany. Ale co tam rok! A siedem lat studiów historycznych na UJ, z roczną przerwą na ukrywanie się przed siepaczami reżimu? Zmarnowane! Załamałem się – całe moje 54-letnie życie… na nic. A to z powodu, który przenikliwie wyłuszczył w swojej konstruktywnej polemice Pan Profesor. Nie postawiłem przecinka! Po słowie ‘Parlament’ nie postawiłem przecinka. (A gdzie była korektorka; Pani Magdo, jeszcze się z Panią policzę!). Jeden brak rozwalił w drobny mak moją, wydawałoby się, przemyślaną i logiczną konstrukcję. Wizja V Rzeczypospolitej runęła jak piaskowy zamek pod naporem fal.

Tyle udało mi się odczytać z tej polemiki. Wyrazy trudne, w tym obcojęzyczne makarony, jeżeli Autor przetłumaczy na język polski, to może nawet zrozumiem i przemyślę.

A wy, Drodzy Czytelnicy, już się bójcie, bo Artur Karaźniewicz, „nie chwaląc się”, objawił się „jako współuczestnik sławetnej, afirmowanej (nie wystarczyło firmowanej – JK) przez PiS Ankiety Konstytucyjnej”. Gdyby jakiś ankieter Was zaczepił, wiejcie, gdzie pieprz rośnie 🙂

Polemika Piotra Krupy-Lubańskiego już mnie tak nie zmieszała z błotem. Potrafiłem ją przeczytać. Mam też nadzieję, że dobrze zrozumiałem jej prowokacyjny charakter. Zatem odpowiadam.

1.       Problem 1. Konstytucja jako forma niezobowiązującej i oderwanej od życia zabawy. Panie Piotrze, nieporozumienie. Proszę przeczytać parę moich konstytucyjnych tekstów, a zrozumie Pan, że za przedstawionym przeze mnie projektem nie kryje się żadna forma niewyżytej młodzieńczej zabawy. Za moim projektem rozpościera się bardzo realistyczna wizja innej Polski. Innego – nie komunistycznego, nie postkomunistycznego, nie socjalistycznego i nie biurokratycznego sposobu zarządzania Polską. I jeżeli takiej aktualizacji państwa polskiego w niedługim czasie nie przeprowadzimy, stanie się wszystko to, czym tak Pan się zamartwia.

2.       Problem 2. Terror. No dobrze, w jaki to niby sposób organizacja terrorystyczna mogłaby dbać o interes Polski? Co więcej, wydawać wyroki – w czyim imieniu i na jakiej podstawie? AK mogła to robić, bo działała w imieniu legalnego Państwa Polskiego. Obecnie – nie wiem, czy Autora to ucieszy – jedyna polska organizacja terrorystyczna mogłaby powstać na bazie UBywateli, byłych żołnierzy WSI i agencji ochroniarskich, grupujących jednych i drugich. Naprawdę tego chcemy?

3.       Problem 3. Psychiczny i emocjonalny. W żadnym razie moim zamierzeniem w temacie dostępu do broni nie było to, żeby odreagować, wystrzelać, zanim kogoś niewinnego nie zamordujemy w domu albo rozjeżdżając na ulicy. W żaden też sposób nie odwołuję się do USA, ale do Szwajcarii. Do Szwajcarii, która model swojej nowoczesnej armii (i organizacji państwa) przejęła od I Rzeczypospolitej. Do Szwajcarii – najbardziej uzbrojonego państwa na świecie – gdzie do nikogo nie strzela się w publicznych szkołach. Zatem powtórzę: prawo do posiadania broni przysługuje w moim projekcie Konstytucji i Państwa (piszę z wielkich liter, jak się emocjonuję; wyjaśnienie dla Artura Karaźniewicza) przeszkolonym przyszłym obrońcom naszej Ojczyzny. Po odbyciu przez nich obowiązkowego szkolenia wojskowego (wg mnie minimum 6 miesięcy). Bez jego odbycia nikt nie mógłby trzymać broni w swoim domu, nie mógłby studiować i nie mógłby pełnić żadnej funkcji publicznej w państwie. Chyba oczywiste: przecież Świadkowie Jehowy nie są zainteresowani udziałem w żadnym ziemskim królestwie.

