Muzyka jest najsilniejszym dostarczycielem tlenu. Przemawia wprost do twojej duszy. – o Vangelisie w Cieniach W Jaskini

W twórczości muzycznej Vangelisa nie brakuje polskich wątków. W roku 1983 napisał, wraz z Jonem Andersonem, poruszającą kompozycję „Polonaise”, która trafiła na album „Private Collection”. Została zadedykowana Polakom, których wówczas spowijał mrok stanu wojennego. Vangelis na swoim koncie ma także skomponowanie trzech utwory do polskiego filmu dokumentalnego „Świadectwo”, który opowiadają o Janie Pawle II.

Miał 79 lat. Jego muzykę zna niemal każdy. W programie „Cienie w jaskini” w ubiegły piątek złożyłem hołd Vangelisowi. Szczególnie zapamiętałem jego słowa na temat sukcesu i tego, co w życiu jest ważne: Sukces działa w dwie strony. Dla mnie to wciąż bardzo trudne. Nie mogę gonić za sukcesem, bo on nie jest dla mnie najważniejszy. Nie chcę stać się niewolnikiem sukcesu i czuć się przymuszanym do tworzenia wciąż tego samego. Dlatego odwracam […]

Miał 79 lat. Jego muzykę zna niemal każdy. W programie „Cienie w jaskini” w ubiegły piątek złożyłem hołd Vangelisowi. Szczególnie zapamiętałem jego słowa na temat sukcesu i tego, co w życiu jest ważne:

Sukces działa w dwie strony. Dla mnie to wciąż bardzo trudne. Nie mogę gonić za sukcesem, bo on nie jest dla mnie najważniejszy. Nie chcę stać się niewolnikiem sukcesu i czuć się przymuszanym do tworzenia wciąż tego samego. Dlatego odwracam się od takich pokus. To, że coś zrobiłem, nie znaczy, że muszę i będę to robić dalej.

Tutaj do wysłuchania program „Cienie w jaskini” poświęcony Vangelisowi:

 

Cała twórczość Vangelisa jest mi bliska, trafia na przełęcz tkliwości i przeżywanego piękna z powodu jego niezwykłej delikatności. Rzekłbym i napisał nawet kruchości. Każda fraza, każdy dźwięk i pauza między nimi masuje subtelnie uszy a za chwilę duszę, która mawia słowami Cypriana Kamila Norwida:

„Piękno jest po to, aby zachwycało do życia”.

Co tu dużo pisać, Vangelis jest po prostu mistrzem świata w tym co robił. Nie znając nut, ani teoretycznych historii i definicji o kompozycji i komponowaniu, wreszcie samemu ucząc się grać na instrumentach, aby samotnie osiągnąć muzyczny Olimp, to absolutnie niezwykłe.

Wiem to na pewno, że za sto, dwieście i pięćset lat – jeśli przetrwamy jako gatunek (bo co do cywilizacyjnych odniesień mam już od pewnego czasu wielkie wątpliwości), to będą o nim kolejne pokolenia mówiły tak jak my teraz o Mozarcie, Bachu czy Chopinie . I nie ważne czy to mój ukochany album „Spiral”, z niezwykłym nagraniem tytułowym i zamykającym „3+3” i też bliski sercu „El Greco” z 1998 roku z udziałem nadświetlnej sopranistki Montserrat Caballé (niestety nie doceniony przez słuchaczy i krytyków).

Vangelis i jego opowieści muzyczne do filmów, czy to ścieżka dźwiękowa do „Chariots of Fire” (Oscara dostał Vangelis smacznie śpiąc w swoim łóżku i nie oglądając ceremonii Oskarów), czy to fanfarowe „1492 Concquest of Paradise” to arcytwórca, arcykompozytor.

A niezwykłe kolaboracje? Oczywiście od razu na myśl przychodzi Ian Anderson, najważniejszy głos grupy Yes i On – Vangelis.

„Łowca Androidów”, tak film jak i ścieżka dźwiękowa Vangelisa, są urzekająco monumentalne. To absolutnie piękny film o głodzie miłości, poczuciu wolności, które niejednakowo przez różnorakich rozumiane jest. „Blade Runner” to także obraz o granicach człowieczeństwa, czego dzisiaj doświadczamy widząc kolejne „milowe kroki” czynione ze sztuczną inteligencją.

Ale to również film opowiadający o tym, że serce i pragnienie ziszczone w działaniu przenosi góry, niczym w „Hymnie do miłości” Pawła z Tarsu.


“Blade Runner”, podobnie jak moje ukochane „Siódmą pieczęć”, „Arizonę Dream”„Popiół i diament” oglądałem już chyba kilka setek razy. Co najmniej paręset. Pamiętam też mój pierwszy raz z tym filmem.

