Od tajnych spotkań niemiecko-bolszewickich w Bernie do traktatu brzeskiego 1918 r. Bolszewicki „bakcyl dżumy” (II)

Gdy Lenin po wahaniach, potajemnie wrócił do Rosji, z wyrachowaniem podjudzał do powstania robotniczego w Petersburgu. Z pełną świadomością, że słał ludzi na rzeź z perspektywą nieuchronnej klęski.

Mirosław Grudzień

30 września 1915 roku niemiecki „poseł” (ambasador) w szwajcarskim Bernie, Gisbert von Romberg, poinformował kanclerza Cesarstwa Niemieckiego, Bethmanna-Hollwega, o spotkaniu i rozmowie znanego nam już Estończyka Kesküli z Leninem. Estończyk pytał o warunki, na jakich bolszewicy byliby gotowi zawrzeć pokój po dojściu do władzy.

W odpowiedzi Lenin zaakceptował pokój separatystyczny ─ co oznaczało złamanie wewnątrzsojuszniczego porozumienia w obrębie Ententy, które wykluczało zawieranie przez jego członków separatystycznych umów z którymkolwiek z przeciwników. Po drugie, Lenin zaakceptował w tych negocjacjach oderwanie się zachodnich „peryferii” Imperium Rosyjskiego. Łączyło się to z ładnie brzmiącym „daniem prawa do wolności” pewnym historycznym ludom nierosyjskim.

Ponieważ jednak rozmowa dotyczyła sytuacji podczas toczącej się wojny ─ było oczywiste, że przy tej okazji niechybnie duża zachodnia część Imperium Rosyjskiego przypadłaby Niemcom – wrogiemu mocarstwu, które bez najmniejszych skrupułów rozpętało tę wojnę i ze szczególną determinacją dążyło do zaboru cudzych ziem. Ich łaska, ile zamieszkałe tam narodowości otrzymają swobody… pod zwierzchnictwem niemieckim.

Wyrażona przez Lenina zgoda była więc w praktyce akceptacją niemieckiego planu Mitteleuropa ─ hegemonii niemieckiej w środkowej i wschodniej Europie, z łańcuszkiem wasalnych półkolonii od strony wschodniej. (…)

Było jednak całkiem jasne, że ta „pożądana” klęska Rosji oznaczałaby także zgodę na zabory na Zakaukaziu, utratę Gruzji i Armenii, a także azerbejdżańskiej ropy – a to za sprawą Turcji, sojusznika Niemiec, atakującej wtedy Rosję od południowego zachodu i rządzonej przez reżim okrutnych ludobójców-młodoturków (to oni dokonywali wtedy ogromnych rzezi Ormian, a także Asyryjczyków i Greków).

Ideologią ekipy młodotureckiej był panturkizm ─ idea zjednoczenia pod berłem Osmanów wszystkich ludów turkijskiego pochodzenia i języka ─ od Tatarów Krymskich i Azerbejdżan poprzez Turkmenów, Kazachów, Uzbeków, Kirgizów do obecnego chińskiego Sinciangu. Tak więc i apetyty ogromne, i w perspektywie dalsze, ogromne koncesje terytorialne.

To wszystko jakoś wtedy Lenina nie martwiło. Ani fakt, że takie zwycięstwo Niemiec i ich sojuszników przedłużyłoby koszmar wojny światowej, w tym cierpienia ludności cywilnej.

Jak nazwać przywódcę, który oficjalnie i głośno potępia wojnę, a w rozmowach prywatnych uznaje ja za „pożyteczną”, ba! życzy zwycięstwa wrogiemu, agresywnemu mocarstwu i jego – już wtedy oczywistym – wojennym zbrodniarzom? A śmiertelnie zmęczonych żołnierzy własnego kraju chciałby podjudzić do obrócenia go w krwawy chaos?

Przy tej okazji należy zdemaskować sowiecki mit głoszący, jakoby Lenin „był przeciwnikiem bezsensownej walki bez nadziei na zwycięstwo”. Cofnijmy się do roku 1905, roku pierwszej, nieudanej rosyjskiej rewolucji antycarskiej.

W listopadzie tegoż roku, gdy Lenin wreszcie po wielu wahaniach, potajemnie wrócił do Rosji, ostro, cynicznie i z wyrachowaniem podjudzał do powstania robotniczego w Petersburgu. Z pełną świadomością, że słał ludzi na bezsensowną rzeź z perspektywą nieuchronnej klęski i represji. Zwycięstwo? Zupełnie nie o to nam chodzi. Nie powinniśmy mieć żadnych złudzeń […] Niech nikt sobie nie wyobraża, że musimy zwyciężyć. Na to wciąż jesteśmy za słabi.

