Czy guziki od munduru kpt. Edwarda Herberta spoczywają na dnie Morza Białego?/ Sławomir Matusz, "Kurier WNET" nr 89 - WNET.fm
Top bar
Reklama
Włącz radio Aktualny Poranek Wspieraj WNET Szukaj

Czy guziki od munduru kpt. Edwarda Herberta spoczywają na dnie Morza Białego?/ Sławomir Matusz, „Kurier WNET” nr 89

Nieśmiertelnik i medalik chrzcielny odzyskane z grobów katyńskich | Fot. Niemieckie Archiwa Federalne, domena publiczna

Nie można zrezygnować z tego, że ten naród jest inny od innych narodów, że ma prawo do istnienia, własnej suwerenności, własnego języka, tradycji i kultury. One zasługują na szacunek i miłość.

Sławomir Matusz

Gdzie są guziki z munduru kpt. Edwarda Herberta?

Na marginesie wiersza Guziki Zbigniewa Herberta i wojennych wspomnień Józefa Czapskiego

Popularne porzekadło mówi: „guzik dostaniesz”, czyli tyle co guzik albo nic. A skoro „guzik dostaniemy”, to niewiele się dowiemy. Tymczasem Zbigniew Herbert poświęcił guzikom ważny wiersz. Guzikom szczególnym, bo od mundurów rozstrzelanych lub zmarłych z głodu i wycieńczenia żołnierzy, policjantów i leśników. Wiersz powstał w 1990 roku i jego maszynopis poeta wysłał z listem do Józefa Czapskiego – malarza i poety, autora Wspomnień starobielskich (1945) i tomu Na nieludzkiej ziemi (1949), a wcześniej więźnia obozów w Starobielsku, Pawliszczew Borze i obozie jenieckim NKWD w Griazowcu pod Wołogdą:

„Kochany Józiu, prowadzę z Tobą bez przerwy długie rozmowy na tematy ważne, a nawet spory, które wzmacniają jeszcze moją głęboką przyjaźń do Ciebie. Przesyłam Tobie wiersz p.t. „Guziki”, który wyrósł z Twojej cichej inspiracji”.

Wiersz jest krótki, więc warto go przytoczyć w całości:

Guziki

[Pamięci kapitana Edwarda Herberta]

Tylko guziki nieugięte
przetrwały śmierć świadkowie zbrodni
z głębin wychodzą na powierzchnię
jedyny pomnik na ich grobie

są aby świadczyć Bóg policzy
i ulituje się nad nimi
lecz jak zmartwychwstać mają ciałem
kiedy są lepką cząstką ziemi

przeleciał ptak przepływa obłok
upada liść kiełkuje ślaz
i cisza jest na wysokościach
i dymi mgłą katyński las

tylko guziki nieugięte
potężny głos zamilkłych chórów
tylko guziki nieugięte
guziki z płaszczy i mundurów

Wiersz ukazał się w 1992 roku w tomiku pt. Rovigo.

Ponieważ Herbert przyznaje się do więzi z Józefem Czapskim i inspiracji wynikających z wieloletniej znajomości, rozmów i korespondencji z nim oraz lektur jego pism, warto do nich sięgnąć. We wspomnieniach Na nieludzkiej ziemi Czapski opisuje nie tylko warunki, w jakich żyli polscy więźniowie i okrucieństwo, jakiego doznawali, ale i nadzieje, jakimi żyli.

Czapski, zwolniony z obozu, opisuje m.in. spotkanie w 1941 roku z Leopoldem Okulickim, późniejszym ostatnim dowódcą powstania warszawskiego: „Zaraz po przyjeździe melduję bezpośrednio Szefowi Sztabu zdobyty materiał poszlak o miejscu zesłania kolegów z trzech obozów oraz inne wiadomości zebrane od przyjeżdżających. Szefem Sztabu jest pułkownik Okulicki. Wyszedł z więzień sowieckich »amnestionowany« jak wszyscy, wybito mu tam wszystkie zęby. Krępy, z siwiejącą czupryną, robi na mnie wrażenie człowieka wielkiej energii i sympatycznego, »prosto z mostu« obejścia. Jestem zaraz przyjęty pomimo nawału pracy, słucha mnie najuważniej. Ten sam pułkownik będzie zrzucony do kraju w 1944 roku i jego syn zginie pod Monte Cassino. W kraju będzie walczył z Niemcami, a podczas następowania wojsk sowieckich zostanie zdradziecko, »pod słowem honoru« wciągnięty przez oficerów sowieckich na »konferencję«, skąd znowu trafi do tejże Łubianki, znowu zostanie skazany w Moskwie na »procesie szesnastu« i zesłany w niewiadomym kierunku”. Generał brygady Leopold Okulicki zmarł w więzieniu na Butrykach 24 XII 1946 r. wskutek pobicia. Jego ciała nie odnaleziono, a decyzją Plenum Sądu Najwyższego ZSRR 19 IV 1990 r. został zrehabilitowany.