Piracka kopia VHS, jesień 1986 roku i garstka rówieśników, gdzieś pod niebem Cukrowni Wożuczyn. Rozpętała się za oknem wielka burza, ale my wciąż oglądaliśmy film. Nie obawialiśmy się niczego. I trudno mi w to uwierzyć, bo miałem wówczas niecałe 15 lat, ale mógłbym odtworzyć tamte chwile i emocje.

Bowiem to nieodgadnione połączenie burzy, ciężkich kropel dudniących o szyby z mistyczną muzyką Vangelisa i nadzwyczajnym finałem obrazu, w którym premówił Roy Batty, tkwi na przełęczy serca i duszy na zawsze!

 

Rutger Hauer jako Roy Batty. To rola jego życia.

W roli Roya Batty’ego nadzwyczajny, bo przyćmił nawet Harrisona Forda – Rutger Hauer. A słowa w tej najważniejszej, bo finalnej scenie filmu tkanej deszczem zaczarowanym i trzepotem skrzydeł białego gołębia, brzmią dokładnie tak:

Widziałem rzeczy, którym wy ludzie nie dalibyście wiary. Statki szturmowe w ogniu sunące nieopodal ramion Oriona. Oglądałem promieniowanie skrzące się w ciemnościach blisko wrót Tannhausera. Wszystkie te chwile zostaną stracone w czasie jak łzy w deszczu. Pora umierać.

Klimat w „Blade Runner” dla mnie naznacza jego tłoczność. Od pierwszej sceny mamy w sobie przeczucie tego, że za chwilę stanie się coś złego w tej smogowej kąpieli w chmurach, na skrzyżowaniach podniebnych trakcji komunikacyjnych metropolii.

Na myśl przychodzi mi Dante i wymieszanie kręgów piekielnych, tyle że nie ma tutaj  drzewa w centrum. I jeszcze jedno ważne pytanie, kto jest Judaszem, a kto morderczym tandemem z Kasjuszem i Brutusem. To ci, co spoczywają w „Boskiej Komedii” Danta w zmrożonym pysku Lucyfera.

W „Blade Runner” doświadczamy jako widzowie tłoku i brudu, kurzu i pyłu.  Sama fabuła filmu przesadnie nie zachwyca. Narracyjnie pooplatana jest wokół czegoś, co i niemodne, ani nie zaciekawi mas.

 

„Staram się dopasować zachowanie postaci, którą gram, do nastroju opowiadanej historii. Jedno musi wpływać na drugie; musi zachodzić pomiędzy nimi korelacja. Nie może dochodzić do zgrzytów.” – Harisson Ford.

Pewien detektyw leciwy nieco, który lata świetności ma już za sobą, ma odnaleźć grupę androidów, o których nie wiadomo wiele. Ów detektyw nie przypomina herosów z klasyków gatunków. Nie ma oszałamiającej broni ani wsparcia grupy śledczo – dochodzeniowej a policja raczej traktuje niechętnie. Są w filmie takie momenty, że jego poczynania wydają się być kuriozalne i niepojęte, ale wciągają minuta po minucie widza.

Deckard jawi nam się, jak każdy z nas. To zwykły człowiek z krwiobiegiem i kośćcem, i całą serią małych lub wielkich dramatów ćmiących wciąż w głowie. Ale najczęściej jednak w sercu.

Bijąc się z androidami dostaje totalny omłot, że uratować go może tylko pistolet i łut szczęścia. Pomijam dyskusje, a propos origamicznego (od sztuki origami) snu z jednorożcem w roli głównej, co ma zwiastować, że Deckard – Harrison jest człowiekiem.

Nie jest! I nawet oświadczenie reżysera Ridleya Scotta z 2000 roku, że Deckard jest androidem, mnie nie przekonuje! Dość powiedzieć, że sam Harrison Ford ma do dziś też inne zdanie.

W jednym z wywiadów powiedział:

Ustaliliśmy z reżyserem, że Deckard na pewno nie jest replikantem. Koniec, kropka.  

Ale deklaracją Scotta zawiedziony był także Rutger Hauer, który w swojej książkowej biografii stwierdził, że to co powiedział reżyser

Zredukowało to finałowe starcie między Deckardem a Battym, z symbolicznego pojedynku człowieka z maszyną, do walki dwóch replikantów.

Ale to wszystko płynie jako opowieść tylko dzięki maestrii Vangelisa i Jego muzyce. To ona jest tą muzyką i śpiewem gwiazd, o których mówił Pitagoras do uczniów. I jeszcze jedno.

„Blade Runner” to ekranizacja, która z perspektywy 40 lat zajmuje ludzi bardziej niż by się wydawało z początku (i pozoru) pierwszym widzom.

