Top bar
Reklama
Włącz radio Aktualny Poranek Wspieraj WNET Szukaj

Zagrożenia ze Wschodu znamy. Tych z Zachodu jest nie mniej / Rafał Brzeski, „Śląski Kurier WNET” nr 50/2018

Fot. CC0, Pixabay

Niepokorna Polska ma obecnie licznych przeciwników. Od mafii przekrętników VAT po handlarzy śmieciami i zwolenników handlu w niedzielę oraz spacerów po świeżym powietrzu galerii handlowych.

Rafał Brzeski

Zagrożenia z Zachodu

O zagrożeniach ze Wschodu słychać często. O tych z Zachodu znacznie rzadziej, a jest ich bez liku. Dużych i małych.

Z perspektywy pokoleń najgroźniejsze są zagrożenia dla naszej, ukształtowanej przez wieki, łacińskiej cywilizacji, czyli „odrębnej metody życia zbiorowego”. Feliks Koneczny pisał, że „fundamentem każdej cywilizacji jest trójprawo, to jest prawo familijne, majątkowe i spadkowe. Związek tego trojga praw jest jak najściślejszy i zależność wzajemna ciągła, wchodząca nawet w drobne szczegóły.

Wszelkie, choćby najlżejsze naruszenie rodzimego trójprawa niesie uszczerbek rodzimej cywilizacji, a w szczerbę czy wyłom wkracza natychmiast cywilizacja inna, obca i współzawodnicząca”.

Według Konecznego podstawą cywilizacji jest rodzina i własność oraz forma przekazywania tej własności potomnym zgodnie ze zwyczajami narodu. Tymczasem różni postępowi myśliciele, twórcy coraz bardziej liberalnych ideologii i głosiciele multikulti od dawna zapewniają, że tylko pozbycie się gorsetu rodziny, narodu i chrześcijańskiego dekalogu zapewni powszechną wolność, równość i braterstwo – czyli fundament wspaniałego narodu europejskiego. Chętnych szczegółów odsyłam do książki „Nowoczesność, nacjonalizm i naród europejski”, której autorzy stwierdzają otwarcie, że „warunkiem absolutnie niezbędnym dla stworzenia narodu europejskiego jest cywilizacyjna unifikacja Europy, przy czym matrycą jednoczącą nie może być cywilizacja łacińska (…). Aby utworzyć naród europejski konieczne byłoby wstępne cywilizacyjne ujednolicenie wszystkich Europejczyków przez jedną z kilku innych cywilizacji (…)”.

Zaproszenie imigrantów, narzucenie przymusowej relokacji tak zwanych nachodźców, kary dla opornych, hojne zwroty kosztów dla spolegliwych, to elementy tej wstępnej urawniłowki cywilizacyjnej realizowanej ochoczo przez ideologicznie twarde jądro euro-establishmentu i brukselską biurokrację. Innymi elementami tej urawniłowki (bardziej tu pasuje termin ‘glajszacht’) są różne pomysły na „pogłębianie integracji” Unii Europejskiej poprzez proponowane przez francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona ministerstwo gospodarki i finansów strefy euro, idea integracji polityki bezpieczeństwa oraz tworzenie euroarmii.

Euroarmia to w Europie żadna nowość. Wyjściowym modelem były utworzone przez Heinricha Himmlera ochotnicze jednostki Waffen-SS, w których pod dowództwem oficerów niemieckich służyli ochotnicy z różnych krajów. Międzynarodowy charakter Waffen-SS miał być świadectwem, że cała Europa popiera III Rzeszę i jednoczy się ideologicznie z Berlinem. Nie było to puste świadectwo.

Obergruppenfuhrer-SS Felix Steiner, jeden z czołowych dowódców Waffen-SS podał, że w latach 1940–1945 w formacjach SS służyło z grubsza licząc: 55 000 Holendrów, 20 000 Francuzów, 23 000 Flamandów, 20 000 Walonów, 6 000 Norwegów, 6 000 Duńczyków, 16 000 Włochów, 31 500 Łotyszów, 20 000 Estończyków, 20 000 Ukraińców, 800 Szwajcarów, 300 Słowaków oraz 80 ochotników z Liechtensteinu. Służyli w formacjach SS Litwini, służyli Szwedzi, Rumuni, Bułgarzy, Serbowie, służyli muzułmanie, Hindusi i obywatele Stanów Zjednoczonych, ale nawet niemieckie źródła o Polakach w służbie Schutzstaffeln nie wspominają.

