Top bar
Reklama
Włącz radio Aktualny Poranek Wspieraj WNET Szukaj

Stanisław Leszczyc-Przywara – przyjaźń z ks. Franciszkiem Blachnickim, początki Oazy i adopcja niezwykłej dziewczyny

S. Leszczyc-Przywara z żoną i matką oraz Werą Fabian - pierwsza z lewej | Fot. archiwum prywatne autora

Profesor Leszczyc postanowił, że wyrwie z germanizacji przynajmniej jedną młodą osobę na Śląsku i wychowa ją w miłości do Ojczyzny – Polski w miejsce zamordowanego „Szarego”. I tak uczynił.

Paweł Milla

Powołanie ks. Franciszka Blachnickiego i utworzenie Oazy

W najczarniejszych czasach stalinowskich (1953 i 1954) do parafii św. Jerzego w Rydułtowach Bóg skierował młodego, energicznego i wówczas nieznanego, a jak się okazało – jednego z najwspanialszych polskich księży – Franciszka Blachnickiego. Ówczesny młody wikary był również darem od Boga dla profesora Leszczyc-Przywary, może trochę „w uzupełnieniu” braku jedynego syna Staszka, którego 9 lat wcześniej zamordowało Gestapo, a który po wojnie też planował zostać księdzem – tak jak jego przyjaciel Józef Gucwa czy jak skierowany właśnie do Rydułtów Franciszek Blachnicki. (…)

Gdy na początku stycznia 1953 roku ks. Blachnicki przybył do parafii św. Jerzego w Rydułtowach, od razu zaczęło się tam dużo dziać, nie tylko z formacją ministrantów, których grupa szybko rozrosła się do 60 zaangażowanych chłopców. Skupił się na dzieciach i młodzieży, by je jak najlepiej wychowywać. Same kazania to było dla niego za mało, jednak wobec państwowych zakazów brakowało najzwyczajniej miejsca na spotkania, gdzie by mógł formować młode charaktery, co było jego misją i pasją. Obok kościoła były ruiny zbombardowanej w 1945 roku organistówki, więc ks. Blachnicki postanowił budynek odbudować. Nazwał je „domkiem Maryi”. To miejsce przy kościele w Rydułtowach stało się …oazą pośród otaczającej je pustyni czerwonego terroru komunistów. Odbudowa domku odbyła się bez dokumentacji oraz – co istotne – bez zgody wszechwładnych władz państwowych. Z tego powodu ksiądz był w Rydułtowach dwukrotnie na krótko aresztowany. (…)

Dla tego dzielnego wikarego z parafii św. Jerzego Wujek był nie tylko oddanym parafianinem i artystą malarzem, ale też nauczycielem pedagogiki. Blachnicki miał wyjątkową charyzmę i odwagę w tych tzw. stalinowskich czasach. Wszystkie trudności, prześladowania i ograniczenia panującego systemu komunistycznego oraz podobne tragiczne przeżycia wojenne, jak również całkowite oddanie się woli Bożej oraz realizacja idei „żywego Kościoła” i wychowywania młodzieży do wolności – to wszystko zacieśniło przyjaźń Wujka z ks. Blachnickim, która trwała do końca życia. (…)

W 1953 roku, w najgorszych dla polskiego Kościoła i narodu powojennych czasach, charyzmatyczny ksiądz Blachnicki stworzył w parafii św. Jerzego coś, co dzisiejszym językiem można by określić jako „innowacyjny projekt na skalę światową pod nazwą Oaza Dzieci Bożych” – projekt duchowy, bez żadnych dotacji, natomiast z gwarancjami ciągłych utrudnień czy wprost prześladowań ze strony PRL-owskich władz. Pierwsze, historyczne rekolekcje zostały zorganizowane dla ministrantów z Rydułtów. Jednym z nich był pan Jerzy Bindacz, który przekazał mi cenne informacje o tamtych czasach. Później, w latach siedemdziesiątych, Oazy przyjęły nazwę Ruch Światło–Życie.