Zbigniew Okulicki, jedyny syn Leopolda Okulickiego i Władysławy z Jabłońskich, faktycznie brał udział w bitwie pod Monte Cassino, ale zginął miesiąc później, podczas walk o miasteczko Osimo koło Ankony 8 VII 1944 r., w wieku 20 lat. Zbigniew Okulicki dosłużył się stopnia sierżanta podchorążego, walcząc w 2 Korpusie Polskim gen. Andersa w 1 pułku artylerii lekkiej, w 3 Dywizji Strzelców Karpackich. Pośmiertnie został awansowany do stopnia podporucznika i odznaczony srebrnym krzyżem Orderu Virtuti Militari. Generał Okulicki dowiedział się o śmierci syna z depeszy w grudniu 1944 r.

Czapski kreśli obraz pułkownika Okulickiego (wtedy pułkownika) jako osoby sympatycznej i pełnej energii, mimo tortur i okaleczeń, jakich doznał w sowieckim więzieniu. To obraz Żołnierza Niezłomnego: Tylko guziki nieugięte/ przetrwały śmierć świadkowie zbrodni. Wiedząc, czym to grozi, gen. Okulicki pojechał raz jeszcze do Moskwy i już nigdy nie wrócił.

Józef Czapski na polecenie gen. Andersa zbierał relacje świadków i opisywał zbrodnie, których ofiarami byli polscy jeńcy. Nie mógł używać nazwisk, by nie wydać NKWD i UB świadków tych zbrodni, ukrywanych przed światem przez ZSRR. Katyń, Kozielsk, Starobielsk, Ostaszków, Kołyma to nie jedyne miejsca ich spoczynku. Jest ich dziesiątki. Więźniowie polscy ginęli też w otchłani Morza Białego i Oceanu Lodowatego (Arktycznego), zatapiani masowo razem z barkami, na których ich przewożono.

Trudno czytać jego relacje – pełno w nich scen okrucieństwa. Przytoczę przykład: „Jeden z naszych kolegów, późniejszy zastępca dowódcy pułku N., był męczony szereg nocy w tymże Lefortowie. Pewnej nocy kolejnej, gdy czekał na wezwanie, zdrzemnął się około drugiej. Nagle drzwi się otworzyły na oścież i do celi wrzucono mu wysokiego, starego człowieka o siwych włosach. Drzwi natychmiast zaryglowano z powrotem, a człowiek runął na ziemię tuż obok mojego tapczanu. Broczył krwią, spodnie miał w strzępy porwane i ciężko pokąsane nogi. Nasz kolega zerwał się i drąc kawałki swojej koszuli próbował zabandażować mu rany. Stary człowiek wyjaśnił, że przez cały czas śledztwa szczuto na niego dużego wilka. Chwilę potem został nasz kolega wezwany do sędziego śledczego. Obok sędziego siedział cały czas wielki wilk i strzygł uszami”.

Inny przykład, który pokazuje, w jakich warunkach przewożono jeńców polskich i ludność polskich ziem zajętych przez Armię Czerwoną:

„Porucznik W. dowiedział się od naczelnika NKWD w Uchcie, że w lutym 1941 r. zamarzło w pociągu 1650 Polaków skazańców i 110 sowieckich konwojentów; że byli to jeńcy wojenni, że było wśród nich dużo oficerów. Wielki transport utknął podczas zamieci na linii Kotłas–Workuta w zaspach, odkopano go po paru dniach. Wszyscy jadący byli zamarznięci na śmierć, kilkunastu odnaleziono o parę kilometrów od pociągu, widocznie próbowali uciekać, szukać ratunku.