4.       Problem 4. Referendum i demokracja bezpośrednia. Fundacja Demokracji Bezpośredniej, której, jak rozumiem, przedstawicielem jest Piotr Krupa-Lubański, proponuje DEMOK.

System ten w ciągu 24 godzin jest w stanie przeprowadzić dowolne referendum. DEMOK? OK. tylko nie rozumiem, po co głosujący w jakiejkolwiek sprawie mieliby odwoływać się do jakiegoś autorytetu i cedować na niego swoje głosy. Przecież mogą poznać jego opinię i sami zagłosować.

Niemniej przy obecnym zaawansowaniu technologicznym bezpośrednie zarządzanie z pulpitu własnego komputera własną gminą, województwem i państwem jest zdecydowanie najtańszym i najbardziej demokratycznym sposobem. I jestem jak najbardziej za, o czym parokrotnie pisałem.

Na koniec refleksja. Nie wiem, czy czeka nas zmierzch naszej cywilizacji pod naporem nowych, islamskich barbarzyńców. Nie płaczmy też nad starożytnym Rzymem. Bo wprawdzie upadła cywilizacja starożytnego Rzymu, ale cywilizacja pogańska i do cna już zdemoralizowana. A ostatni uczciwi obywatele Rzymu na długo przed upadkiem wynieśli się z Senatu do swoich wiejskich domostw. Na gruzach Imperium zakwitła przecież cywilizacja chrześcijańska, łacińska. Na tyle atrakcyjna, żeby podbić dusze i umysły barbarzyńskich najeźdźców. Nasze dusze.

PS Przecinek, któremu tyle uwagi poświęcił pan Karaźniewicz, jest zbędny. MS.

Artykuł Jana A. Kowalskiego pt. „W odpowiedzi moim konstytucyjnym polemistom z poprzedniego numeru” znajduje się na s. 19 sierpniowego „Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jana A. Kowalskiego pt. „W odpowiedzi moim konstytucyjnym polemistom z poprzedniego numeru” na stronie 19 sierpniowego „Kuriera WNET”, nr 50/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

 

Pięknie i mądrze mówił nasz Prezydent, ale coraz bardziej jestem skołowany… / Felieton sobotni Jana Azji Kowalskiego

Co do konstytucji mam duże wątpliwości. Bo gdy Andrzej Duda mówi kolejny raz o potrzebie nawet położenia nowego fundamentu, to coraz bardziej zastanawiam się nad znaczeniem jego słów.

Pięknie i mądrze mówił nasz prezydent Andrzej Duda na uroczystości 550-lecia polskiego parlamentaryzmu. Szkoda, że nie na temat. Może inaczej: prawdziwie mówił o naszej przeszłości. Jednak odwołanie się do chlubnej tradycji, do której przecież sam przez cały czas nawiązuję, w żaden sposób nie może dotyczyć ani obecnego Sejmu, ani obecnego ustroju państwa polskiego. Dzisiejszy Sejm (i Senat) tak ma się do Sejmu I Rzeczypospolitej, jak Republika Okrągłego Stołu do Republiki. Jak III RP do Rzeczypospolitej.

Jaki to powód do dumy w obecnych czasach być posłem lub senatorem i jaka to godność? Przecież obecni posłowie i senatorowie wcale nie reprezentują obywateli swoich ziem (jak było w I Rzeczypospolitej), ale zajmują miejsce w Sejmie z woli głównego karuzelowego z każdej partii politycznej.

Żeby nimi zostać muszą najpierw oddać pokłon, wylizać kurz przed biurkiem Prezesa (każdego) i podkulić ogon na znak wiecznego poddaństwa. Tylko w taki sposób zostaje się posłem lub senatorem w obecnej Polsce. Gdzie w tych stanowiskach duma i godność, o których wspomniał Prezydent? Odwoływanie się do Rzeczypospolitej Wolnych Obywateli to raczej nieuzasadnione nadużycie intelektualne.

