Top bar
Reklama
Włącz radio Aktualny Poranek Wspieraj WNET Szukaj

Nigdy bym nie przypuszczał, że może mi być po drodze z Leninem… / Herbert Kopiec, „Śląski Kurier WNET” nr 66/2019

Fot. domena publiczna, Wikipedia

Nauki pedagogiczne doznały niemal śmiertelnych obrażeń, nie uznając istnienia obiektywnej prawdy. Lata lecą, zmienił się ustrój polityczny, ale duch, jeśli ma lewackie korzenie, ma podobne oblicze.

Herbert Kopiec

Było niejasno i daremnie

Nie zawsze jesteśmy zadowoleni, kiedy okazuje się, że nasze przewidywania były trafne. X Ogólnopolski Zjazd Pedagogiczny w Warszawie (18–20 IX 2019), mimo buńczucznych zapowiedzi liderów salonowej pedagogiki, wypowiedzianych w owsiakowym slangu (będzie się działo), zakończył się jak zawsze, czyli sztucznym entuzjazmem. W rzeczywistości było raczej niejasno i daremnie.

Inaczej być nie mogło, bo poszła w niepamięć intuicja, w myśl której „umysłowa praca uczonego polega na przyswajaniu i określaniu na swój użytek podstawowych prawd, które podług surowych zasad logiki zasługują na jego zgodę. Wychodząc od tychże prawd, wyciąga on wnioski – zawsze podług surowych zasad logiki”. Inaczej mówiąc, „jeśli ktoś działając na jakimś polu krok po kroku zgodnie z logiką osiąga szczyt prawdy, to działając krok po kroku niezgodnie z logiką, osiąga dno absurdu” („Polonia Christiana” 53/2016). Owo dno absurdu na pedagogicznym polu zostało już w gruncie rzeczy osiągnięte. Przybrało zróżnicowaną postać i sporo o niej w moich felietonach. Dość wskazać chociażby na rzekome dobrodziejstwa wynikające z rehabilitacji ambiwalencji, czyli z prawa do „skrajnego zwrotu w myśleniu”. Wciąż więc kiepsko z nadziejami na odrodzenie się zaufania w akademickiej pedagogice, o którym równocześnie wciąż wielu marzy.

Co gorsza, można z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że wzmiankowana wyżej sztuczność bywa przez licznych, zwłaszcza młodszych uczestników Zjazdu, nierozpoznawalna. Oddychają nią jak zatrutym powietrzem bez świadomości, że zabija to w nich wrażliwość na prawdę.

Owa sztuczność została już dawno w czasach kryzysu cywilizacyjnego/kulturowego oswojona i uznana za normę, towarzyszy bowiem kilku pokoleniom pedagogów, choć trzeba przyznać, że nie uszła uwadze liderów akademickiej pedagogiki. Występują w moich felietonach jako naukowi koryfeusze, pedagogiczne olbrzymy, agenci transformacji, humaniści i eksperci itp.

Jeden z nich (prof. Z. Kwieciński) już na otwarciu III Ogólnopolskiego Zjazdu Pedagogicznego 21–23 września 1998 r. w Poznaniu słusznie zauważył, że do współczesnych znamion kryzysu cywilizacyjno-kulturowego należy m.in. „fragmentaryczność wszystkiego i sztuczność zamiast autentyczności” (Edukacja wobec nadziei i zagrożeń współczesności, s.7). Dwadzieścia lat później ów kryzys opisywany bywa za pomocą znacznie bardziej drastycznych sformułowań. Oto prof. Andrzej Nowak – konserwatywny historyk – stwierdza: „Wchodzimy w nowy etap tej cywilizacji, która zaczyna się od apelu Pica della Mirandoli: przystępujemy do zmiany natury człowieka – w kierunku bydlęcia. I współczesna szkoła coraz częściej służy temu procesowi, a nie próbuje go hamować” (Nowa cywilizacja zmienia człowieka w kierunku bydlęcia, wywiad z prof. A. Nowakiem, GP, kwiecień 2019).

Po naszymu da się powiedzieć, że na X Zjeździe Pedagogicznym psinco się działo takiego, czego by się nie dało z góry przewidzieć. Nauki pedagogiczne doznały bowiem niemal śmiertelnych obrażeń, nie uznając istnienia obiektywnej prawdy, której sensowny badacz powinien przecież poszukiwać. Jakoż nie oznacza to wcale, że pluję sobie w brodę, bo zmarnowałem czas. To oczywiste, że gdyby mnie tam nie było, nie mógłbym poinformować Szanownych Czytelników o paru sprawach, o których można jedynie powziąć wiedzę u samego źródła. Wiedza ta jest o tyle interesująca, że wiąże się ściśle z hasłem X Zjazdu Pedagogicznego: „Pedagogika i edukacja wobec kryzysu zaufania, wspólnotowości i autonomii”.

