Wojciechowska Van Heukelom: Dużo kamienic to zasób, o którym miasto nie ma pojęcia. Łódź stała się Eldorado dla oszustów

Niespójne decyzje, kosztowne remonty, niezagospodarowane pustostany, dzika reprywatyzacja i tożsamość Łodzi. Łódzka społeczniczka Agnieszka Wojciechowska Van Heukelom o problemach swego miasta.


Pełnomocniczka Komitetu ds. referendum ws. odwołania prezydent Hanny Zdanowskiej wyjaśnia, że są zaniepokojeni tym, co się dzieje w ich mieście.

W Łodzi dzieje się bardzo źle i największą cenę tego ponoszą mieszkańcy.

Agnieszka Wojciechowska Van Heukelom stwierdza, że w Łodzi rządzi bardziej zaplecze prezydent Hanny Zdanowskiej niż ona sama. Efektem tego jest to, że

Decyzje są bardzo niespójne.

Wskazuje, że z powodu ciągłych remontów Łódź jest jednym z najbardziej zakorkowanych miast. Rozmówczyni Krzysztofa Skowrońskiego mówi o odnawianiu starych kamienic.

Przeciętny remont takiej kamienicy pochłania od 7 do 9 mln.

Po oddaniu do użytku szybko pojawiają się problemy, takie jak grzyb. Na dodatek mimo, dużej kolejki do mieszkań komunalnych wiele lokali stoi pustych.

Mamy około dwóch tysięcy pustostanów utrzymywanych z publicznych pieniędzy.

Nikt nie dba o zagospodarowanie tych pustostanów. Dochodzi do tego problem dzikiej reprywatyzacji.

Bardzo dużo kamienic to zasób, o którym miasto nie ma pojęcia. Łódź stała się El Dorado dla oszustów.

Media relacjonują problem czyścicieli kamienic. Łódzka społeczniczka dodaje, że problemem są także niestandardowe inwestycje, na które można wydawać więcej pieniędzy. Odnosi się też do kwestii tożsamości Łodzi. Przypomina, że

Była akcja wieszania pelerynek na pomnikach naszych bohaterów. To jest à propos promocji Łodzi, która jest taka kosztowna.

Czemu mimo tego Hanna Zdanowska wciąż wygrywa wybory? Jak mówi Agnieszka Wojciechowska Van Heukelom

Sądzę, że należałoby się przyjrzeć organizacji wyborów.

Zauważa, że za organizację wyborów prezydenckich odpowiadają prezydenci, którzy sami w nich startują.

Posłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.P.

Wniosek o referendum ws. odwołania prezydent Łodzi. Bekrycht: władze nie sprzyjają rozwojowi miasta

Dziennikarz Polskiej Agencji Prasowej wskazuje, że pomimo zaniedbań stereotyp szarej i ponurej Łodzi nie jest prawdziwy. Wskazuje jednak, że powinna ona być lepiej zarządzana,

Hubert Bekrycht mówi, że nie powinno się spoglądać negatywnie na Łódź, ponieważ jest to prężnie zmieniające się miasto. Dzieje się tak pomimo słabości obecnej władzy.

Z czasów PRL pozostał stereotyp, że Łódź to miasto szare i ponure. Miasto jednak bardzo zmieniło się przez ostatnie 30 lat. Niestety wciąż częste są głosy o tym, że po mieście się płynie, a nie jedzie.

Mimo wielu pozytywnych przemian jest też kilka negatywnych punktów. Są nimi korki w mieście oraz stosunek władz do mieszkańców. Część łodzian pragnie doprowadzić do referendum w sprawie odwołania prezydent Hannę Zdanowską za wadliwe inwestycje oraz zadłużenie stolicy województwa.

Może zdarzyć się tak, że wybory w mieście odbędą się już jesienią.

Wniosek referendalny wpłynął 1 lipca. Inicjatorem jest stowarzyszenie walczące z procederem „czyszczenia kamienic”. Od 17 lipca zbierane są podpisy poparcia dla inicjatywy, można będzie je składać mniej więcej do połowy września.

Oprócz złego zarządzania miastem, prezydent Zdanowska jest krytykowana za rozbuchaną propagandę.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.W.K.

Zbigniew Natkański: takie firmy typu Whirlpool, Gillette zatrudniają ludzi głównie spoza naszego obszaru

O próbie odwołania Hanny Zdanowskiej, nieporządku w zarządzaniu miastem, braku perspektyw dla młodych w Łodzi i spadku zainteresowania mediami lokalnymi.

Gość „Popołudnia WNET” Zbigniew Natkański – prezes łódzkiego oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, komentuje obecną sytuację polityczną w Łodzi. Podjęto kolejną próbę odwołania prezydent Hanny Zdanowskiej ze stanowiska. Przyczyną jest niezadowolenie spowodowane brakiem wypełnienia obietnic wyborczych.

W łodzi wrze, z tego względu, że powstał komitet referendalny, który chce odwołać panią prezydent Hannę Zdanowską i jego zadaniem jest zebranie odpowiedniej liczby podpisów, żeby to referendum się odbyło – powiedział Zbigniew Natkański.

Będzie to trzecia próba odwołania prezydent Zdanowskiej ze stanowiska. Aby referendum mogło się odbyć, musi zostać zebrana odpowiednia liczba podpisów. Ze względu na sezon wakacyjny może się to okazać trudne. Zła organizacja robót drogowych i nieaktualne informacje o nich, przyczyniają się do wzrostu niezadowolenia społecznego.

Nie da się tutaj jeździć z tego względu, że codziennie zaskakują nas drogowcy, którzy remontują daną ulicę, te informacje które ukazują się w internecie nie zawsze są aktualne – poinformował Zbigniew Natkański.

Zarówno zwolennicy obecnej prezydent jak i jej przeciwnicy działają bardzo aktywnie w internecie. Hanna Zdanowska, która wygrała wybory z dużą przewagą, nie będzie łatwo zmusić do odejścia. Natkański zaznaczył, że największym sukcesem prezydent, jest wygrywanie wyborów i przypisywanie sobie cudzych zasług.

Największym jej sukcesem jest, że potrafiła swój program sprzedać mieszkańcom (…) omamić mieszkańców, zaczarować mieszkańców, że wszystko co robi jest jej zasługą. A czasami jest tak, że władze samorządowe przypisują sobie zasługi, które są efektem działania samorządu województwa, władz państwowych i tak dalej – powiedział Zbigniew Natkański.

Za największą porażkę prezydent Hanny Zdanowskiej, Natkański uważa to, że nie potrafiła zatrzymać młodych ludzi w mieście, ani sprowadzić nowych mieszkańców. Zagraniczne, nowoczesne inwestycje, takie jak chociażby ta związana z Dellem nie poprawiają sytuacji, ponieważ pracują w nich głównie osoby spoza Unii Europejskiej.

Te nowe inwestycje, które robi kapitał zagraniczny w Łodzi, polegają na tym, że w tych zakładach pracy pracują obcokrajowcy. (…) takie firmy typu Whirlpool, Gillette (…) zatrudniają ludzi głównie spoza naszego obszaru, spoza Unii Europejskiej. Czyli to są Ukraińcy, mieszkańcy Białorusi i mieszkańcy krajów azjatyckich – powiedział Zbigniew Natkański.

W łódzkich mediach, zdaniem Zbigniewa Natkańskiego, notuje się raczej spadek zainteresowania mediami publicznymi. Radiom prywatnym idzie lepiej. Prasa lokalna notuje stały spadek poczytności, pomimo zmian w dyrekcji nie zmieniła się ani treść ani szata graficzna.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy.

J.L.

W wyniku starań dziennikarza Pawła Zastrzeżyńskiego miejsce kaźni Polaków w Limanowej nie zniknie z powierzchni ziemi

Sędzia powiedziała, że przeczytała całą dokumentację. Podkreśliła, że to zaniedbanie, że katownia nie jest objęta ochroną. Spytała, w czyim interesie działam. Odpowiedziałem, że te osoby już nie żyją…

Magdalena Zastrzeżyńska

6 XII 2019 r. mój mąż Paweł skierował do Burmistrza Miasta Limanowa, Wójta Gminy Limanowa, Starosty, Rady Miasta Limanowa, Rady Gminy Limanowa, Rady Powiatu Limanowa, Proboszcza Parafii w Limanowej, Marszałka Województwa Małopolskiego oraz ok. 200 redakcji prasowych w Polsce informację: „Przesyłam moje artykuły na temat limanowskiej katowni UB oraz środowiska limanowskiego, które pomimo odzyskania niepodległości, nadal milczy na temat zbrodni, która miała miejsce w Pałacyku »Pod Pszczółką« w Limanowej. (…) artykuły były publikowane w mediach ogólnopolskich i lokalnych. (…) załączam odnalezione niedawno zeznania świadków, którzy przeżyli gehennę tego miejsca. Przekazuję te materiały, aby nikt w przyszłości nie powiedział, że był nieświadomy. (…)”.

Kilka dni temu mąż otrzymał pismo od Małopolskiego Konserwatora Zabytków, że Pałacyk, dzięki jego staraniom, został wpisany na listę zabytków i nie zostanie zburzony.