Przebrnęli te kilometry i zamarzli również. Tenże porucznik z Uchty przywoził wieść o wystrzelaniu w Komi 400 jeńców ewakuowanych z Onegłagów czy z półwyspu Koli. Były wieści inne o zmarznięciu na północ od Koźwy paruset jeńców oraz trzecim jeszcze analogicznym wypadku, gdzie zginęło 750 ludzi koło Uchtiżmłagu”.

Jak pisze Teofil Lachowicz w opracowaniu Zaginęło 100 tysięcy polskich jeńców: „Według danych sowieckich i odrębnych ustaleń polskich badaczy wynika, że w latach 1939–1941 ubyło owych jeńców z następujących powodów:

– 1 tys. zbiegło z obozów, przeważnie w początkowym okresie niewoli (dane sowieckie);
– 42 tys. zwolniono do domów w październiku i listopadzie 1939 r. – głównie Ukraińców, Białorusinów i Żydów (dane sowieckie);
– 43 tys. polskich jeńców Sowieci przekazali Niemcom w październiku i listopadzie 1939 r. w ramach wymiany (dane sowieckie). Niemcy przekazali sowietom 14 tys. Polskich jeńców;
– 14,5 tys. jeńców z Kozielska, Starobielska i Ostaszkowa zamordowano wiosną 1940 r.;
– około 2 tys. zginęło podczas ewakuacji obozów jenieckich na wschód po ataku Niemiec hitlerowskich na Związek Sowiecki w czerwcu 1941 r.
– 41 tys. zmarło w obozach na skutek ciężkich warunków, zwłaszcza w obozach na północy Rosji (szacunkowe dane polskie). Dane sowieckie mówią jedynie o około 500 zmarłych jeńcach, co jest liczbą niezmiernie zaniżoną i tym samym nie do przyjęcia;
– około 2 tys. jeńców zostało przeniesionych z obozów jenieckich do więzień cywilnych i ślad po nich zaginął (szacunkowe dane polskie);
– około 1 tys. jeńców po tzw. amnestii odmówiło wstąpienia do Armii Polskiej, podając się za komunistycznych lewicowców i tzw. volksdeutschów (dane sowieckie).

W sumie daje to liczbę 146,5 tys. jeńców, których losy są względnie ustalone. Pozostaje niewyjaśniony los 95,5 tys. jeńców. Gdy dodamy jeszcze 14 tys. jeńców polskich przekazanych przez Niemców Sowietom w ramach wymiany, liczba ta urośnie do 109,5 tysięcy. Niewielu jeńców zgłosiło się do tzw. armii Berlinga tworzonej w Związku Sowieckim od 1943 roku.

Zygmunt Berling w swoich pamiętnikach pisze, co następuje: „Nasze przewidywania, że wśród powołanych znajdą się tylko pojedynczy oficerowie i nieznaczny procent podoficerów przedwojennego wojska, szybko zmieniły się w pewność. Stało się jasne, że liczącego się wpływu na poprawę sytuacji w tym względzie nie można z tej strony oczekiwać. Zatem wynika z tego, że w Związku Sowieckim zaginęło ponad 100 tysięcy polskich jeńców wojennych – żołnierzy z września 1939 r., podoficerów i szeregowych. Część z nich z całą pewnością zginęła na północy Rosji w obozach, o których wiemy dzięki relacjom zwolnionych jeńców, którzy dotarli do armii gen. W. Andersa”.

To o tych właśnie ludziach pisze Zbigniew Herbert w wierszu:

są aby świadczyć Bóg policzy
i ulituje się nad nimi
lecz jak zmartwychwstać mają ciałem
kiedy są lepką cząstką ziemi

Do 1990 roku twórczość Czapskiego była praktycznie nieznana w Polsce, Na nieludzkiej ziemi miało kilka wydań podziemnych, ale ich nakład nie był wielki, a o autorze nie wolno było pisać ani nawet wspominać oficjalnie. Kiedy powstawał wiersz, ogłoszono upadek komunizmu i zlikwidowano cenzurę w Polsce, ale ciągle nie było wiadomo, czy komunizm nie wróci po kilkunastu miesiącach „oddechu” i czy nie dojdzie do interwencji sowieckiej, kurs się „nie zaostrzy”, cenzura nie wróci. Zbrodni ani jej ofiar zapomnieć nie wolno. I Herbert tę pamięć podtrzymuje i pielęgnuje w takich utworach jak np. Studium przedmiotu, czy nigdy nieopublikowanym za jego życia wierszu z początku lat 50. pt. Apostrofa. Oto trzecia część tego wiersza:

