Top bar
Reklama
Włącz radio Aktualny Poranek Wspieraj WNET Szukaj

Jeśli nadejdzie koniec świata, należy przyjechać do Wiednia i będzie się miało jeszcze dwadzieścia lat spokojnego życia

Fot. Clayton Tang (CC A-S 3.0, Wikipedia)

Wszyscy nasi kompozytorzy mają niezwykły talent do pisania pięknych melodii, które Polakowi jest łatwo zrozumieć, jest oczywiste, jak to zaśpiewać, frazować, a dla obcokrajowca nie jest to proste.

Antoni Opaliński
Marta Gardolińska

Dzisiaj muzyka klasyczna to właściwie jaka?

Trudne pytanie… Właściwie muzyka klasyczna to jest wciąż muzyka XVIII i XIX wieku, może początku XX… Szczególnie w Wiedniu, gdzie repertuar obraca się wokół utworów, które zostały napisane ponad 100 lat temu i są powtarzane na światowym poziomie. Poniekąd jest to taka sztuka muzealna. Oczywiście na świecie jest sporo współczesnych kompozytorów, którzy bardzo prężnie działają, ale pod tym względem Wiedeń jeszcze nie jest pionierem. Tutaj raczej przyjeżdża się, żeby poznać tradycję przekazaną w pewnym sensie „z ust do ust”, tradycję muzykowania, frazowania, kultury dźwięku. A jeżeli chodzi o nowości, to można zaczerpnąć wiedzy w różnych innych miejscach na świecie.

Czyli raczej jest to miasto konserwatywne niż miasto awangardy?

Jak najbardziej, zresztą myślę, że Wiedeńczycy zdają sobie z tego sprawę i są z tego dumni. Jest taka anegdota – jej bohater zmienia się w zależności od tego, kto opowiada. Według jednej z wersji był to Gustaw Mahler, który powiedział, że jeśli nadejdzie koniec świata, to należy przyjechać do Wiednia i będzie się miało jeszcze dwadzieścia lat spokojnego życia. Ponieważ tutaj wszystko się dzieje z opóźnieniem. Cokolwiek się zdarzy na świecie, w Wiedniu jeszcze chwilę potrwa, zanim wiadomość o tym przyjdzie, zanim Wiedeńczycy się zastanowią, czy im się to podoba i zdecydują się – być może – przyjąć tę zmianę. (…)

Jakie szczególne predyspozycje trzeba mieć – poza oczywiście talentem muzycznym, absolutnym słuchem – żeby zostać dyrygentem?

Mam wrażenie, że trzeba lubić ludzi, szczególnie w obecnych czasach. Dzisiaj profil każdego dyrygenta, w ogóle każdego, kto zarządza większą ilością ludzi, trochę się zmienił. Zarządzanie na zasadzie tyranii czy dyktatury nie ma racji bytu. Dużo się mówi o motywowaniu, tworzeniu właściwej atmosfery w zespole. Trzeba lubić ludzi, mieć dużo szacunku do nich, do ich umiejętności. Trzeba naprawdę bardzo kochać muzykę, mieć do tego ogromną pasję.

Jest to zawód trudny ze względu na wszystkie kwestie, które nie mają nic wspólnego z muzyką, np. sprawy organizacyjne, kwestie psychologiczne pracy z grupą, w której każdy ma swoje ego, rozwiązywanie konfliktów, organizację czasu. Jest dużo aspektów, które czasem powodują, że muzyka odpływa na drugi plan. Trzeba mieć mechanizm przypominania sobie, że jednak chodzi o muzykę, a wtedy cały stres się opłaca. (…)

Czy w muzyce można powiedzieć jeszcze coś nowego? Zwłaszcza w obszarze interpretacji klasyków wiedeńskich – przecież to było tyle razy grane, tylu geniuszy się tym zajmowało…

W pewnym sensie można. Tak jak we wszystkich innych obszarach, również w wykonawstwie muzycznym są trendy. Był trend przez większą część XX wieku, żeby te utwory „rozdmuchiwać” pod względem ilości wykonawców, robić z nich wielkie i ciężkie utwory. W tej chwili trend jest taki, żeby czytać, jak to było wykonywane wtedy, kiedy te utwory zostały napisane, stosować tak zwane wykonawstwo historycznie świadome.