Myślę, że odkrywanie faktów z historii i współczesności limanowskiej katowni UB, która mieściła się właśnie w Pałacyku „Pod Pszczółką”, to było jego osobiste Westerplatte. Jan Paweł II na Zaspie powiedział: „Każdy musi mieć swoje Westerplatte”. Dla Pawła to właśnie jest Pałacyk. Gdy kilka tygodni temu na teren Pałacyku wjechały koparki, które zaczęły wyburzanie, powiedział: „zasypują mnie”. (…)

IPN w Krakowie wszczął śledztwo w sprawie ludzkich kości odnalezionych w Pałacyku. Na ten temat powstało kilkadziesiąt tekstów, które ukazywały coraz kolejne fakty, jak to, że UB wrzucało ludzi do szamba, które było tuż obok Pałacyku, o tajnych pochówkach, o zakopanym na trenie Pałacyku księdzu, paleniu ludzkich kości, ścianie śmierci w Pałacyku… Akta z roku na rok piętrzyły się, a świadkowie ukazywali coraz to nowe przerażające historie.

Zacząłem budować obraz limanowskiej katowni UB, jednak towarzyszyła mi niepewność, czy to jest prawdziwe, bo jest przecież niemożliwe, aby nikt wcześniej przede mną tego nie odkrył. W trakcie mojej pierwszej rozmowy z prokuratorem IPN ten zapytał, czy nie boję się zaczynać ze środowiskiem limanowskim? (…)

W komentarzach pod tekstami o katowni pojawiały się obrzydliwe komentarze. Pamiętam komentarz „Hieny” pod artykułem „Pałacyk pod Pszczółką” – zawłaszczona historia niepodległości z 2018-07-22: „niedługo zeżre Ciebie i tego ułomka autora debilnego pseudo felietonu, który albo o Wajdzie i pszczółkach pisze albo się modli czyli nie robi nic. A Was prawicowi fanatycy mam w śmierdzące d(…)e s(…)m Waszym przetrawionym ścierwem”. To nie był jedyny taki komentarz Hieny. Pod artykułem Adres piekła: ul. Stalina 269 Limanowa napisał: „autor tych flaków z olejem nie ma prawa legitymować się tytułem reżysera gdyż zdobył wykształcenie w szkole filmowej Wajdy a na tego s(…)a i wyzywa od komuchów zatem delegalizuje ową placówkę i przeznacza do likwidacji i tak z każdą do jaki ej uczęszczał gdyż je wszystkie zawiązał miniony ustrój”. Pod tekstem Potrzeba odwagi a nie biurokracji w sprawie katowni UB w Limanowej: „Niestety skrajna prawica nie ma bohaterów, którzy cokolwiek znaczyliby dla historii, stąd odkopuje się bandytów, wypacza prawdę historyczną i stawia ich za wzór cnót wszelakich. Tymczasem to zwykli bandyci”… (…) Pamiętam, jak ktoś od takich komentarzy wszedł do redakcji portalu limanowa.in, napluł na podłogę i wyszedł.

Zaskakujące, że kluczowe informacje co do konkretnych miejsc, w których mogą być zakopani ludzie, przynosili byli funkcjonariusze, którzy pracowali w limanowskim budynku SB.

6 IX 2019 r. przed południem do redakcji portalu Limanowa.in wszedł starszy mężczyzna. Nie przedstawił się, powiedział jedynie, że jest emerytowanym pracownikiem Policji. Przyznał, że z zainteresowaniem czyta publikacje, które dotyczą służb PRL działających na tym terenie. Pytał, czy portal nie obawia się poruszać tak niewygodnych tematów. Ten człowiek był w strachu, bo do dziś mija byłych pracowników SB na ulicach Limanowej. Opowiadał, że pracował w Pałacyku „Pod Pszczółką”. Raz miał okazję być w piwnicy budynku. Już wtedy znał historię tortur i grzebania więźniów w tym miejscu oraz w znajdującym się na posesji „dole kloacznym” (szambie). Powiedział też, że w pobliżu Pałacyku, „pod asfaltem”, pochowani są ludzie, a w jednym z pomieszczeń w piwnicach budynku jest domurowana ściana, jego zdaniem, by przykryć tę, w której znajdują się ślady po pociskach. (…)

Skończyłem pisać książkę ORMO Limanowa i przekazałem do recenzji. Powiedziałem o tym na antenie Radia Wnet 8 VI 2020 r. Tydzień później otrzymałem list z kancelarii prawnej. Nowi inwestorzy uznali, że artykuł na portalu wnet.fm i rozmowa w radiu naruszyły ich dobre imię. Wydawca usunął kwestionowane treści, a ja otrzymałem pozew sądowy z żądaniem 20 000 zł, pokrycia kosztów oraz zakazem publikacji jako zabezpieczeniem. Podkreślam, że do czasu wezwania nie byłem świadomy, kto konkretnie z imienia i nazwiska stoi za zakupem katowni. Znałem tylko nazwę firmy. Przygotowałem odpowiedź na pozew – 750 stron wraz z załącznikami, w trzech kopiach to kilka kilogramów papieru: cała historia Pałacyku „Pod Pszczółką”. Załączyłem dowody. Wówczas kancelaria powodów zaproponowała ugodę. (…)

Zanim sprawa trafiła na wokandę, minął rok. Podczas procesu sędzia powiedziała, że przeczytała całą dokumentację. Podkreśliła, że to zaniedbanie, że katownia nie jest objęta ochroną. Zapytała, w czyim interesie działam. Odpowiedziałem, że te osoby już nie żyją… Sędzia zaproponowała ugodę. Zgodziłem się. Gdy po rozprawie wychodziliśmy z sali, sędzia napomknęła, że oszczędziliśmy dwa lata życia. Jednak mnie przekonały jej słowa, że można uratować katownię.

Dr Mariusz Lutkowski, mój obrońca z urzędu, podobnie jak sędzia zasugerował, abym napisał wniosek do konserwatora zabytków, który może doprowadzić do wstrzymania rozbiórki. (…)

Razem z dr. Mariuszem Lutkowskim przygotowaliśmy wniosek do Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Krakowie. Odpowiedź przyszła w ekspresowym tempie, 13 maja 2021: „Na wstępie serdecznie dziękuję za zainteresowanie i pismo w sprawie ochrony budynku Willi „Pod Pszczółką” przy ul. Matki Boskiej Bolesnej 15 w Limanowej. Podobnie jak Pan, także Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków w Krakowie w pełni podziela opinię, iż jest to obiekt godny zachowania i ochrony prawnej z uwagi na jego niezwykłe dzieje i rolę, jaką pełnił w dziejach miasta, ale przed wszystkim z uwagi na fakt, iż jest on bez wątpienia symbolem martyrologii mieszkańców Limanowszczyzny oraz ma charakter Miejsca Pamięci Narodowej.

Z tych właśnie względów Delegatura WUOZ w Nowym Sączu włączyła budynek do Wojewódzkiej Ewidencji Zabytków oraz zwróciła się z wnioskiem do Urzędu Miasta w Limanowej o włączenie tegoż do opracowywanej właśnie Gminnej Ewidencji Zabytków. Ponadto Postanowieniem z dn. 6.04.2021 r. „Kierownik Delegatury WUOZ w Nowym Sączu, działający z upoważnienia Małopolskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, postanowił odmówić rozbiórki budynku usługowego zlokalizowanego na działce ewid. nr 463/3 obr. ewid. 5, jednostka ewid. miasto Limanowa”. (…)

Nie spodziewałem się zwycięstwa. Nowi inwestorzy nie chcieli powiedzieć, czy katownia zostanie zburzona. Takie pytanie zadałem na sali sądowej. Dostałem odpowiedź, że to ich sprawa i nic mi do tego.

Tymczasem Robert Kowalski, Kierownik Urzędu Ochrony Zabytków w Nowym Sączu (delegatury Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Krakowie) stwierdził:

„W obszernym uzasadnieniu do postanowienia o odmowie zgody na wniosek o jego wyburzenie, złożonym przez Starostwo Powiatowe w Limanowej, wskazano na wartości artystyczne, historyczne i naukowe, które stanowią podstawę do ochrony prawnej tego budynku i zachowania dla kolejnych pokoleń. Materiał dokumentacyjny, który raczył Pan dołączyć do swojego wniosku, jest niezwykle cenny i bez wątpienia pozwoli uzupełnić naszą dotychczasową wiedzę w przedmiotowej sprawie, ale także będzie dla WUOZ stanowił dodatkowy materiał uzasadniający w sposób jednoznaczny nasze dotychczasowe stanowisko”.

Pismo zostało przekazane do wiadomości Łukasza Kmity, Wojewody Małopolskiego, oraz Małopolskiego Urzędu Wojewódzkiego w Krakowie.

Cały artykuł Magdaleny Zastrzeżyńskiej pt. „Twierdza” znajduje się na s. 13 lipcowego „Kuriera WNET” nr 85/2021.

 


  • Lipcowy numer „Kuriera WNET” (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.

 

Artykuł Magdaleny Zastrzeżyńskiej pt. „Twierdza” na s. 13 lipcowego „Kuriera WNET” nr 85/2021

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Mateusz Walewski o procesie dofinansowania inwestycji samorządowych przez BGK: Mechanizm jest prosty, ale rynkowy

Główny ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego o tym, jak wygląda w Polskim Ładzie wsparcie dla inwestycji samorządowych oraz o większej roli państwa w gospodarce w czasie pandemii.

Polski Ład jest przede wszystkim programem inwestycyjnym.

Mateusz Walewski zauważa, że inwestycje samorządowe zawsze rosły wtedy, gdy był szczyt wykorzystania środków unijnych. W czasie pandemii nastąpił spadek dochodów własnych samorządów.

Walewski zauważa, że priorytetowe projekty otrzymują największe wsparcie. Wyjaśnia, w jaki sposób samorządy otrzymują wsparcie. Samorząd składa aplikację, która podlega ocenie Banku Gospodarstwa Krajowego. Z promesą wstępną (od 85 do 95 proc. przewidywanej wartości inwestycji) samorząd ogłasza przetarg.