Przed tygodniem udowodniłem w sposób nie podlegający dyskusji, że to właśnie obecny parlament jest sercem bestii, której na imię jest Biurokracja. (Żałujcie, jeśli nie czytaliście). Tym razem miałem zająć się dwustopniowym podziałem administracyjnym państwa na województwo i gminę. I związanym z tym nierozerwalnie sposobem wyboru posłów na Sejm. Jak na zawołanie zjawiła nam się ta chwalebna rocznica. Wszyscy ogłaszają się spadkobiercami, a mają do tego takie same prawa, jak Dymitr Samozwaniec do tronu po Dymitrze. Zauważyliście, że Prezydent ani na chwilę nie zająknął się na temat sposobu wybierania posłów te 550 lat temu? Skoro jednak ja, Kowalski dwojga imion, nie jestem prezydentem, a ucieranie się poglądów służy przecież dobru wspólnemu, co dobitnie podkreślił prezydent Duda, to jednak się zająknę.

Sejm w Piotrkowie Trybunalskim, Roku Pańskiego 1468, był pierwszym sejmem z posłami delegowanymi przez sejmiki ziemskie. W ten właśnie sposób powstała Izba Poselska, czyli to, co dziś najczęściej określamy Sejmem (bez Senatu). I taki sam sposób wyboru posłów postuluję w moim projekcie nowej konstytucji. Bo taki sposób, kiedyś i obecnie, znaczył jedno – ważność każdej z Ziem. Obywatele (szlachetni) rządzili się u siebie i swoje potrzeby, i pomysły za pośrednictwem swoich delegatów przedkładali na forum ogólnokrajowym, na Sejmie Walnym. Nie było wtedy mowy o biurokracji ani o centralizacji, o Centrali nawet nie wspominając. Każda ziemia swoje lokalne sprawy załatwiała przez siebie i u siebie. Nie był do tego potrzebny król ani jakakolwiek władza zwierzchnia. Ówcześni obywatele (=szlachcice) mieli wolność decydowania o sobie i swoim najbliższym otoczeniu, a na sprawy całego państwa chcieli mieć wpływ.

Polska była wtedy najbardziej obywatelskim państwem świata. Decydowało o nim 10% jego mieszkańców. Od innych państw, gdzie decydował 1% albo mniej, albo sam car lub król, dzieliła ją przepaść. Przepaść, którą udało się przeskoczyć dopiero Stanom Zjednoczonym Ameryki Północnej.

Z tego też wynikał naturalny podział administracyjny państwa na województwa i powiaty, a nie gminy. Przy dużo mniejszym zaludnieniu szlachcic – właściciel folwarku nie miałby się z kim spotykać w gminie. W powiecie już miał. Do województwa konno był szmat drogi. Do siedziby powiatu (ziemi) było znacznie bliżej. Pamiętajmy o takich prostych sprawach. Odwołując się do tradycji, starajmy się rozpoznać ducha czasu i codzienne powody. Mitologizowanie i mechaniczne powtarzanie starych technicznych rozwiązań w zmienionym kontekście do niczego nie prowadzi.

Prezydent wspomniał jeszcze o dwóch sprawach: o niechlubnej tradycji warcholstwa politycznego i o konstytucji. Z potępieniem warcholstwa, chociaż dyplomatycznie nie padło takie słowo, całkowicie się zgadzam. Żadna mniejszość odsunięta od władzy w wyniku wolnych wyborów nie może w imię obrony swoich interesów wzywać obcych mocarstw do ingerencji w nasze wewnętrzne sprawy. Nie robiło tego Prawo i Sprawiedliwość przez długie lata swojej opozycyjnej egzystencji i tego samego oczekuję od obecnej opozycji. Myślę tu o Kukiz’15 i trochę o PSL-u. O patologii polityczno-korupcyjnej miałem nie pisać, dlatego nie będę tu rozpisywał się ani o PO, ani o .N.

Jednak co do konstytucji mam duże wątpliwości. Bo gdy Andrzej Duda mówi kolejny raz o potrzebie nawet położenia nowego fundamentu, to coraz bardziej zastanawiam się nad znaczeniem jego słów. Czy chodzi rzeczywiście o nowy fundament państwa (swój plan techniczny w końcu przedstawiłem), czy o dopisanie kilku nowych artykułów. O 500+, moment przejścia na emeryturę i o wyprawkę dla uczniów, i o to, żeby wygrać kolejne wybory. Taki jestem skołowany…

Jan A. Kowalski

Bicie piany, lanie wody, kosmetyka i pijar to chyba trochę mało, by doprowadzić Polskę do wielkości i pomyślności

Polska potrzebuje rzeczywistych reform. Bo gdy zmieni się sytuacja międzynarodowa i załamie koniunktura gospodarcza, na uzdrowienie Polski nie będzie już czasu ani pieniędzy. I nikt na to nie pozwoli.