Potem przyszły instrumenty bądź oryginalne, bądź tworzone obecnie, ale według XIX-wiecznych wytycznych. Czyli gramy na instrumentach, które mają zupełnie inne możliwości barwowe. Mozart nagrany pięćdziesiąt lat temu brzmi zupełnie inaczej niż wykonany w tej chwili.

Można się wczytywać w traktaty, dalej są odkrywane zagubione utwory, zagubione listy. To wciąż można robić. Z drugiej strony, zawsze trzeba sobie zadać pytanie, czy to o to chodzi, żeby było coś nowego. Może to tylko kwestia tego, żeby zagrać koncert dla kogoś, kto jeszcze tego nie słyszał.

Ważną rzeczą, zapominaną w dobie internetu i YoTube – jest wartość wykonania na żywo. Innym doświadczeniem jest koncert przeżyty w sali koncertowej, gdzie widzi się wykonawców, gdzie jest spore ryzyko błędu, co też dodaje emocji, a czym innym oglądanie na YouTube tego samego nagrania, które jest wyczyszczone i widzimy je przez ekran komputera. (…)

Cały wywiad Antoniego Opalińskiego z Martą Gardolińską, polską dyrygentką mieszkającą i pracującą w Wiedniu, pt. „Wiedeń – miasto klasyki, któremu się nie spieszy”, znajduje się na s. 15 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Antoniego Opalińskiego z Martą Gardolińską” na s. 15 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Zobacz także:


 

Republikanie komentują

  1. Byłem w Wiedniu w ubiegłym roku w sierpniu. Miasto jest przede wszystkim brudne. Ten brud rzuca się w oczy. Właściwie poza otoczeniem pałaców Hofburg i Schoenbrunn oraz wiedeńskiego Ringu, wszędzie pełno papierów, szmat i nieczystości. Ponadto bezdomni okupujący ławki, trawniki i fontanny oraz rzesza emigrantów z krajów muzułmańskich, którym miasto nakazało rozdawać ulotki informacyjne, przystrajając ich w stroje z epoki Mozarta, co dawało komiczny efekt.
    Akurat tak się złożyło, że w ub. roku wypadała setna rocznica śmierci cesarza Franciszka Józefa „Najjaśniejszego Pana”, jak do tej pory nazywa Go wielu miłośników i zwolenników Monarchii Habsburgów. No i gdy poszedłem zwiedzić kryptę cesarską w kościele kapucynów, to zobaczyłem rusztowania, bo akurat prowadzono remont elewacji zewnętrznej tego kościoła. Nie wiem, kto planował remont elewacji kościoła kapucynów, ale moim zdaniem, powinien zaplanować to rok wcześniej, bo w setną rocznicę śmierci cesarza do miasta przyjechało wielu turystów, którzy chcieli uczcić pamięć Franciszka Józefa, no i zobaczyli rusztowania.
    No i te przereklamowane cukiernie (szczególnie sieć „Aida”), gdzie obsługa mówi jedynie „nur deutsch”. A kawa i ciasta (nawet słynny tort Sachera) mają specyficzny, ostry smak.
    Jakimż przeciwieństwem Wiednia jest leżąca 40 km na wschód Bratysława! To na rynku bratysławskim można zobaczyć odnowione secesyjne kamienice, na parterach których znajdowały się zaciszne kafejki, serwujące pyszne lody i kawę. No i ceny. Mimo, że i w Austrii i na Słowacji obowiązuje euro, to ceny bratysławskie są tak „na oko” 20-25% niższe.
    Odnowiony został także błękitny kościół pw. św. Elżbiety, ufundowany przez Franciszka Józefa, jako wotum pamięci dla cesarzowej Sissi.
    Tak, to w Bratysławie poczułem tę specyficzną atmosferę „monarchii Najjaśniejszego Pana”. W Wiedniu niestety nie. I to jest przykre.


Facebook