Bowiem wyartykułujmy to sobie szczerze i wprost! Ile filmów fantastycznych, które nakręcono w latach 80. XX wieku, a nawet wcześniej jak i później (ale przez litość o kontynuacji litościwie nie wspomnę, pomimo ról Forda i Goslinga), można nazwać arcydziełem kinematografii?

„Łowca androidów” to arcydzieło. Totalne! Ale owa totalność, jak fala nagłej emocji i poryw serca, to zasługa muzyki Vangelisa!

25 czerwca, w piątkowych „Cieniach W Jaskini” specjalny program poświęcony filmowi „Blade Runner”, interpretacjami i nawiązaniami w sztuce i kulturze, i oczywiście muzyce Vangelisa. Będę miał bowiem wiele niespodzianek właśnie muzycznych. Tego dnia bowiem przypadnie 40.rocznica światowej premiery „Blade Runner” – Łowcy androidów” w reżyserii Ridleya Scotta. – Tomasz Wybranowski

Metafizyka, Alaska i prawda w „Cieniach W Jaskini” – 14 stycznia 2022 – Tomasz Wybranowski po zmroku.

Dlaczego radio? W czasach, gdy rządzi szybkość i obrazkowa prostota przekazu, dobre radio z narracją wymaga od odbiorcy refleksji i zatrzymania się. Takim pragnie być Radio Wnet.

W życia wędrówce, na połowie czasu,

straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi,

w głębi ciemnego znalazłem się lasu.

Jak ciężko słowem opisać ten srogi bór,

owe stromych puszcz pustynne dzicze,

co mię dziś jeszcze nabawiają trwogi.

Gorzko – śmierć chyba większe zna gorycze.

Tak Dante Alighieri opisywał świętą tercyną swój kryzys wieku średniego.

 

Tutaj do wysłuchania program „Cienie W Jaskini”:

To był zamierzchły wiek XIV. Ale oto minęło ponad 650 lat i w tej materii nic się nie zmieniło. I na pewno nigdy nie zmieni. W połowie naszej drogi, egzystencji czujemy się wypowiedziani w zawieszeniu, zerkamy do tyłu i rozważamy wszystko, co dane nam było przeżyć.

W takim ujęciu, że nasza przeszłość to nie samotna włóczęga, albo górnolotnie, peregrynacja przez zagadkowy, pełen tajemnic bór.

 

 

A mnie przed oczami staje nam widok rozległy jak ocean w małymi wyspami, tak jak wtedy, gdy pierwszy raz wchodzisz na górę świętego Patryka / Cloagh Patrick pod niebem Donegalu. To widok zapełniony po horyzont naszymi doświadczeniami, które przypominają chyboczące się małe łódeczki.

 

Chris o Poranku w trzeciej serii Przystanku Alaska wznosił toast za jego własny kryzys wieku średniego w wieku 22 lat, kiedy w pijackim zwidzie wszystko umknęło. Jak twierdził, że „pod wieloma względami to był najlepszy rok jego mojego życia”.

A ja wzniosę toast na symboliczny półmetek na mojej mapie, który magicznie, ale i po prostu banalnie, z marszu wydarzy się dokładnie za miesiąc w czas św. Walentego.

I ten czas był głównie przepełniony radiem jako teatrem marzeń, wyobraźni i pragnień a teraz pod dachem Radia Wnet mogę to wciąż realizować. I tak jak i wtedy gdy zaczynałem, tak i dziś czuję w sercu dreszcz emocji i ekscytacji, ale i ściskanie w dołku, bo wciąż ta trema przed państwem jest zadatkiem dobrej radiowej historii. Zacznijmy więc…

James Joyce powiedział napisał kiedyś:

Witaj życie! Po raz milionowy wychodzę na spotkanie rzeczywistości, by wykuwać w kuźni duszy sumienie mojej rasy.

Dziś posyłam w eter, ku Waszym uszom, sercom i zmysłom coś, co powstało ze zbiorowej nieświadomości społeczności ludzkiej a urzeczywistniło się w pewnym wierszu Charlesa Bukowskiego „Jak zostać wielkim pisarzem”.

I zrozumiałem coś bardzo ważnego. Oto nieważne co w kaskadzie słów i muzyki rzucam ku wam Słuchacze. Ku Tobie, choćby jedna słuchaczko, jedyny Słuchaczu.

Liczy się sam rzut.

Było o rzucie a teraz druga strona medalu… Obelga, impertynencja i błogosławieństwo człowieczeństwa. Ciekawość, ale nie jako Wścibstwo a Dociekliwość.

Fot. Studio 37 Dublin.

Siedzi w nas to głęboko, jak skazany na dożywocie skazaniec, który krzyczy do nas z pokładów świadomości. Wrzeszczy z odmętów mądrości narodów i wieków z antycznych mitów, czasem podań i apokryfów. Oto Pandora i jej puszka. Oto Ewa i jej jabłko. Oto żona Lota i jej ostatnie spojrzenie.

