Top bar
Reklama
Włącz radio Aktualny Poranek Wspieraj WNET Szukaj

Tomos – kolejny krok na drodze uniezależnienia Ukrainy od Moskwy / Paweł Bobołowicz, „Kurier WNET” nr 55/2019

Zwierzchnik PCU Epifaniusz i Poroszenko obok oryginału tomosu. Fot. M. Palinczak. Sekretariat Prezydenta Ukrainy

Zjednoczona Cerkiew i wzrost życia religijnego przywraca Ukrainę do chrześcijańskich tradycji Europy. Prawosławie nie oznacza zawsze jego moskiewskiego kształtu i ta zmiana może to udowodnić.

Paweł Bobołowicz

Tomos – szansa na prawosławie bez oblicza Moskwy

Zjednoczona Prawosławna Cerkiew Ukrainy otrzymała tomos – dokument przyznający jej autokefalię, co uniezależnia ją od Moskwy. To wydarzenie daleko wykracza poza wymiar religijny i zapewne stanowi jedno z przełomowych wydarzeń w historii Ukrainy. Tomos dla ukraińskiej Cerkwi to też olbrzymia porażka kremlowskiej polityki budowania „russkowo mira” – strefy wpływów, która ma nie tylko ogarniać życie polityczne, ale także językowe, kulturowe i religijne. Dokument ten nie kończy procesu tworzenia nowej ukraińskiej Cerkwi, lecz tworzy formalne ramy do jej ukształtowania. Na tej drodze może pojawić się jeszcze wiele trudności. Powstała też szansa na inne prawosławie, niż to z obliczem Moskwy.

Gdy w kwietniu 2018 r. prezydent Poroszenko zwrócił się do Patriarchy Konstantynopola o nadanie ukraińskiej Cerkwi autokefalii, wydawało się, że sprawa jest prawie nierealna, a nawet jeśli, to wątpliwe, by udało się to prędko uzyskać.

Po pierwsze niezbędnym krokiem do tego było zjednoczenie ukraińskich Cerkwi. Po drugie nikt nie miał wątpliwości co do sprzeciwu Moskwy – zarówno jako Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, jak i ośrodka politycznej władzy. Federacja Rosyjska bowiem, podobnie jak jej poprzednik Związek Sowiecki, w pełni dominuje wszystkie obszary życia rosyjskiego społeczeństwa, w tym rosyjską Cerkiew, absolutnie podporządkowaną Kremlowi. Jej zwierzchnik Cyryl bardziej przypomina putinowskiego namiestnika niż głowę chrześcijańskiego Kościoła.

Bartłomiej I podpisuje tomos dla Zjednoczonej Cerkwi Ukrainy | Fot. M. Łazarienko, Sekretariat Prezydenta Ukrainy

Pomimo wielu problemów, też o podłożu ambicjonalnym, 15 grudnia 2018 r. w Kijowie na soborze zjednoczeniowym powstała Prawosławna Cerkiew Ukrainy. Jej głównym trzonem było połączenie się Ukraińskiej Cerkwi Patriarchatu Kijowskiego, na czele z patriarchą Filaretem (Denysenką), i Ukraińskiej Autokefalicznej Cerkwi pod zwierzchnictwem metropolity Makarego (Małetycza). Połączenie Cerkwi poprzedziło zdjęcie anatem z ich zwierzchników i uznania Cerkwi za kanoniczne. Przez lata bowiem obydwie Cerkwie funkcjonowały jako nieuznawane przez Konstantynopol i pozostałe Cerkwie, w tym oczywiście przez Rosyjską Cerkiew Prawosławną.

