Marek Jakubiak: Trzeba zaatakować Europę prawdą. To jest nasza wina, że się nie czepiamy

Prezes Federacji dla Rzeczypospolitej o sporze z Czechami o kopalnię w Turowie, potrzebie ofensywy narracyjnej i sytuacji na granicy polsko-białoruskiej.

Marek Jakubiak komentuje sytuację związaną z Kopalnią Turów. Jest ona, jak ocenia, naprawdę nieciekawa. Stanowisko strony polskiej mówi o pełnym funkcjonowaniu kopalni. Natomiast jedyną rzeczą, którą Czesi mają do zakomunikowania to to, że interesuje ich jedynie zamknięcie kopalni w Turowie.

Ja proponuję nie odpuścić Czechom tego. Ja proponuję cały czas, żeby bardzo głęboko przyjąć, że Czesi są Czechami i retoryce wobec Czechów muszą mieć miejsce.

Prezes Federacji dla Rzeczypospolitej uważa, że obecna retoryka zarówno Unii Europejskiej, jak i pojedynczych państw takich jak np. Niemców jest bezpodstawna. Można by było odnieść wrażenie, że Unia Europejska całkowicie nie rozumie, na czym polega problem a może też rozumie, ale nie chce tego pokazać.

Język prawicy polskiej w Europarlamencie jest odczytywany  jako bardzo egzotyczny.

Gość uważa, że obecnie toczy się walka o naszą przyszłość. Aczkolwiek walka ta posiada jeszcze jeden aspekt. Chodzi tutaj o walkę z naszą kulturą oraz przekonaniami. Wskazuje, że Ministerstwo Cyfryzacji mogłoby przygotować akcję rozpowszechniania anglojęzycznych memów.

Trzeba zaatakować Europę prawdą.

Zauważa, że nadgraniczne kraje mają inną perspektywę od tych, które nie mierzą się z problemem nielegalnego przekraczania swych granic. Zauważa, że polsko-niemiecka granica przebiega na rzece, więc wystarczy pilnować mostów. Na jedynej jej lądowym odcinku w pobliżu Szczecina Niemcy budują płot.

Oni mówią, że to przeciwko dzikom. […] Nikt się nie martwi o łosie, o dziki, a Niemcy płot budują.

Marek Jakubiak zaznacza, że imigranci koczujący nad polską granicą nie chcą się dostać do Polski, ale do Niemiec. Odnosi się także do planów budowy elektrowni jądrowych w Polsce.

Niech to prywatny biznes robi, tak jak Niemcy zrobili Nord Stream II.

Sądzi, że jak polski rząd będzie budować elektrownie atomowe to przyczepić się do tego będzie mogła Komisja Europejska.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!


A.P.

Konieczny: Bez stanu nadzwyczajnego możemy zapewnić bezpieczeństwo granic na podstawie przepisów, które istnieją

W rozmowie z Łukaszem Jankowskim, senator lewicy mówi o projekcie wprowadzeniu stanu wyjątkowego na granicy z Białorusią, rocznicy porozumień sierpniowych oraz rozwiązaniach dla służby zdrowia.

Rozmowa zaczyna się od możliwości wprowadzenia stanu wyjątkowego na granicy polsko-białoruskiej. Redaktor Jankowski pyta senatora co on oraz członkowie partii Lewica sądzą o pomyślę wprowadzenia czegoś takiego. Wojciech Konieczny uważa, że jest to działanie przedwczesne, odnosząc się do informacji, które są nam przestawiane. Aczkolwiek poniekąd sugeruje, że część informacji nie dochodzi do nas i nie wiemy do końca wszystkiego co się dzieje w tamtym miejscu

Biorąc pod uwagę to co wiemy to tak. Chyba, że czegoś nie wiemy […] czyli rząd coś przed nami ukrywa.

Polityk odnosi się również do form, które w jego opinii powinny być zrewidowane

Zawsze mnie to dziwiło, że do tego miejsca, gdzie ci ludzie koczują, nie są dopuszczani politycy opozycji, nie ma wysyłanych delegacji komisji praw człowieka […] Nie mówię, żeby to było wystąpienie takie polityczne, że tam ktoś pójdzie się lansować […] chodzi o to, żeby po prostu można było się zorientować na miejscu jak sprawa wygląda.