Nieważne jak do tego podchodzisz Ty Słuchaczko, nocna Małgorzato.

Nieważne jak Ty zacny Słuchaczu, zmierzchowy Marku ocenisz ciekawość.

Mamy ją po prostu zapisaną w genach. Jeśli nasze umiłowanie „poznania” miało tyłek, to „ciekawość” jako dociekliwość byłoby niczym kopniak Bruce’a Lee.

Niektórzy patrząc na to radiowe pudło, albo dwie kolumny głośniki widzą tylko pudła świecące. A ja widzę szlak jedwabny, szum Amazonki i indiańskie bębny, zapach skoszonego siana opodal gór Appalachów w pieśniach Roberta Planta. Widzę i czuję ziemię nicczyją, Terra incognito, która w naszym radiu Wnet należy do Was.

To co? Bądźmy ludźmi. Bądźcie moimi świadomymi słuchaczkami i słuchaczami.

Tomasz Wybranowski

Mariusz Duda (Riverside, Lunatic Soul, MD): Akt tworzenia jest dla mnie jak zażywanie witamin. Pasyjne Cienie w Jaskini.

W programie „Cienie W Jaskini” miałem wielki honor gościć Mariusza Dudę, opokę formacji Riverside, oraz serce, duch i metafory Lunatic Soul. To jeden z nadzwyczajnych artystów, który nam się objawił.

Wrażliwość Mariusza Dudy i wielka potrzeba twórczej wędrówki bez odcinania kuponów od wydanych wcześniej znakomitych albumów czy to z zespołem, czy też solo predystynuje do tego by mówić o nim

Prawdziwy artysta – wizjoner, romantyczny duch z umiejętnością wstrząśnięcia słuchaczem, który wyznacza nowe kierunki muzyczne i niczym Tolkienowski Gandalf opowiada o tym, co w życiu jest najważniejsze.

To była jedna z najważniejszych moich radiowych rozmów. Gorąco polecam – Tomasz Wybranowski.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Mariuszem Dudą:

 

Zachwycamy się (i słusznie) wielkimi postaciami, jak Steve Wilson czy Mike Oldfield. Ale mamy w gronie rodzimych twórców Mariusza Dudę.

 

Mariusz Duda i jego niezwykły muzyczny efekt pracy w roku zadżumionym 2020.

Często mawiam, że są wykonawcy i znakomite bandy, które przez całą swoją muzyczną wędrówkę opierają się na fundamencie tych samych klimatów, brzmień i harmonii, wreszcie motywów i toposów, które skłądają się na ich teksty.

W znakomitej większości przypadków ta receptura nie sprawdza się, bo słuchacze nie akceptują tego. W kilku rzadkich przypadkach to jednak działa i „ta sama płyta” odgrywana na innych krążkach cieszy fanów. Kompozycje te same nagrywane w zaciszu studiów pod innymi tytułami wciąż wiodą te super bandy na szczyt.

Ale są także tacy artyści jak Mariusz Duda. On jest jednym z tych największych, którzy są wiecznymi poszukiwaczami. Tacy twórcy mimo mistrzostwa i nadzwyczajnego kunsztu wciąż są niespełnieni artystycznie. To oni popychają muzyczny kalejdoskop za horyzont i nigdy nie nagrają dwóch identycznych albumów. – Tomasz Wybranowski.

Miło mi donieść, że Polska Akademia Fonograficzna doceniła sołowy album Mariusza Dudy i nominowała album „Lockdown Space” do nagrody Fryderyka w kategorii „Album roku elektronika„. 

Trzeba przyznać, że ostatnie 15 miesięcy były bardzo intensywne twórczo dla Mariusza Dudy:

 „The Song of a Dying Memory”, „Are You ready For The Sun” i „Lockdown Spaces” pozwoliły mi rozdzielić moje dotychczasowe muzyczne światy. I jednocześnie zapoczątkowac coś nowego, coś co z pewnością się kiedyś rozwinie i podąży w kierunkach związanych z tzw. „wyjściem ze strefy komfortu”. Dziękuję osobom, które mi w tym pomogły: Magda i Robert Srzednicki, Rob Palmen, Hajo Müller, Maciek Gołyźniak i Chloë Alper oraz wszyscy, którzy wysyłali mi swoje dobre słowa. – mówi Mariusz Duda.

Ale to nie koniec muzycznych niespodzianek od Mariusza Dudy. Kilka dni temu poinformował na swoim Twitterze, że właśnie ukończył swój kolejny album
„Claustrophobic Universe”, który

Będzie instrumentalnym, elektronicznym wydawnictwem stanowiącym drugą część tak zwanej „Lockdown Trilogy”. Płyta ukaże się 23 kwietnia 2021 roku.