Wielce symbolicznym aktem było stwierdzenie przez synod Cerkwi konstantynopolitańskiej o nieobowiązywaniu anatemy wobec hetmana Iwana Mazepy, którą nałożono na niego z polecenia cara Piotra I na początku XVIII w. Konstantynopol uznał, że było to działanie o charakterze politycznym, a nie religijnym. Ta deklaracja dowiodła, że na drodze do nadania tomosu coraz mniej liczy się zdanie Moskwy, a coraz więcej – postawa ukraińskiego prawosławia i jego jedność. Dlatego zabiegano, żeby w soborze zjednoczeniowym oprócz inicjatorów wzięli udział przedstawiciele Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego. Do zmian w 2018 r. była to jedyna kanoniczna struktura Cerkwi prawosławnej funkcjonująca na Ukrainie. Stanowiła podporządkowaną Moskwie część Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, o największej liczbie parafii na Ukrainie, i w pełni kontrolowała najważniejsze ośrodki ukraińskiego prawosławia: Ławrę Peczerską i Poczajowską. Ostatecznie w soborze zjednoczeniowym wzięło udział dwóch biskupów Patriarchatu Moskiewskiego i miało to znaczenie bardziej symboliczne niż faktyczne, bo Patriarchat Moskiewski i tak nie uznał tego soboru. Fakt ten jednak zbił jego argument, że proces zjednoczeniowy jest robiony przeciw jakiejkolwiek ukraińskiej Cerkwi. Otworzył też drogę do nasilającego się od początku roku zjawiska przechodzenia parafii dotychczas podporządkowanych Patriarchatowi Moskiewskiemu do nowej, zjednoczonej Cerkwi.

Sobór zjednoczeniowy podjął też bardzo odważną decyzję personalną. Wbrew oczekiwaniom i właściwie też w jakimś stopniu niezgodnie z oczywistą konsekwencją wcześniejszych wydarzeń, zwierzchnikiem nowej Cerkwi nie został patriarcha Filaret. A przecież to on od lat zabiegał o autokefalię, to on walczył o ukraiński charakter Cerkwi. To on też płacił największą cenę za swoja walkę: zarówno przez fakt anatemy, jak i stałych ataków nie tylko ze strony Patriarchatu Moskiewskiego, ale całej putinowskiej propagandy. Jego aktywność na rzecz autokefalii, ale także we wspieraniu ukraińskiej armii i jednoznacznym określaniu Rosji jako agresora, była znaczniejsza niż Makarego czy któregokolwiek hierarchy ukraińskiego prawosławia. Oczywiście w tym samym czasie hierarchowie Patriarchatu Moskiewskiego nie wspierali autokefalii, nie zawracali sobie też głowy zachowywaniem neutralności w kwestiach politycznych czy dotyczących wojny, ale manifestowali poparcie dla moskiewskich zwierzchników i posługiwali się szablonami rosyjskiej propagandy o wojnie domowej, niszczeniu słowiańskiej jedności, moralnym zepsuciu zachodniej cywilizacji.

Wybór Filareta na głowę nowo powstałej Cerkwi mógłby wskazywać, że sam proces zjednoczenia ma polegać bardziej na wchłonięciu innych Cerkwi przez Patriarchat Kijowski niż tworzeniu nowej, szerokiej, otwartej struktury cerkiewnej. Ambicjonalnie nie mógł też tego zaakceptować zwierzchnik UAPC Makary. Negatywną przesłanką był też wiek Filareta. Patriarcha w tym roku kończy 90 lat i wskazywano – życząc patriarsze jak najlepiej – że jego problemy zdrowotne czy też śmierć mogłyby doprowadzić do kolejnego kryzysu w ukraińskim Kościele. W dodatku nowa Cerkiew nie miała stać się patriarchatem.

Ostatecznie zwierzchnikiem zjednoczonej Cerkwi został 39-letni Epifaniusz (Sergij Dumenko) – metropolita perejasławski i Białej Cerkwi, którego wskazał sam Filaret. Epifaniusz zresztą był już wcześniej wyznaczony na zastępcę Filareta w przypadku jego śmierci.

Epifaniusz to nowa generacja wśród kapłanów prawosławnych nie tylko na Ukrainie, ale na całym obszarze postsowieckim. Przede wszystkim ze względu na sam wiek nie można wiązać go w żaden sposób z poprzednim systemem, co było poważnym zarzutem w stosunku do Filareta.