Stempel Waffen-SS, a przynajmniej założonego przez byłych SS-manów miesięcznika pod tytułem „Nation Europa” (Naród Europa), noszą również inne koncepcje cywilizacyjne Brukseli. Periodyk ten miał znamienny podtytuł Miesięcznik w służbie europejskiego uporządkowania. No i porządkował kontynent, zalecając zjednoczenie się narodów europejskich we wspólne państwo z silnym rządem prowadzącym kontynentalną politykę obronną, zagraniczną, gospodarczą, finansową i socjalną. Przy okazji zwracano z naciskiem uwagę, że ta zjednoczona Europa upomni się o zwrot przez Polskę „zrabowanych terenów” niemieckich i zmusi Warszawę do przyznania, że to Polska ponosi główną odpowiedzialność za wybuch II wojny światowej, gdyż nie zgodziła się na zrozumiałe i uzasadnione żądania powrotu Gdańska do Rzeszy i utworzenia eksterytorialnego korytarza do tego miasta.

Trwałość naszych granic to kolejna kwestia, która zmusza do zastanowienia. Niemcy mają Federalny Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe, ale nie mają konstytucji. Ostatni, 146 artykuł Grundgesetz, czyli nadanej przez mocarstwa okupacyjne w 1949 roku Ustawy Zasadniczej głosi, że „po urzeczywistnieniu jedności i wolności Niemiec” utraci ona „moc obowiązującą w dniu, w którym wejdzie w życie konstytucja przyjęta w drodze swobodnej decyzji Narodu Niemieckiego”. Oba państwa niemieckie – Budesrepublik i Niemiecka Republika Demokratyczna – połączyły się w 1990 roku. Minęło prawie 30 lat, a konstytucji nadal nie ma. Rodzi się więc pytanie: co stoi na przeszkodzie? Pewne światło rzucają orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego w Karlsruhe, które według konstytucjonalistów nakładają rygory i tworzą ramy, których ani urzędnicy rządowi, ani politycy, ani parlament nie mogą przekroczyć. Powtarzające się brzmienie orzeczeń tego Trybunału jest znamienne.

  • Orzeczenie z 25 września 1952 roku stwierdza, że Rzesza Niemiecka istnieje nadal jako „jedność państwowoprawna”.
  • Orzeczenie z 17 sierpnia 1956 roku potwierdza, iż Rzesza Niemiecka „pomimo załamania w 1945 roku nie uległa likwidacji”.
  • Prawie 20 lat później orzeczenie z 31 lipca 1973 roku jeszcze raz przypomina, że Rzesza Niemiecka nie przestała istnieć mimo bezwarunkowej kapitulacji sił zbrojnych w maju 1945 roku i sprawowania przez cztery lata obcej władzy na jej dawnym terytorium.

Jeżeli zdaniem najwyższego trybunału Republiki Federalnej Rzesza Niemiecka nadal istnieje, to dla nas, Polaków, istotne jest pytanie: jakie są jej granice? Oceniając zakres Grundgesetz, Trybunał Konstytucyjny w orzeczeniu z 4 maja 1955 roku jasno stwierdził, że „Ustawa Zasadnicza traktuje Niemcy jako państwo, które obejmuje cały naród niemiecki w granicach z 31 grudnia 1937 roku i istnieje po dzień dzisiejszy”.

Pewnie dla uniknięcia wątpliwości Trybunał wyjaśnia w tym orzeczeniu, że rząd federalny „reprezentuje pogląd, iż Republika Federalna Niemiec jest identyczna z Rzeszą Niemiecką w jej granicach z 31 grudnia 1937 roku”.

