„Śląski Kurier Wnet” 38/2017, Andrzej Jarczewski/ Ogrody dla Afryki. Pomysł rozwiązania problemu uchodźców na miejscu

Typowe akcje humanitarne wszystkich państw świata dają zarobek tysiącom ludzi zatrudnianych przy rozdawaniu czy zawłaszczaniu pomocy, ewentualnie uspokajają sumienia wielkich tego świata. Nic więcej.

Andrzej Jarczewski

Wędrówka ludów z Południa do Europy trwa. Niemiecki rząd zachowuje się jak dziecko, które na plaży wykopało dziurę i wiaderkiem przelewa tam morze. Widząc nieskuteczność swoich działań, wzywa inne dzieci, żeby robiły to samo, bo walnie je łopatką, a jak nie okażą solidarności… stanie się coś strasznego: woda pozostanie w morzu!

Handel ludźmi od tysiącleci należy do najbardziej lukratywnych interesów na świecie. Podaż towaru ludzkiego przez wieki była praktycznie nieograniczona. Ale podaż nie wystarczy, handel rozkwita tylko wtedy, gdy pojawia się również popyt. Bez popytu nie ma handlu! Polska nigdy w historii nie wzniecała popytu na niewolników, gastarbeiterów ani na cudze dzieci. Natomiast Niemcom zdarzało się wielokrotnie uruchamiać lawiny wojenne i humanitarne, ale jakoś nie udawało im się dobrowolnie jakiegokolwiek zła powstrzymać. Musiała interweniować Ameryka.

Dziś nie pora na rozliczanie starych win. Dziś trzeba pilnie wymyślić i zrobić coś takiego, żeby nie narastały winy nowe. Kto może myśleć, niech więc myśli, a kto może coś zrobić – niech to robi. Chcemy pomagać ludziom, których życie jest w zagrożeniu, ale sprzeciwiamy się przyjmowaniu migrantów socjalnych, bo wiemy, że poddanie się niemieckiej presji w tym względzie jest złe: nie pomaga Afryce, a szkodzi Europie. Ludzie zawsze idą tam, gdzie mogą, a tam, gdzie nie mogą – na przykład do bogatych szejkanatów islamskich – nie idą.

Pomagać na miejscu

Nie uzasadniam tezy, że biednym ludom Afryki i Azji należy pomagać na ich terenie, bo ten pogląd jest powszechnie w Polsce podzielany. Nie za bardzo tylko wiemy, co my-Polacy i co my-Europejczycy możemy konkretnie w tej sprawie zrobić ponad standardy, realizowane do tej pory. Bo na razie typowe akcje humanitarne wszystkich państw świata, łącznie z bankami, ONZ i innymi organizacjami międzynarodowymi, otóż wszystkie te działania żadnego problemu trwale nie rozwiązują. Owszem, dają zarobek tysiącom ludzi zatrudnianych przy rozdawaniu czy zawłaszczaniu pomocy, ewentualnie uspokajają sumienia wielkich tego świata. Nic więcej.

Jeżeli Europa nie wypracuje działań skutecznych – prędzej czy później zostanie zalana setkami milionów Afrykańczyków i Azjatów. Oni nie będą się tu asymilować. Będą stopniowo, a od któregoś dnia – gwałtownie zastępować europejskich aborygenów nową krwią i krwawą metodą. Przed ich bronią demograficzną mogłaby nas osłonić tylko własna broń demograficzna, ale ta broń już nie działa, Europa podaje tyły, a obecne pokolenie Europejczyków chce tylko dożyć wygodnie do naturalnej śmierci, godząc się nawet na eutanazję w razie złego humoru czy niemodnej starości.

Los kontynentu pozostawimy przybyszom, a oni będą toczyć liczne wojny między sobą o wszystko, co ginąca kultura im pozostawi. Tu nagle nie wygasną ich wzajemne konflikty religijne i plemienne. Europa stanie się cywilizacyjną prowincją Afryki – porzuconym skarbem, o który zdobywcy będą walczyć do ostatniego Europejczyka.