Przy tej okazji wyzywał od tchórzy tych, którzy odradzali tę walkę. W rzeczywistości to właśnie Lenin miał tchórzliwy charakter i unikał bezpośredniego narażania własnej osoby.

(…) W końcu 3 marca podpisano w Brześciu tzw. traktat brzeski między Rosyjską Federacyjną Republiką Sowiecką i militarnym blokiem Trójprzymierza: Cesarstwem Niemieckim, Monarchią Austro-Węgierską, Królestwem Bułgarii i Imperium Osmańskim. Nieco wcześniej (9 lutego) osobny traktat podpisały państwa centralne ze specjalnie zaproszoną delegacją Ukraińskiej Republiki Ludowej.

Delegacja Państw Centralnych na rozmowy w Brześciu Litewskim 1917/1918: generał Max Hoffmann, minister spraw zagranicznych Austro-Węgier Czernin, Talaat Pasha (Turcja) i minister spraw zagranicznych Niemiec Kühlman | Fot. Bruckmann, F., domena publiczna, Wikimedia.com

(W historii Polski ten właśnie lutowy traktat z Ukrainą zapisał się zdradzieckim oderwaniem od Królestwa Kongresowego Chełmszczyzny i innych obszarów wschodniego pogranicza, które przyznano URL ─ co spowodowało znany bunt pułkownika Józefa Hallera 15 lutego 1918 roku, który wraz z podległą mu II Brygadą Legionów Polskich i innymi oddziałami przebił się przez front austriacko-rosyjski pod Rarańczą).

Zgodnie z warunkami marcowego traktatu brzeskiego, Rosja była zmuszona zrezygnować z większości swoich terytoriów na kontynencie europejskim. Polska (tj. okrojona „Kongresówka”), Litwa, Kurlandia, Estonia i Finlandia z Wyspami Alandzkimi otrzymały nominalną niepodległość pod niemieckim protektoratem, Rosja traciła też zachodnią Białoruś i całą Łotwę oraz ─ na rzecz Turcji ─ zakaukaskie okręgi Karsu, Ardahanu i Batumi. Wojska sowieckie miały zostać ewakuowane z Ukrainy. Cała armia Republiki Rosyjskiej miała zostać zdemobilizowana.

Według podanych przez brytyjskiego historyka i sowietologa Orlanda Figesa szacunkowych obliczeń, Republika Sowiecka została zmuszona do rezygnacji z 34% ludności (w sumie 55─60 milionów obywateli), 32% terenów rolniczych, 54% sektora przemysłowego oraz 89% kopalń węgla ─ w porównaniu ze stanem Imperium sprzed wojny. W rękach Niemców i ich sojuszników znalazło się 400 tysięcy mil kwadratowych ziemi.

Ukrainę zajęło natychmiast pół miliona niemieckich i austriackich żołnierzy. Miała ona wysyłać „wyzwolicielom” 300 wagonów zboża dziennie ─ zgodnie z lutowym układem z URL miał to być rodzaj daniny w zamian za niemiecką ochronę niepodległości Ukrainy przed zakusami Rosji.

Pokój brzeski oznaczał także oddanie Turkom wspomnianych już okręgów Zakaukazia ─ dotychczas zamieszkali tam ormiańscy obywatele Rosji zostali wydani w ręce tureckie, po prostu na rzeź ─ jako że młodoturcy uważali Ormian za śmiertelnych wrogów, przeznaczonych do wytępienia. Potem jeszcze, tuż przed zakończeniem wojny, miała miejsce turecka inwazja jednego z młodotureckich „triumwirów”, Envera-paszy, na Armenię i Azerbejdżan.

Wojska niemieckie także zresztą skierowały się z Ukrainy na Kubań, potem na Zakaukazie, wkroczyły do Tbilisi… Pod ich kontrolą znalazła się część terytoriów Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu.

Wewnątrz Rosji traktat gwarantował uprzywilejowaną pozycję niemieckim interesom ekonomicznym. Niemiecka własność nie podlegała nacjonalizacji ─ niemieccy właściciele mogli nawet odzyskać ziemie i przedsiębiorstwa skonfiskowane po roku 1914. Zgodnie z warunkami traktatu, Niemcy mieli także możliwość skupowania rosyjskich majątków, a tym samym wyłączania ich z obszarów objętych bolszewickimi dekretami o nacjonalizacji. W ten sposób sprzedano Niemcom setki rosyjskich przedsiębiorstw, dając im tym samym kontrolę nad sektorem prywatnym – dodaje Orlando Figes.