Konsekwencją takiej wykładni prawa jest orzeczenie z 22 września 1955 roku, które stwierdza: „Miasto Breslau (…) należy po dziś dzień do terytorium Rzeszy Niemieckiej, dla którego zasięgu miarodajne są granice z 31 grudnia 1937 roku (…) Co prawda, w okręgu tym ciągle jeszcze niemożliwe jest działanie niemieckiej suwerenności prawnej, co jednak nie oznacza, iż przestała ona istnieć”.

W prawie Republiki Federalnej Niemiec umocowani są również formalnie tak zwani „wypędzeni” (Vertriebene), których odznakę dumnie zakłada kanclerz Angela Merkel. Według niej dla „wypędzenia” nie ma ani moralnego, ani politycznego uzasadnienia, a wypędzonych spotkała bolesna krzywda. Federalne prawo przyznaje status wypędzonego każdemu obywatelowi Niemiec, który „z jakiegokolwiek powodu opuścił tereny zajmowane przez III Rzeszę podczas wojny”. Tak więc zgodnie z prawem „wypędzonym” jest nie tylko Niemiec, który zamieszkiwał polskie Ziemie Odzyskane, ale również żołnierz Wehrmachtu, który stacjonował na terenach II RP, urzędnik niemieckiej administracji okupacyjnej w Generalnej Guberni, SS-man, gestapowiec czy strażnik obozu koncentracyjnego, który zwiał ze strachu przed wymiarem sprawiedliwości Państwa Podziemnego, Armią Krajową lub zbliżającym się frontem wschodnim. Co więcej, status „wypędzonego” jest dziedziczny i przechodzi na następne pokolenia, umożliwiając w pełni legalne domaganie się spełnienia „nadanego przez Boga prawa do stron ojczystych”.

Wedle granic z 1937 roku do Rzeszy należą i podlegają „niemieckiej suwerenności prawnej” nie tylko ziemie polskie, ale również Obwód Kaliningradzki, który stanowi „kuriozum w kategoriach politycznych i prawnych na światową skalę”. Okazuje się bowiem, że „nie istnieje żaden formalny akt określający prawny status międzynarodowy tego obszaru”. Formalnie suwerenność nad Obwodem Kaliningradzkim nie została nigdy przeniesiona z Niemiec na inne państwo.

Zapewne dlatego na początku lat 2000. podczas prywatnej wizyty kanclerza Gerharda Schrödera w Moskwie pojawiła się propozycja anulowania części wielomiliardowych długów Rosji w zamian za oddanie Berlinowi kontroli nad Obwodem Kaliningradzkim. Londyński „Daily Telegraph” informował wówczas, że celem transakcji było uzyskanie „dominacji ekonomicznej nad byłą stolicą Prus Wschodnich”. Propozycji nie podjęto i nadal graniczymy z Rosją. Gdyby tak nie było, to zapewne pojawiłaby się koncepcja budowy nowego eksterytorialnego korytarza, a tak mamy tylko gazociągi Nord Stream z Gerhardem Schröderem jako szefem rady dyrektorów w rosyjskim koncernie naftowym Rosnieft i Berlinem, który mając gazowy kurek w ręku, stanie się energetycznym kapo w pierwszym rzędzie dla Polski, Ukrainy i państw bałtyckich, a potem dla innych państw europejskich.

Spolegliwa, słaba Polska, której przywódcy zezwalają na grabież państwa, odpowiada Brukseli, gdzie pod unijnym szyldem oraz za kotarą demokracji i tolerancji przenikają się interesy państw, elit politycznych, korporacyjnych grup, ideologicznych kamaryli i mafii w białych kołnierzykach. Suwerenna, mocna, ambitna Polska nie była i nie jest im potrzebna. Wręcz odwrotnie. Stąd taka presja na Warszawę od chwili, kiedy Polacy przeprowadzili swoiste powstanie z kartką wyborczą zamiast szabli w ręku i oddali rządy krajem formacji politycznej o silnym elemencie patriotycznym. Stąd wsparcie dla sił, które podjęły nieudaną próbę puczu i obalenia rządu. Stąd poparcie dla „totalnej” opozycji, kierującej się taktyką „ulica i zagranica”. Stąd poparcie dla jawnie już proniemieckiej Platformy Obywatelskiej, której prominentny przedstawiciel Rafał Trzaskowski otwarcie głosi, że po co nam Centralny Port Komunikacyjny, skoro „będziemy mieli lotnisko” w Berlinie.