Oazy stały się największą niezależną od komunistów religijno-społeczną organizacją, przez której formację w postaci dwutygodniowych wyjazdowych rekolekcji przeszło za życia księdza ok. 200 tys. ludzi. Do dzisiaj w Oazach zaczerpnęło sił duchowych ponad 2 miliony polskich katolików! Twórca Światowych Dni Młodzieży Jan Paweł II sam potwierdził: „Źródłem i inspiracją jest Oaza (…) Bardzo się z tym ruchem związałem i usiłowałem go wspierać na różne sposoby. (…) stale bywałem na tzw. oazach (…), to wielkie doświadczenie przyniosłem ze sobą do Rzymu. Tu także szukałem jakiegoś jego spożytkowania, stwarzając okazje do spotkań z młodymi. Światowe Dni Młodzieży wyrastają z tamtego doświadczenia”.

Ile w tym „projekcie Oazy” było doradztwa i konsultacji Stanisława Leszczyc-Przywary, tego się już nie dowiemy, bo po prostu o tym prawie nie mówił, a nie napisał żadnych pamiętników. Na pewno wspierał księdza Blachnickiego dydaktycznie i pedagogicznie. Wujek przyjaźnił się z ks. Blachnickim do końca życia, a z ruchu oazowego był bardzo dumny, podkreślając, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Proces beatyfikacyjny księdza Franciszka Blachnickiego rozpoczął się w 1995 roku.

Córka Wera

Wera Fabian (z lewej) z matką autora Krystyną | Fot. archiwum rodziny Millów

Biskup Gucwa w autobiograficznej książce Z leśnych koszar do kapłaństwa pisze: „Profesor Leszczyc postanowił – jak mi to później opowiadał – że wyrwie z germanizacji przynajmniej jedną młodą osobę na Śląsku, przywróci narodowi polskiemu w miejsce zamordowanego „Szarego” i wychowa ją w miłości do Ojczyzny – Polski. I tak uczynił. Zaopiekował się z żoną jedną z uczennic ze Śląska imieniem Weronika – „Wera”. Rozbudził w niej miłość do kultury polskiej i wszystkiego co Polskę stanowi. I adoptował”. Wera została córką Wujka i jego żony Marii, z wyboru serca i z miłości, lecz bez formalnej adopcji. (…)

Po ukończonych studiach Wera przez dekadę, już jako magister farmacji w jedynej wówczas aptece w Rydułtowach, była znana z całkowitego oddania ludziom, promieniując wprost serdecznością i chęcią niesienia pomocy każdemu choremu. A pół wieku temu, w PRL, były inne czasy i zwyczaje. Wiele lekarstw było przygotowywanych ręcznie na zamówienie wg recept, więc farmaceuci mieli większy bezpośredni kontakt z ludźmi i byli często wręcz doradcami uzupełniającymi diagnozy lekarzy. Dzisiaj ich misja bardziej przypomina sprzedawców nakierowanych na zwiększanie obrotu, ew. potrafiących zaproponować jakieś tańsze zamienniki. Stąd też, jak wspominał Wujek, Weronikę znali i szanowali chyba wszyscy żyjący w latach 1963–1973 w Rydułtowach i Pszowie.

Wujek kolejny raz musiał pogodzić się z niezgłębioną wolą Bożą i przez dwa lata mierzyć się ze śmiertelną chorobą – tym razem jego „ukochanej i jedynej córki”. Weronika zmarła stosunkowo młodo na raka w 1973 roku, nie miała nawet 40 lat. Kiedyś Wujek powiedział mi, że było kilka wydarzeń w jego życiu, które nim wstrząsnęły. Jednym było to zrzucenie polskiego munduru przez jakiegoś żołnierza podczas sowieckiego zdradzieckiego aresztowania polskich oficerów we Lwowie w 1939 roku. Drugim – jego ostatnia rozmowa z Werą, już na łożu śmierci, gdy tracąc i odzyskując przytomność spytała: „Tatusiu, czy to już, czy ja umieram?”. Żałował, że nie potrafił wówczas wypowiedzieć prawdy, że to nastąpi za chwilę, lecz przez łzy powiedział do niej: „wszystko będzie dobrze”. Wiedział jednak, że nie tylko w tych ostatnich chwilach była w stanie łaski uświęcającej, ale przez całe życie.

Cały artykuł Pawła Milli pt. „»A gdzie mój legionista?« (IV). Powinowactwo duchowe i miłość rodzicielska” znajduje się na s. 8 lutowego „Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Pawła Milli pt. „»A gdzie mój legionista?« (IV). Powinowactwo duchowe i miłość rodzicielska” na s. 8 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Zobacz także:


 

Republikanie komentują


Facebook