Do ciebie wolny głos dochodzić
poprzez Syberie krzywd i śniegu
za każdym drzewem ślad ostatnia
ziemia rozwarta na przyjęcie
pod każdą zaspą cień
w powietrzu w którym płacz skamieniał
na ziemi gdzie usycha człowiek –
Który ze słów dobywasz głos
poeto – schyl się patrz
Powietrze żywe od oddechów
ziemia kwitnąca kształtem ludzkim
To jak maki na Monte Cassino,
które kępami znaczyły miejsca pochówku.

Schyl się i patrz, bo pod stopami może znajdziesz wojskowy nieśmiertelnik, zabłąkaną kulę albo guzik od płaszcza lub munduru.

Nieśmiertelnik to mała blaszka, na której dwukrotnie zapisywano imię i nazwisko żołnierza, datę urodzenia, stopień i numer jednostki. W razie odnalezienia zwłok nieśmiertelnik przełamuje się na pół. Jedną połówkę zostawia się przy zwłokach w celu identyfikacji ciała, najczęściej wkłada zmarłemu do ust, a drugą przekazuje się Czerwonemu Krzyżowi, rodzinie lub stosownym władzom z informacją o miejscu spoczynku lub śmierci.

W artykule 6 Konwencji Genewskiej z 1929 roku jest zapis: „Dowody tożsamości, odznaki stopnia wojskowego, odznaczenia i przedmioty wartościowe nie mogą być jeńcom zabrane”.

Zapis ten służył ochronie godności i tożsamości jeńców wojennych.

Jednak Sowieci polskim jeńcom wojennym zabierali nie tylko dokumenty, ale odznaki stopnia wojskowego i nieśmiertelniki, by zatrzeć ślady zbrodni i wszelką informację o tożsamości ofiar i miejscu ich pochówku.

Drobne przedmioty zgubione przed masową egzekucją, takie jak guziki, zrzucone razem z ciałami do dołów, są często ważnym źródłem informacji o narodowości żołnierza, przynależności do jednostki wojskowej. Są jedynymi pamiątkami, oczami i ustami żołnierza, kiedy już ciało uległo rozkładowi:

tylko guziki nieugięte
potężny głos zamilkłych chórów
tylko guziki nieugięte
guziki z płaszczy i mundurów

Adresatem wiersza poeta uczynił kapitana Zbigniewa Herberta, kuzyna, który zginął rozstrzelany w Katyniu. Wypada przybliżyć jego sylwetkę. Tak o nim pisze Rafał Żebrowski (siostrzeniec) w książce Zbigniew Herbert. Kamień na którym mnie urodzono:

„Kiedy kończyła się I wojna światowa, najstarszym żyjącym synem Mariana był Edward Franciszek Herbert. W pamięci bliskich nie pozostał jako żądny sławy bojownik, lecz jako delikatny, nieco kruchy człowiek, który podjął rodzinną tradycję – choć wbrew naturalnym predyspozycjom ducha i ciała (…). Urodził się 26 marca 1899 w Przemyślu, gdzie stacjonował jego ojciec, a rodzina matki odgrywała pewną rolę. Pięcioklasową szkołę realną ukończył w Wiedniu, po czym w latach 1915–1918 był tam w szkole kadetów, a od listopada 1918 roku w Korpusie Kadetów w Łobzowie, potem w Krakowie. Stąd na dwa miesiące trafił do Szkoły Podchorążych w Warszawie. Jednak już 19 marca 1919, na własną prośbę, przeszedł do 18 Pułku Piechoty, którym miał dowodzić jego ojciec. Początkowo służył w stopniu sierżanta, potem podchorążego. (…) Po odejściu ojca z jednostki Edward nadal pełnił rozmaite funkcje. W styczniu 1920 trafił do szpitala z odmrożonymi nogami. Wkrótce zaś zapadł na tyfus plamisty, tak że w różnych szpitalach przeleżał do maja, kiedy to na dwa i pół miesiąca ponownie przeszedł do Szkoły Podchorążych w Warszawie. Tymczasem bolszewicy pochodzili już pod stolicę, więc został odkomenderowany do 2 Pułku Piechoty Legionów, gdzie służył jako dowódca plutonu technicznego, najpierw w stopniu podchorążego, następnie podporucznika. W czasie pokoju powierzano mu rozmaite funkcje w kilku kolejnych pułkach piechoty, od 1923 roku – na stanowiskach służbowych przewidzianych dla kapitana, choć miał wówczas zaledwie rangę podporucznika. Od 1934 roku był pancerniakiem i awansował do stopnia kapitana”.