Szczupłość miejsca zezwala mi zasygnalizować zaledwie parę wątków mniej lub bardziej bezpośrednio związanych z kwestią kryzysu zaufania w środowisku akademickiej pedagogiki. Okazuje się, że jego istnienia nikt nie kwestionuje. Nie ma natomiast zgody przy próbie odpowiedzi na pytanie: kto nas tak urządził i kto za to powinien beknąć?

Moje stanowisko w tej kwestii jest Czytelnikom dobrze znane, ale słuchając wykładu prof. B. Śliwerskiego – przewodniczącego Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN – i prof. Z. Kwiecińskiego – honorowego przewodniczącego Polskiego Towarzystwa Pedagogicznego – odniosłem wrażenie, że powinienem je skorygować. Zwróciło moją uwagę, że nasi sternicy akademickiej pedagogiki bardziej niż zwykle zajęci są ostatnio czytaniem prac innych pedagogów, sięganiem do mądrości swoich naukowych Mistrzów. Śliwerski przywołał K. Kotłowskiego i zacytował czeskiego barda Karela Kryla (1944–1994), który śpiewał, że „każda generacja ma swoją rewolucję i własną emigrację i własnych męczenników”. Czy ci męczennicy rekrutują się też z Uniwersytetu Warszawskiego? Faktem jest, że prof. Śliwerski przytoczył jeszcze jeden cytat, który odnosi się do kryzysu w funkcjonowaniu społeczności uczonych tej uczelni: „Od jakiegoś czasu jest zabawnie. Coraz więcej pracowników nie mówi sobie dzień dobry, a dawni koledzy zaczynają sobie grozić pozwami. Wszystko przez politykę i to, że wielu naukowców zaczęło ją stawiać na piedestale”. Nieprzypadkowo więc przed destrukcyjną mocą wikłania się uczonego w politykę prof. Śliwerski postanowił przestrzec, posiłkując się doświadczeniami i mądrością swojego umiłowanego Mistrza – Karola Kotłowskiego: „Jak uczył mnie mój profesor K. Kotłowski – naukowiec, który jest w strukturach władzy, już nie docieka prawdy, tylko ją głosi”. Wygląda na to, że prof. Kotłowski (1910–1988) wiedział, co mówi. Przekonują o tym dociekania naukowe prof. K. Kotłowskiego nad wychowaniem patriotycznym „w naszej socjalistycznej ojczyźnie”, pomieszczone w książce Rzecz o wychowaniu patriotycznym (Zakład Narodowy Ossolińskich, 1974).

Zanim zajrzymy do tej książki, posłuchajmy, jak zachował w swojej pamięci prof. Kotłowskiego jego wdzięczny wychowanek – prof. Śliwerski: „Wszyscy, którzy poznali go osobiście, byli pod urokiem jego niezwykłej kultury osobistej, wszechstronnego wykształcenia i jakże rzadkiej zdolności mówienia o sprawach trudnych, nawet metafizycznych, w sposób niezwykle klarowny i z troską o piękną polszczyznę. Był nie tylko wspaniałym naukowcem, ale i prawdziwie miłującym ludzi pedagogiem (…). Był bowiem wierny swojej zasadzie troski o młode pokolenie – studentów i naukowców”.

Sięgając do innego tekstu swojego Mistrza (O przyczynach upadku pedagogiki uniwersyteckiej w Polsce Ludowej, Nowa Szkoła 1957, nr 3, s. 373), prof. Śliwerski cytuje: „Wielkich pedagogów należy po prostu obarczyć obowiązkiem kształcenia pedagogicznego narybku, o wartości uczonego powinny decydować nie tylko jego dzieła, lecz i ludzie, jakich po sobie pozostawi”.

Widać najwyraźniej, że prof. Kotłowski ze swojego obowiązku wielkiego pedagoga się wywiązał. Pozostawił nam narybek w postaci rozmiłowanego w swoim Mistrzu i usiłującego go naśladować prof. Śliwerskiego.