David Bowie zmarł 10 01 2016 roku. Zmarł dwa dni po swoich 69 urodzinach i premierze płyty „Blackstar”…

Pięć lat minęło, jak kilka tygodni. Usłyszałem informację: David Bowie odszedł. Była niedziela 10 stycznia 2016 r., tak jak dziś. Ale wsłuchując się w nagranie „Lazarus” wiedziałem, że stanie się to.

Był jednym z największych artystów muzycznych w historii. Był czarodziejem nastrojów i muzyki a każda jego kreacja sceniczno – muzyczna była mistrzowska.

Nieważne czy wcielał się w rolę rock’n’rollowego wykonawcy, glam rockowego Ziggy’ego Stardusta (pamiętny album z roku 1972 „The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars”), czy tkliwego trubadura – katastrofistę (trylogia berlińska z „Low” i „Heroes”). Zawsze był wielki, twórczy i inspirujący.

Tomasz Wybranowski

 

Utkwiła mi w głowie szczególnie jedna z Jego myśli, która zwłaszcza dzisiaj, gdy wokół nas i świat w czasach zarazy i niepokoje na kontynencie i w Ameryce, jest bardziej niż aktualna:

Poganin to najlepsze określenie dla kogoś o nieoświeconym umyśle. Uważam, że współczesny człowiek staje się niestety właśnie kimś takim… Jeżeli już się nim nie stał, stosując się tylko do najprymitywniejszych standardów moralnych, duchowych czy intelektualnych, nawet nie kłopocząc się czymś takim, jak rozwój własnego wnętrza. Taki człowiek bazuje tylko na tym co materialne i doczesne. – David Bowie.

Tutaj do wysłuchania program „Cienie w Jaskini” ze wspomnieniem o Davidzie Bowie i znakomitym koncercie z Dublina:

 

David Bowie był artystą ze wszech miar nadzwyczajną i nietuzinkową. Często zastanawiam się, czy nie twierdzić stanowczo, że David Bowie był

Głównym bohaterem i wiodącym twórcą muzyki popularnej ostatnich czterech i pół dekady.

Mogę rozpisywać się o Davidzie Bowie, jako innowatorze i prekursorze muzycznym, ale o dwóch rzeczach trzeba pamiętać po kres czasu. Dysponował imponującym głosem! Ten niespotykany baryton, którym mógł opowiedzieć każdą historię i oddać pełną gamę emocji.

Nie wolno zapominać, że był prawdziwym multiinstrumentalistą. Grał na ponad dwudziestu instrumentach! I jeszcze ten wielki talent literacki. Jego teksty miały w sobie coś z natchnienia „Poetów Jezior”, gdzie głęboki intelektualizm (oparty na wiedzy i znajomości literatury i ludzkiej psychologii) spotkał się z empatią i refleksją egzystencjalną. Oto przykład:

Nigdy nie zrobiłem nic dobrego

Nigdy nie zrobiłem nic złego

Nigdy nie zrobiłem niczego niespodziewanie

Pragnę topora, aby pokonać lód

Chcę już zejść, w tej chwili

Z popiołów w popioły,

Od strachu ku  zastraszeniu

Wiemy, że major Tom jest ćpunem

Zawieszony wysoko w niebie dosięga dna /…/

David Bowie, „Ashes to Ashes”, album „Scary Monsters (and Super Creeps)”

Wspomnę, że piosenka „Ashes to Ashes” to ciąg dalszy opowieści o majorze Tomie, którego poznaliśmy na innym albumie Davida Bowie „Space Oddity”. 

 

Tworzę sztukę, a potem ją sprzedaję, kiedy ą tworzę jestem stuprocentowym artystą, a kiedy sprzedaję – stuprocentowym biznesmenem. – David Bowie.

Zawsze był sobą i niczego nie robił pod publiczkę, aby schlebiać gustom. Wręcz przeciwnie! To fani i słuchacze musieli doskonalić się, aby rozumieć swojego idola.

David Bowie to także jeden z niewielu wykonawców, który sprzedawał największe ilości albumów. Jemu współcześni muzycy, poza kilkoma wyjątkami, mogli tylko o tym pomarzyć:

Na koniec roku 2020 bilans ten oszacowano na 150 milionów egzemplarzy na całym świecie.

O Davidzie Bowie celnie napisał jego najważniejszy biograf David Buckley:

Zmienił życie większej liczbie ludzi niż jakakolwiek postać publiczna.

Wymyślając i kreując swoje niepokojące czasem zatrważające i fatalistyczne alter ego Ziggy’ego Stardusta, jako autor takich songów jak „Starman” czy „Space Oddity”, David Bowie rzucił wyzwanie stylowościom i zastanym prawidłom muzyki.

To sprawiło, że stał się nie tylko ikoną swojego pokolenia, ale także (a może przede wszystkim) punktem odniesienia i kulturową rozbiegówką dla pokoleń nam współczesnych i przyszłych.