Jan Kowalski

Czy droga, jaką nas prowadzi Obóz Dobrej Zmiany, jest właściwą drogą do wielkości i pomyślności Polski? A może jest to jedynie propagandowe zwodzenie nas na manowce? Skoro politycy zaczęli, to teraz my, wyborcy, musimy się nad tym zastanowić.

Najpierw „Piątka Morawieckiego”. Chociaż nasza prasa zdołała okrzyknąć te hasła „ambitnym planem”, to po bliższym przyjrzeniu się można powiedzieć jedno: jest to klasyczne lanie wody, jak powiedzielibyśmy kiedyś, przed epoką pijaru. Plan dzieli się na dwie części. Pierwsze dwa punkty dotyczą przedsiębiorców, trzy kolejne to klasyczne przedwyborcze rozdawnictwo.

Pierwszy punkt, zapowiedź ulżenia doli małych przedsiębiorców poprzez obniżkę podatku CIT z 15 do 9 procent udanie skomentował w Poranku Wnet poseł i przedsiębiorca Marek Jakubiak. Podał, że średni CIT płacony teraz przez firmy wynosi obecnie 8%, zatem bez łaski.

Drugi punkt, czyli wprowadzenie małego ZUS naliczanego proporcjonalnie od przychodów miesięcznych w wysokości 2,5 minimalnej pensji, wprowadził mnie w stan zdumienia. (…) Uświadomiłem sobie, że nigdy nie spełniałem jego warunków. Będąc najmniejszą jednoosobową firmą, nigdy nie miałbym prawa do mniejszego ZUS-u. Nigdy, nawet mając lat dwadzieścia i handlując na czarno, nie miałem tak niskich obrotów. Obrotów, nie dochodów. To jest oferta skierowana chyba jedynie do pana Czesia Złotej Rączki i mobilnej fryzjerki Luizy, żeby dali się wreszcie opodatkować. Im, co prawda, nie przybędzie, chyba że papierów do wypełniania, ale za to dadzą pracę kolejnym urzędnikom. Ktoś musi przecież te proporcje obliczać. (Pani Luizo, proszę się nie dać nabrać, odbiorą Pani wtedy 500+. (…)

W superpomyślnej sytuacji geopolitycznej i przy dobrej koniunkturze gospodarczej bicie piany, lanie wody, kosmetyka i pijar to chyba trochę mało. Proste dodatkowe środki finansowe uzyskane w wyniku odsunięcia od władzy patologii politycznej nie będą przyrastać w nieskończoność.

Polska potrzebuje rzeczywistych reform. Kompletnej przebudowy struktury państwa i sposobu zarządzania nią. Po to, żeby odkryć przysypane przez poprzedni system, przez przepisy, fiskalizm i biurokrację rzeczywiste źródła jej bogactwa. Te źródła biją tu, w Polsce. Należy je odgruzować teraz i natychmiast. Bo gdy zmieni się sytuacja międzynarodowa i załamie koniunktura gospodarcza, na uzdrowienie Polski nie będzie już czasu ani pieniędzy. I nikt na to nie pozwoli.

To są rzeczywiste wyzwania po odebraniu władzy politycznej dzieciom Kiszczaka. I takie propozycje rozwiązań ze strony Obozu Dobrej Zmiany chciałbym poznać.

Cały artykuł Jana Kowalskiego pt. „Prowadzą Polskę ku jej wielkości i pomyślności?” znajduje się na s. 16 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jana Kowalskiego pt. „Prowadzą Polskę ku jej wielkości i pomyślności?” na s. 16 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl

O upadku obyczajów i o tym, dlaczego nie lubię Konstytucji 3 maja / Felieton sobotni Jana Kowalskiego

Skutecznej zmiany konstytucji można dokonać jedynie w korzystnej sytuacji geopolitycznej i wewnętrznej. Takiej jak dziś, mając poparcie Imperium i ogromne poparcie społeczne. Ten czas mija.