Lenin jako autorytet naukowy

Mistrz prof. Śliwerskiego na 8 stronach rozważań wstępnych do książki Rzecz o wychowaniu patriotycznym na autorytet naukowy W. Lenina w różnych kontekstach powołał się 20 razy. W zakończeniu swojej książki napisał: „Wierzę, iż przekonałem czytelnika, że patriotyzm (…) jest do dziś potężną siłą, której nie wolno lekceważyć przy budowie społeczeństwa socjalistycznego, a nawet komunistycznego, odwrotnie – trzeba go wykorzystywać, sprzęgając nierozwiązalnie z walką ludów o wyzwolenie ekonomiczne i klasowe. Starałem się też udowodnić, że ta właśnie droga postępowania wynika z testamentu Lenina”.

Profesorowi Kotłowskiemu zawdzięczamy też m.in. znajomość tego, co Lenin myślał o tak zwanej nowej etyce seksualnej, sięgnął bowiem do źródła (W.I. Lenin, t. XXVII, 1949) i w swojej książce Lenina skrupulatnie zacytował (s. 152). Zapoznajmy się z tą impresją: „Chociaż nie jestem bynajmniej ponurym ascetą, to jednak tak zwane »nowe życie płciowe« młodzieży, a często również i dorosłych, nierzadko wydaje mi się na wskroś burżuazyjne, jest to jakby odmiana zwyczajnego burżuazyjnego domu publicznego. Nie ufam tym, którzy stale i uporczywie pochłonięci są zagadnieniami płci, tak jak fakir indyjski wpatrywaniem się we własny pępek”.

Cóż tu powiedzieć? Ten brak sympatii Lenina do osobników nadmiernie skoncentrowanych na płci nie spodoba się zapewne aktywistom LGBT. A swoją drogą nigdy bym nie przypuszczał, że może mi być po drodze z Leninem…

Dzięki prof. Kotłowskiemu polski czytelnik mógł się też dowiedzieć o walorach i licznych przewagach socjalizmu nad kapitalizmem: „Socjalizm ożywia narody, wyzwala z nich siły, których istnienia nikt dotąd nie podejrzewał, nie pozwala im zasypiać w błogostanie, podnieca i zmusza do ciągłej walki przede wszystkim z własnym zacofaniem i wszelkimi objawami swej słabości, jest wielką szansą dla wszystkich narodów, a przede wszystkim dla tych, które w kapitalizmie nie miały żadnych możliwości rozwoju”.

Mistrz prof. Śliwerskiego nie omieszkał też zauważyć, że w związku z coraz szybszym procesem laicyzacji społeczeństwa, „Bóg przestaje być skutecznym uzasadnieniem postępowania. Istnieją wszelkie podstawy, aby sądzić, że w świadomości większości Polaków zanikło już utożsamianie wyznania z narodowością, a tym samym mit o nierozerwalności losów Polski i katolicyzmu należy w naszym narodzie do przeszłości”. Z książki Kotłowskiego (chodzi o ocenę klimatu społecznego w Polsce lat 70. ubiegłego wieku) wieje entuzjazmem: „Z każdym rokiem zacierają się coraz bardziej dawne antagonizmy, które nie mają już racji bytu w nowych, socjalistycznych stosunkach produkcji. Nigdy w historii nie mieliśmy tak korzystnych warunków do wychowania w duchu patriotyzmu-internacjonalizmu jak obecnie i od nas tylko zależy, aby te warunki wykorzystać w stopniu maksymalnym” (s. 176).

Tej książki nie da się czytać

Zdarzyło się (co nie zdarza się zbyt często), że powyższego entuzjastycznego bełkotu nie wytrzymał nawet prof. B. Śliwerski. W swoim blogu (11 listopada 2016) wygarnął nieżyjącemu już mentorowi: „Po czterdziestu latach nie da się tej książki czytać jako studium o uniwersalnych przesłankach pedagogicznych, gdyż zostało ono wpisane w doktrynę marksizmu-leninizmu.

Rozprawa powinna być ostrzeżeniem dla kolejnych pokoleń, jak instrumentalnie można wykorzystać wartość patriotyzmu do zdominowania pod pozorem budowania zjednoczonej różnorodności państw podmiotu dominacji nad nimi. Może zarazem uświadamiać nam, jak dalece można za pośrednictwem oddziaływań aparatu władzy i sprzężonej z nim polityki oświatowej niszczyć tożsamość narodową w imię ideologicznie, społecznie, kulturowo, gospodarczo, militarnie a nawet wyznaniowo (ateizacja, wychowanie w światopoglądzie świeckim, antyreligijnym) globalnych interesów”.