David Bowie fascynuje dziś bardziej niż kiedykolwiek i choć na zawsze pozostanie dla nas nieodgadnioną zagadką.

Poetycko – literacki apokryf według niewiernego Tomasza, tkany muzyką – Cienie W Jaskini 4 04 2020 – Tomasz Wybranowski

W przeddzień Wielkiego Tygodnia rozmyślania o człowieku, świecie i Bogu w oparach poezji i muzyki. Nie zabrakło prozy Carlosa Fuentesa i poezji Adama Mickiewicza, Anatola Sterna i Toma Wybranowskiego.

 

Nagrania (w porządku alfabetycznym), które zabrzmiały w programie Cienie w Jaskini (4 kwietnia 2020). Jego tytuł „W pędzącym bezruchu rdzewiejących serc”:

Amor E Morte – Frighted Away the Dryads and the Faun

Amor E Morte – To The Gods Upon The Black Altar

Chromatics – Shadow (Acappella)

Chromatics – Shadow (Last Dance At The Roadhouse)

Jaz Coleman – Absent Friends

Jaz Coleman – Adorations

Killing Joke – In Cythera

Killing Joke – Invocation

Mad Season – November Hotel (Album Version)

Opeth – The Night And The Silent Water

Opeth – To Bid You Farewell

Ozzy Osbourne – Under the Graveyard

Peter Gabriel – Mercy Street (William Orbit Remix)

Toundra – I. Akt

Toundra – VI. Akt

Type O Negative – Black No. 1 (Little Miss Scare -All)

Prawie dwadzieścia lat temu odszedł Tomasz Beksiński. Wspomnienie radiowe w programie „Cienie W Jaskini”

Przeglądam moje zapiski i stare teksty. Te sprzed lat prawie dwudziestu. Przebiegam oczami po nerwowo skreślonych słowach z 25 grudnia 1999 roku. Przez te dwadzieścia lat naprawdę nic się nie zmieniło

Od tamtej pory te święta, skąpane w nadziei i wierze światła, mają dla mnie gorzko – słodki posmak. W zaciszu studiów radiowych wspominam o tej porze Jego. Tomasza Beksińskiego.  Dla wielu, to co napiszę, będzie trącić dzwonem wielkiego patosu. Co mnie to obchodzi (dodam od siebie).

Bez Tomasza Beksińskiego, magii Jego radia, muzyki i bezstrachu przed tkliwością i pięknem poezji, prostotą pragnień w meandrach życia (które na własne życzenie komplikujemy twierdząc, iż „czas jeszcze jest”) nie byłoby mnie takim, jakim jestem.  

Tomasz Wybranowski

 

OBRAZ 3  Pamięci Tomasza Beksińskiego…

Płonące krzesło pożądania

Języki wznoszą się i opadają

Potem ciemność

już…

Brawa tłumione kurtyną

Szaleńcy na smyczy leków

i plaga suszy w oazach…

Koniec wieków

Znak czasu

Szelest wypłowiałego rachunku

człowieczeństwa…

Tomasz Wybranowski, Nocne Czuwanie [Wydawnictwo Kontury, 2012]

 

Od 2006 roku, zawsze w okolicach Wigilii, nocną porą poświęcam w całości jeden program osobie Tomasza Beksińskiego. Patrzę na te zapiski sprzed lat, szperam w notkach w pamiętnikach i … muszę się wciąż powtarzać. I to jest Jego „wiekuistego zwycięstwa zaranie”, że trzeciego wieszcza muszę zacytować z „Za kulisami”.

Okazuje się, że mimo upływu dwóch dekad, wciąż odczuwamy do Niego, i do tego co robił absolutnie to samo. Cóż, hrabia Dracula miał rację, że „czas nie ma żadnego znaczenia”. Gdyby nie On, gdyby nie Tomek, nauczyciel doskonały i muzyki, i piękna doskonały, nie byłoby rzeszy setek tysięcy słuchaczek i słuchaczy wyczulonych na to, co delikatne, ale ważne. Nie byłoby i mnie.

Wiem, że dzięki niemu moja wrażliwość czai się na nieprzystępnym firmamencie zmierzchu, który srebrzy się dobrymi dźwiękami, poezją i empatią dla tych, którzy chcą czuć więcej, głębiej i mocniej wciąż… Dlatego na antenie Radia WNET pojawił się, za aprobatą Krzysztofa Skowrońskiego, prawie cztery lata temu program „Cienie W Jaskini”.

Ktoś gdzieś napisał, że „postanowiłem zebrać sieroty po Beksińskim”. Na pewno tak, tyle że nie potrafię tego „teatru magii” czynić tak jak On. I na pewno nie chcę go kopiować, bo to po prostu niemożliwe. Zawsze oryginał jest jeden. I taki zawsze pozostanie w pamięci potomnych.