Nie chodzi tu wcale o miesiąc maj. A już wcale o wielką majówkę, jaką od wielu lat obchodzę, solidaryzując się z milionami Polaków. Po kwietniowych upałach u nas na południu, mój wybór miejsca wypoczynku był oczywisty – polskie morze. 15 stopni mniej, mało ludzi i dzika plaża. Na kąpiel było jeszcze za zimno, nie jestem przecież morsem. Za to opalać się mogłem do woli, bez obawy o przegrzanie organizmu. Do czasu. Do momentu zobaczenia w Internecie tych zdjęć. Zdjęć senatora Jana Marii Jackowskiego.

To skandal, żeby w wieku lat 60 tak dobrze wyglądać! I to bez żadnego ubrania markującego niedociągnięcia figury. Popatrzyłem na swoje żałosne, o sześć lat metrykalnie młodsze ciało i postanowiłem: żadnego więcej opalania nago, o pływaniu nawet nie wspominając. Nie teraz, ale w lecie i w ogóle. Bo nawet leżąc na plaży w małej dziurce, jaką jest Białogóra, nie możesz być pewien. A może gdzieś na wydmach czai się paparazzi z aparatem i dronem? I czeka? Senatorowi Jackowskiemu zdjęcia przysporzą tylko głosów wyborczych w grupach dotąd nieosiągalnych. Mnie, Jana Kowalskiego, tylko by ośmieszyły. Dlatego w imieniu narodu apeluję do redakcji „Super Expressu”: opamiętajcie się, nie jesteście pismem dla gejów (w tym gejów naturystów)! Więcej gołych, ale bab!

Ukryłem swoje nikczemne członki w przyzwoitym ubraniu i dla odzyskania równowagi duchowej postanowiłem świętować 3 maja. Ale jak tu odzyskać równowagę, gdy trzeba świętować kolejną rocznicę upadku Polski. Nierzeczywisty masoński testament, uchwalony w warunkach zamachu stanu, który tylko przysporzył nam wrogów w całej Europie. Poza Francją, w której masoneria rozgrywała właśnie partię życia i dzięki Polsce zyskała czas. Bo wrogie jej mocarstwa rzuciły swoje siły w drugą stronę.

Na szczęście, przy okazji tej smutnej rocznicy, prezydent Duda kolejny raz przypomniał o potrzebie zmiany konstytucji obecnej i ogłosił termin ewentualnego referendum. Cieszy mnie konsekwencja Prezydenta. Martwią natomiast dwie sprawy. Pierwsza, to bardzo mgławicowe zapowiedzi pytań referendalnych i ich charakter. Upłynęło mnóstwo czasu. Wystarczająco dużo, żeby obóz prezydencki (o ile takowy istnieje) zdążył rzecz całą sprecyzować. Druga, to bardzo stonowana reakcja marszałka senatu, Stanisława Karczewskiego. Gdybym miał po niej oceniać, to referendum się nie odbędzie – senatorzy się nie zgodzą.

Nie lubię Konstytucji 3 maja, bo nie lubię porażek. A już zwłaszcza nie lubię celebrowania porażek. Co nie znaczy, że nie możemy z porażki, z upadku wyciągnąć nauki. Tak, każdą porażkę możemy przekuć w sukces. Ale najpierw musimy zrozumieć jej przyczyny. Jakie były zatem przyczyny porażki projektu pn. Konstytucja 3 maja? Po pierwsze, za późno. Czas na rzeczywistą reformę Rzeczpospolitej minął 100 lat wcześniej. Od 1700 roku rosyjskie wojska przebywały w granicach naszego państwa, a Rosja narzucała nam kolejnego władcę w rzekomo wolnej elekcji. I dyktowała uchwały sejmowe. Czas tylko w tamtych wiekach, bez internetu, płynął dużo wolniej.

Po drugie, wewnętrzny obóz przeciwników Konstytucji był bardzo silny w sejmie. Bez jego podstępnego wykluczenia z głosowania konstytucja nie zostałaby przyjęta. Mógł też liczyć na Rosję. Dla przypomnienia tylko, obóz zwolenników liczył na Prusy. A król się wahał.

Jaka zatem nauka płynie z 3 maja 1791 roku dla nas w roku 2018?