Cały artykuł Mirosława Grudnia pt. „Od spotkań w Bernie do traktatu brzeskiego. Bolszewicki »bakcyl dżumy« II” znajduje się na s. 14 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Mirosława Grudnia pt. „Od spotkań w Bernie do traktatu brzeskiego. Bolszewicki »bakcyl dżumy« II” na s. 14 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl

Polacy i Ukraińcy razem oddają hołd poległym żołnierzom. To znak, że pamięć o wspólnej walce przeciw Sowietom powraca

W Kijowie powraca pamięć o sojuszu z 1920 roku. W uroczystościach przy mogile polskich żołnierzy poległych w walkach o Kijów wziął udział, obok polskiego wiceministra obrony, szef ukraińskiego IPN.

Polskie wojska i ich ukraińscy sojusznicy stacjonowali w Kijowie niewiele ponad miesiąc. Pierwszy polski patrol wjechał do Kijowa 6 maja 1920 roku tramwajem, ponoć nawet kupując bilety i siejąc panikę wśród resztek sowieckich wojsk. Bolszewicy opuszczali pospiesznie Kijów i nie podejmowali walki. Polskie wojska przekroczyły Dniepr i starły się z Sowietami na przedmieściach podkijowskich Browarów. Dzięki temu skutecznie utrzymywały Sowietów na wielokilometrowy dystans od miasta. Pociski nie mogły zagrozić ani cywilnej ludności, ani infrastrukturze miasta. Mieszkańcy Kijowa, wieczorami, z naddnieprzańskich wzgórz, z bezpiecznej odległości, wręcz w piknikowej atmosferze, obserwowali artyleryjską wymianę ognia. Pomruk wybuchów tonął w dźwiękach melodii płynących z kijowskiej filharmonii, która wraz z obecnością sojuszniczej armii ponowiła swoją działalność.

Polskie władze nie eksponowały swojej obecności, wpisując się w politykę nie zdobywców, lecz sojuszników. Piłsudski, w przypadku powodzenia planu i powstania Ukrainy, przewidywał, że polskie wojska w Kijowie będą stacjonować tylko kilka miesięcy. Marszałek był zaskoczony przyjęciem przez kijowian, którzy polskie i ukraińskie wojska witali nad wyraz przyjaźnie. Opisywał to nawet w prywatnej korespondencji do Polski.

Niewątpliwie miasto musiało być wyczerpane kolejnymi zmianami władz, frontów, stacjonujących armii. Nie ulega też wątpliwości, że byli tacy, którzy jednak do Polaków, a jeszcze bardziej do Petlury nie żywili przyjaźni. Pomimo to parada polskich i ukraińskich wojsk 9 maja 1920 roku na Chreszczatyku została przyjęta radośnie. Tak ją opisywał generał Tadeusz Kutrzeba:
„W marszu paradnym, jakby według musztry austriackiej, maszerowały pułki podhalańskie z wyśmienicie grającymi orkiestrami, w których uwagę widzów przykuwał ozdobnie przepasany tambur-major oraz – ponny, mały konik ciągnący na dwukółce duży bęben. 'Pruskim krokiem’ kroczyły pułki dywizji wielkopolskiej, a suwalski 41 pułk piechoty, znakomicie wyekwipowany, wystąpił z fanfarystami (…), Legioniści, Podhalanie, poznaniacy i kresowcy, wszyscy żołnierze polscy, bojownicy o sprawę ukraińską! W końcu maszerowała 6 dywizja ukraińska, do której dołączyły się już zorganizowane wojskowo grupy powstańców z własnymi orkiestrami. (cytat za: J.J. Kasprzyk, Polacy w walce o niepodległość Ukrainy, Warszawa 1997, s. 24)

Bolszewicka kontrofensywa zmusiła polskie i ukraińskie wojska do opuszczenia Kijowa. Odwrót zaczął się 10 czerwca. Z wojskami wyjechało też wielu polskich mieszkańców Kijowa. Oni już wcześniej mogli doświadczyć sowieckiej władzy i wiedzieli, co będzie, gdy Sowieci powrócą. Dwa dni później do miasta wkroczyli bolszewicy, rozpoczynając masowe represje, tropiąc tych, którzy pomagali albo mogliby pomagać Polakom.

Operacja kijowska nie przyniosła zaplanowanych rezultatów. A najdalej idące plany przekreślił pokój ryski, praktycznie grzebiąc ukraińską niepodległość. Z polskiej perspektywy jednak oznaczał zamknięcie wyczerpującego konfliktu i dosyć satysfakcjonującą granicę wschodnią. Chociaż i wielu Polaków uznało go za „zdradę ukraińskiej sprawy”. Traktat, jak się później okazało, nie zapewnił stabilnego pokoju, a jedynie odłożył w czasie sowiecki marsz na zachód, którego pierwszą ofiarą i tak stała się Polska.