 

Rzeczy niezwykłe i wielkie (dla zaufanych w pięknie)

Tomasz Beksiński (1958 – 1999) był już legendą za życia. Któż nie słuchał „Romantyków Muzyki Rockowej” z II Programu Polskiego Radia, „Na Rockową Nutę”, tuż przed północą w radiowej Jedynce, by skończyć na „Wieczorach z płytą kompaktową” (znowu II Pr. Polskiego Radia), „Spotkań z balladą” (znowu radiowa IV) i „Trójka Pod Księżycem – Opowieści z krypty”.

A Jego tłumaczenia niesamowite filmów ze stajni „Monthy Pytona”? A sensacyjna saga o Jamesie Bondzie (mawiał przecież, że „kinematografia zaczyna się i kończy na Bondach”). Zaraził mnie kobietą – wężem, czyli „The Reptile” i „Lokatorem” Romana Polańskiego, które muszę obejrzeć przynajmniej raz na jakiś czas. Filmy w jego przekładach nabierały nowej jakości i zdecydowanie blasku. W nieistniejącym już miesięczniku „Machina” napisał kiedyś:

Żeby złapać humor Pythonów, trzeba mieć dystans do wielu rzeczy, a przede wszystkim do samego siebie. Znam ludzi, którzy Monty Pythona kompletnie nie rozumieją. To jest humor dla intelektualistów.

 

Gdyby nie Tomasz, nie byłoby mnie takim, jakim jawię się teraz… Znowu się powtarzam. Gdyby nie On byłbym głuchy i nieczuły na piękno dźwięków. I na pewno nie czułbym tej „ciemnej strony księżyca” . Nie łaknąłbym także rzeczy nieuchwytnych, nieziszczalnych i pięknych. Tak jak wiary w miłość.

I na pewno nie czułbym takiej radości i dumy, że w mieście, gdzie „robię Radio WNET”, w irlandzkim Dublinie założonym przez wikingów, jestem bliżej i Abrahama „Brama” Stockera, i jego opowieści o hrabim Drakuli, choć od zawsze wiedziałem, że wampiryczności to domena naszego słowiańskiego tygla wierzeń i zakazanej obrzędowości sprzed wieków.

Dzięki jego programom, Jego wierze, że „piękno uleczyć może wszystko” i temu, że On szczerze i prawdziwie słuchał tej muzyki razem z nami, poczuliśmy w sobie zew tego piękna, z domieszką srebrnej patyny smutku. Jego słuchacze, tak jak i ja, chcieli (i choć Go nie ma) nadal chcą spełniania się w muzyce, literaturze i sztuce. Mimo wspomnianej patyny smutku i zatraceń znanych z poezji Poe, Miltona czy Macphersona. Tomasz Beksiński nauczył nas bardziej „czuć” i „być” aniżeli „mieć”

 

Zaproszenie na radiowe dziady… 

Sobotnią porą, 21 grudnia 2019 roku, o godzinie 19:00 zapraszam do Radia WNET na kolejny program poświęcony Jego pamięci. W pierwszej części będę miał honor rozmawiać o Tomaszu Beksińskim z Anją Orthodox, księżną polskiego dark i gotyk rocka z grupy Closterkeller. W programie także opowieści Wiesława Weissa, autora książki niezwykłej „Tomek Beksiński. Portret prawdziwy”.

Pojawi się także serce i głos legendarnej grupy Abraxas – Adam Łassa. Zapraszam wszystkie Nocne Małgorzaty i Marków Nocnych na radiowe dziady, aby przywołać chwile, które nam dał.

W części drugiej jutrzejszego wieczoru zaprezentuję na nowo, w formie radiowego coveru, Jego ostatni program, z radiowej Trójki, z 11/12 grudnia 1999 roku.

Przy tej okazji składam najwyższe wyrazy szacunku i podziękowania dyrekcji Trójki Polskiego Radia, w szczególności panu dyrektorowi Tomaszowi Kowalczewskiemu za wyrażenie zgody, na wplecenie do mojej audycji głosu Tomasza Beksińskiego i kilku ważnych kwestii, które wypowiedział we wspomnianym programie sprzed dwudziestu lat.

 

POKUSZENIE II [Część I]

„Kochaj mnie tak, by motyle

Żądzą przeszyły mój brzuch” Adam Łassa

Od zawsze czekałem na Twój taniec

Taniec widmo do głuchej muzyki

Księżycowej harfy bez strun

Gorzka pigułka

na przewlekłe przeziębienie i łyk

gorącej herbaty bez smaku przestaje

kojarzyć się ze złą miłością.