  1. Nie róbmy z konstytucji fetysza ani najświętszej świętości. Konstytucja przedstawia jedynie sposób urządzenia naszego państwa. Sposób, w jaki chcemy być w ramach jednego państwa zorganizowani i zarządzani. I to, czy chcemy być niewolnikami władzy, czy wolnymi ludźmi.
  2. Skutecznej zmiany konstytucji można dokonać jedynie w korzystnej sytuacji geopolitycznej i wewnętrznej. Takiej jak dziś, mając poparcie Imperium i ogromne poparcie społeczne. Ten czas mija.

Przyjmijmy wreszcie nową konstytucję. Napisaną w celu sprawnego zarządzania naszym państwem i dla rozwoju naszego narodu. I wprowadźmy ją w życie. Mamy na to czas teraz, zanim obóz wrogi zmianom nie podniesie głowy i nie zyska skutecznej pomocy zagranicy. Bo wtedy, to będziemy mogli napisać kolejny testament.

Jan Kowalski

30 000 zł dla ministra Gowina, co miesiąc! Przyczyny rozkwitu Polski w XXI wieku (3) / Felieton sobotni Jana Kowalskiego

Może nie zapewni nowa Polska nikomu szczęścia indywidualnego i zbawienia, ale to nie powinno być zadanie i kompetencja żadnego państwa. O swoje sprawy osobiste każdy z nas musi zadbać sam.

Nie żartuję. Po zmianie nieudanej aktualizacji polskiego państwa z 3 na 4 i wprowadzeniu V Rzeczpospolitej, każdy minister polskiego rządu będzie zarabiał co najmniej 30 000 złotych miesięcznie. 10-krotnie więcej niż policjant, nauczyciel dyplomowany lub ludek w korpo. Z tym jednym zastrzeżeniem, że rząd, oczywiście prezydencki rząd, będzie liczył mniej niż 10 ministrów. A ich zastępców będzie najwyżej 20, po 25 000 dla każdego. Niech nie biedują… i nie okradają nas wszystkich.

Zanadto się rozpędziłem? Dopiero zaczynam. Podniesiemy też wynagrodzenia dla posłów, niech mają po 20 000. I tyle samo dla senatorów (Niech nie biedują…). Posłów będzie jednak tylko 78, proporcjonalnie do liczby mieszkańców danego województwa. Począwszy od 2 dla najmniejszego, opolskiego, do 11 z Mazowsza – z grubsza 1 poseł na 500 000 obywateli. A senatorów 32, po 2 z każdego województwa. Może to nie jest dużo, 20 000 zł miesięcznie, przynajmniej dla senatora Bielana, ale za cztery dwutygodniowe sesje parlamentarne w ciągu roku chyba wystarczy.

Myślicie pewnie, że fantazjuję. Kolejny raz lekką ręką obniżam koszty i podnoszę pensje. I w ogóle nie reaguję na głosy niedowierzania. Ale poprzedni akapit powinien już zdradzić całą tajemnicę mojego zamysłu.

Ten projekt, czyli V Rzeczpospolita, w której tak wspaniale będzie się nam żyło, ministrom i obywatelom, to powrót do źródeł. Do I Rzeczpospolitej, z korektą jej podstawowej wady ustrojowej, jaką było uznaniowe, a nie automatyczne ściąganie podatków.

I naturalnie z wyeliminowaniem strukturalnych przyczyn rozwarstwienia społecznego. Wadliwa dystrybucja bogactwa zawsze skutkuje upadkiem całego społeczeństwa, a w ostateczności państwa. O V Rzeczpospolitej pisałem już wielokrotnie. To dla niej skrojona będzie nowa konstytucja, której założenia przedstawiłem w cyklu Zanim napiszemy nową konstytucję.

W poprzednim odcinku wspomniałem o potrzebie odgruzowania polskich źródeł bogactwa. Przysypanych przez zabory, wojnę i komunizm, a teraz zabetonowywanych przez nowy europejski totalitaryzm polityczny i kulturowy. Może Niemcy powinny być zarządzane odgórnie. W końcu nikt inny, tylko Niemiec, Max Weber, opisał biurokrację jako najwspanialszą formę zarządzania państwem. I trzeba sprawiedliwie przyznać, że ta formuła w przypadku Niemiec sprawdza się doskonale. Przynajmniej do momentu kryzysu wewnętrznego, w wyniku którego władzę przejmuje szaleniec, a zwykli Niemcy popierają go w całej rozciągłości. Bo przecież reprezentuje państwo, którego oni są poddanymi. Zaledwie trybikami w ogromnej maszynie.