Pojawia się pytanie czy można porównać tą sytuację poniekąd ze stanem wojennym

Nie nie to tak bym nie porównywał,  trzeba zachować spokój w tej sytuacji rząd ma prawo do tego rodzaju działań. My tylko po prostu uważamy, że informacje, które posiadamy nie wskazują, żeby ten kryzys wymagał aż takich ruchów. Bez stanu nadzwyczajnego możemy zapewnić bezpieczeństwo granic na podstawie przepisów, które dzisiaj istnieją.

W dalszej części rozmowy mamy do czynienia z tematem rocznicy porozumień sierpniowych. Senator Lewicy odnosi się do w pozytywny sposób. Mówi, że jest to piękna rocznica oraz podkreśla ogromny wkład społeczeństwa w procesie obalania komunizmu w Polsce.

Na kanwie postanowień porozumień sierpniowych podejmowana jest problematyka postulatu 16, który odnosi się do usprawnienia w funkcjonowaniu służby zdrowia. Pada tutaj wątpliwość, że postulat ten do tej pory nie został zrealizowany. Na bazie tego problemu, senator zostaje zapytany o pomysł zmian w służbie zdrowia a dokładnie w liczbie istniejących szpitali oraz łóżek w będących.

Medycyna idzie do przodu, można pomyśleć o jakich redukcjach, ale teraz właśnie pytanie o jakich redukcjach […] czy też chodzi o to, żeby na przykład zmniejszyć liczbę łóżek w szpitalach a utrzymać personel, utrzymać poziom opieki przez to, że jest trochę mniej łóżek ten poziom będzie lepszy. No tutaj można coś w tą stronę iść.

Na zakończenie Wojciech Konieczny mówi o możliwych zmianach w dotychczasowym sposobie funkcjonowania części szpitali

Być może 20% tych szpitali można by w jakiś sposób zrestrukturyzować, nie mówię zamknąć, ale przemienić ich funkcję.

Zachęcamy do wysłuchania całej rozmowy

K.J.

Mostowicz-Gerszt: Kanaryjczycy są w ciężkiej sytuacji, ale jest spokojnie. W turystyce pracowano w większości na czarno

Grzegorz Mostowicz-Gerszt o problemach finansowych mieszkańców Wysp Kanaryjskich, kryzysie migracyjnym, pretensjach wobec władz centralnych i o tym, w czym Małgorzata Wołczyk się myli.

Tutaj nie ma żadnej dramatycznej sytuacji. […] Wszystko jest pod kontrolą.

[related id=130395 side=right] Grzegorz Mostowicz-Gerszt polemizuje z Małgorzatą Wołczyk, która stwierdziła, że na Wyspach Kanaryjskich „przemoc na ulicach jest wszechobecna”. Stwierdza, że choć afrykańskie terytorium Hiszpanii mierzy się kryzysem migracyjnym, tak jak Europa, to na ulicach nie ma żadnych zamieszek. Przyznaje przy tym, iż mieszkańcy wysp i władze regionalne mają pretensje do hiszpańskiego rządu, że niewystarczająco ich chroni. O premierze, który zachęca do otwartości wobec imigrantów

Kanaryjczycy mówią, że umył ręce – zostawił Wyspy Kanaryjskie samopas z tym problemem.

Aktor zaznacza, iż imigrantów praktycznie nie widać na ulicach. Są to w większości przybysze z Gambii i Sengalu. Pragną się oni dostać do Europy- do Hiszpanii i Włoch.

Od stycznia do września tutaj na wyspę przybyło około 6000 imigrantów, jak podaje Czerwony Krzyż.

Przybysze z kontynentu rozlokowani są w tanich bursach i hotelach. Są oni, jak mówi mieszkaniec wysp, sukcesywnie odsyłani z powrotem. Na Kanarach nie ma dla nich bowiem pracy. Przedsiębiorstwa ucierpiały w skutek koronakryzysu.

Większość hotelów jest pozamykanych, restauracje w większości też.

Mimo trudnej sytuacji finansowej nie ma kryzysu społeczno-politycznego. Nasz gość zauważa, że większość prac wykonywanych była w turystyce na czarno.