Specjalne Ogrody Solidarności (SOS)

Koncepcja, którą tu przedstawię, polega na znalezieniu początkowo niewielkich obszarów w krainach biedy, które dzięki europejskiej pomocy staną się centrami chronionej gospodarki, stanowiącymi dla migrantów magnes równie silny, jak obecnie Berlin, Paryż czy Londyn. Jeżeli to się powiedzie w kilku szczególnie starannie wspomaganych punktach – szybko pojawią się wnioski z różnych krajów o to samo.

Podobnie było ze Specjalnymi Strefami Ekonomicznymi (SSE). Pomysł budził zdziwienie i gdzieniegdzie opór, ale bardzo szybko okazało się, że SSE dają miejscowo potężny impuls rozwojowy. Wkrótce strefy stały się modne i każdy, kto mógł, starał się o zlokalizowanie SSE u siebie. Dziś dysponujemy już innymi narzędziami rozwojowymi i niektóre strefy mogą być powoli wygaszane. Niemniej miejsca objęte strefami zmieniły się nie do poznania i promieniują swym dobrobytem na całe regiony. W podobny sposób i pod pewnymi dodatkowymi warunkami można by tworzyć strefy humanitarne, które tu nazywam Specjalnymi Ogrodami Solidarności.

Mamy dobre doświadczenia; niejedno zostało sprawdzone. Np. na względnie małym, ogrodzonym i chronionym obszarze możliwe okazało się ustanowienie niedopuszczalnych poza strefą, niezwykle korzystnych rozwiązań prawnych i fiskalnych. Co więcej – w małej społeczności dobrowolnych uczestników nowe prawa są szanowane i bardzo rygorystycznie przestrzegane, bo to łatwo kontrolować, a karą za łamanie tych praw może być odesłanie delikwenta tam, skąd przyszedł. Z kolei napływ nowych mieszkańców SOS byłby uzależniony od powstawania mieszkań i nowych miejsc pracy na tym terenie albo od powiększania strefy (na wzór pączkowania stref ekonomicznych).

Europa na rzecz SOS

Zanim zapytamy o koszty, zapytajmy o korzyści, jakie Europa przez wieki ciągnęła z Afryki i Azji. Oczywiście – jedne państwa korzystały bardzo, inne (jak Polska i kraje Trójmorza) wcale. Ale tworzenie stref nowych szans nie będzie miało charakteru zadośćuczynienia za zbrodnie kolonializmu. Na to kolonizatorzy mieli wiele dziesięcioleci i nic nie zrobili, więc i teraz nic nie zrobią pod tym hasłem, bo musieliby się przyznać do ludobójstwa. Lepiej znaleźć inną argumentację.

Takim hasłem, do którego szczególne moralne prawa ma Polska (a np. Niemcy nie mają tego prawa wcale) – otóż takim hasłem jest SOLIDARNOŚĆ. Poza tym Polska nie powinna unikać udziału w rozwiązywaniu najpoważniejszych problemów świata. Powinniśmy w tym uczestniczyć również finansowo, choć oczywiście w rozsądnej proporcji. Dodatkowo: wcale nie jest pewne, czy strefy powstaną najpierw w państwach najbardziej poszkodowanych przez kolonializm. Dziś inaczej wygląda geografia biedy, gdzie indziej biją źródła migracji. Na bieżąco mamy zajmować się sprawami aktualnymi, a nie historią, która – rzecz jasna – musi być brana pod uwagę w negocjacjach.

Tak więc podstawowe koszty powinna ponieść Europa. Zwłaszcza Europa Pierwszej Prędkości w kolonizowaniu Afryki i Azji. To jest problem europejski, a Stany Zjednoczone nie powinny być uczestnikiem tego działania. Niech tworzą własne, konkurencyjne strefy humanitarne np. w Liberii albo w Ameryce Łacińskiej. Chińczycy niech to robią w Korei Północnej, za której losy ponoszą największą odpowiedzialność, a Japończycy – na terenach, na których popełniali swoje wojenne zbrodnie.

Użycie siły

W ciągu kilku minionych dekad bogate kraje Zachodu i Wschodu wypracowały pewien paradygmat pełnienia funkcji „żandarma świata”. Najpierw obserwuje się nabrzmiewające konflikty w różnych miejscach świata i nic się nie robi. Następnie wspiera się jedną ze stron, co znacznie przyśpiesza wybuch. Strona wspierana ewoluuje ideowo i często zwraca się przeciwko Zachodowi, podczas gdy stary, wredny reżim jakoś tam gwarantował stabilność. Tak czy owak wojna wybucha, ktoś tam zwycięża, ktoś przegrywa, a głównym następstwem walk pozostają zrujnowane miasta i tysiące, a nawet miliony trupów, kalek i ludzi pozbawionych dachu nad głową.