 

Pamięć o polsko-ukraińskim sojuszu

W powszechnej świadomości mieszkańców Kijowa wydarzenia tamtych dni praktycznie nie istnieją. Oczywiście Sowieci dążyli do całkowitego wyeliminowania tego okresu z historii albo całkowicie go wypaczali. Na postsowieckie wyparcie nakładają się nowe stereotypy, niechęć, brak wiedzy i brak potrzeby pamięci. Tak jak w tamtym okresie i dzisiaj postać Symona Petlury wywołuje niejednoznaczne skojarzenia, a Józef Piłsudski jest postrzegany przez pryzmat sowieckiej historiografii. Dla tych, którzy historię traktują bardziej profesjonalnie, sukces operacji kijowskiej przyćmiewa pokój ryski i przyjęte przez Polskę stanowisko, oceniane najczęściej jako „zdrada Ukrainy”. „Operacja kijowska” ma też wielu krytyków, a czasem też „krytykantów” w Polsce. To wszystko powoduje, że wielki czyn polsko-ukraińskiego oręża, przez lata wymazywany z kart, musi dopiero przebić się do świadomości.

Kwatera polskich żołnierzy poległych w walkach o Kijów w 1920 r. Foto: P. Bobołowicz

W Kijowie trwałym śladem „Operacji kijowskiej” jest kwatera poległych 114 polskich żołnierzy na cmentarzu Bajkowa. Pomnik poświęcony poległym został odsłonięty 3 maja 1935 roku. Wręcz nieprawdopodobnym wydaje się fakt, że kwatera powstała w 1935 roku – za sowieckich rządów i w czasie represji. Nie ulega jednak wątpliwości, że sowieckie władze ten fakt usankcjonowały. Wkrótce jednak kwatera została zniszczona. Pamięć o pochowanych tam żołnierzach przywróciło dopiero w latach 90. ubiegłego wieku Stowarzyszenie „Zgoda”, skupiające naszych rodaków mieszkających w Kijowie. Dzięki determinacji prezes stowarzyszenia śp. Wiktorii Radik odnaleziono miejsce, gdzie była kwatera, odkopano resztki monumentu i ostatecznie odnowiono pomnik. Teren kwatery do dzisiaj wyznaczają zachowane z 1935 roku cementowe słupy. Pomnik ma jedynie charakter symboliczny – przez lata na terenie kwatery tworzono kolejne groby, oczywiście nie organizując żadnych ekshumacji.

 

Wspólna defilada w Kijowie 9 maja?

Co roku w rocznicę wyparcia z Kijowa bolszewików, a także przy okazji innych świąt państwowych i religijnych w tym miejscu spotyka się polska społeczność ukraińskiej stolicy, a także przedstawiciele naszej ambasady. Zmawiana jest modlitwa, składane są kwiaty.
13 czerwca br. w uroczystościach obok ambasadora RP na Ukrainie Jana Piekło wziął udział także wiceminister obrony narodowej RP Michał Dworczyk. Wiązankę biało-czerwonych kwiatów na mogile polskich żołnierzy złożył również Wołodymyr Wjatrowycz, prezes Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej. Ten gest może świadczyć, że pamięć o wspólnej walce przeciwko Sowietom powraca do świadomości naszych narodów i nabiera bardzo współczesnego kontekstu. Prezes ukraińskiego IPN stwierdził również, że nie ma wątpliwości, że 9 maja należy wspominać wspólne zwycięstwo z 1920 roku i że właśnie tego dnia na ulicach Kijowa powinna odbywać się ukraińsko-polska parada wojskowa.
Polscy żołnierze razem z kolegami z Litewsko-Polsko-Ukraińskiej Brygady (LITPOLUKRBRIG) defilowali Chreszczatykiem 24 sierpnia 2016 roku w Dniu Niepodległości Ukrainy. Paradę odbierał prezydent Petro Poroszenko w towarzystwie szefa tylko jednego innego państwa: był nim prezydent RP Andrzej Duda. Deklaracja strony ukraińskiej świadczy o tym, że wspólna defilada mogłaby się odbyć 9 maja – może już nawet przyszłego roku. Z całą pewnością już teraz trzeba zacząć planować godne, wspólne uroczystości upamiętniające „Operacje kijowską” w setną rocznicę wydarzeń w 2020 roku.

 

Z Kijowa

Paweł Bobołowicz