Chciałoby się powiedzieć: Panie profesorze Śliwerski – tak trzymać! Jakoż na przestrzeni lat prof. Śliwerski poddawał swojego Mistrza zróżnicowanym zabiegom manipulacyjnym. Bywało, że bez większych ceregieli modyfikował jego życiorys naukowy. Oto w Leksykonie pod swoją redakcją stwierdził, że K. Kotłowski „krytykował teorię i praktykę wychowania socjalistycznego” (PWN, 2000, s. 105), ale dwa lata wcześniej był ostrożniejszy i napisał, że jego umiłowany Mistrz „należał do niezwykle kontrowersyjnych postaci w naukach o wychowaniu w okresie PRL, gdyż jego karierę naukową cechowała zarówno niezwykle śmiała publiczna krytyka polskich naukowców za ich prosowiecki serwilizm i pseudonaukowy żargon, jak i podjęcie się beznadziejnej próby powiązania wielkiej humanistyki z koniecznością kształcenia refleksyjnych nauczycieli i wychowania młodych pokoleń w zniewolonej Polsce” (B. Śliwerski, Współczesne teorie i nurty wychowania, Kraków 1998, s. 48).

Kotłowski identyfikuje się z założeniami wychowania socjalistycznego. Świadczy o tym m.in. odwołanie się do B. Suchodolskiego, lidera pedagogiki socjalistycznej w Polsce. „Dla pedagogiki – napisał prof. Kotłowski – nie jest najważniejsze, czym jest dziecko, lecz – jak mówi B. Suchodolski – czym być może i czym być powinno” (Aksjologiczne podstawy wychowania moralnego, 1976, s. 22). Czy można sobie wyobrazić bardziej wyraziste wyznanie wiary pedagogicznego kreatora/doktrynera?

Jedynie słuszna droga

„Wszystko wskazuje na to – pisał K. Kotłowski – że w najbliższej przyszłości należy szukać rozwiązania wielu problemów nie w indywidualizmie, lecz kolektywizmie, że nie wizja postulowana przez Rousseau realizuje się na naszych oczach, lecz wizja Marksa i Lenina” (Aksjologiczne…, s. 52). „Również w duchu marksizmu – napisał w innej swojej książce (Filozofia wartości a zadania pedagogiki, 1968, s. 203) – zaczyna się pojmować takie podstawowe pojęcia jak: demokracja, wolność, internacjonalizm i humanizm. Fakt ten musi nas napawać radością i optymizmem, utwierdzając w przekonaniu, że droga wybrana przez nas należących do obozu socjalistycznego jest słuszna, jest jedynie słuszna”.

W zarysowanym przez prof. Kotłowskiego optymistycznym kontekście wygląda na to, że lata lecą, zmienił się ustrój polityczny, ale duch, jeśli ma lewackie postępowe korzenie, ma też podobne oblicze. Choć zabrzmi to nieprawdopodobnie, rozpoznałem go w ostatnim dniu Zjazdu Pedagogicznego. Wiem, co mówię. Dysponuję narzędziem porównawczym. Bywałem za czasów PRL-u na propagandowych imprezach.

Otóż miałem poczucie, że nad zakończeniem Zjazdu unosił się znany mi z tamtego okresu osobliwy duch zdominowany cwaniacką tendencją do sztucznego wywoływania atmosfery ENTUZJAZMU. Zewsząd lała się pełna deklarowanej ufności radosna serdeczność i satysfakcja – a to z powodu, że w Zjeździe „reprezentowane były wszystkie ośrodki w kraju”, a to, że na Zjeździe osobiście pojawiła się (leciwa już) sztandarowa przedstawicielka pedagogiki socjalistycznej, prof. I. Wojnar.

Organizatorzy Zjazdu nawzajem składali sobie wyrazy szacunku, uznania, podziękowania i gratulacje. Było sporo kwiatów i zapewnień „o wyjątkowości tego jubileuszowego zjazdu, podczas którego prof. Śliwerski i Kwieciński wnieśli wiele nowych myśli”.

Z nadzieją na zwiększenie klarowności wywodu zobaczmy jeszcze, o czym mówił prof. Śliwerski, który rozpoczął swój wykład od przywołania Ucieczki od wolności Ericha Fromma (1900–1980), mieszając zapewne w głowach słuchaczy (o ile rozumieli to, co mówi, i znali poglądy E. Fromma). Przypomnijmy zatem, że Fromm, którego myśli (o zgrozo!) podobają się wielu katolikom, należy do czołowych przedstawicieli lewicy intelektualnej (Nauki o wychowaniu w Polsce w XX wieku, Kielce 1998). Ale tego słuchacze od prof. Śliwerskiego się nie dowiedzieli. Tymczasem znany z zachwalania tzw. religii humanistycznych Fromm przekonywał, że nie chodzi w nich o „głos autorytetu, lecz własny głos człowieka. W religiach humanistycznych – pisał – nie ma głosu Boga w nas, czyli sumienia, lecz tylko głos jednostki jako boga”. Fromm twierdzi, że jednostka może sama kreować normę. W Szkicach z psychologii religii pisał: „W istnieniu ludzkim istotny jest fakt, że człowiek wyłonił się ze świata zwierząt. Człowiek stworzył nowy świat rządzony własnymi prawami i własnym przeznaczeniem. Patrząc na swoje dzieło – indoktrynował E. Fromm – może powiedzieć, że zaprawdę jest ono dobre”.