W drugim etapie w krajach Zachodu do głosu dochodzą czułe serca wyborców i organizuje się różne akcje humanitarne, których znaczenie jest naprawdę duże dla pokrzywdzonych na danym terenie, ale które nie rozwiązują żadnego problemu w większej skali poza zachętą dla kolejnych bojowników, którzy zyskują pewność, że w razie czego dobry Zachód im pomoże. Wysyłane są misje humanitarne (cywilne) i stabilizacyjne (wojskowe), które również mają taki wpływ na konflikty, jak zasypka na AIDS, choć pomagierom przynoszą duży splendor. Nie zdarza się natomiast, by w porę wysłane siły Zachodu zapobiegły jakiejś tragedii. A nawet jeśli gdzieś stacjonowały wojska Zachodu – ich ostentacyjna bierność zachęcała wręcz do rzezi.

To trzeba zmienić. Budowa stref solidarności nie powiedzie się, jeżeli ich nie obronią uzbrojone oddziały. Ale te siły nie mogą podlegać lokalnym kacykom, bo już wiemy, że to nie ma żadnych perspektyw. Zresztą nikt poważny nie zainwestuje na terenie, który w każdej chwili może stać się areną wojen plemiennych. Strefy muszą mieć gwarancję wieloletniej ochrony i powoli wtapiać się w otaczającą gospodarkę, aż do pełnej integracji prawnej i przejścia pod zarząd krajowy za dwa, trzy… pokolenia.

Falanstery XXI wieku?

Poważne rozwiązywanie problemów wymaga szczerej, nie zawsze sympatycznie wyglądającej argumentacji. Na przykład trzeba założyć, że wynagrodzenia za pracę w SOS początkowo będą bardzo niskie, wręcz niewyobrażalnie (dla Europejczyka) niskie. Z punktu widzenia zatrudnionych będzie to wyraz solidarności zwrotnej z ryzykującymi wiele inwestorami. Ponadto – pracownicy muszą gdzieś mieszkać. To nie mogą być „hotele robotnicze”, bo ta forma wszędzie na świecie przekształcała się w siedlisko patologii lub w łagry. To muszą być zwykłe, skromne mieszkania rodzinne na terenie strefy, i to otrzymywane bez wstępnych kosztów: albo na wynajem czasowy, albo na wieloletni kredyt spłacany tak, by nie generować ryzyka (np. przez pracodawcę). Na płace netto pozostanie niewiele, choć siła nabywcza tego „niewiele” i tak będzie znaczna w porównaniu do bliskiego otoczenia.

Podobne projekty snuli utopiści przez wiele wieków. Popełniali jednak zawsze te same dwa błędy. Po pierwsze zakładali, że ludzie z natury są dobrzy, więc trzeba tylko stworzyć im warunki do realizacji dobra. Po drugie – nie rozwiązali problemu obecności nietypowej, socjalnej jednostki gospodarczej w konkurencyjnym świecie.

Obecnie już wiemy, że ludzie są tacy, jacy są. Robią to, co mogą, a czego nie mogą – nie robią (z tolerowaniem pewnych luzów). Jedni są lepsi, drudzy gorsi, dziś są dobrzy, jutro tacy sobie. Tworzymy więc warunki bezpiecznego i produktywnego życia dla takich ludzi, jacy są. Ponadto – gospodarka SOS nie poradzi sobie z konkurencją, zwłaszcza w pierwszych latach. Konieczne więc byłyby jakieś niestandardowe formy wsparcia, np. zapewnienie zbytu tamtejszych produktów poprzez zaniechanie produkowania takich samych rzeczy i wyeliminowanie importu z innych krajów. Znamy też fałszywe formy pomocy, z których myślowo najłatwiejsze, a gospodarczo najszkodliwsze byłoby dotowanie produkcji. Ważne, by w Europie pojawił się popyt nie na Afrykańczyków, ale na ich wytwory. Bo bez popytu nie ma handlu!