Całe życie Epifaniusza jest związane z Cerkwią i rozwojem naukowym. Oprócz studiów w Kijowskiej Akademii Duchownej, studiował także na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Ateńskiego. Na Kijowskiej Prawosławnej Akademii Teologicznej był kierownikiem katedry filozofii. 28 czerwca 2013 został metropolitą perejasławsko-chmielnickim i białocerkiewskim. Jako zwierzchnik nowej Cerkwi objął też godność metropolity kijowskiego. Wybór nowego zwierzchnika oznacza, że ojciec ukraińskiej autokefalii Filaret musi usunąć się w cień, a jego funkcja patriarchy ma pozostać do końca życia jedynie honorową.

Zjednoczenie Cerkwi, uporządkowanie jej kształtu personalnego pozwoliło wreszcie na otrzymanie tomosu – dokumentu potwierdzającego samodzielność ukraińskiego Kościoła prawosławnego.

5 stycznia w Stambule Arcybiskup Konstantynopola, Nowego Rzymu i Patriarcha Ekumeniczny Bartłomiej I podpisał tomos – specjalny dokument nadający autokefalię ukraińskiej Cerkwi. 6 stycznia, w dniu, w którym również Konstantynopol obchodzi święto Epifanii, czyli Objawienia Pańskiego, tomos został wręczony Epifaniuszowi (gr. „ten, który przyszedł na świat”). Tego samego dnia według kalendarza juliańskiego przypada wigilia Świąt Bożego Narodzenia. Tym samym moment uznania przez Konstantynopol niezależności ukraińskiej Cerkwi wypełniony jest symbolami i stał się wyjątkowym świątecznym darem. W uroczystości podpisania i wręczenia tomosu brało udział nie tylko duchowieństwo – był też obecny prezydent Ukrainy, przewodniczący Rady Najwyższej, wielu ukraińskich ministrów, deputowanych i wiernych, którzy specjalnie na to wydarzenie przyjechali z całego świata.

7 stycznia Epifaniusz celebrował nabożeństwo w Soborze Mądrości Bożej (Sofijskim) w Kijowie, gdzie po raz pierwszy zaprezentowano tomos na Ukrainie. Tysiące ludzi czekało na mrozie na możliwość zobaczenia tego dokumentu. Wykaligrafowany w języku greckim zwój pergaminu opisuje najważniejsze zasady dotyczące nowego Kościoła. Cerkiew jest określona jako niezależna i samorządna, a na jej czele stoi Metropolita Kijowski i Całej Ukrainy, wraz z synodem. Zasięg terytorialny nowej Cerkwi pokrywa się z granicami ukraińskiego państwa (dlatego też zagraniczne parafie dotąd podporządkowane Patriarchatowi Kijowskiemu przejdą do Patriarchatu Konstantynopolitańskiego). W tekście wspomniane są dwa nazwiska: nowego zwierzchnika Cerkwi Epifaniusza i prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki jako osób, którym dokument został wręczony. Oczywiście jednak to też wyraz uznania dla nich, a wskazanie świeckiego polityka ma znaczenie szczególne.

Zaangażowanie prezydenta Poroszenki na rzecz otrzymania autokefalii od początku było wykorzystywane przez rosyjską propagandę, która z pełną hipokryzją wskazywała, że Poroszenko miesza Cerkiew do polityki, oczywiście zapominając, jak to wygląda w Rosji. Należy jednak pamiętać, że specyfika prawosławia czasami wymaga współdziałania państwa i Cerkwi – dlatego między innymi niezbędne było wspólne wystąpienie w kwietniu 2018 r. do Bartłomieja zarówno środowisk cerkiewnych, jak i Prezydenta Ukrainy i Rady Najwyższej w sprawie nadania tomosu. Oczywiście naiwnością byłoby sądzić, że w tym procesie nie było szerszego kontekstu politycznego. Można domniemywać, że wielkie znaczenie miały tu wizyty amerykańskich dyplomatów w Stambule czy wyjazdy Filareta do USA. Według części ukraińskich komentatorów swoją rolę odegrał też prezydent Turcji Recep Erdogan. Niektórzy twierdzą, że tomos to jeden z elementów skomplikowanej układanki między USA i Turcją, oczywiście z Rosją w tle, a być może i interesami tych krajów w Syrii.