Po przetargu jest kolejna jest kolejna promesy,  już nie wstępna, tylko taka właściwa.

Promesa nie może być większa od tego, co samorząd przewidział. Zwycięski wykonawca stara się o sfinansowanie inwestycji w banku.

Mechanizm jest prosty, ale rynkowy.

Zauważa, że w czasie pandemii mamy wzrost myślenia w kategorii zwiększonej roli państwa w gospodarce.

Generalnie na świecie mamy podążanie w stronę większej roli państwa.

Stany Zjednoczone zapowiadają program inwestycji infrastrukturalnych.

Posłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.P.

Michał Litwiniuk: Inwestycje w Białej Podlaskiej są pięć razy większe bez zaciągania nowych zobowiązań

Prezydent Białej Podlaskiej o historii miasta, tym jak poradziło sobie z pandemią oraz o pominięciu go w rozdziale rządowych środków.

Biała Podlaska jest miastem przyjaznym, nie tylko mieszkańcom, ale i odwiedzającym.

Michał Litwiniuk wskazuje, że miasto był najbliżej położonym Warszawy przyczółkiem Wielkiego Księstwa Litewskiego. Biała Podlaska była w XVIII w. własnością Radziwiłłów. Prezydent Białej Podlaskiej informuje, że

W pandemii to na nas spadła znaczna część działalności stanowiącej odpowiedzialność państwa.

Na prośbę wojewodów organizowali m.in. szpitale covidowe. Tymczasem miasto nie otrzymało środków z Funduszu Samorządowego w ramach ostatniej i przedostatniej transzy.

Nie otrzymaliśmy tego wsparcia.

Podkreśla, że mieszkańcy Białej Podlaskiej nie różnią się od mieszkańców innych miast jeśli chodzi o zaangażowanie dla dobra wspólnego. Litwiniuk odnosi się do nieudzielenia mu przez Radę Miasta absolutorium.

Nieudzielenie absolutorium jest niczym więcej jak aktem politycznej przepychanki.

Wskazuje, że Białej Podlaskiej inwestycje są pięć razy większe niż kiedykolwiek i to bez powiększenia długu miasta.

To był rekordowy budżet miasta.

Apeluje do radnych Zjednoczonej Prawicy.

Nie wprowadzajcie polityki do naszej gospodarki i naszej współpracy.

Posłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.P.

Malwersacje w Urzędzie Dzielnicy Praga-Północ. Zabłocki: stołeczni biurokraci robią co chcą, nie ma mechanizmów kontroli

Tak naprawdę nie wiemy, ile pieniędzy w ten sposób wycieka w Warszawie – mówi radny sejmiku województwa mazowieckiego.

Wojciech Zabłocki komentuje sprawę Mariusza G., pracownika Urzędu Dzielnicy Praga Północ m.st. Warszawy, który wyłudził 700 tys. zł, tworząc fikcyjne etaty w urzędzie. Zdaniem polityka PiS ta i podobne afery są skutkiem złej polityki personalnej władz stolicy:

Prezydent stolicy ciągle udziela pełnomocnictw ludziom, którzy robią co chcą. […] W jednostkach, w których pracownicy sami się nadzorowali, powinno dojść do szerokich dymisji.

Gość „Kuriera w samo południe” postuluje utworzenie niezależnej komórki weryfikującej uczciwość urzędników.

Kto wie, ile pieniędzy tak naprawdę wyciekło. Ważne, żeby wszystkie osoby odpowiedzialne za takie nadużycia zostały rozliczone.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.W.K.

Wojciech Pokora: w prasie lokalnej szukamy tego, co nas dotyczy

Wojciech Pokora, redaktor naczelny „Kuriera Lubelskiego” o znaczeniu lokalnej prasy oraz o planach rozwoju kierowanego przez niego tytułu.

Wojciech Pokora opowiada o reaktywacji „Kuriera Lubelskiego”, którego został redaktorem naczelnym.

Mówił także o planach rozszerzenia dystrybucji gazety.

Dziennikarz odpowiada twierdząco na pytanie: „Czy gazeta lokalna w dobie serwisów internetowych ma prawo bytu”. Wyjaśnia, dlaczego lokalna prasa jest ważnym elementem na rynku dziennikarskim.

 ~

Zachęcamy do wysłuchania całej rozmowy!

A.N.

Krótka historia polskiej prasy lokalnej na Pomorzu po 1989 roku / Maria Giedz, „Wielkopolski Kurier WNET” nr 85/2021

1 III 2021 r. PKN Orlen przejął grupę Polska Press za 1/4 ceny wystawianych od ponad czterech lat przez niemieckiego właściciela, niewiele wartych, bo bez nieruchomości, gazet regionalnych w Polsce…

Maria Giedz

Polska Press na Pomorzu

30 lat, i starczy

Okrągły stół, czyli rozmowy toczące się od 6 lutego do 5 kwietnia 1989 r. pomiędzy stroną rządową a demokratyczną opozycją oraz przedstawicielami Kościołów, a następnie pierwsze częściowo wolne wybory w czerwcu 1989 r. rozpoczęły w Polsce transformację na wszystkich płaszczyznach. Nie obyło się również bez zmian w mass mediach. Pod koniec marca 1990 r. sejm uchwalił ustawę likwidującą Robotniczą Spółdzielnię Wydawniczą „Prasa-Książka-Ruch”, a 11 kwietnia tegoż roku ustawę znoszącą cenzurę.

Również w kwietniu (6 kwietnia) 1990 r. powstała Komisja Likwidacyjna ds. RSW „Prasa-Książka-Ruch”. To przyczyniło się do budowy nowego systemu medialnego, a w dalszej perspektywie niestety kolejnego monopolu, ale już nie polskiego, lecz dla prasy regionalnej w ostatecznym kształcie – niemieckiego. Taki stan rzeczy trwał do grudnia 2020 r., a właściwie do 1 marca 2021 r., kiedy to PKN Orlen przejął grupę Polska Press za 1/4 ceny wystawianych od ponad czterech lat przez niemieckiego właściciela, niewiele wartych, bo bez nieruchomości, gazet regionalnych w Polsce.

Do 1989 r. większość gazet w Polsce znajdowała się pod polityczną kontrolą Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, a ich wydawcą był monopolista RSW „P-K-R”. W Gdańsku wychodziły wówczas trzy gazety: „Dziennik Bałtycki” (ukazujący się od maja 1945 r.), „Głos Wybrzeża” (ukazujący się od czerwca 1947 r.) i „Wieczór Wybrzeża” (popołudniówka ukazująca się od lutego 1957 r.). Od końca lutego 1990 r. ponownie zaczęła się ukazywać „Gazeta Gdańska”, która nie miała nic wspólnego z RSW. „Głos Wybrzeża” był oficjalnym organem Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Pod tytułem gazety znajdował się zapis: „Pismo Polskiej Partii Robotniczej”, a od grudnia 1948 r. „Organ Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej”. W każdym województwie ukazywała się przynajmniej jedna taka gazeta.

Rozbić komunistyczny monopol

Komisja Likwidacyjna w swoim założeniu miała rozbić monopol peerelowskiej prasy, rozpoczęła więc proces uwłaszczania. W projekcie przekształceń RSW znalazło się podstawowe założenie – „likwidacja Spółdzielni RSW oraz budowanie nowoczesnego, pluralistycznego rynku prasowego”.

Założono, że mają powstać silne kapitałowo wydawnictwa. Miały one nie tylko utrzymać się na rynku, ale i inwestować, prowadzić działalność marketingową. Miały też konkurować ze sobą oraz z wydawcami zachodnimi. Uznano, że „gminy, komitety obywatelskie, Solidarność, partie polityczne mogłyby stać się udziałowcami lub akcjonariuszami w spółkach wydawniczych”. Natomiast „rozproszenie udziałów kapitałowych poszczególnych partnerów mogłoby zapewnić niezbędny stopień autonomii redakcjom i w konsekwencji niezbędny stopień niezależności prasie”.

Aby zrealizować te założenia, konieczne było sprywatyzowanie majątku RSW. Mówiło się wówczas o preferencyjnej sprzedaży, a nawet o nieodpłatnym przekazaniu akcji lub udziałów m.in. pracownikom. Kilka podmiotów RSW zaczęło więc zakładać spółdzielnie. Część z nich tworzyły zespoły dziennikarzy, którzy wcześniej pracowali na usługach rządu, również stanu wojennego. Wywoływało to wiele kontrowersji i protestów ze strony środowiska dziennikarskiego, które po 13 grudnia 1981 r. zostało negatywnie zweryfikowane i zerwało współpracę z władzą. Protestowały też nowe ugrupowania polityczne, powstające po 1989 r., a także Solidarność. Taką spółdzielnię – dla wykupienia „Dziennika Bałtyckiego” – stworzono m.in. w Gdańsku. Nazywała się Dziennikarska Spółdzielnia Pracy „Dziennika Bałtyckiego”. Reżimowi dziennikarze z Wybrzeża znaleźli nawet partnera w postaci inwestora z dalekiego Zamościa (Krzysztofa Dudę, wówczas właściciela dużej firmy transportowej „Kadex”, który oferował, jak podaje prof. Wiktor Pepliński, 16 mld zł i 53 mld na poligrafię. [Kapitał zagraniczny w prasie Wybrzeża po 1989 roku. – Zeszyty Prasoznawcze – 1998, nr 1/2, s. 57–69.]).