Pieniądze szły pod stołem, ręka w rękę.

Posłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.P.

Polacy mają wiele unikatowych świątecznych tradycji, takich jak łamanie się opłatkiem czy wolne miejsce przy stole

Skąd choinka przywędrowała do Polski? Kiedy śpiewano pierwsze kolędy? Dlaczego wieszamy jemiołę i umieszczamy sianko pod obrusem oraz dzielimy się opłatkiem?

 

Dr Krzysztof Jabłonka mówi o historycznym tle polskich tradycji bożonarodzeniowych. Okazuje się, iż pomimo wielu różnic, na przestrzeni wieków zachowały się elementy stałe:

Opłatek jest w zasadzie prawie wyłącznie nas. On się pojawia poza polską, ale zazwyczaj tam, gdzie mieszkają Polacy. Wielkie zdumienie wywoływało wśród środowiska niepolskiego, kiedy szliśmy z opłatkiem, chociażby na spotkaniu europejskim, kiedy tysiące europejczyków uczyło się czym on jest.

Choinka jako symbol świąt przywędrował do nas wraz z Sasami. Wcześniej wnosiło się do chaty snop żyta:

Stawiało się go w kącie, a najlepiej w czterech kątach, cztery rodzaje zboża. Miało to służyć lepszym plonom. Ozdabiano te kłosy kolorowymi papierkami. W pewnym momencie, najpierw w dworach to się pojawiło w XVIII wieku, później w XIX wieku w kościołach i domach, pojawiły się choinki.

Kolejną świąteczną tradycją jest śpiewanie kolęd. Najstarsza polska kolęda sięga XV w., lecz jak podejrzewa Krzysztof Jabłonka, śpiewano je od zawsze, natomiast w XV wieku pojawił się pierwszy zapis na ten temat:

Musiały być śpiewane już za Kazimierza Wielkiego. Przypuszczam, że przybyły one wraz z krucjatami […] Kiedy nasi pierwsi rodacy dotarli do ziemi świętej, gdzie śpiewało się pieśni ku powitaniu Chrystusa, to zwyczaj ten razem z nimi przywędrował do nas, a ponieważ pamięć ludzka jest ułomna, zaczęto wymyślać własne kolędy.

Kolędowanie jest najważniejszą rzeczą w domowej liturgii wigilijnej, drugą tradycją wymienianą przez gościa „Poranka WNET” jest pozostawianie wolnego miejsca przy stole:

To było oczekiwanie na tych, którzy albo byli emigrantami, albo zesłańcami. […] Pamiętano o tych, którzy z jakiegoś powodu, powstańczego,  syberyjskiego, czy emigracji zachodniej – nie ma.

Jemioła czy sianko pod obrusem wigilijnym zaś zostały przejęte z tradycji ludowych. Ponadto dr Jabłonka opowiada, skąd się wzięło przeświadczenie, że zwierzęta w wigilię mówią ludzkim głosem:

To pochodzi chyba z Grecji, zresztą ze zwierzętami dzielono się także opłatkiem. W rodzinach chłopskich był zwyczaj, że po kolędzie jeździł proboszcz wraz z organistą. Ten organista miał zawsze dla każdej chaty 3 opłatki, z czego trzeci był w buraczanym soku i z nim szło się do zwierząt. […] Uważano, że w tym momencie dostępują oni łaski bycia zwierzętami Bożymi.

Gość Poranka WNET tłumaczy także, dlaczego w Polsce wigilia jest dniem postnym, pomimo ogłoszenia przez kościół, że nie ma powodu do postu w wigilię.

Przypuszczam, że chodziło o bardzo prostą rzecz. Adwent jest czasem oczekiwania i wprowadzano w nim pewne zasady postne […] w związku z tym przyjęto, że ten, kto nie pościł cały adwent, to przynajmniej ten ostatni dzień powinno się pościć. […] Post jest zawsze wewnętrzną dyscypliną, on się powinien zaczynać i kończyć na wewnętrznym odrzuceniu, czego zewnętrznym wyrazem są właśnie pewne potrawy.

A.M.K.