Rafał Żebrowski wspomina o dwóch małżeństwach Edwarda Herberta. W 1921 r. poślubił Teresę Brygidę z Broniszów, z którą miał córkę Marię, a po rozwodzie w 1939 roku ożenił się z Emilią Honoratą Stachurzanką, nazywaną ciocią Milą. Jak dalej relacjonuje Rafał Żebrowski, kpt. Edward Herbert wziął udział w kampanii wrześniowej jako dowódca kompanii szkolnej w 5 Batalionie Pancernym w Krakowie, a „po mobilizacji w 1939 roku pełnił funkcję dowódcy szwadronu czołgów. Jego oddział walczył od 1 września 1939 w składzie Krakowskiej Brygady Kawalerii. (…)

Trzeba było okrutnego zrządzenia losu, by walcząc pomiędzy Częstochową a Krakowem, wpaść w łapy Armii Czerwonej i NKWD. Edward Herbert jako zawodowy oficer został internowany i trafił do obozu w Kozielsku.

Jedyny materialny ślad z tego okresu, jaki po nim pozostał, stanowi list napisany 19 stycznia 1940 przez współtowarzysza niedoli, porucznika Włodzimierza Dżugana (ur. 1910) do żony. Czytamy w nim: »Pójdź na ul. Kochanowskiego 30 i zawiadom p. Herbertową, że Edzio jest zdrów i pyta, gdzie jest jego żona i dlaczego nie odpisuje na jego list wysłany do Lwowa. Jeżeliby ich tam nie było, dowiedz się, dokąd się wyprowadzili«. Chodziło o przekazanie informacji matce Edwarda, wdowie po generale Marianie Herbercie”.

Nie odnaleziono żadnych szczątków kapitana Edwarda Herberta ani pamiątek po nim. „Ciotka Mila” jeszcze w 1943 roku wierzyła w powrót męża, a w ich lwowskim mieszkaniu wisiał jego duży portret. Obie gałęzie rodziny Herbertów utrzymywały ze sobą bliski kontakt. Bolesław, ojciec poety, w czasie wojny sprowadził Emilię Herbert do Krakowa, a później do Proszowic, tak więc pamięć o kapitanie Herbercie była żywa i trwała, a dedykacja w wierszu nie jest przypadkowa.

Przywołany Edward Herbert, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej i kampanii wrześniowej, przypomina ofiary zbrodni katyńskiej. Jednak jego los mógł być inny. Nie jest pewne, czy zginął rozstrzelany w Kozielsku lub Katyniu.

Ludzi wywożono na daleką północ i daleki wschód, żeby zbrodnie ukryć przed światem. Józef Czapski w swoich wspomnieniach opisuje inne losy polskich więźniów, których wywieziono przed egzekucją z Katynia, Smoleńska, Kozielska i Ostaszkowa (Na nieludzkiej ziemi): „Rotmistrz N. słyszał wielokrotnie, pracując w kopalni w Workucie, o wywożeniu oficerów na północne wyspy oraz zatopieniu trzech barż. Te pogłoski przywieźli inni koledzy także z Workuty. Ile było prawdy w tej pogłosce? Dopiero wiele lat później otrzymałem meldunek dokładny, który jakby potwierdzał pogłoski z Workuty, dokładne zeznanie pewnej sanitariuszki, pani N., o zatonięciu trzech barek ciągnionych przez holownik na Oceanie Lodowatym.