Kiedy na przełomie roku 1990 i 1991 Komisja Likwidacyjna RSW „Książka-Prasa-Ruch” ogłaszała przetargi na poszczególne tytuły, przystąpił do nich także „Przekaz” Sp. z o.o. – spółka utworzona przez grupę dziennikarzy byłego „Tygodnika Gdańskiego” (pisma członków i sympatyków Solidarności) oraz Zarządu Regionu Gdańskiego NSZZ Solidarność. Przetarg na „Dziennik Bałtycki” odbył się w lutym 1991 r. „Prasa Gdańska” (podmiot utworzony przez „Przekaz” dla kupna „Dziennika”) nabyła pismo za 12 mld ówczesnych zł, poligrafię zaś za 43 mld zł, wygrywając ze Spółdzielnią Dziennikarską. Tak samo stało się w przetargu na „Wieczór Wybrzeża” (tu podmiotem była „Prasa Wybrzeża” – w której skład wchodziło, oprócz „Przekazu”, także Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie – która wygrała przetarg i zapłaciła za tytuł 5 mld zł).

Do obu tych transakcji strona polska zaprosiła, nawiązując wcześniej współpracę, znanego francuskiego magnata prasowego, Roberta Hersanta. (Ciekawostką jest fakt, że interesy Roberta Hersanta pojawiły się na polskim rynku za namową jego doradcy i przyjaciela, Michaela d’Ornano – francuskiego arystokraty i polityka o polskich korzeniach, potomka słynnej pani Marii Walewskiej. Jego sentyment do drugiej ojczyzny i zafascynowanie rewolucją Solidarności miały tu swoje znaczenie).

Walka o tytuł oparła się nawet o sąd, bowiem Dziennikarska Spółdzielnia Pracy „Dziennika Bałtyckiego” skierowała sprawę do sądu. – Stawiliśmy się przed Sądem Okręgowym w Warszawie, gdzie rozstrzygała się sprawa, komu przyznać „Dziennik Bałtycki” – mówi Jan Jakubowski, były redaktor naczelny DB. – Sąd przyznał go nam, czyli spółce niezależnych dziennikarzy i Zarządu Regionu NSZZ S – z jednej strony, a Hersantowi z drugiej. Te spółki zostały założone z grupą prasową Hersanta, która nazywała się Socpresse.

Komisja Likwidacyjna oraz Wysoki Sąd mieli „nosa”, ponieważ rychło potem okazało się, że właściciel „Kadexu” jest przekręciarzem, poszukiwanym listem gończym. Ostatecznie przywieziony został w kajdankach do Polski z zagranicy, dokąd wcześniej uciekł. Przypadek ten raz jeszcze potwierdzał, na jakie zasoby polskiego kapitału można było wtedy liczyć – albo na „lewe”, albo z szybkich postkomunistycznych uwłaszczeń, które zaczęły się właśnie w Polsce panoszyć. Mimo wszystko Spółdzielnia nie dała za wygraną i dzięki kolejnym procesom sąd wydał postanowienie o wstrzymaniu sprzedaży tytułu. „Przekaz” stał się na jakiś czas dzierżawcą gazety. Proces ciągnął się przez kolejny rok, nie przynosząc żadnego rozwiązania. Hersant złożył Spółdzielni ofertę zawiązania spółki „Baltic-press” i wydawania innego pisma – „Tygodnika Bałtyckiego” (wychodził bardzo krótko), na co Spółdzielnia się zdecydowała. Owo porozumienie z Hersantem doprowadziło do wycofania pozwu sądowego i sfinalizowania werdyktu Komisji Likwidacyjnej o sprzedaży „Dziennika Bałtyckiego” spółce „Prasa Gdańska” w czerwcu 1992 r. Wówczas „Przekaz” posiadał 49% udziałów, a francuski Socpresse 51%.

Nie dla lewicy i nie dla Niemców

W założeniach Komisji Likwidacyjnej znalazł się zapis o dopuszczeniu na polski rynek zagranicznych wydawców. Jednym z powodów było ewidentne zacofanie polskich mediów. Redakcjom czy drukarniom wyraźnie brakowało nowych technologii i metod pracy. Zecerzy w polskich drukarniach wciąż składali czcionkę ręcznie. Poza tym w kraju, znajdującym się w „popeerelowskiej” zapaści gospodarczej i rosnącym katastrofalnie bezrobociu, chodziło o ratowanie firm i miejsc pracy.

Poza oficjalnymi założeniami Komisja Likwidacyjna miała swoje preferencje – nie popierała aspiracji środowisk postkomunistycznych. Była też cicha umowa, że na Śląsk i na Pomorze, czyli m.in. do Gdańska, nie wprowadza się koncernów niemieckich. Niemcy początkowo dostosowywali się do takich ograniczeń – interesowała ich głównie prasa kobieca i rodzinna, a także magazyny dla młodzieży. Chociaż doszło do pewnego podstępu, ale to dopiero w 1993 r. i nie na Pomorzu, tylko na Dolnym Śląsku, kiedy to nieznana firma ze Szwajcarii o nazwie Interpublication kupiła połowę udziałów w spółce wydającej regionalny dziennik z Wrocławia. Okazało się, że za Szwajcarami stał niemiecki koncern prasowy Neue Passauer Presse.

Kilka miesięcy później Passauer wykorzystał Interpublikacion w Krakowie, kupując 25% udziałów w „Dzienniku Polskim”. W obu przypadkach chodziło o świadome zmylenie opinii publicznej, do czego po latach przyznał się właściciel Polska Press.

W Gdańsku na początku odbyło się wszystko zgodnie z przyjętymi założeniami: dwie gazety przejęło środowisko Solidarności (grupa dziennikarzy skupionych wokół „Tygodnika Gdańskiego” – ukazywał się od 20 sierpnia 1989 do 1 grudnia 1991 – którzy w 1989 r. wydawali „Tygodnik Wyborczy”, oraz zalegalizowana ponownie NSZZ Solidarność). Natomiast kapitał zagraniczny pochodził z Francji, a nie Niemiec.

– Nie byliśmy też zainteresowani „Głosem Wybrzeża” – mówi jeden z ówczesnych redakcyjnych szefów. – Nie można było żądać wszystkiego. „Dziennik” był najmocniejszą gazetą pod względem reklamy i nie miał odium organu PZPR. Natomiast „Wieczór Wybrzeża” był popołudniówką. Łącznie dawało to odpowiednią siłę na rynku.

– W ofercie przetargowej trzeba było zaproponować konkretne pieniądze za tytuł prasowy. Ale nie tylko pieniądze grały rolę – mówi Tomasz Hołdys, pierwszy prezes spółek, w skład których wchodziły obie gazety. – Były też określone, dodatkowe warunki, dotyczące możliwości rozwoju gazety. Hersant wchodził wówczas do Polski, kupując i inne tytuły, i oferował, bo to też było w ofercie, różne techniczne nowinki, a także własne drukarnie, które zresztą postawił.

Umowa z Francuzami

Kiedy w 1991 r. zawierano umowę między głównym udziałowcem – koncernem Socpresse – a mniejszościowym – spółką „Przekaz”, znalazł się w niej zapis, że: „sprawy kierowania redakcjami (…), w tym w szczególności dotyczące mianowania redaktorów naczelnych i obsadzanie stanowisk redakcyjnych, prowadzi zastępca prezesa zarządu mianowany przez Przekaz”. Tym wiceprezesem został Maciej Łopiński, ale i prezesem (na początku) został Polak, Tomasz Hołdys.

– Przed wpływem zagranicznego kapitału na redakcję zabezpieczaliśmy się – wyjaśnia Tomasz Hołdys. – Takim zabezpieczeniem było to, że kompetencję do mianowania redaktora naczelnego miał polski członek zarządu. Z technicznego punktu widzenia to był majstersztyk prawnika, który nas wspierał.

Paragraf 14 umowy określał, że „Każdy członek zarządu ma prawo i obowiązek prowadzenia spraw spółki, z tym zastrzeżeniem, że sprawy dotyczące kierowania redakcjami tytułów prasowych wydawanych przez spółkę, w tym w szczególności dotyczących mianowania redaktorów naczelnych i obsadzania stanowisk redakcyjnych, prowadzi zastępca prezesa zarządu mianowany przez „Przekaz”, spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością”. Inaczej mówiąc, umowa ta gwarantowała autonomiczność profilu gazet i obsady kierownictwa redakcji. Wygasła dopiero na początku 1996 r., kiedy już nie francuski, a jego następca, czyli niemiecki wydawca wykupił wszystkie udziały spółki „Przekaz”. Dzięki temu Niemiec stał się jedynym właścicielem obu gazet.

Z „Wieczorem” było nieco inaczej. Niemiecki wydawca czekał aż do odejścia z „Wieczoru Wybrzeża” redaktora naczelnego, Edmunda Szczesiaka, czyli do końca 1999 r. Nie ingerował też w sprawy redakcji. Niestety tego nie można powiedzieć o „Dzienniku Bałtyckim”. Z wejściem kapitału zagranicznego na rynek trójmiejski wiązały się też inwestycje zapisane w umowie. Obie redakcje zostały wyposażone w najnowszej generacji komputery Macintosha. Zbudowano również nowoczesną drukarnię dla „Prasy Bałtyckiej” w Pruszczu Gdańskim, co umożliwiło druk techniką offsetową. „Dziennik Bałtycki” zmienił się nie do poznania.