Piotr Mateusz Bobołowicz / Spod Kapelusza / Polacy w Vilcabambie: broker ubezpieczeniowy; człowiek i jego kozy

Część ludzi nie zna Polski, nigdy o niej nie słyszało. Wielu jednak kojarzy, gdy wspomni im się św. Jana Pawła II. Niekiedy ludzie sami na dźwięk słowa „Polaco” czy „Poloña” wspominają imię papieża.

„W 2013 roku przyjechaliśmy tutaj pierwszy raz, żeby zrobić rozeznanie. Na dwa miesiące. Byliśmy miesiąc w Cuenca, miesiąc tutaj, w Vilcabambie. I po tych dwóch miesiącach zdecydowaliśmy, że trzeba pozamyka pewne rzeczy tam, w Teksasie i przyjechać tu na stałe” powiedziała mi w wywiadzie Katarzyna Matląg, znana w okolicy jako Kasia. Z Polski wyjechała dwadzieścia pięć lat temu. Mieszkała w Stanach Zjednoczonych, a cztery lata temu zdecydowała się na przeprowadzkę do Ekwadoru.

Siedzimy w eleganckim mieszkaniu w maleńkiej Vilcabambie. „Nieeuropejskość” zdradzają jedynie luksfery w kącie pokoju – w podłodze. Dosyć często spotykane w Ekwadorze zabudowanie świetlika. Pijemy herbatę, a właściwie napar z różnych ziół, wśród których rozpoznaję trawę cytrynową i rumianek. Do tego naturalny miód pszczeli. Smaczny napój – i zdrowy. To właśnie głównie kwestie zdrowotne sprawiły, że Kasia postanowiła wyjechać do Ekwadoru. Zdrowa, pełnowartościowa żywność, świeże powietrze i górska woda.

 

Katarzyna Matląg znana jako Kasia. Od czterech lat mieszka w Ekwadorze

Z czegoś trzeba się tu utrzymać

„Duży procent ludzi, którzy tu są to emeryci, którzy z tej emerytury się utrzymują. Powiedziałabym, że więcej niż połowa ludzi [przyjezdnych] w Vilcabambie to są emeryci. A może nawet sześćdziesiąt, siedemdziesiąt procent”.

W przypadku Polaków proporcje są trochę inne. Mieszka tu na stałe Bogdan, którego nie miałem okazji poznać, a który rzeczywiście jest na emeryturze. Przebywał akurat w Kanadzie, gdzie jednak zdecydował się jeszcze trochę dorobić. Emerytami są Basia i Jurek, którzy na co dzień mieszkają w Kanadzie, jednak na kilka miesięcy w roku przyjeżdżają do Vilcabamby. Kupili tu kawałek ziemi, aktualnie budują do niej drogę. Jednak pozostali utrzymują się z różnej działalności zawodowej. Jacek pracuje głównie z domu, z komputerem.

Kasia jest brokerem ubezpieczeniowym, więc, jak sama mówi, spędza dużo czasu przed komputerem i z telefonem w ręku. Ale to nie jej jedyne zajęcie. Jeszcze podczas wywiadu opowiada mi o akupunkturze dłoni. Później proponuje, że może ją na mnie przeprowadzić – wspomniałem mimochodem o chronicznych bólach kolan. Chwilę później siedziałem przy biurku, a Kasia naciskała różne punkty na moich palcach, by potem wbić igły w te najbardziej bolesne. Akupunkturę rąk poznała w Polsce kilkanaście lat temu. Do tamtego momentu nie mogła chodzić bez wkładek ortopedycznych. Po kilku zabiegach już ich nie używa.

Igły w palcu nie bolą, chociaż wbijanie nie należy do najprzyjemniejszych. Potem pół godziny siedzenia z lewą ręką zawieszoną w powietrzu i jestem wolny. Wyciąganie igieł jest jeszcze gorsze niż ich wbijanie. Jeżeli bolałyby mnie aktualnie kolana, to na pewno zapomniałbym o tym bólu. Nie ma dużo krwi, ranki zasklepiają się błyskawicznie.

