Miejsce kaźni Polaków w Limanowej będzie zburzone bez upamiętnienia… / Paweł Zastrzeżyński, "Śląski Kurier WNET" 70/2020 - WNET.fm
Top bar
Reklama
Włącz radio Aktualny Poranek Wspieraj WNET Szukaj

Miejsce kaźni Polaków w Limanowej będzie zburzone bez upamiętnienia… / Paweł Zastrzeżyński, „Śląski Kurier WNET” 70/2020

Pałacyk "Pod Pszczółką" w Limanowej. Fot. NAC

W Pałacyku „Pod Pszczółką” przy pogłębianiu piwnicy, w której nie mieściły się słupki transporterów z alkoholem, natrafiono na ludzkie kości; jednak w obawie o utratę koncesji zakopano je z powrotem.

Paweł Zastrzeżyński

Pałacyk „Pod Pszczółką” w Limanowej

Lekceważenie pamięci o męczeństwie

Pałacyk „Pod Pszczółką” w Limanowej powstał jako manifest polskości. Mieszczące się w Pałacyku Towarzystwo Zaliczkowe i Ochrony Własności Ziemskiej za główne cele stawiało sobie ochronę polskich majątków przed lichwą. Pierwotnie w szczycie fasady frontowej znajdowała się podobizna pszczoły – symbolu pracowitości i zaradności. W okresie PRL symbol ten został skuty. A idea budowy pałacyku – całkowicie zaprzedana.

Podczas II wojny światowej budynek został przejęty przez Gestapo. To z tego miejsca wysyłano limanowian do obozów koncentracyjnych. Po wojnie budynek przejął lokalny Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, na czele którego stał Stanisław Wałach, słynny tym, że przyczynił się do śmierci „Ognia” i do rozbicia jego oddziału.

W nagrodę został mianowany szefem delegatury krakowskiej. Do 1989 roku budynek był siedzibą Służby Bezpieczeństwa. Jednak dla limanowian ogólna wiedza o tym miejscu jest taka, że mieścił się tam urząd paszportowy, a po 1989 r. sklep papierniczy. W 2009 roku chciano zburzyć Pałacyk i postawić tam nowoczesny kompleks biurowy. Pomysłodawcą tej nowej inwestycji był właściciel budynku, czyli Bank Spółdzielczy w Limanowej, który jest kontynuatorem tradycji Towarzystwa Zaliczkowego.

20 czerwca 2018 roku zostało wysłane zawiadomienie do Prokuratury IPN, że w Pałacyku „Pod Pszczółką” przy pogłębianiu piwnicy, w której nie mieściły się słupki transporterów z alkoholem, natrafiono na ludzkie kości; jednak w obawie o utratę koncesji zakopano je z powrotem. Prokurator IPN wszczął śledztwo, które po roku zostało umorzone, gdyż osoba, która przekazała tę informację, nie chciała ujawnić swoich źródeł. Po umorzeniu sprawę przejął pion poszukiwawczy IPN. Kwerenda dotycząca limanowskiej katowni w ciągu dwóch lat objęła ok. 16 000 stron dokumentów, co stanowi mały promil zasobów archiwalnych. Wśród wielu dokumentów, zeznań, opisów, raportów odnaleziono listę osób poddanych represjom w limanowskim UB. Rok 1945: aresztowano 170 osób, zabito 13; rok 1946 – aresztowano 267 osób, zabito 10, rok 1947 – aresztowano 70 osób; w 1948 r. aresztowano 38 osób, w 1949 – aresztowano 106 osób, zabito 1; w 1950 r. aresztowano 12 osób, zabito 3 osoby; w 1951 r. aresztowano 6 osób; w 1952 – 41 osób, 1953 r. – aresztowano 3 osoby. W latach 1945–1960 aresztowano 740 osób. Z raportów wynika, że w jednym tygodniu aresztowano nawet ok. 50 osób. Cele mieściły się w piwnicach. Jedna z pracownic banku, która była żoną jednego z limanowskich katów, zwierzyła się, że w banku palono kości; czy ludzkie?…

O wynikach pracy w IPN na temat limanowskiej katowni społeczeństwo systematycznie było informowane przez portal limanowa.in., od którego niemal każdy limanowianin zaczyna dzień. To przeszło milion wyświetleń miesięcznie. Świadomość tego, czym był Pałacyk „Pod Pszczółką”, coraz bardziej wszystkich przerażała. Zaczęły pojawiać się naciski, aby zaprzestać publikacji.