– Na tamte czasy był to ewenement – stwierdza Hołdys. – My w Gdańsku znaleźliśmy się wśród kilkudziesięciu (dwudziestu, trzydziestu) redakcji na świecie, które posiadały taki system. Komputeryzacja redakcji – to był wkład sfinansowany wyłącznie przez Francuzów. To był ten jeden z punktów, który Francuzi wpisali do oferty przetargowej. Obiecali tę komputeryzację i się z tego wywiązali.

Od Socpresse do Polska Press

W roku 1993 ponownie do władzy w Polsce doszły partie będące kontynuacją ugrupowań z PRL-u. Osłabła siła i autorytet Solidarności oraz postsolidarnościowych ugrupowań politycznych jako pewnych partnerów do prowadzenia interesów w mediach. Tym samym zmieniła się pozycja strony polskiej w układzie z Hersantem. Dodatkowo rynek prasowy stawał się coraz trudniejszy. Socpress domagał się pokrycia strat przez obie strony. „Przekaz”, nie mając środków, sprzedał Francuzom 15% udziałów. Również Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie odsprzedało swoje 22% w „Wieczorze Wybrzeża”. W wyniku tych transakcji udziały Hersanta znacznie się powiększyły.

– Wszystkie gazety, które były w ręku Hersanta, Francuzi przekazali bezpośrednio z Socpresse’u do powołanej spółki, która się nazywała Polska Press – tłumaczy Tomasz Hołdys. – To była spółka powołana jeszcze przez Francuzów. Oni wnieśli tam wszystkie swoje udziały w polskich gazetach. Tę operację przeprowadzili dość szybko. To dość sensownie wyglądało. Stworzyli takie połączone centrum właścicielskie dla Polski. Czyli stworzyli Polska Press. Nie pamiętam, w którym to było roku. To miało sens, bo mogło choćby pomóc we wspólnym nabywaniu dużych pakietów reklam.

Tak się złożyło, że mniej więcej w tym samym okresie Hersant popadł w długi na skutek bankructwa jednego z banków we Francji i zaczął wysprzedawać wszystko, co się da, z wyjątkiem swojego sztandarowego „Le Figaro”.

– Sprzedał niektóre francuskie dzienniki, telewizję Tele-5 i zaczął się rozglądać za kimś, komu mógłby sprzedać swoje udziały w Polsce – mówi Jan Jakubowski.

Hersant, mając kłopoty we Francji, musiał się pozbyć tego majątku, żeby spłacić długi. Postanowił więc sprzedać „całą Polskę”. Michael d’Ornano, przyjaciel i doradca Hersanta, już nie żył, zginął, potrącony przez samochód. Wtedy zgłosił się Franz Hirtreiter, prezes zarządu mniej znanej niemieckiej grupy wydawniczej Verlagsgruppe Passau. Komisja Likwidacyjna już nie istniała, w mediach działał właściwie niczym nieograniczony wolny rynek, więc Niemcom – wbrew poprzednim cichym ograniczeniom – wolno było już wszystko.

Hersant chyba po raz pierwszy, a zarazem ostatni, nie poinformował polskich partnerów o ważnej sprawie dotyczącej ich wspólnego przedsięwzięcia. Sprzedał wszystko przez zaskoczenie. To dla strony polskiej był szok. Tym bardziej, że – jak się szybko okazało – Niemcy mieli zupełnie inne podejście do dalszej współpracy. Kupili całość Polska Press i w ten sposób stali się właścicielem wszystkich spółek, które były z kolei właścicielami tytułów, m.in. w Gdańsku. Miało to miejsce we wrześniu 1994 r. Zapłacili Francuzowi 80 mln marek zachodnich, ale musieli kolejnych 20 mln marek zainwestować. Na przełomie 1994 r. i 1995 r. „Przekaz” odsprzedał resztę swoich udziałów. W ten sposób Passauer stał się pełnym właścicielem obu gazet w Gdańsku. Następnie w styczniu 1996 r. doprowadził do fuzji wszystkich spółek, powołując Polskapresse.

W 2007 roku Polskapresse zmieniła nazwę w 6 regionalnych dziennikach, w tym w „Dzienniku Bałtyckim”, na: „Polska The Times Dziennik Bałtycki”. 27 lutego 2015 r., po połączeniu Polskapresse z Mediami Regionalnymi, powstała Grupa Polska Press. Zrezygnowano z niemieckiej nazwy Polskapresse, która źle kojarzyła się polskiemu społeczeństwu.

Potęga reklamowa

– „Dziennik Bałtycki” był przede wszystkim gazetą ogłoszeniową – wyjaśnia Tomasz Hołdys. – To była potęga ogłoszeniowa. Dla mediów i dzisiaj jest ważne, skąd wziąć pieniądze na utrzymanie. Otóż „Dziennik” był drugą bodajże w Polsce, po którejś katowickiej, chyba „Dzienniku Zachodnim”, gazetą ogłoszeniową w Polsce. Miał największą ilość przychodów z reklam, głównie z ogłoszeń drobnych. Dziennikarze trochę na to narzekali – że zbyt duża powierzchnia idzie na komercję – tym niemniej ogłoszenia pozwalały „Dziennikowi” się rozwijać, również redakcyjnie.

– „Dziennik”, będąc gazetą z tradycją, miał niepisany monopol na ogłoszenia drobne. To wieloletnia tradycja skłaniała ludzi, żeby dawać ogłoszenia do naszej gazety – mówi Jan Jakubowski. – Najwięcej mieliśmy ogłoszeń o pracy, o zatrudnieniu, o chęci sprzedaży czy kupna… Wtedy nie było dużych reklam, rynek reklamowy był słaby. Poza tym „Dziennik” jako jedyna gazeta publikowała nekrologi ze znaczkiem „śp.” „Głos Wybrzeża” tego nigdy nie uwzględniał, a ludzie wierzący chcieli zaznaczyć, że ich bliski jest już „świętej pamięci”. Dzięki tym drobnym ogłoszeniom rosła objętość „Dziennika”. Niestety nakład powoli malał.

– Udało się nam, może w nieco sztuczny sposób, podnosić poziom nakładu – dodaje Hołdys. – Zaczęliśmy akcjami zdrapek. Publikowało się kupony zdrapkowe i kolportowało je razem z gazetą. Ten pomysł został przywieziony z Zachodu przez Francuzów. Do podniesienia nakładu przyczynił się kolejny manewr Francuzów, którzy od 1994 r. zaczęli wydawać wydania mutacyjne dla Gdańska, Gdyni, Sopotu, Kociewia, Kaszub, Pruszcza Gdańskiego, a także Elbląga.

Nowe porządki

Nowy właściciel, dr Axel Diekmann, dentysta z Pasawy, a zwłaszcza jego przedstawiciel Franz Xaver Hirtreiter, który od 1988 r. był szefem Passauer Neue Presse, nie byli zainteresowani wydawaniem w Polsce ambitnych, opiniotwórczych gazet.

– Niemcy klepali nas po plecach, zapewniając o poparciu w staraniach o członkostwo w UE, a zarazem, gdzie mogli, ograniczali nam pole manewru w redakcjach i wydawnictwach – wspomina jeden z byłych redaktorów gazety. – Nie dbali o niezależność redakcji wobec polityków, łasząc się do nich. Przeprowadzali np. badania dotyczące ilości tekstów poświęconych partii rządzącej, w tym przypadku SLD. Coraz częściej dyktowali, co mamy robić, jaką tematykę w gazecie poruszać, wtrącali się także do polityki kadrowej w redakcjach, co w umowie spółki było akurat zastrzeżone dla strony polskiej. Liczyła się tylko kasa i dobre stosunki z władzą, czyli – w sumie – nie misja, lecz święty spokój.

Wiktor Pepliński w swoim opracowaniu (Kapitał…) pisze: „W sierpniu 1996 r. Mathieu Cosson, prezes Polskapresse, przekazał gdańskiemu wydawnictwu kilkustronicową, kuriozalną analizę treści »Dziennika Bałtyckiego«, zawierającą wybór publikacji przedstawiających krytyczne oceny dotyczące polityki rządu, a kończącą się stwierdzeniem: »Niechęć do rządzącej koalicji przejawia się najczęściej w złośliwych tytułach, ironicznych komentarzach i drwiących wtrętach do informacji o aktualnych wydarzeniach«”.

Kiedy na łamach „Dziennika Bałtyckiego”, w okresie kampanii prezydenckiej Aleksandra Kwaśniewskiego, pojawiły się teksty ukazujące m.in. brak wyższego wykształcenia u przyszłego prezydenta, w listopadzie 1996 r. z pracy musiał odejść redaktor naczelny Jan Jakubowski.

– Prezentowaliśmy kandydatów, a zwłaszcza dwóch najważniejszych: Lecha Wałęsę i Aleksandra Kwaśniewskiego – mówi Jan Jakubowski. – Wysłałem reporterów do matecznika Kwaśniewskiego na Pomorzu (chodzi o Białogard), którzy przywieźli mi reportaż o nie najchlubniejszej roli jego ojca – ginekologa. Opublikowałem go, a jednocześnie opublikowałem wywiad z prorektorem Uniwersytetu Gdańskiego, prof. Brunonem Synakiem, który stwierdził, że Aleksander Kwaśniewski nie jest magistrem, nie posiada dyplomu ukończenia Uniwersytetu Gdańskiego. A tym tytułem sztab Kwaśniewskiego podkreślał jego przewagę nad „elektrykiem” Lechem Wałęsą, ustępującym prezydentem. Zaczęła się potworna zadyma. O ważności wyborów debatował Sąd Najwyższy, który jednak, co prawda niejednogłośnie, uznał wygraną Kwaśniewskiego.