 

Po pięć igieł w środkowy i serdeczny i trzy w kciuk, dla stymulacji mózgu

Nie zapomnieć o korzeniach

Pytam Kasi, jak obchodzi święta. Najczęściej spędzają je wspólnie z Jackiem i Bogusią, którzy też mieszkają w okolicy. Przygotowują polskie potrawy. I wcześniej w USA, i teraz w Ekwadorze, chociaż tu nieco trudniej o pewne składniki. Proponuję, żebyśmy w związku ze Świętem Niepodległości spotkali się ze wszystkimi okolicznymi Polakami na głównym placu miasteczka i odśpiewali hymn. Kasia nie może, jedzie akurat do Cuenki. Rozmawiamy o innych Polakach.  Część z nich raczej mało czasu spędza z rodakami, więc z kilkunastoosobowej grupy byłoby nas może trzy czy cztery osoby. Porzucam pomysł, chociaż zamawiam polską flagę u lokalnej krawcowej.

Kasia swojej polskości nie ukrywa. Ekwadorczycy są otwarci, chętnie zadają pytania o pochodzenie. Część ludzi nie zna Polski, nigdy o niej nie słyszało. Wielu jednak kojarzy, gdy wspomni im się św. Jana Pawła II. Niekiedy ludzie sami na dźwięk słowa „Polaco” czy „Poloña” wspominają imię papieża.

 

Jan Paweł II. Papież podróżnik. Plakat za biurkiem recepcji jednego z hoteli w Vilcabambie.

Człowiek i jego kozy

Jednym z tych, którzy trzymają się raczej na uboczu, jest Dawid. Nie mieszka w samej Vilcabambie, a w miejscowości oddalonej od niej o jakieś dwadzieścia minut jazdy samochodem, a około dwóch godzin marszem – istnieje ścieżka przez góry. Wybrałem się do niego konno. Trochę błądziłem po malutkim miasteczku, jednak właścicielka jednego ze sklepów znała Dawida i pokazała mi drogę.

Dawid mieszka ze swoją żoną Adrianą, Amerykanką, w kontenerze. Obudowuje teraz wokół niego dom. Ma trochę ziemi, dość, by wykarmić stado kóz. „Nie wszystkie są przywiązane. Około połowy. Reszta wtedy pilnuje się stada. Najważniejsze, żeby przywiązać szefową”. Kóz jest dwadzieścia, choć od początku przewinęło się ich około setki. Te mniej mleczne trafiły do garnka bądź na sprzedaż. Ludzie w Ekwadorze nie znają za bardzo koziego mleka, więc konkurencji nie ma. Z drugiej strony jednak kozy trzeba importować albo w najlepszym wypadku ściągać z odległych partii Ekwadoru.

 

Koza zje wszystko, w tym tytoń, który jest dla niej trujący

Adriana robi z mleka kefir i ser. Niestety, przyjechałem w poniedziałek, a w sobotę sprzedała cały ser na targu organicznym w Vilcabambie. Dostałem szklankę mleka, a kefir był w sałatce owocowej, którą mnie poczęstowała. Zaskoczył mnie smak mleka. Sery kozie, które jadłem we Francji miały wyraźny charakterystyczny zapach i smak, nawet te świeże. Tutaj mleko jednak było go kompletnie pozbawione. Sekret polega na tym, żeby nie trzymać mleka w pobliżu zwierząt, bo przesiąka ich zapachem.

Oprócz kóz Dawid i Adriana mają trochę drobiu. Mleka, nabiału i jaj prawie nie kupują, mięsa też niewiele. Nie mają samochodu, raz w tygodniu na targ można pojechać taksówką, autobusem lub z kimś znajomym. Z kóz da się wyżyć, chociaż dom zbudować ciężko. Praca jest organiczna – Dawid stopniowo dokupuje materiały i rozbudowuje dom wokół niebieskiego kontenera.

 

Dyby do dojenia kóz. W wiaderku jest jedzenie, drewniana rama trzyma głowę, a nogi przypina się paskami

Do Polski nie wrócą

Rozmawiamy z Dawidem o sytuacji politycznej w Polsce. Ma swoje poglądy, z dosyć charakterystycznym dla ekspatów dystansem. Nie angażuje się ani po jednej, ani po drugiej stronie – za to ze smutkiem patrzy na bałagan w kraju spowodowany polsko-polską wojną. Podobne refleksje ma Kasia. Była niedawno w Polsce. Niektórzy znajomi, wieloletni przyjaciele, a nawet członkowie rodziny, zerwali ze sobą kontakt ze względu na podziały polityczne.