W wyniku przeszło 50 tekstów na temat limanowskiej katowni, opublikowanych od czasu zawiadomienia do prokuratury, zaczęły napływać coraz bardziej wstrząsające informacje oraz świadkowie, którzy mówili, że ludzkie kości mogą znajdować się nie tylko w piwnicach Pałacyku, ale i w innych miejscach w Limanowej, gdzie działał UB.

Siostra żony limanowskiego kata, który został zabity, czy też powiesił się w Pałacyku „Pod Pszczółką”, wskazała miejsce na tyłach katowni, gdzie został zakopany ksiądz. Wnuk byłego funkcjonariusza UB przekazał informację, którą usłyszał od dziadka, że ludzie byli wrzucani do szamba obok katowni. Umiejscowienie szamba potwierdził pierwszy najemca budynku po roku 1989, który też jako pierwszy cywil oglądał piwnice Pałacyku. Podkreślił, że ściany były rozkute. Inny świadek, były pracownik SB, targany wyrzutami sumienia, potwierdził krążące na temat katowni informacje i dodał, że w piwnicy domurowano ściankę, która zasłania ścianę śmierci, przy której dokonywano egzekucji. Rozkuwanie ścian mogło mieć na celu wydobycie kul. Ta sama osoba wskazała, że ciała mogą być również zakopane przed budynkiem. Katowanemu w tym miejscu dziadkowi innego świadka grożono – co potwierdzają akta IPN – że jeżeli nie będzie mówił, o zostanie zakopany tam, gdzie te smreki…

Przełomowym momentem w odkrywaniu informacji na temat Pałacyku „Pod Pszczółką” stały się akta sprawy, którą prowadziła Prokuratura IPN w sprawie oprawców z limanowskiej katowni

Śledztwo zostało umorzone w 2015 r. w wyniku śmierci oskarżonego. Jednak w protokołach przesłuchań zachowały się zeznania świadków. Sześć wstrząsających historii ws. zbrodni w „Pałacyku pod Pszczółką”.

I. „Wszyscy byli zwyrodnialcami. Byłem cały obity, popuchnięty, obsiniaczony”

Zatrzymali mnie funkcjonariusze UB i KBW z Limanowej (…). Po zatrzymaniu następnie przesłuchiwali mnie co zostało wszystko spisane na protokół, lecz nie zgodnie z moimi zeznaniami. Przesłuchania miały miejsce przeważnie w nocy przez jednego osobnika i podczas przesłuchania przeważnie wszyscy przesłuchiwani byli bici, jak też było słychać do cel krzyki, jęki itp., a po przeprowadzeniu do celi przesłuchanego nosił on ślady mocnego pobicia (…). Przesłuchania trwały nawet do 12-tu godzin. Podczas przesłuchań ja byłem bity pałką gumową, pejczem, laską drewnianą we wszystkie części ciała a także po piętach. Podczas przesłuchań ja nie otrzymywałem żadnego postanowienia o wszczęciu postępowania, nie było żadnego prokuratora jak i nie otrzymałem postępowania o tymczasowym aresztowaniu (…). Dodaje, że w czasie pobytu w Limanowej było dwóch strażników braci o nazwisku Kulig urodzonych w miejscowości Stara Wieś tj. KRP Limanowa, którzy w miesiącu grudniu 1946 r. przyszli do naszej celi w stanie nietrzeźwym i bez żadnego powodu strasznie bili wszystkich więźniów także i mnie. Robili to w każdej celi ze wszystkimi więźniami.

Dokument określony jako „bez wartości historycznej” | Fot. Paweł Zastrzeżyński. Fotografia materiału pochodzącego z kwerendy autora w IPN związku ze śledztwem „Geneza Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej w odniesieniu do środowiska filmowego uwikłanego w struktury Służby Bezpieczeństwa PRL”.