– Po tej publikacji ze strony SLD nastąpiła taka ofensywa na wydawcę, że Niemcy się poddali, bo chcieli zbudować drukarnię w Gdańsku, a tamci nie pozwalali – kontynuuje Jakubowski. –Dla przedstawicieli Kwaśniewskiego (lokalnych struktur SDRP) był to sygnał, by przypuścić na nas atak. Poseł Longin Pastusiak wprost interweniował, by nie przyznawać pozwolenia na jej budowę. Jak tylko mnie zwolnili z funkcji redaktora naczelnego w listopadzie 1996 r., od razu dostali to pozwolenie.

Kolejny naczelny, Andrzej Liberadzki, podzielił ten sam los rok później, po ukazaniu się również słynnego materiału, czyli Wakacji z agentem. Został on przygotowany we współpracy z „Życiem”, a dotyczył dziwnych kontaktów w Cetniewie Aleksandra Kwaśniewskiego z rosyjskim szpiegiem, Ałganowem. Przy tej historii z Niemcami nie dało się już współpracować. Zaczęli się zachowywać brutalnie wobec dziennikarzy i stanęli po stronie przeciwnej niż autorzy publikacji. Ten wątek zostanie rozwinięty dalej.

Po odejściu wtedy (rok 1997) z „Dziennika Bałtyckiego” jej naczelnego oraz polskiego wiceprezesa wydawnictwa, skończyła się polsko-niemiecka współpraca, a zaczął się „ordnung”.

Niemiecki właściciel postanowił zreformować gazety, co początkowo przynosiło pewne sukcesy. Zaczęło się od wykorzystania francuskiego pomysłu wychodzenia w teren, czyli tworzenie oddziałów gazety w różnych rejonach Pomorza. Wiązało się to z przejmowaniem istniejących już tam lokalnych gazet, a więc w Kartuzach, Wejherowie, Lęborku, Pruszczu Gdańskim, Pucku. Przejęte gazety lokalne wydawano pod starymi tytułami. Zaczęto też tworzyć nowe oddziały, jak „Dziennik Kociewski”, „Dziennik Tczewski”. Powstała także sieć dwunastu tygodniowych dodatków do „Dziennika Bałtyckiego”, jak: „Nasz Tygodnik Echo Ziemi Puckiej”, „Nasz Tygodnik Echo Ziemi Lęborskiej”, „Nasz Tygodnik Gryf Kociewski”, „Nasz Tygodnik Gryf Wejherowski”. Dodatki te ukazywały się w weekendowej edycji „Dziennika Bałtyckiego”.

Wiktor Pepliński twierdzi, że „doprowadziło to niekiedy do kilkakrotnego wzrostu nakładów tygodników (np. puckiego z 2 do 6,3 tys.) oraz do 50% wzrostu sprzedaży piątkowego wydania »Dziennika Bałtyckiego« w miejscowościach objętych siecią tygodników”. Na przykład w listopadzie 1997 r. piątkowe wydanie „Dziennika” osiągnęło nakład 186 390 egzemplarzy.

Przejęto też kaszubskie pismo „Norda”, wydawane częściowo w języku kaszubskim. Stało się ono dodatkiem dla tygodników „Dziennika” ukazujących się w 6 miastach na Kaszubach. W październiku 1997 r. nakład tygodników z „Nordą” wynosił 37 tys. egzemplarzy. Podobnie rzecz miała się z piątkowym wydaniem „Wieczoru Wybrzeża”, dzięki czemu w listopadzie 1997 r. nakład popołudniówki wynosił 132 256 egzemplarzy.

Kolejnym działaniem Polskapresse było przeniesienie w 1998 r. obu redakcji z Domu Prasy do przyległego budynku po dawnej drukarni prasowej przy Targu Drzewnym 9/11 – narożnej kamienicy przy ul. Garncarskiej, która została kupiona przez Niemców na potrzeby redakcji. Stała się własnością Polskapresse. Obecnie jest to własność rodziny Diekmannów.

Koniec parasola

Ostateczna rozgrywka zaczęła się od wspomnianych wyżej, słynnych tekstów wokół Aleksandra Kwaśniewskiego, których zakończeniem było odejście z kierownictwa znakomitych trójmiejskich dziennikarzy. Prof. Pepliński uważa, że miało to związek z wszczęciem 28 sierpnia 1997 r. przez Prokuraturę Wojewódzką w Warszawie śledztwa przeciwko „Dziennikowi Bałtyckiemu”. A także wniesieniem 1 września tegoż roku cywilnego pozwu przeciwko gazecie i żądania przeprosin oraz zadośćuczynienia w wysokości 2,5 mln zł. Sprawa ta dotyczyła również redakcji „Życia” z Warszawy. Kilka dni później ukazało się, wymuszone przez niemieckiego wydawcę na redaktorze naczelnym „Dziennika”, oświadczenie osłabiające wymowę reporterskiego dochodzenia w części dotyczącej bezpośredniego, w cztery oczy kontaktu Kwaśniewskiego z Ałganowem.

Następnie, jak pisze Pepliński: „rzecznik prezydenta Antoni Styrczula rozdał tekst listu Franza Hirtreitera skierowanego do Aleksandra Kwaśniewskiego, w którym niemiecki wydawca stwierdził m.in.: »Jestem zaszokowany pozbawionym skrupułów sposobem, w jaki atakowany jest Prezydent RP, bez podania przekonywających dowodów. [..] Za to chciałbym przeprosić Pana we wszelki możliwy sposób«”.

Wtedy redaktor naczelny „Dziennika” zabrał ponownie głos, stwierdzając m.in.: „List szefa grupy prasowej z Passau budzi smutek, a zawarta w nim kategorycznie negatywna ocena znanej publikacji o Aleksandrze Kwaśniewskim w Cetniewie – sprzeciw. (…) Ze strony reprezentanta naszego właściciela usłyszeliśmy wczoraj ton ostry w stosunku do mediów, a uległy w stosunku do polityków. W ramach zastosowanej frazeologii o wolności i odpowiedzialności, pan Hirtreiter wydaje się być wyraźnie po stronie odpowiedzialności. Historia prasy pokazuje jednak, że często kończyło się to ograniczeniem jej wolności”.

Po tym oświadczeniu, jak się później okazało – proroczym, Andrzej Liberadzki złożył rezygnację ze swojej funkcji. Odszedł także solidarnie polski wiceprezes zarządu gdańskiego wydawnictwa, Maciej Łopiński. Zrezygnowało również z pracy 12 dziennikarzy z Działu Informacji. W ramach reakcji na list Franza Hirtreitera gdański oddział SDP wydał oświadczenie, w którym czytamy: „Zgodnie z naszymi przekonaniami i statutem naszej organizacji oświadczamy, że przedstawiona w liście wizja stosunków między wydawcą a dziennikarzami nie odpowiada zasadom funkcjonowania wolnych mediów w demokratycznym społeczeństwie i grozi wprowadzeniem nowych form cenzury prasowej”. Oświadczenie to na niemieckim wydawcy nie zrobiło żadnego wrażenia.

Sprawa „Dziennika Bałtyckiego”, a przede wszystkim treść listu Hirtreitera do prezydenta RP była na tyle głośna, że omawiano ją na konferencji Rady Europy.

Po tych wydarzeniach podobno doszło do rozłamu pomiędzy właścicielem gazety – rodziną Diekmannów a prezesem Franzem Hirtreiterem, w wyniku czego Hirtreiter przejął w 1998 r. „Gazetę Olsztyńską” i przeniósł się na Warmię. Wśród dziennikarzy „Dziennika Bałtyckiego” mówiło się jednak, że chodziło raczej o fikcyjne podzielenie niemieckiego monopolu prasowego.

Po odejściu Andrzeja Liberadzkiego ze stanowiska redaktora naczelnego jego miejsce zajął Krzysztof Krupa, dotychczasowy szef działu sprzedaży reklam, o którym było wiadomo, że pod rządami gen. Jaruzelskiego, w latach 80. pisywał w prasowym organie Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Sam zresztą się tym chwalił.

Od tego czasu w redakcji zmieniło się wiele. Gazeta przeobraziła się z opiniotwórczej w stricte informacyjną, i to wybiórczo informacyjną. Dziennikarze zaczęli tracić pracę, stosowano mobbing, zarobki też poszły w dół… Nie było już parasola – w postaci polskiego wspólnika czy szanowanych doświadczonych szefów redakcji, z opozycyjną kartą z okresu komuny oraz znajomościami wśród polityków z dawnej Solidarności. Teraz więc, z punktu widzenia zagranicznego kapitalisty na „dzikim” wschodnim rynku, można było już robić wszystko.

Sam na sam z obcym kapitałem

– Podczas mojej pracy jako wydawcy gazety dochodziło wielokrotnie do merytorycznych sporów, dotyczących wizji gazety na dzień następny (sposobu doboru i prezentacji materiałów) – podaje anonimowy respondent w jednej z ankiet sporządzonych na użytek niniejszego opracowania. – Moim zdaniem wynikało to niestety li tylko z powodu niekompetencji redaktora naczelnego (był nim wówczas Krzysztof Krupa), który awansował z działu reklam na szefa gazety. Nie znał się na dziennikarstwie i nie rozumiał mediów. Konflikt z redaktorem naczelnym, który – o zgrozo – został potem mianowany prezesem Polskapresse w Gdańsku, spowodował moje odejście z firmy w 2002 roku, po 11 latach pracy.