Oto mężczyzna spotkał kobietę

i ofiarował jej swoje życie

Zza drugiej strony luster przywołał

w końcu latawiec spokoju

Patrzy teraz na witraż lodu przebity

Liśćmi jesieni

Bo jesień to szarość opanowania a zima

odmianą wyciszeń na półkach koniugacji

gdy pojmiesz, że są rzeczy które już się

nie przydarzą

tylko przyśnią przy dozie szczęścia

Wyliczanka bezsenna kroków zawisła

w pół taktu

Nie trzeba zaklęć i słów

wyświechtanych przez tanich poetów

i bardów zbierających na zieloną butelkę

Oto mężczyzna spotkał kobietę

i podarowała mu siebie. Magia

prostoty trwa od wieków

Tomasz Wybranowski, z tomu „Jednoczas” [w przygotowaniu].

 

 

 

Radiowy hołd dla Tomasz Beksińskiego [*] w XIX. rocznicę Jego odejścia – Cienie W Jaskini – Tomasza Wybranowskiego

Od 24 grudnia 1999 moje Wigilie mają słodko – gorzki smak. Zawsze w studiu radiowym, o tej porze świątecznej, wspominam Tomasza Beksińskiego, bez którego bardziej niż pusto w polskim radiowym eterze.

Ten program poświęcam osobie Tomasza Beksińskiego. Gdyby nie On, wielki On – Nauczyciel Doskonały dźwięków i metafor, nie byłoby wielkiej rzeszy słuchaczy, których nauczył słuchać sercem. Jako dziennikarz radiowy wymykał się schematom i sztampie.

 

Dzięki Tomaszowi Beksińskiemu, synowi wielkiego malarza Zdzisława, w sercach setek tyięcy Polaków, jest wrażliwość, która srebrzy się dobrymi dźwiękami, poezją i empatią dla tych, którzy chcą czuć więcej, głębiej i mocniej wciąż.

 

Tomasz Beksiński (1958 – 1999) – legenda za życia. Którz nie słuchał „Romantyków Muzyki Rockowej” z II Programu Polskiego Radia, „Na Rockową Nutę”, tuż przed północą w radiowej Jedynce, by skończyć na „Wieczorach z płytą kompaktową” – II Pr. Polskiego Radia i „Trójce Pod Księżycem”. A felietony w miesięczniku Tylko Rock, „Opowieści z krypty”?

A tłumaczenia niesamowitych filmów ze stajni „Monthy Pytona” , a saga o Jamesie Bondzie, bo jak mawiał „kinematografia zaczyna się i kończy na Bondach”. A „Kobieta – Wąż” / „Raptile”, a „Lokator” Polańskiego – w jego tłumaczeniach nabierały nowej jakości. On był i stał się już na zawsze częścią tych filmów.

Tomasz Wybranowski

Cienie W Jaskini – opowieść XXI i XXIII – czekają na Słuchaczy [dwa podcasty z 17 listopada 2018 i 01 grudnia 2018

Muzyka dla wrażliwców i sporo metafor. Prawie już 19 lat po odejściu Tomasza Beksińskiego TA MUZYKA znowu w eterze. Zawsze w zapętleniu i oddechu czerni, gdzieś między sobotą a niedzielą, w Radiu WNET

 

 

 

 

 

 

CIENIE W JASKINI, zawsze w zawieszeniu między sobotą a niedzielą. Fot. Tomasz Szustek.

 

ŚMIERĆ NA BIS

Budzi mnie w nocy głód

Z wielkiej kuchni życia porywam

Garnek zupy rzeczywistości

Kalafior niewykorzystanych szans i nadziei

Smakuje jak popiół…

Marchew metafor wypłukał wrzątek zwątpienia…

Panicznie boję się zaczerpnąć głębiej

Z dna niewiadomego nie chcę wydobyć

Kęsów metodyki mięsa

 

Jem pośpiesznie, przełykam jak złodziej

Nie zastanawiając się nad spożywanym

Paliwem na kolejne godziny…

 

Cisza. Powietrze śpi. Podobnie zapach strachu…

Kurtyna nieba szczelna i światłoodporna

Smak kalafiora popielcowy powraca

 

Zastanawiam się co czuł Judasz

Kiedy zdradzał Chrystusa…

Deszcz nie obmywał w ogrodzie oliwnym

Spoconych myśli krążących jak ćmy

Wokół oczu wszech wiedzy

 

Ta sama scena rozgrywa się gdzieś we mnie

Ptaka radości i prostoty dosięga śrut strachu

Próbuję przefrunąć kolejny dzień na skrzydłach tętna…

 

Śmiertelny sen o nieśmiertelności

I wielkiej salaterce sałaty spenetrowanych alegorii

Przerywa skrzypliwy kaszel ściennego zegara…

 

… już piąta… to jeszcze nie dziś… jeszcze nie…

 

Tomasz Wybranowski, z tomu „Nocne Czuwanie” [2012]