Zostałem zatrzymany w nocy przez funkcjonariuszy UB i KBW. O tym, że ci funkcjonariusze byli z Limanowej domyśliłem się po tym, że zawieziono nas do Limanowej. Było też KBW to wiem na pewno. Wszystkich doprowadzono i załadowano do samochodu ciężarowego. Potem przewieziono nas do budynku UB w Limanowej. Tam byliśmy w kilku celach, w piwnicach budynku. Warunki były straszne. Nam doskwierał oprócz głodu przeraźliwy chłód, była zima – koło listopada, a byliśmy tam do lutego. W pomieszczeniach był beton i były one nieogrzewane. Mieliśmy po 1 kocyku. Zaraz rozpoczęło się śledztwo. Byliśmy oddzielnie przesłuchiwani. Mnie przesłuchiwał Marian Koza, Kwałuszek i Proncer. Każdy przesłuchiwał mnie w innym czasie, nie równocześnie (…). Najbardziej bił mnie Koza. Jak zeznałem bił mnie po całym ciele, kopał. Byłem cały obity, popuchnięty, obsiniaczony (…). Wszyscy byli zwyrodnialcami. Proncer bił mnie po całym ciele, kopał w trakcie przesłuchań. Biciem reagowano na jakikolwiek sprzeciw.

Przesłuchanie wyglądało w ten sposób, że pisali co chcieli a gdy przesłuchiwany zaprzeczał, albo nie chciał podpisać nieprawdziwych protokołów był bity (…).

Wiem, że byli bici wszyscy. Pamiętam, że przed Mikołajem wszyscy w celach zostali pobici przez strażników o nazwisku Kulig pochodzących ze Starej Wsi. Byli oni braćmi. Bili mnie po całym ciele. Było to w nocy. Oni byli pijani. Nie widziałem jak Koza czy Proncer bili innych, robili to na osobności w trakcie przesłuchań.

Widziałem tylko ślady ich działalności gdy koledzy wracali do celi, byli popuchnięci, posiniaczeni. Do lutego 1947 r. byliśmy w śledztwie na UB w Limanowej (…). W Krakowie na Montelupich pamiętam, że była straszna ciasnota, ale warunki lepsze, strażnicy zachowywali się poprawnie, nie było takiego zezwierzęcenia jak w Limanowej.

II. „Byłem tak wykończony, że prosiłem przesłuchujących aby mnie zastrzelili”

Z końcem listopada 1946 r. do mego domu w Szczyrzycu przybyli funkcjonariusze UB. Otoczyli dom i wezwali do otwarcia drzwi (…). Do mieszkania weszło chyba 5 umundurowanych funkcjonariuszy i oświadczyli, że są funkcjonariuszami PUBP w Limanowej, sprawdzili moją tożsamość i jeden z nich oświadczył, że jestem aresztowany (…). Przewieziono nas samochodem pod konwojem funkcjonariuszy UB do Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Limanowej [Pałacyk Pod Pszczółką – przyp. red.]. Umieszczono nas w areszcie tego Urzędu, który znajdował się w piwnicy. Do PUBP przywieziono nas chyba nad ranem. Po południu zostałem zabrany do celi na przesłuchanie.

Śledztwo w mojej sprawie prowadzili funkcjonariusze UB por. Koza i Kwałuszek. W czasie przesłuchania zarzucono mi przynależność do band, chęć obalenia przemocą ustroju Polski, posiadanie broni, udział w napadach. Ja do niczego się nie przyznałem. Zmuszali mnie do przyznania się, por. Koza używał w stosunku do mnie przemocy polegającej na biciu po całym ciele, deptał leżącego na ziemi. Było zdarzenie iż wyprowadził mnie z budynku do pomieszczenia znajdującego się na podworcu Urzędu, gdzie znajdował się rozpalony do czerwoności piec żelazny węglowy, rozpalony pogrzebacz zbliżał do moich oczu grożąc wypaleniem oczu. Poczynaniom Kozy przyglądała się jakaś kobieta, która miała być jego narzeczoną (…).

Zdarzyło się również iż Koza pobił mnie na skutek czego straciłem przytomność, wlókł mnie wtedy na korytarz z pokoju przesłuchań i tam oblał mnie wiadrem wody. Działo się to w grudniu, gdy na polu był mróz i w korytarzu było bardzo zimno (…).