– Nic ci nie opowiem, nie chcę wracać do tamtych czasów, a poza tym zakazano mi na ten temat cokolwiek mówić pod groźbą skrzywdzenia mojej rodziny – twierdzi jeden z dziennikarzy „Dziennika Bałtyckiego”, pracujący przez lata na kierowniczym stanowisku. To on był poniżany przez Krzysztofa Krupę. Godzinami, przez kilkanaście dni wystawał przed jego gabinetem, aby spróbować rozwiązać konfliktową sytuację. My, starzy dziennikarze, przyglądaliśmy się temu z przerażeniem. Jedna z koleżanek stwierdziła, że w redakcji zapanowały iście faszystowskie układy i rzuciła tę „szacowną” pracę.

– Za Hersanta atmosfera w gazecie była dobra – mówi kolejna osoba. – Pracowałam na pełnym etacie. Za właściciela niemieckiego zaczął się mobbing. Powoli obniżano zarobki. Potem zmniejszono zatrudnienie do pół etatu, wreszcie, za „słynnego” Macieja Siembiedy, przywiezionego w teczce ze Śląska, zaproponowano mi przejście na działalność gospodarczą, a następnie na zasiłek przedemerytalny (wystarczyło mieć ukończone 50 lat życia) i kontynuowanie pracy na czarno, na nazwisko pracowników administracyjnych z wyższej półki, mimo że „pachniało” to prokuraturą. Jeśli ktoś nie przyjął proponowanych warunków, był wyrzucany z pracy, a na rynku trójmiejskim nie miał szans na zatrudnienie w dziennikarstwie. Wiele osób godziło się więc na poniżenie. Czasem chodzono do prezesa czy naczelnego i skamlano, błagając o pozostawienie ich w zespole w zamian za całkowite posłuszeństwo.

Redaktor naczelny konkurencyjnego z „Dziennikiem” pisma dodał: – Kiedyś powiedziałem w oczy Krzysztofowi Krupie, który był w Polska Press wiodącą figurą przez lata – opowiadał mi wówczas, jakie to nowoczesne metody zatrudniania wprowadza, a my w „Głosie” jesteśmy spóźnieni: – Teraz to już się nie zatrudnia na umowę o pracę, tylko sami przedsiębiorcy tworzą „Dziennik Bałtycki”. Dlatego tych dobrych dziennikarzy się wypycha, pozbawia godności zawodowej. Nie da się zrobić dobrej gazety, opiniotwórczej, jeżeli dziennikarz nie jest ubezpieczony umową o pracę z pracodawcą. Od tego momentu zaczyna się degradacja zawodu dziennikarskiego.

Od Krupy poprzez Siembiedę, aż do czasów obecnych w „Dzienniku” panuje bida z nędzą, śmieciówki, wyzysk, mobbing, cały katalog negatywnych zjawisk współczesnego rynku pracy w Polsce – mówi kolejny dziennikarz.

Zlikwidowanie popołudniówki, czyli „Wieczoru Wybrzeża”, wiązało się ze zwolnieniem z pracy co najmniej kilkunastu dziennikarzy, a dotyczyło to również dziennikarzy „Dziennika Bałtyckiego”, gdyż dokonywano wówczas najróżniejszych roszad. Niektórzy tego nie wytrzymywali, załamywali się, popadali w alkoholizm, dostawali zawałów (dwie osoby miały problemy z sercem, po jedną nawet przyjechała do redakcji karetka), kolega dostał dziwnego napadu, chyba udaru – niedługo potem zmarł. U koleżanki uaktywniła się epilepsja. Jeden z kolegów pił alkohol, aby o wszystkim zapomnieć, a przy okazji palił papierosy. Spalił się żywcem. Inny kolega, ponoć powodem był zawód miłosny, ale miał też problemy w pracy, popełnił samobójstwo.

Jeden z kolegów zarabiał tak mało, że nie miał czym zapłacić za mieszkanie, często więc nocował w redakcji, a kiedy brakowało mu na jedzenie, próbował żebrać na ulicy. Nie chciał jednak zrezygnować z bycia dziennikarzem.

Nagminne stało się odbieranie dziennikarzom etatów i zmuszanie ich do samozatrudnienia. Około 20% dziennikarzy było zatrudnionych nie na umowach o pracę, ale jako jednoosobowe firmy prowadzące własną działalność gospodarczą. Na początku byli traktowani podobnie jak ci na umowach o pracę, udzielano im płatnych urlopów, rekompensowano składkę ubezpieczeniową, ale ponieważ odprowadzali najniższą z możliwych, wpłynęło to – po latach – na wysokość ich emerytur. Etaty były reglamentowane. Wielu dziennikarzy pracowało przez lata bez etatu, bez ubezpieczenia zdrowotnego, bez prawa do płatnego urlopu, wynagrodzenia były bardzo niskie, wyceny za materiały zmniejszane regularnie. Jeśli chodzi o kryteria dotyczące wykształcenia, to nie było żadnych. Zatrudniano osoby nie tylko bez wykształcenia dziennikarskiego, ale niemal prosto „z ulicy”. Np. na stanowisku zastępcy redaktora naczelnego pracował człowiek bez wyższego wykształcenia, sekretarzem jednej z terenowych redakcji była osoba bez matury. Dziennikarzami byli ludzie po zawodówkach…

– Od początku XXI wieku widoczna była tendencja ograniczania zatrudnienia, podszyta przekonaniem ścisłego kierownictwa, że na każde miejsce pracy i współpracy czeka dziesięciu chętnych, co wprost mówiono – stwierdza jeden z dziennikarzy DB.

Fikcyjne wręczanie wymówienia i znajdowanie na to świadków, którym następnie odwdzięczano się intratnym stanowiskiem, traktowano jako normalność. Człowiek wylatywał z pracy, bo nie pasował do wyobraźni kolejnego naczelnego.

Pisanie pod dyktando

Jakieś dwa – trzy lata po sprzedaży „Dziennika” przez Francuzów Niemcom okazywało się, że nie o wszystkim można pisać. Odczuwalne były naciski na kierownictwo redakcji przez lokalnych włodarzy i polityków. Szantażowano rezygnacją z reklam, np. o przetargach przez lokalne magistraty. Wiele tekstów, po odejściu, a raczej wyrzuceniu dziennikarzy z dawnego zespołu „Tygodnika Gdańskiego”, łącznie z prezesami i redaktorami kierującymi gazetą, było ustawianych pod określone z góry tezy.

– Liczył się tylko pieniądz i aby przypadkiem nie zaszkodzić wyżej postawionym. To samo było z miejscowymi biznesmenami. Nie można było pisać o przekrętach, o układach mafijnych, bo narażało się na zniszczenie układu, który przynosił wymierne korzyści owym biznesmenom, ale i gazecie. Spore z tego profity (wyjazdy zagraniczne, specjalne szkolenia w luksusowych ośrodkach, wyjazdy z politykami po świecie) mieli ci dziennikarze, którzy pisali zgodnie z wolą ówcześnie panujących – czytamy w komentarzu do jednej z anonimowych ankiet wypełnionej na potrzeby tej publikacji.

– Trzeba było pisać tak, jak chciało kierownictwo, nawet o sprawach kultury – dodaje inny dziennikarz. – Teksty o niszowych, ale wartościowych wydarzeniach nie ukazywały się, natomiast promowane były imprezy masowe.

Ktoś inny napisał: – Zbyt wyraźne eksponowanie polskości czy tożsamości regionalnej było wyśmiewane, krytykowane. Wyjaśniano takiemu „naiwniakowi”, że w dobie globalizacji trudno jest skupiać się na własnym podwórku, że to zbyt zaściankowe, nienowoczesne, że jesteśmy Europejczykami, więc skupianie się na regionalności jest przestarzałe. Dotyczyło to również kuchni, uprawy kwiatków…. Przy tematach dotyczących II wojny światowej poprawnie było nie eksponować okrucieństw dokonywanych przez Niemców. Podobnie było z tematyką solidarnościową.

– Kierownictwo mojej gazety, a potem kierownictwo internetu nastawiały się na współpracę komercyjną, co powodowało np. w małych miejscowościach, że ważniejsze było pozyskanie ogłoszeń z urzędu miasta/gminy niż kontrola władz lokalnych – czytamy w kolejnym komentarzu do ankiety. W „Dzienniku Bałtyckim” stworzono system oceny szefów oddziałów oparty na wyniku finansowym, a nie tylko np. atrakcyjności oferty i sprzedaży gazet. W oddziałach – otrzymanie sprostowania traktowano jako błąd gazety bez względu na treść. W centrali redakcji DB nie było przyzwolenia na krytykę lubianych polityków albo dużych firm, które mogły być partnerami handlowymi. Efektem była papka informacyjna; zapowiedzi imprez i koncertów – tak, kontrola władzy – nie.

Podsumowując można stwierdzić, że dziennikarze nie byli w pełni samodzielni. Często dochodziło do ingerencji przełożonych w sprawie doboru tematów. Ci bystrzejsi, a raczej cwańsi, sami narzucali sobie autocenzurę. W gazecie nie mogło się ukazać nic, co było niewygodne dla władzy. Przedstawiciele PO byli nadreprezentowani, a o tych związanych z prawicą gazeta milczała.

Zniknęły z gazety ważne teksty publicystyczne, reportaże, dziennikarstwo dochodzeniowe. Natomiast coraz częściej odbywały się wśród „zaufanych” narady, analizy treści. Dodatkowym elementem był monitoring treści artykułów zamieszczanych w „Dzienniku” przez niektóre partie polityczne (SLD, PO), w celu wskazania niepożądanych przez te ugrupowania tematów.

