Udało się zachować chopinowski idiom w jego najczystszej postaci / Stanisław Bukowski, "Kurier WNET" nr 89/2021 - WNET.fm
Top bar
Reklama
Włącz radio Aktualny Poranek Wspieraj WNET Szukaj

Udało się zachować chopinowski idiom w jego najczystszej postaci / Stanisław Bukowski, „Kurier WNET” nr 89/2021

Fot. CC0, Pixabay

Mówi się, że talent i sztuka obronią się same. Ale jak powiedział po swojej wygranej walce bokser Mateusz Masternak: „Talentu trzeba mieć tyle, żeby nie przeszkadzał w ciężkiej pracy”.

Stanisław Bukowski

Nieznośna cisza. Impresje pokonkursowe

Nawet jeżeli wielu użytkowników internetu w popłochu zmieniało hasło po zalogowaniu się na którymś z linków Narodowego Instytutu im. Fryderyka Chopina, to liczba (podobno) 700 milionów wejść osób zainteresowanych konkursem jest imponująca. Jeszcze większe wrażenie robiły kilkudziesięcioosobowe kolejki ustawiające się od samego rana pod kasami Filharmonii Narodowej, aby znaleźć się wśród szczęśliwców, którzy otrzymają trzydzieści, trzydzieści pięć wejściówek na jedno z przesłuchań.

W czasie finałów powstawały nawet komitety kolejkowe. A przecież na co dzień i od święta Warszawa nie należy do miast, w których sale koncertowe wypełnione byłyby po brzegi. Przeciwnie. Koncerty, które w Londynie stałyby się sensacją, w naszej stolicy wzbudzają zaledwie umiarkowane zainteresowanie, a sale są puste.

Toteż może dziwić ogromna popularność, jaką co pięć, a w tym roku sześć lat, cieszy się Konkurs Chopinowski. Tymczasem wytłumaczenie owego fenomenu wydaje się dziecinnie proste. I jak to bywa z najprostszymi pomysłami, są one na ogół najtrudniejsze do wymyślenia.

Muzyka Fryderyka Chopina w międzywojennej Polsce była dość popularna, choć różnie postrzegana. „Jak wiele się u nas pisze, mówi i myśli o Fryderyku Chopinie! Ileż retorycznie barwnych wieńców składa mu się u stóp! A jednak zagadnienie jego twórczości zdaje się być wciąż jeszcze nierozstrzygnięte ostatecznie. Toniemy w jego głębi, a boimy się przestąpić poza zaklęty krąg nadczłowieczego heroizmu, którym tak charakterystycznie zwykliśmy otaczać tych – z naszej przeszłości – co wznoszą się jak potężne spiżowe posągi ponad swą epokę”. Tak pisał w swojej niewielkiej objętościowo książce Fryderyk Chopin Karol Szymanowski w 1925 roku – a więc zaledwie 76 lat po śmierci największego polskiego kompozytora, gdy żyli jeszcze bezpośredni, acz już z racji wieku nieliczni świadkowie jego paryskich czy londyńskich recitali.

Natomiast z powodzeniem koncertowały „uczennice jego uczniów”. To one, omdlewając przy klawiaturze, przekazywały słuchaczom wymyślony przez siebie, romantyczny obraz tajemniczego, nieszczęśliwego samotnika, który nierozumiany przez otoczenie (z Adamem Mickiewiczem na czele) tworzył pełną patosu muzykę. Owe damy, już wówczas w balzakowskim wieku, snuły opowieści o literackim rodowodzie jego dzieł. O mazurkach będących „scenami karczemnymi”, o „powiewającej skrzydłami husarii” w polonezie-fantazji czy „rewolucyjnej” etiudzie c-moll.

I to wówczas na wspomniany już, znakomity i odkrywczy, a zarazem prosty pomysł wpadł profesor Wyższej Szkoły Muzycznej w Warszawie – Jerzy Żurawlew. Obserwując swoich studentów, mając świadomość często fałszywej percepcji muzyki Chopina, a także coraz bardziej zmniejszającej się jej popularności, postanowił zorganizować międzynarodowy konkurs poświęcony dziełom tego kompozytora, w którym będą ze sobą rywalizować młodzi pianiści.

Szlachetna rywalizacja, na wzór zawodów sportowych, miała spopularyzować w Polsce i na międzynarodowym forum twórczość Chopina.

Od samego początku oceniało konkurentów jury złożone z prawdziwych znawców i uznanych, koncertujących wykonawców chopinowskiej muzyki. Początkowo pomysł Żurawlewa spotkał się z obojętnością, a często nawet z nieskrywaną niechęcią politycznych i muzycznych środowisk. To była już inna epoka, inny świat. Świat nowej muzyki, odzwierciedlającej nowe czasy. A jednak muzyka Chopina okazała się ponadczasowa, wymykająca się wszelkim regułom i trafiająca do umysłów i serc ludzi z całego świata. Nie bez powodu już w drugim konkursie, w 1932 roku, węgierski pianista Lajos Kertner otrzymał nagrodę Towarzystwa Polsko-Japońskiego w Tokio. I do tej pory dziwimy się i zastanawiamy, skąd bierze się tak wielka fascynacja Chopinem i jego muzyką w Japonii i na całym Dalekim Wschodzie. A tymczasem niezależnie od rasy i krajów pochodzenia ludzie myślą, a szczególnie czują, podobnie.

A więc niecałe dwa lata od upublicznienia pomysłu stworzenia monograficznego konkursu polegającego na quasi-sportowej rywalizacji młodych muzyków, odbył się w styczniu 1927 roku I Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny imienia Fryderyka Chopina. A później – z przerwą na okupację niemiecką – w zasadzie co pięć lat odbywają się po dziś dzień kolejne zmagania. Raz o mniejszym, a raz o większym znaczeniu.