Dlatego zachwyt państwem niemieckim, jego zorganizowaniem, może się pojawić tylko w głowie Polaka szalonego, którego zamiarem jawnym kub ukrytym jest panowanie nad narodem i uczynienie z Polaków niewolników. To samo dotyczy Francji. Wielkość I Rzeczpospolitej polegała na czymś przeciwnym. To wolni Polacy tworzyli swoje państwo i decydowali o nim. Powtarzamy te oczywistości wielokrotnie i niestety bez głębszej refleksji. Bez przeanalizowania ustrojowych rozwiązań, które tę wielkość uczyniły możliwą.

Pierwszą i podstawową różnicą ustrojową był sposób organizacji państwa, jego struktur władzy. Rzeczpospolita była zorganizowana oddolnie i samorządnie na poziomie ziem/województw, a władzę na poziomie państwowym sprawował król z ograniczoną administracją centralną. Równowaga tych dwóch struktur władzy przyczyniła się do rozkwitu państwa Wolnych Polaków. Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy dziś taki sposób zarządzania państwem powtórzyli.

Prezydent, jak kiedyś król, niech siedzi w Warszawie. U siebie, w gminie, w województwie, możemy rządzić się sami. Najlepiej wiemy, jakie są nasze potrzeby i tu zbieramy wszystkie nasze polskie pieniądze (oprócz wielkich firm będących własnością całego narodu). 30% wszystkich zebranych pieniędzy pozostaje w gminie, na jej potrzeby. 30% pozostaje w województwie. 10% zbieramy na tereny najuboższe. Ostatnie, ale zawsze, 30% środków trafia do skarbu państwa.

Środkami w gminie zarządza wójt przy pomocy skarbnika, również wybieranego; w końcu ma pilnować naszych pieniędzy. Nie potrzebujemy żadnych radnych do przejadania naszych pieniędzy, bo przecież mamy sołtysów, wystarczy (W miastach będzie podobnie, chociaż zarządcy dzielnicy nie nazwiemy sołtysem ani dzielnicowym, może dzielnikiem). I mamy jeszcze jego – naszego gminnego posła do sejmu wojewódzkiego. Takie sejmy wojewódzkie będą liczyły po około 160 posłów gminnych i będą zbierały się przed i po sesjach sejmu walnego. Będą wybierać swoich posłów-delegatów na 4-letnią kadencję sejmu walnego.

Nie ma również najmniejszej potrzeby, żeby problemami lokalnymi województw zajmował się rząd w Warszawie. Dlatego do zarządzania naszymi sprawami i pieniędzmi wojewódzkimi będziemy wybierać wojewodę. Będzie on przedstawicielem mieszkańców naszego województwa, podobnie jak sołtys – gminy. I będzie tworzył wojewódzki rząd/zarząd.

Nie będzie w naszej V Rzeczpospolitej powiatów i w ogóle wszystkich dziwacznych partyjno-biurokratycznych struktur zniewalających nas za nasze własne pieniądze. A podstawą do tworzenia jakichkolwiek urzędów i procedur będzie rachunek zysków i strat, jakie mogą powodować dla społeczności lokalnej, całego narodu i państwa (ZUS zlikwidujemy jako pierwszy.)

Zmiana, najpierw mentalna, naszego wyobrażenia o państwie, a potem zmiana rzeczywista struktur zarządzania państwem polskim według tradycji I Rzeczpospolitej, będzie najważniejszą i decydującą przyczyną rozkwitu Polski w XXI stuleciu. Może nie zapewni nowa Polska nikomu szczęścia indywidualnego i zbawienia, ale to nie powinno być zadanie i kompetencja żadnego państwa.

O swoje sprawy osobiste każdy z nas musi zadbać sam. W sferze publicznej wystarczy nam sprawnie zarządzane i silne państwo – Rzeczpospolita Wolnych Polaków. V Rzeczpospolita.

Jan Kowalski