Kuriozalne było powołanie nieformalnej rady programowej przy redakcji „Dziennika”, składającej się z wyselekcjonowanych lokalnych „vipów” według klucza lojalności i zbieżności z interesami biznesowymi oraz opcją polityczną kierownictwa wydawnictwa i jego właścicieli. Jak pisze jeden z respondentów: „Ta nieformalna rada spotykała się na organizowanych i finansowanych przez wydawnictwo »zakrapianych« obiadach. Pretekstem spotkań był wybór reklamy miesiąca, roku. Osoby z tej rady wchodziły w skład jury wybierającego »Człowieka Roku DB«”. Kilka razy owe rady odbywały się na ostatnim piętrze budynku redakcji, ale odkryli to dziennikarze, więc przeniesiono je do jednego z trójmiejskich lokali.

Wieczór poranny

Podobne przeobrażenia przechodziła popularna popołudniówka wydawana w Gdańsku przez spółkę „Prasa Wybrzeża”. Na redaktora naczelnego powołano wówczas Edmunda Szczesiaka, a jego zastępcą został Tadeusz Woźniak. Teoretycznie w „Wieczorze” obowiązywały te same zasady, co w „Dzienniku Bałtyckim”. Chociaż to „Wieczór” był pierwszą skomputeryzowaną gazetą w Trójmieście, jeszcze za czasów francuskich. Również to ta gazeta jako pierwsza przeszła na druk techniką offsetową.

– „Wieczór” był gazetą, która szła w stronę tzw. przeciętnego Kowalskiego – mówi Tomasz Hołdys. – Był gazetą z różnymi akcjami, całkiem fajnymi. Przypomnę wielką akcję „Wieczoru Wybrzeża” pt. „Wieczorynka”. To były konkursy miss piękności, które angażowały całe Pomorze. To było i atrakcyjne w sensie nagród, ale przede wszystkim ważne w sensie społecznym. Było eksploatowane przez gazetę codziennie. Codziennie były jakieś rozmowy z kandydatkami, wszystko się działo gdzieś lokalnie w miasteczkach, na wsiach. Był to wieloetapowy konkurs piękności, który społecznie miał spore znaczenie. Podobnych akcji było więcej.

Za francuskiego właściciela powstały interesujące działy, jak „Wieczór Seniora”, magazyn dla kobiet „Lustro”, magazyn kaszubski „Burczybas”, „Wieczór Intymny”, „Pif-paf”, „Wieczór z Rozrywką”. W 1991 r. nakład pisma zwiększył się z 45 tys. do 60 tys. egzemplarzy, a wydanie magazynowe ze 105 tys. do 140 tys. egzemplarzy. Od stycznia 1994 r. było ono rozprowadzane nie tylko w województwie gdańskim, ale i elbląskim oraz słupskim. Zasadnicza zmiana nastąpiła od września 1994 r., kiedy to „Wieczór Wybrzeża”, podobnie jak „Dziennik Bałtycki”, został przejęty przez niemieckiego właściciela.

– Wcześniej atmosfera w zespole „Wieczoru Wybrzeża” była bardzo dobra, relacje też były kapitalne – twierdzi Tadeusz Woźniak. – Niestety, nowy wydawca zrobił z nas tanią popołudniówkę, a my mieliśmy ambitne plany. Niemcy o rolę społeczną prasy dbali u siebie, a u nas zarabiali. Wszystko tak było ustawione. Choćby to wspólne biuro ogłoszeń, te wspólne reklamy… To najpierw było na zasadzie, że my mieliśmy jakichś reklamodawców i „Dziennik Bałtycki” też miał. Potem zrodziła się inicjatywa, że będą wspólne reklamy – lansowano tę formułę, stosując promocyjne ceny. Nowemu wydawcy chodziło o to, żeby przejąć rynek reklam „Wieczoru”.

A potem? A potem może te gazetę zamkniemy…

Mimo, że „Wieczór” miał charakter popołudniowy, po kilku latach zaczął ukazywać się… rano. Od początku 2000 r. znanego i szanowanego redaktora naczelnego, Edmunda Szczesiaka, zastąpił Jarosław Gojtowski. Rok później pałeczkę przejął Romuald Orzeł. W końcu, w grudniu 2001 połączono obie redakcje – „Dziennika Bałtyckiego” i „Wieczoru Wybrzeża”. Do końca 2002 r. „Wieczór” ukazywał się łącznie z „Dziennikiem Bałtyckim” jako swego rodzaju suplement; następnie został zlikwidowany.

Szokująca transakcja

Niespodziewana informacja z początku 2021 r. o sprzedaży PKN Orlen gazet i portali przez Polska Press była dla niektórych szokiem. Przecież nie sprzedaje się kury znoszącej złote jaja… Przecież oddanie aktywów medialnych we władanie prawicy to monopolizacja rynku medialnego… Przecież straci na tym środowisko dziennikarskie… Te histerie wspomagali politycy opozycji (raportując sprawę nawet do europarlamentu). Wspierały ich konkurencyjne i wypasione na braku realnego pluralizmu media mainstreamu. Głos zabrały też niezmiennie „życzliwe” dla obecnej Polski publikatory niemieckie, przeprowadzając atak na Orlen, że ośmielił się skorzystać z proponowanej oferty… Z akcją blokującą skuteczność transakcji wystartował, jak zwykle niezawodnie obiektywny, Rzecznik Praw Obywatelskich, Adam Bodnar.

Ale po pierwsze, kura była coraz mniej warta – skoro przez cztery lata sprzedający nie mogli znaleźć kupca. Po drugie, ten zakup jednym ruchem rozbija właśnie aż dwa monopole – obcego kapitału oraz środowisk lewicowo-liberalnych, które nadal zdecydowanie przeważają w mediach. Po trzecie wreszcie, sytuacja dziennikarzy, w tym swoboda wykonywania tego zawodu (to prawda, wszędzie coraz mniejsza), w świetle danych przedstawionych w powyższym opracowaniu, może być już tylko lepsza.

***

Redaktorzy naczelni „Dziennika Bałtyckiego” w latach 1991–2021

Tadeusz Bolduan (1990–1991) – w ramach Spółdzielni Dziennikarskiej „Dziennika Bałtyckiego”,

Jan Jakubowski (1991–1996) – pierwszy redaktor naczelny po przejęciu „DB” przez spółkę „Przekaz” i francuskiego partnera,

Andrzej Liberadzki (1996–1997),

Krzysztof Krupa (1997–2000),

Janusz Wikowski (2000–2002),

Maciej Siembieda (2002–2005),

Tomasz Arabski (2005–2006),

Maciej Wośko (2006–2010),

Grzegorz Popławski (2010–2012),

Mariusz Szmidka (od 2012 r.).

Redaktorzy naczelni „Wieczoru Wybrzeża” w latach 1991–2002

Edmund Szczesiak (1991–1999),

Jarosław Gojtowski (2000–2001),

Romuald Orzeł (2001).

Artykuł Marii Giedz pt. „30 lat, i starczy. Polska Press na Pomorzu” znajduje się na s. 6–7 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 85/2021.

 


  • Lipcowy numer „Kuriera WNET” (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Marii Giedz pt. „30 lat, i starczy. Polska Press na Pomorzu” na s. 6–7 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 85/2021

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Dorota Kania: Tusk nie wejdzie w buty krajowej polityki, bo ma za sobą zbyt wiele porażek

Dorota Kania o wyzwaniach, jakie stoją przed grupą PolskaPress, misji lokalnych mediów, zmianach w PiS oraz powrocie Donalda Tuska do krajowej polityki.


Dorota Kania w rozmowie z Łukaszem Jankowskim mówi o zadaniach, jakie stoją przed grupą Polska Press. Wskazywała na znaczenie lokalnych tytułów oraz ich potencjał.

Polska Press to nie tylko dzienniki – to także tygodniki i portale. W tym tkwi nasza siła.

Po przejęciu tej grupy medialnej przez polski kapitał, przed nowym zarządem i ekipą dziennikarską stoi wiele wyzwań.

Zadaniem jest przede wszystkim to, żeby zwiększyć sprzedaż i sprawić, by czytelnicy poczuli sie związani z tytułem.

Dorota Kania wskazuje na misję, jaka stoi przed dziennikarzami, zwłaszcza tymi lokalnymi. Zaznacza, że ich silne powiązania z miejscowymi politykami nie były rzadkością.

Byli dziennikarze, którzy „blatowali” sie z włodarzami i samorządami. (…)Pewnych tematów nie poruszano. (…) My zaczynamy pisać o tych interesach. Nie ma tematów tabu.

Dziennikarka odniosła się także do polityki krajowej. W najbliższym czasie może dojść do istotnych przetasowań. W sobotę 3 lipca odbędzie się statutowo-wyborczy kongres Prawa i Sprawiedliwości, na którym odbędą się wybory m.in. szefa partii. Dzień później zbierze się nowa Rada Polityczna, która wybierze nowych wiceprezesów ugrupowania, Komitet Polityczny i Sekretarza Generalnego. Ponadto w sobotę podjęta zostanie uchwała w sprawie reorganizacji okręgów.

Myślę, że scena się zmieni. Według nieoficjalnych informacji, jeśli się potwierdzą,  obecni liderzy regionów stracą władzę, to będzie duże trzęsienie ziemi.

W opinii Kani Donald Tusk nie powróci do krajowej polityki.

Moim zdaniem nie wejdzie z w buty krajowej polityki, bo ma za sobą zbyt wiele porażek.

Zachęcamy do wysłuchania całej rozmowy!