Liczby uczestników, laureatów i jurorów ulegały zmianom. W przedwojennych konkursach niewielu było uczestników oraz ich oceniających. Ale już w roku 1960 było 37 jurorów [!]. Niezmieniona z grubsza pozostała zasada oceny, polegająca na przyznawaniu punktów, a niekiedy o dopuszczeniu do decydującej o ostatecznej kolejności dyskusji. Zmieniała się ilość etapów i wymagany repertuar. Mimo kilkakrotnych prób włączenia do programu innych kompozytorów, na szczęście udało się zachować najważniejsze zadanie konkursu – popularyzację i dbałość o zachowanie chopinowskiego idiomu w jego najczystszej postaci. To jurorzy stali się nie tylko strażnikami jego nut, ale i właściwej interpretacji jego muzyki. A że oceny w dziedzinie muzyki ze swej natury są subiektywne, spotkali się za nie wielokrotnie z powszechną krytyką, obelgami i oskarżeniami o stronniczość, a nawet nieuczciwość. Tak też było w tegorocznym konkursie.

Ścierają się ze sobą dwa całkowicie odmienne stanowiska. Pierwsze, reprezentowane głównie przez licznych pedagogów, polega na bezwzględnym realizowaniu wierności tekstowi, na obiektywnej prawdzie, poszukiwaniu autentycznej atmosfery z czasów Chopina. Druga opcja zakłada coś wręcz przeciwnego. O wartości interpretacji decyduje jej oryginalność, nowatorstwo i indywidualność. Czy możliwe jest pogodzenie tych dwóch, jakże odmiennych, poglądów? Prawdopodobnie nie, ale możliwy jest consensus.

Bo przecież istnieje różnica pomiędzy – traktowanymi obecnie jako synonimy – pojęciami wykonania i interpretacji. Wykonanie to jak najściślejsze zastosowanie się do zapisu nutowego, a interpretacja jest tym, co w muzyce jest względne i niewymierne. Odnosi się do tempa, dynamiki, barwy, artykulacji. Przyznać zatem należy, że jury, niezależnie od jego składu, ma przed sobą szalenie trudne zadanie.

Tak też było i w tym roku. W zasadzie tylko pierwsza nagroda nie podlegała powszechnej dyskusji. Zdobył ją reprezentujący Kanadę, urodzony w Paryżu dwudziestoczterolatek Bruce (Xiaoyu) Liu. Ale już kolejne miejsca wzbudziły protesty na społecznych forach, w kuluarach Filharmonii, w domach, wśród najbliższych nawet osób. Być może brak Ewy Geworgian i Mikołaja Chaziajnowa oraz Avery Gagliano na czołowych miejscach są skandalem. Być może obecność wśród najlepszych ulubieńca publiczności Hiszpana Martina Garcii Garcii, Aleksandra Gadijeva – Słoweńca z Włoch, świetnego pianisty, ale nie chopinisty (cokolwiek to znaczy) czy naszego Jakuba Kuszlika – zdobywcy nagrody za najlepsze wykonanie mazurków, są błędem. Przekonamy się o tym niebawem. Mówi się, że talent i sztuka obronią się same. Choć czy to sam talent decyduje? Jak powiedział po swojej wygranej walce bokser Mateusz Masternak: „Talentu trzeba mieć tyle, żeby nie przeszkadzał w ciężkiej pracy”. A gdzie miejsce dla mniej lub bardziej ekspansywnych impresariów, menedżerów, umiejętności tworzenia show, sprzedaży odpowiedniego wizerunku? Bo o technice nawet nie wypada mówić. Ci piękni siedemnastoletni mają jej aż w nadmiarze. A co jest prawdziwą sztuką, każdy z nas sam ocenia.

Myślę, że czeka nas (oby) długa i merytoryczna dyskusja nad zmianą niektórych paragrafów regulaminu. Czy paragraf XII i punkt 2 jasno nie określa, że „do finału (dopuszcza się) nie więcej niż 10 finalistów?”. Czy zatem postąpiono wbrew regulaminowi? Ewidentnie tak. Czy nie jest zbyt dużo odmiennych utworów? Choćby jak oceniać całkowicie inne mazurki, z różnych opusów, wczesne i późne… Nawet zakładając słusznie, że nie ma łatwych utworów Chopina. I choćby on sam był niegdyś innego zdania. A może jedna z dwóch sonat powinna być obowiązkowa, a nie wymienna z preludiami.

Inna sprawa, jak te siedemnastoletnie dzieci (a przecież decyzję o udziale w konkursie musiały podjąć dwa lub półtora roku wcześniej) potrafiły przygotować tak ogromny, opanowany prawie do perfekcji materiał. Do pierwszego etapu dwudziestominutową prezentację, do drugiego prawie półrecital, wreszcie, jak dobrze pójdzie, niewielki, choć godzinny recital z jedną ze wspomnianych sonat i wreszcie koncert z orkiestrą.

Tyle problemów, wątpliwości i pytań bez odpowiedzi. I choć emocje już opadły, i wróciliśmy do normalnego trybu życia oraz programów Voice of Poland, to część z nas zmaga się z nieznośną, pokonkursową ciszą…

Artykuł Stefana Bukowskiego pt. „Nieznośna cisza. Impresje pokonkursowe” znajduje się na s. 20 listopadowego „Kuriera WNET” nr 89/2021.

 


  • Listopadowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Stefana Bukowskiego pt. „Nieznośna cisza. Impresje pokonkursowe” na s. 20 listopadowego „Kuriera WNET” nr 89/2021

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Zobacz także:


 

Republikanie komentują


Facebook