Nie ulega wątpliwości, że Poroszenko na tomosie może tylko zyskać. Na pewno przysporzy mu to zwolenników w wyborach prezydenckich 31 marca 2019 r. Ale Poroszenko, podejmując walkę o tomos, zdecydowanie więcej by stracił, gdyby procesu nie udało się zakończyć czy prośba o tomos zostałaby odrzucona. Trudno też czynić politykowi zarzut z tego, że udaje mu się doprowadzić do korzystnych, wielkich decyzji.

Krytycy, także na Ukrainie, często wychodzą też z pozycji osób zatroskanych jednością prawosławia, uważając, że nowa Cerkiew doprowadzi do podziału wśród wiernych. Na łamach „Nowej Europy Wschodniej” tak do tego odniósł się Piotr Pogorzelski, wieloletni korespondent w Kijowie, znawca realiów ukraińskich: „Argument o rozłamach bardzo przypomina w swojej strukturze myślenie (…), że za wojnę na wschodzie kraju odpowiadają ci, którzy rozpoczęli rewolucję godności (bo gdyby nie ona, to nie byłoby wojny). Tutaj też zapomina się, kto tę wojnę rozpoczął, a zrobiła to Rosja (…). Z kolei mówienie, że Ukraińcy powinni najpierw zakończyć wojnę, a potem brać się za Cerkiew, to mylenie przyczyn ze skutkami. Trudno kończyć wojnę z Rosją, mając w swoim kraju przedstawicieli Kościoła prawosławnego, którzy nawet nie wstaną w parlamencie, żeby uczcić tych, którzy zginęli na froncie”.

Nic dziwnego, że Ukrainę już w grudniu 2018 r. pokryły bilbordy podpisane przez Poroszenkę z hasłem: „Armia, język, wiara”. To deklaracja, wokół czego Poroszenko chce łączyć Ukraińców. Inna sprawa, czy tylko w czasie kampanii wyborczej, czy też podczas potencjalnej następnej kadencji prezydenckiej.

Dla wielu Patriarchat Moskiewski to zdrajcy Ukrainy, ekspozytura rosyjskiego wywiadu. W grudniu Rada Najwyższa przyjęła przepisy, które zmuszają do wskazania w nazwie struktury religijnej, jakiemu krajowi jest podporządkowana, o ile ten kraj prowadzi wojnę przeciwko Ukrainie. Poroszenko od razu podpisał nową ustawę. Wiadomo, że jest ona stworzona pod jedną strukturę religijną – Patriarchat Moskiewski. I chociaż nadużyciem jest traktowanie wszystkich kapłanów Patriarchatu Moskiewskiego na równi z okupacyjnymi wojskami, to jednak nakazanie im przyznania się do służenia rosyjskiej Cerkwi wydaje się zrozumiałe. Zwłaszcza, że ukrywają się oni oficjalnie za nazwą „Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej”. Dla wielu kapłanów zmiana nazwy mogłaby być też zachętą do przejścia do nowego zjednoczonego Kościoła. Warto przypomnieć, że obecny prezydent Ukrainy też do niedawna był wiernym Patriarchatu Moskiewskiego.

Poroszenko, nawet gdyby przegrał wybory prezydenckie (pomimo nie najlepszych wyników w sondażach wydaje się to jednak wątpliwe – będzie to przedmiotem następnego artykułu), to i tak wejdzie na stałe do ukraińskiej historii.

Z perspektywy naszego kraju z dominującym rzymskokatolickim oglądem relacji państwo-Kościół ciężko jest zrozumieć, jak wielkie znaczenie odgrywa prawosławie, zresztą nie tylko z punktu widzenia interesów wewnętrznych Ukrainy, ale także w wymiarze międzynarodowym. Nadanie tomosu jest powszechnie zestawiane z takimi wydarzeniami jak chrzest Rusi (988) czy uzyskanie niepodległości w 1991 r.