Ta informacja zbiegła się do pewnego stopnia z jeszcze później otrzymanym meldunkiem pani G., że jej informacje w meldunku są najdokładniejsze z tych, które do mnie dotarły, cytuję ustęp dotyczący zatopienia bez zmian: »W czerwcu 1941 r. jechałam jako aresztowana do obozów w Komi ASRR. Z Archangielska transport nasz w liczbie około 4000 kobiet i mężczyzn załadowano na barże. Barże holował statek. Wieziono nas przez Morze Białe do ujścia rzeki Pieczory. W czasie jazdy przez Morze Białe, gdy siedziałam na pokładzie i płakałam, przystąpił do mnie jakiś młody Rosjanin, wojskowy z obsługi barży, i zapytał mnie, czego płaczę. Gdy mu wytłumaczyłam, że płaczę nad swoim losem – że mąż mój kapitan rezerwy też został wywieziony, oświadczył mi ów człowiek, że naszych oficerów już nie ma.

Na moje pytanie, gdzie oni są, wyjaśnił drwiąco, że wszyscy zostali zatopieni tu, na Morzu Białym. W ciągu dalszej na ten temat rozmowy dowiedziałam się, że ów Rosjanin wiózł poprzednio transport naszych oficerów i policji dwiema barżami, w liczbie około 7000 osób. W pewnym miejscu na Morzu Białym statek holujący barże odczepiono, a obie barże rozmyślnie zatopiono.

Naszej rozmowie przysłuchiwał się jakiś stary Rosjanin z obsługi barży i po odejściu tego młodego – przyszedł do mnie i potwierdził, że to wszystko prawda. Ów staruszek okazywał mi duże współczucie, sam płakał i opowiadał, że był świadkiem zatopienia naszych oficerów i policji.

Przed zatopieniem barż cała obsługa sowiecka przeszła na statek, poprzednio jednak podziurawili barże, by woda szybko dostała się do wnętrza. Gdy pytałam się, czy się kto uratował – odpowiedziano mi, że wszyscy poszli na dno«. Zeznanie Katarzyny Gąszcieckiej z Kołomyi spisane w Teheranie 26 stycznia 1943 r. przytacza również Józef Mackiewicz w książce Katyń – zbrodnia bez sądu i kary.

To może wyjaśniać, dlaczego szczątków kapitana Herberta nie znaleziono. Być może guzików od munduru Edwarda Herberta należy szukać na dnie Morza Białego albo Oceanu Lodowatego lub w brzuchach ryb i ptaków – jak okrutnie kpił młody Rosjanin, który brał udział w tej zbrodni. Tam też powinniśmy rozsypać kwiaty.

W 1981 roku „pułkownik” Zbigniew Herbert pisał: „Każde pokolenie ma kogoś »na sumieniu«, ja mam kolegów z AK, których nie chcę oddać za darmo, a także ofiar z Katynia. To nie są wcale porachunki z mocarstwami czy siłami historii. Chcę także, żeby wszyscy – ci, którzy zginęli w II korpusie gen. Andersa czy u Maczka – byli w małym sanktuarium polskich serc. Bo oni też szli do Krakowa, Warszawy, Torunia, Gdańska, a także do innych miast. To wszystko”.

Krótki esej, czy też wypowiedź, opublikowaną wtedy w „Dzienniku Bałtyckim” (nr 106/1981), zatytułowaną Psychicznie nigdy nie wyjeżdżałem z Polski, kończył słowami:

Po dziejowej burzy, pakcie Ribbentrop-Mołotow, zmianach granic, ustroju politycznego musimy odnaleźć się w niefałszowanej historii. Nie można zrezygnować z tego, że ten naród jest inny od innych narodów, że ma prawo do istnienia, własnej suwerenności, własnego języka, tradycji i kultury. One trwają tysiąc lat. Może niedługo w porównaniu z innymi kulturami, ale przynajmniej dla mnie zasługują na szacunek i miłość”. Warto te słowa poety przywołać po kilkudziesięciu latach. Są jak zapomniane guziki z jego wiersza. Świecą i przypominają.

Artykuł Sławomira Matusza pt. „Gdzie są guziki z munduru kpt. Edwarda Herberta?” znajduje się na s. 13 listopadowego „Kuriera WNET” nr 89/2021.

 


  • Listopadowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Sławomira Matusza pt. „Gdzie są guziki z munduru kpt. Edwarda Herberta?” na s. 13 listopadowego „Kuriera WNET” nr 89/2021

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Zobacz także:


 

Republikanie komentują


Facebook