Stąd uparta obrona „nadzwyczajnej kasty” sędziowskiej, której elita powiązana jest z podobną elitą niemiecką całą siecią, stypendiów, doktoratów honoris causa, prestiżowych nagród, zaproszeń na wykłady itp. O sędziowskiej klice napisano, że to „karne wojsko, trzęsące od lat polskim sądownictwem”. W osadzonym w Sądzie Najwyższym zgranym kolektywie Bruksela widzi przeciwwagę dla Trybunału Konstytucyjnego oraz „centrum oporu i zaczyn dla »alternatywnego« sądownictwa”.

Takie jądro prawniczej anarchii, wydające orzeczenia i interpretujące przepisy, może przy dobrych chęciach sparaliżować każdy rząd i stłumić wszelką inicjatywę gospodarczą i społeczną. Dla eurokratów oraz rządzących w co najmniej kilku stolicach europejskich korzystne jest podsycanie tych dobrych chęci, a zatem osłaniają kolegów po fachu gotowych działać wbrew interesom własnego państwa i narodu.

Przy obecnym układzie międzynarodowych sił i ambicji niepokorna Polska, która broni swej suwerenności, tożsamości narodowej, wiary i tradycji ma licznych przeciwników. Od mafii przekrętników VAT po handlarzy śmieciami i zwolenników handlu w niedzielę oraz spacerów po świeżym powietrzu galerii handlowych. Forsując własne interesy, grupy te chcą osłabić Polskę i przekształcić Polaków w bezmózgi zasób ludzki, łatwą do manipulowania siłę roboczą i rzeszę bezkrytycznych konsumentów, żyjących i pracujących tylko po to, aby kupować przez 7 dni w tygodniu i 24 godziny na dobę. Każda z tych grup stara się narzucić korzystną dla siebie narrację. Z jednej strony mamy wpajane w reklamach hasła typu „niemiecka jakość” i „niemiecka technologia”, a przecież każde dziecko wie, że niemiecki proszek do prania kupowany w Polsce jest gorszy od takiego samego proszku, w takim samym opakowaniu, oferowanego w Niemczech.

Obok nachalnych reklam atakowani jesteśmy również w cierpliwych, zakrojonych na dziesiątki lat programach zakłamywania historii i obarczania Polaków winą za sprowokowanie II wojny światowej, holokaust, zbrodnie wojenne lub mordowanie rosyjskich jeńców w I wojnie światowej i wojnie polsko-bolszewickiej. Równolegle różnego rodzaju fundacje „postępowej ludzkości” kreują Polsce wizerunek kraju pełnego wsteczników, antysemitów, homofobów i nienawistników. A wszystko dlatego, że jesteśmy wierni wierze Ojców, ziemi, na której mieszkamy, narodowi i rodzinie, dla której chcemy mieć wolne niedziele.

Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Zagrożenia z Zachodu” znajduje się na s. 2 i 11 sierpniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Zagrożenia z Zachodu” na s. 2 i 11 sierpniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

 

Zobacz także:


 

Republikanie komentują

  1. Bardzo dobry artykuł w którym powinno się wspomnieć również o tym,że próby likwidacji Polski mają swoją długą historię począwszy od chrztu Polski poprzez Grunwald,rozbiory,drugą WŚ i czasy powojenne gdzie partia Tuska w swoich początkach została dofinansowana przez Niemców(ciekawe czemu nie wszczęto śledztwa w tej sprawie?).Temat fundacji został zahamowany przez wicepremiera Glińskiego ze względu na jego żonę.Mamy jeszcze ustawę 1066,mniejszość niemiecką w sejmie i zagraniczne media.Dużo zrobiono ale jeszcze więcej jest do zrobienia tylko dlaczego nie wykonuje się takich prostych ruchów?


Facebook