Gratulując zjednoczenia, o historycznym momencie oczekiwanym od stuleci, o jego znaczeniu dla umocnienia ukraińskiej państwowości mówią zresztą nie tylko prawosławni, ale też m.in. abp Swiatosław Szewczuk – zwierzchnik Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego, wspólnoty katolickiej pod zwierzchnością papieża, czy Sajid Ismagiłow, mufti duchowego ośrodka ukraińskich muzułmanów „Umma”. Abp Szewczuk nazywa nową Cerkiew „siostrzaną” i liczy, że Kościoły będą teraz mogły wspólnie mówić prawdę o Ukrainie „prawdę o naszych bólach i cierpieniach”.

Im większa panuje radość na Ukrainie, w tym większą histerię popada Moskwa. Studio Wschód TVP cytuje zastępcę przewodniczącego Wydziału Zewnętrznych Kontaktów Cerkiewnych Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej Mikołaj Bałaszowa: „Poprzez działania patriarchy Bartłomieja I, który wstąpił w bezpośredni modlitewny i kanoniczny kontakt z osobą nie wyświęconą w należyty sposób, jedności prawosławia został zadany ciężki cios”. Według Bałaszowa nadanie autokefalii Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej to tragiczny dzień w historii światowego prawosławia.

O moskiewskiej schizmie pisaliśmy szerzej w ubiegłorocznych numerach „Kuriera WNET”. Warto przypomnieć, że rosyjska Cerkiew i tak już faktycznie zerwała więź z Konstantynopolem, jednak wciąż jednostronnie. Nie tylko w Konstantynopolu, ale nawet na pierwszym nabożeństwie po otrzymaniu tomosu, w Kijowie w czasie modlitwy wspominany był Cyryl, zwierzchnik RCP, na równi z innymi głowami autokefalicznych Cerkwi prawosławnych. To symboliczny dowód, że to nie Konstantynopol czy Kijów dąży do rozbicia prawosławia, lecz podporządkowana Kremlowi Cerkiew. Niestety oświadczenia zwierzchnika Polskiego Kościoła Prawosławnego metropolity Sawy wskazują, że Moskwa może mieć sojuszników w innych Kościołach prawosławnych. Szczególnie w tych z ludźmi z przeszłością współpracy z komunistycznymi organami bezpieczeństwa. Być może z Moskwą wiążą ich nie tyle prawosławne dogmaty, co pamięć archiwów KGB i GRU. Oprócz polskiej, tradycyjnie Rosja może też liczyć na wsparcie Cerkwi serbskiej. Moskwa może też pokusić się o rolę „Trzeciego Rzymu” i rozpocząć nadawanie własnych tomosów i tworzenia równoległych struktur cerkiewnych w wielu państwach. Tym zresztą może szantażować Cerkiew gruzińską. Zwraca na to uwagę Wojciech Jankowski, korespondent Radia WNET i dziennikarz „Kuriera Galicyjskiego”, który stwierdza, że taki tomos z chęcią uzyskałaby Cerkiew abchaska.

Rosyjska propaganda do ostatniej chwili twierdziła, że tomos nie zostanie nadany. Teraz coraz częściej Moskwa wykorzystuje inny propagandowy wariant, że oto tomos jest on wadliwy i wymaga podpisania przez innych zwierzchników lokalnych Kościołów.

Podążenie drogą pełnej schizmy dla Moskwy jest jednak ryzykowne. Odcięcie od ukraińskich zasobów finansowania Cerkwi zmusza Putina do wzięcia na garnuszek kolejnej grupy potencjalnie niezadowolonych. Wariant pełnej moskiewskiej schizmy jednak tylko umocni struktury na Ukrainie. Rosyjska propaganda straszy również rzekomo siłowym przejmowaniem Cerkwi będących we władaniu Moskiewskiego Patriarchatu.

Niewątpliwie putinowskie służby sprawdzają, czy jest szansa na rozkręcenie konfliktu na bazie religijnej. Tak jak w 2014 r. Moskwa występowała w obronie prawa do języka rosyjskiego, tak teraz może próbować wykorzystać do tego walkę o wolność wyznania i święte prawosławie. Nawet jeśli nie będzie to pretekstem do bezpośrednich działań, niewątpliwie będzie i już służy tworzeniu negatywnego obrazu Ukrainy.