 

Dawid zaprasza wszystkich Polaków, którzy będą w stanie go odnaleźć, na szklankę koziego mleka

Dawid mieszka w Ekwadorze od ośmiu lat. Przez ten czas był kilka razy w Polsce. Niedawno przyjechała jego mama, wbrew kategorycznemu zakazowi swojego lekarza. Po powrocie do kraju miała lepsze wyniki badań niż kiedykolwiek. „Co pani zrobiła? Zmieniła dietę? Leki?” „Pojechałam do syna do Ekwadoru”. Chociażby ze względu na kwestie zdrowia, Dawid nie chce wracać do ojczyzny. Żyje mu się dobrze na ekwadorskiej wsi. Jak sam przyznaje, jest odludkiem – to żona jeździ do Vilcabamby sprzedawać ser i robić zakupy.

Z podobnych powodów zostanie tu Kasia. Nie wróci ani do Stanów, ani do Polski, choć ceni sobie więź z krajem. Polska wspólnota w Vilcabambie raczej się w najbliższym czasie nie zmniejszy. Polacy chętnie rozmawiają za to z przejeżdżającymi rodakami. „Polak zawsze będzie ciągnął do Polaka. Chce się też porozmawiać po polsku. No i mamy wiele wspólnego, tutejsza kultura jest trochę inna” mówi mi Kasia.

Więcej historii z moich podróży po Ekwadorze, a wkrótce i innych krajach Ameryki Południowej, znajdą Państwo na moim blogu www.pbobolowicz.pl oraz stronie na Facebooku „Spod Kapelusza”.

Piotr Mateusz Bobołowicz

Ministerstwo Rozwoju: Po Brexicie do Polski może powrócić nawet 200 tys. emigrantów, nie tylko z przyczyn ekonomicznych

Zdaniem Ministerstwa Rozwoju, powrót części emigrantów z Wielkiej Brytanii może mieć bardzo korzystne skutki dla gospodarki, która obecnie odczuwa brak pracowników, szczególnie w przemyśle i handlu.

 

Odpowiadając na poselską interpelację ministerstwo wskazało, że w wyniku zmian na Wyspach Brytyjskich po wyjściu z UE oraz wraz z polepszającymi się warunkami ekonomicznymi w Polsce, do ojczyzny może powrócić od 100 do 200 tysięcy Polaków pracujących na Wyspach.

 

„Biorąc pod uwagę pogarszającą się sytuację demograficzną oraz niedobór wykwalifikowanych pracowników, perspektywa powrotu do kraju pracowników z doświadczeniem zdobytym na rynku brytyjskim może być korzystna dla polskiej gospodarki. Warto przy tym priorytetowo traktować działania mające na celu zachęcanie Polaków do zakładania własnej działalności gospodarczej w oparciu o doświadczenia zdobyte w Wielkiej Brytanii” – napisano w przesłanej przez Ministerstwo Rozwoju odpowiedzi na interpretacje.

 

Przyczyny powrotów mogą mieć również charakter pozaekonomiczny. Po referendum ws. Brexitu na Wyspach doszło do szeregu incydentów agresji wobec Polaków, a pod koniec sierpnia w Harlow Polak został zamordowany z pobudek narodowościowych przez grupę brytyjskich nastolatków. Brytyjska policja zakwalifikowała zabójstwo jako zbrodnię z nienawiści.

 

Zaraz po Brexicie pojawiły ulotki o rasistowskiej treści, wzywające Polaków do powrotu do domu. Przy szkole w Huntingdon w Cambridgeshire rozrzucano kartki z umieszczonymi po polsku i angielsku napisami: „Opuszczamy Unię Europejską. Nigdy więcej polskiej hołoty!” i „Do domu, polskie szumowiny!”.

 

Jak podaje brytyjski urząd statystyczny, do końca 2015 roku w Wielkiej Brytanii mieszkało 916 tys. osób posiadających polskie obywatelstwo , czyli o 63 tys. więcej niż rok wcześniej. Polacy stanowią na Wyspach Brytyjskich zdecydowanie największą grupę narodową bez brytyjskiego paszportu. Na drugim miejscu znajdują się obywatele Indii.

 

ŁAJ/PAP