Co istotne, Fromm dowodził, że w humanistycznych nurtach religii „nie ma ducha nienawiści i nietolerancji”, bo one rzekomo „patrzą na właściwą człowiekowi skłonność człowieka do gwałcenia norm życia ze zrozumieniem i miłością, a nie z pogardą” (A. Ciborowska, Nasz Dziennik, 2019). Każdy przyzna, że w czasach agresywnej i nieubłaganej walki z nienawiścią dobrze się tego słucha.

Zbliżając się do końca dzisiejszej refleksji – proszę organizatorów Zjazdu, aby mi to darowali – muszę się podzielić jeszcze jednym spostrzeżeniem. Otóż przebieg końcówki Zjazdu przypominał trochę opisaną przez A. Płatonowa (1899–1951) dramaturgię kopania dołu przez proletariat, który (jak powszechnie na gruncie marksizmu było wiadomo) żyje entuzjazmem. Kopacze – przypomnijmy – ryją dół pod fundamenty wszechproletariackiego domu, pod fundamenty komunizmu.

„– Dziś sobota – stwierdził inżynier – czas kończyć(…). – Jak to kończyć? – zapytał Czyklin. – Wywali jeszcze każdy kubik albo półtora, wcześniej nie ma co kończyć. – Trzeba kończyć – sprzeciwił się kierownik odcinka. – Pracujecie już ponad sześć godzin, a jest przepis. – To przepis tylko dla elementów wycofanych – nie ustępował Czyklin – a mnie jeszcze ciutek siły się został i spać się nie wycofuję. Kto co myśli? – zapytał wszystkich. – Do wieczora daleko – stwierdził Safronow – co ma życie ginąć po próżnicy, lepiej coś zróbmy. Nie jesteśmy zwierzęta, możemy przecież żyć entuzjazmem!”.

Otóż to! Mam wrażenie, że elementy owego apelu Safronowa: „lepiej coś zróbmy” – obecne były w niektórych stwierdzeniach kończących zjazd (dyskusji, głosów, zapytań z sali nie przewidziano). „Wszyscy czekamy na zakończenie zjazdu, bo obiad czeka. Następny zjazd w 2022 roku” – poinformowali w ostatnim słowie organizatorzy. Słysząc to, szeregowy pedagogiczny proletariusz może więc spokojnie odetchnąć. Dzięki aktywności postępowych sterników akademickiej pedagogiki (zorganizują mu kolejny zjazd) nie musi się martwić, że grozi mu, iż będzie żył po próżnicy. A bardziej serio: w zarysowanym kontekście warto przywołać przypowieść, którą Jezus opowiedział swoim uczniom, gdyż nie straciła na aktualności:

„Czy może niewidomy prowadzić niewidomego? Czy nie wpadną w dół obydwaj?” Oczywiste jest, a zdaje się tego dowodzić także historia dotychczasowych Ogólnopolskich Zjazdów Pedagogicznych, że niewidomy nie może być przewodnikiem dla niewidomego. Niewidomego musi prowadzić ktoś, kto widzi.

PS

Wszelkie talmudyczne tłumaczenia lewoskrętnego salonu pedagogicznego o respektowaniu przez nich pluralizmu, wolności, tolerancji, demokracji itp. nie zmienią prostego faktu, że stoją oni po stronie postmodernistycznego barbarzyństwa. Przyglądając się zmienności, zygzakowatości ocen dorobku naukowego akademickiej pedagogiki, można ją ocenić mniej więcej tak, jak pewien pułkownik francuski sytuację po upadku Francji w roku 1940: „Sytuacja jest poważna, ale nie beznadziejna, lub też beznadziejna, ale niepoważna; trudno się zorientować”.

Artykuł Herberta Kopca pt. „Było niejasno i daremnie” znajduje się na s. 5 grudniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 66/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Następny numer naszej Gazety Niecodziennej znajdzie się w sprzedaży 16 stycznia 2020 roku!

Artykuł Herberta Kopca pt. „Było niejasno i daremnie” na s. 5 grudniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 66/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Zobacz także:


 

Republikanie komentują


Facebook