Realnym niebezpieczeństwem dla ukraińskiej Cerkwi jest również bezkrytyczne wchłanianie struktur moskiewskich. Już w czasie pierwszych nabożeństw nawet w bezpośredniej bliskości Epifaniusza pojawili się dotychczasowi wierni słudzy Patriarchatu Moskiewskiego. Budzi to oburzenie tych, którzy walcząc o autokefalię, w jakimś stopniu walczyli z nimi. Oczywiście nie można wykluczyć, że ich przejście jest szczere, ale jeśli Prawosławna Cerkiew Ukrainy nasiąknie elementem moskiewskim – czy uda się jej zachować ukraiński charakter? I czy będzie konsolidować społeczeństwo, czy będzie zmuszona brać na siebie odium skompromitowanych struktur, kapłanów, którzy często bardziej niż o dusze dbają o zapewnienie bytu materialnego sobie i swoim bliskim? Gdy rozmawiałem z wiernymi w dniach zjednoczenia i otrzymania tomosu, powszechnie upatrywano w tym także momentu na odbudowę autorytetu duchowego i moralnego Cerkwi. Nie da się wykluczyć, że Moskwa, szukając różnych dróg do dyskredytacji Kijowa, będzie chciała skorzystać i z tej: rozsadzenia Cerkwi od wewnątrz. Sprzyjać temu mogą podziały personalne i nadmierne zasilenie pozostałościami moskiewskiej struktury.

Być może nadmierny sceptycyzm jest nieuzasadniony. W kwietniu 2018 r. temat tomosu wydawał się fikcją, a zjednoczenie ukraińskich Cerkwi niemożliwe. Jednak kolejny raz rzeczywistość nie chciała się podporządkować głosom analityków. Zjednoczenie się dokonało, tomos stał się faktem. Portal Ukraińska prawda informuje, że słownik „Mysłowo” uznał „tomos” za słowo roku 2018. W 2013 r. słowem roku ogłoszono „euromajdan”.

Trudno nie zauważyć, że gdyby nie zmiany określane pojęciem „euromajdanu”, trudno byłoby doprowadzić do zjednoczenia i niezależności ukraińskiej Cerkwi. Od końca 2013 r. obserwujemy na Ukrainie procesy przełomowe, które formułują i umacniają ukraińską niepodległość. Wszystkie wzbudzają furię i nienawiść ze strony Rosji.

Pamiętając o polskich interesach i wspólnym dziedzictwie Rzeczypospolitej, warto umieć się określić i wspierać te ukraińskie dążenia, które Ukrainę wyrywają z postsowieckich, putinowskich objęć. Zjednoczona Cerkiew i wzrost życia religijnego przywraca Ukrainę do chrześcijańskich tradycji Europy. Dobrze byłoby zrozumieć, że prawosławie nie oznacza zawsze jego moskiewskiego kształtu i ta zmiana może to udowodnić.

W kontekście historycznym prawosławna Metropolia Kijowska była częścią wielkiej, wielonarodowej, zamożnej i potężnej Rzeczypospolitej. Jej odnowienie to zmiana religijna, być może ważny element na długiej drodze ku jedności chrześcijańskiego Wschodu i Zachodu. W sensie politycznym to symboliczny powrót do wydarzeń z XVII wieku. „Historia się nie powtarza, lecz rymuje” – trudno nie zauważyć, że właśnie pojawił się „rym” do sytuacji sprzed wydarzeń, które na wieki wepchnęły Ukrainę w rosyjskie jarzmo, a z czasem na lata wymazały Polskę z map świata. Obyśmy dzisiaj znaleźli właściwe jego brzmienie.

Artykuł Pawła Bobołowicza pt. „Tomos – szansa na prawosławie bez oblicza Moskwy” znajduje się na s. 1 i 7 styczniowego „Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Początek artykułu Pawła Bobołowicza pt. „Tomos – szansa na prawosławie bez oblicza Moskwy” na s. 1 styczniowego „Kuriera WNET”, nr 55/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Zobacz także:


 

Republikanie komentują


Facebook