Oprócz Kozy bili mnie również inni funkcjonariusze, których nazwisk nie pamiętam. Zdarzyło się bowiem, że w czasie przesłuchania, Koza wzywał do pokoju przesłuchań innych funkcjonariuszy, którzy bili mnie kolbami karabinów. Przesłuchania odbywały się bardzo często niezależnie od pory dnia czy nocy. Były długotrwałe w przypadku prowadzenia ich przez Kozę zawsze połączone z biciem i znęcaniem się. Byłem tak wykończony, że prosiłem przesłuchujących aby mnie zastrzelili.

III. „Potężny ból, ale nie zostawiał trwałych śladów. Wróciłem zrujnowany psychicznie”

Gdy zostaliśmy razem ze wszystkimi aresztowani (…). Skrzydlną otoczyło około 2000 funkcjonariuszy KBW, UB i okolicznych milicjantów. Było tak szczelnie, że „mysz” się nie prześlizgnęła (…).

Okrutnie bił mnie Koza. Polecał mi siadać na podłodze, nogi włożyć na stołek, ty sk****synu będziesz mówił czy nie – takie pytania zadawał i bił prętem żelaznym po piętach.

Gdy w czerwcu 1947 r. wyszedłem z więzienia to nie mogłem dalej chodzić (…). Był to potężny ból, ale nie zostawiał trwałych śladów fizycznych, natomiast wróciłem zrujnowany psychicznie. Wszystko to zapamiętałem całe życie i do dziś to pamiętam (…).

Banda ubowców wracała pijana w soboty wieczorami. Byliśmy wywoływani na korytarz i ustawiani pod ścianą. Koza chodził z bykowcem i podchodził do kolejnych, ubliżał im, po czym polecał odwrócić się i bił tym bykowcem, kopał nie tylko sam, ale dobiegali inni. Bił też Zięba, ale nie potrafię sobie przypomnieć kogo. Byliśmy przerażeni (…).

Niedaleko od nas stał Tafel Józef – już nie żyjący. Pamiętam go, był wysoki i przystojny. Tak go zbili, że stracił przytomność gdy leżał na ziemi, dalej go bili (…). Tafel zmarł jak pamiętam niedługo po opuszczeniu więzienia z powodu właśnie tego bicia (…). Pamiętam, że zaraz po wyjściu z więzienia zmarł też Jan Rak, który w ogóle nie był w Organizacji, tak go bito chcąc wymusić na nim przyznanie. Nie wiedział kto go bił, ale wiem, że zaraz po wyjściu z więzienia zmarł (…).

Wracając do Limanowej to chciałem podać, że warunki pobytu też oprócz przesłuchań, które opisałem były fatalne. Zimno, okna bez szyb, przy 20 stopniowym mrozie. Były wyra z fragmentami słomy. Nie było sanitariatów, jedynie kubeł w celi dla wszystkich.

IV. „W wyniku takich przesłuchań nie byliśmy podobni do ludzi”

Z powodu przynależności do Narodowych Sił Zbrojnych, do których wstąpiłem po styczniu 1945 r. zostałem aresztowany przez UB i NKWD w dniu 23 listopada 1946 r. Aresztowany zostałem gdy przebywałem w swoim domu w Skrzydlnej. Po aresztowaniu przewieziono mnie do siedziby UB w Limanowej. Tutaj poddano mnie i moich współtowarzyszy, których aresztowano wówczas w liczbie około 23 osób z terenu Skrzydlnej i Jodłownika, szczególnemu śledztwu. I nie kończącym się przesłuchaniom polegającym na nieustannym biciu i katowaniu. Przypisywano nam różne rzeczy, które miały miejsce na terenie limanowskim i żądano od nas przyznania się do nich.

Przesłuchanie wyglądało w ten sposób, że zaprowadzono nas do specjalnie urządzonej na przesłuchania szopy, gdzie stał żelazny piecyk opalany węglem i drzewem. W tej szopie kazano kłaść się na ziemi i szczuto nas wtedy psami.

Ponieważ pies nie zawsze chciał gryźć wtedy przesłuchujący skakali na nas ze stołu, a także przykładali nam do ciała rozgrzany w piecu pogrzebacz. Nadto bito nas pięściami i rękami po całym ciele, to bicie nie znaczyło nic w stosunku do innych metod przesłuchiwania.