Następny problem to kształcenie pracowników, bo fachowców od tej technologii, która tam powstanie, w okolicy nie znajdziemy. Koszty będą spore. Na pustym terenie, czy wręcz na pustyni musi powstać cała infrastruktura kilkutysięcznego miasteczka, w którym ludzie będą nie tylko pracować, ale i uczyć się, chorować, leczyć, odprawiać modły, rodzić i wychowywać dzieci, uczestniczyć w kulturze…

Niektóre strefy powinny mieć charakter rolniczy, to mogą wręcz być nowoczesne ogrody Afryki. Zawsze jednak na terenie o dokładnie wytyczonych granicach i prawach obowiązujących tylko w nowym „ogrodzie”.

Na omawianie dalszych aspektów tego rozwiązania mamy czas, bo nieprędko przywódcy państw zdecydują się na posunięcia, których horyzont przekracza ich optymistyczne kadencje.
Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Ogrody dla Afryki” znajduje się na ss. 1 i 2 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Ogrody dla Afryki” na s. 1 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

Dziennikarstwo to fascynujący zawód. Trzeba poczuć misję. Dawać ludziom prawdę, a oni umieją sami wyciągać wnioski

Miałem wszędzie znajomych, a teraz zostałem sam, wszyscy się odwrócili, nawet ci, którzy kiedyś mnie popierali i chwalili się tym, bo akurat to było politycznie. Dzisiaj nawet nie odbierają telefonów.

Krzysztof Skowroński
Zdzisław Szostek

Ze Zdzisławem Szostkiem, dawniej właścicielem wydawnictwa i wydawcą nieistniejącej już Gazety Powiatowej Dolny Śląsk, o życiowych konsekwencjach dociekania prawdy wbrew lokalnym układom polityczno-gospodarczym rozmawia Krzysztof Skowroński.

Jestem człowiekiem po przejściach; zawodowych. Byłem założycielem czasopisma Gazeta Powiatowa Dolny Śląsk. Przechodziła ona różne perturbacje O dziwo, bez względu na władzę, zawsze chcieli nas pozbawić możliwości publikacji – firmę niezależną, polską i o polskim kapitale. Dlatego, że uznawałem, że czytelnik powinien czerpać wiedzę z różnych źródeł i na tej podstawie wyrabiać sobie opinię. (…)

W pewnym momencie dostaliśmy pismo z Ruchu, czyli głównego kolportera prasy, że po prostu wypowiadają nam umowę na swobodną sprzedaż naszych publikacji w ich punktach sprzedaży. (…) Wydawnictwa nie utrzymują się z samej sprzedaży. Są reklamy, ogłoszenia itd. A w tych wszystkich ogłoszeniach są pewne klauzule, że gazeta musi się ukazywać tu i tu. Tak więc, nawet jeżeli miałbym swój dobrze rozbudowany kolportaż prywatny, to nie mógłbym korzystać z pozostałych źródeł dochodu, ponieważ nie mógłbym wywiązać się ze zobowiązań wobec kontrahenta, że muszę się ukazywać w kioskach Ruchu, ponieważ tam nie mam dostępu. Dlatego wypowiedzenie umowy było formą, można powiedzieć, odcięcia tlenu dla wydawnictwa. (…)

Dziennikarz lokalny, polityka lokalna i biznes lokalny to mieszanka wybuchowa, jeśli ten dziennikarz jest nim z krwi i kości, a nie na zasadzie, że ma plakietkę dziennikarza, a w rzeczywistości jest tubą medialną albo burmistrza, albo jakiegoś przedsiębiorcy.

W swoim czasie opisywaliśmy sytuację skądinąd znanego już człowieka, dzisiaj biznesmena z firmy, nazywającej się przykładowo Citroneks. Wtedy skończyło się to dla tego biznesmena sprawą karną, którą przegrał. Relacjonowaliśmy sprawę i nieomal zostałem pobity przez tego przedsiębiorcę.