W wyniku takich przesłuchań nie byliśmy podobni do ludzi. Byliśmy cali opuchnięci i ja miałem zgniecione jądro. W Limanowej przebywałem chyba około 3 miesięcy.

V. „Zemdlałam, jak go zobaczyłam – taki był pokiereszowany i zbity”

Celem naszej działalności było dążenie do niepodległości Polski. Ja byłam łącznikiem. Po wojnie dalej prowadziliśmy działania (…). Zostałam zatrzymana w czasie akcji UB z Limanowej. Przewieziono mnie do budynku UB (…). Byłam popychania i zmuszana do ujawnienia prawdy. Nic nie powiedziałam, mimo że bardzo się bałam. Popychali mnie przesłuchujący. Byli uzbrojeni (…).

Mój brat był sądzony przez b. Wojskowy Sąd Rejonowy w Krakowie wraz z innymi i był skazany. Odwiedziłam go w Krakowie i pamiętam, że zemdlałam jak go zobaczyłam, taki był pokiereszowany i zbity. Widziałam ich po ogłoszeniu wyroku, o ile pamiętam był to wyrok śmierci, potem zmieniony amnestią. [Z urzędu stwierdza się, że świadek mówiąc o tym płacze, przeżywając te czasy na nowo].

VI. „Mąż po powrocie był wrakiem człowieka. Często opowiadał o swoich przeżyciach, chciał żeby ujrzały światło dzienne”

Mąż opowiadał wielokrotnie o akcjach jakie prowadził, jak też o strukturze i sposobie działania Armii Krajowej. Każdy kto początkowo sympatyzował a potem został zaprzysiężony – był jak w służbie wojskowej (…). Pomagali też zdobywając żywność działającym jeszcze resztkom ugrupowań „Ognia” (…).

Z tego co mąż opowiadał zostali zdradzeni przez konfidenta, który wniknął w ich szeregi. W jedną noc zatrzymali ich wszystkich. Zostali przewiezieni do siedziby PUBP w Limanowej. Tam było śledztwo. Mąż opowiadał, że był tam okrutnie katowany, że przechodziło to ludzkie wyobrażenie. Był bity po twarzy, po całym ciele. Kopany w krocze, przypalany rozgrzanym do czerwoności pogrzebaczem też w krocze (…).

Miał on wybite trzy przednie zęby, zaś pozostałe były od kopania naruszone. Widziałam, że miał cofniętą szczękę, był cały siny, miał ślady po oparzeniach. Tak wyglądali też jego współtowarzysze. Wiem, że w Limanowej miał połamane żebra. Mąż opowiadał, że zmuszano ich do podpisywania czystych w zasadzie protokołów. Napisano jedynie część, zaś pozostała była „uzupełniona” przez funkcjonariuszy UB. Najbardziej w czasie pobytu w Limanowej pobito ich w Mikołajki 1946 r. Wszyscy byli tak zbici, że jeden drugiego w celi nie poznał. Zbitych i skatowanych wrzucano do celi. Mąż opowiadał szczegóły, ale już ich nie pamiętam i nie chce sobie tego przypominać, tak bardzo cierpieli (…).

Mąż dostał karę śmierci. Do dzisiaj podrywam się gdy słyszę o jakimś wyroku, mam przed oczami ten czas kiedy dowiedziałam się o tym, że mąż ma wyrok śmierci. Ja czekałam na męża, potem okazało się, że 9 lat czekałam (…).

Mąż po powrocie był chory, bolały go praktycznie wszystkie stawy i narządy – był wrakiem człowieka. Często opowiadał o swoich przeżyciach, chciał żeby ujrzały światło dzienne.

Po odbyciu kary należnej mąż często był nachodzony, przez 3 lata musiał się meldować na posterunku w Skrzydlnej. Często nachodzili nasz dom, wzywali go do WUBP w Krakowie. Gdy stamtąd wracał, był ciężko wystraszony – mówili mu, że wykończą jego i rodzinę. Ciągle bał się, że go przejadą samochodem, czym mu grożono, i nie będzie świadków (…). Przez całe życie praktycznie mieliśmy problemy jako „wywrotowcy”. Nie mogliśmy kupić niezbędnego sprzętu rolniczego, który był na przydział. Ciągle nawiązywano do działalności męża z NOW. Mąż był patriotą, zawsze powtarzał, że jest Polakiem i za Polskę odda życie.

Niecałe 3 tygodnie po opublikowaniu tego tekstu Bank Spółdzielczy w Limanowej, który był właścicielem Pałacyku „Pod Pszczółką”, sprzedał go. Pojawiła się informacja, że nowy właściciel będzie chciał zburzyć budynek. Inwestor zwrócił się do dr. Dawida Golika, szefa Biura Poszukiwań i Identyfikacji z krakowskiego IPN z pytaniem o plany IPN wobec Pałacyku. W odpowiedzi wskazano trzy pola planowanych działań, tj. sondażowe prace na terenie dawnej siedziby, nadzór nad pracami budowlanymi, gdyby ruszyła tam inwestycja, upamiętnienie miejsca tablicą. Jednocześnie podkreślono, że rolą IPN jest zadbanie przede wszystkim o to, żeby nie dopuścić do zniszczenia tajnych pochówków, a wartość historyczna i symboliczna budynku jest bezsporna. Tak też ocenił ją Naczelnik Oddziałowego Biura Upamiętniania Walk i Męczeństwa IPN w Krakowie, dr Maciej Korkuć, który jednoznaczne stwierdził, że zadaniem IPN jest sprawdzić, czy w tym miejscu znajdują się tajne pochówki. Konserwator zabytków w Krakowie oświadczył zaś, że żadne pozwolenie na budowę nie zostało wydane, a obiekt ma kartę WEZ.

Co na to władze miasta?

Od 1989 roku nie pojawiła się żadna oficjalna informacja na temat limanowskiej katowni UB. Bank Spółdzielczy starannie opisywał swoją historię w odniesieniu do idei spółdzielczości i działania dla dobra społeczności lokalnej. Miasto, gmina, powiat, parafia mają swoje konta w tym banku. To tu spływają wszelkie subwencje. Logo banku jest najbardziej rozpoznawalnym emblematem w mieście. Bank finansuje konkurs palm wielkanocnych i wydarzenia w szkołach… To ten bank pomagał wzrastać lokalnemu kapitałowi po obaleniu komunizmu. I małe, rodzinne firmy dziś przerodziły się w olbrzymi kapitał. I ten kapitał kupił katownię, a na miejscu Pałacyku „Pod Pszczółką” zbuduje galerię handlową.

Budynki wokół katowni są do sprzedania. Jeden z nich, budynek sądu, miasto w marcu wystawi na licytację. Obok stoi budynek milicyjny. Już opróżniony. Po drugiej stronie milionowa inwestycja – Maślany Rynek, który nigdy nie został otwarty dla społeczeństwa. Straszy pustką, ale parking jest gotowy. Cały teren to około 1 hektara w centrum miasta. Teren działania byłej katowni UB w Limanowej to dziś teren inwestycyjny kapitału dysponującego setkami milionów złotych i – znając realia limanowskie – Pałacyk „Pod Pszczółką” już przestał istnieć.

Wśród dokumentów odnalezionych w IPN na szczególną uwagę zasługuje informacja z 1966 r. o jednym z setek aresztowanych w limanowskiej katowni, przesłana przez limanowskie SB do SB w Krakowie: człowiek ten został skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano. Na karcie widnieje odręczny dopisek, że materiały nie stanowią wartości historycznej.

Artykuł Pawła Zastrzeżyńskiego pt. „Pałacyk »Pod Pszczółką« w Limanowej. Lekceważenie pamięci o męczeństwie” znajduje się na s. 1 i 2 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 70/2020, gratis.kurierwnet.pl.

 


Do odwołania ograniczeń w kontaktach, związanych z obowiązującym w Polsce stanem epidemii, „Kurier WNET” wraz z wydaniami regionalnymi naszej Gazety Niecodziennej będzie dostępny jedynie w wersji elektronicznej, BEZPŁATNIE, pod adresem gratis.kurierwnet.pl.

O wszelkich zmianach będziemy Państwa informować na naszym portalu i na antenie Radia Wnet.

Artykuł Pawła Zastrzeżyńskiego pt. „Pałacyk »Pod Pszczółką« w Limanowej. Lekceważenie pamięci o męczeństwie” na s. 1 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 70/2020, gratis.kurierwnet.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Zobacz także:


 

Republikanie komentują


Facebook