Inna sprawa: akurat żyjemy w takim specyficznym regionie, że mamy sąsiadów Niemców. I coraz więcej Polaków zaczyna mieszkać po tamtej stronie, przenoszą się tam z rodzinami. Pojawił się artykuł z takim nośnym tytułem „Polskie świnie”. Jugendamt, tamtejsza instytucja zajmująca się sprawami wychowania, bardzo źle potraktowała polską rodzinę. Rodzina ta mieszkała w Niemczech, ale uznała, że edukację swoich dzieci będzie prowadzić po polskiej stronie. Z tego powodu doszło tam do awantury, a akurat był to okres pojednania polsko-niemieckiego. To był bardzo niewygodny temat dla pana Buzka i innych europosłów. Myśmy tę sprawę nagłośnili, wziął się za nią konsulat i wszystko zakończyło się dla tej rodziny pozytywnie. Nie było to, być może, spektakularnie medialnie; zapewniłem tę rodzinę, że chcemy przede wszystkim osiągnąć cel, a nie zdobywać nagrody dziennikarskie za piękne publikacje.

Staliśmy się niewygodni bez względu na opcję polityczną władzy. Kolejna władza dochodziła do wniosku, że faktycznie ten dziennikarz jest upierdliwy, bo znowu docieka prawdy, teraz nam z kolei zaczyna patrzeć na ręce. (…)

Czasem latami trzeba uzyskiwać pewne informacje na zasadzie dowodów, żeby można było rzucić konkretne nazwisko, ponieważ bez względu na wyniki wyborów, układy się nie zmieniają. To taki ewenement, że po wyborach jest wielka euforia, a po 3 miesiącach każdy zauważa, że tylko się nazwiska zmieniły, a system w dalszym ciągu funkcjonuje. W swoim czasie pan Braun dobrze przedstawił Dolny Śląsk, mówiąc, że tutaj pewien schemat się udał. I to jest przerażające, bo jeśli się udał, to my w dalszym ciągu w tym układzie jesteśmy. (…)

Kiedyś forma łapówki była prosta: koperta. Ten system się przeorganizował. Układ zaczął działać przez urzędy skarbowe, nawet było to śledzone, ale nie za bardzo jest upubliczniane. Uważano też, że z kopert trzeba zrezygnować, bo można łatwo zrobić zdjęcie.

Ale też można było powiedzieć człowiekowi, któremu chciało się coś zaoferować, żeby przykładowo kupił sobie parę akcji na giełdzie. Jakiejś, powiedzmy, firmy X, która praktycznie nic nie znaczyła. Po wyborach dziwnym zbiegiem okoliczności te akcje, które były wykupione przez odpowiednich ludzi za śmieszne pieniądze, nagle zaczynały, w niewytłumaczalny ekonomicznie sposób, wzrastać 300-400% na wartości. Czyli, krótko mówiąc, ci, co kupili, załóżmy, dany pakiet akcji za 1 zł, w pewnym monecie mieli w swoim portfelu 1000 zł. To już można nazwać łapówką wyrafinowaną. Ale jeżeli tego nie upubliczniono, bo urzędy skarbowe pilnowały, to kto wie, może w dalszym ciągu trwa. (…)

Mam satysfakcję, jestem dumny z tego, co robiłem, i chciałbym to zaszczepić młodszym, którzy startują w zawodzie. Jest to fascynujący zawód, choć niebezpieczny, gdzie nieraz się traci życie. Praktycznie co roku przecież tylu dziennikarzy ginie. Giną nawet dlatego, że poruszali jakieś lokalne tematy biznesowe, polityczne.

Ten zawód to jest styl życia. Dziennikarz nie pracuje od 7 do 15. Dziennikarstwo trzeba poczuć, nawet jak się śni, trzeba śnić w sposób dziennikarski.

Cały wywiad Krzysztofa Skowrońskiego ze Zdzisławem Szostkiem pt. „Dziennikarz nawet śni po dziennikarsku” znajduje się na s. 17 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Krzysztofa Skowrońskiego ze Zdzisławem Szostkiem pt. „Dziennikarz nawet śni po dziennikarsku” na s. 17 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

Reparacje wojenne od Niemiec. Mularczyk: Niemcy z dużym napięciem czekają na to, co w Polsce się w tym temacie wydarzy

W 2004 roku podjęta została uchwała zobowiązującą rząd do podjęcia działań. Ale wówczas na czele rządu stali postkomunistyczni premierzy – mówi w wywiadzie poseł i adwokat Arkadiusz Mularczyk.

Wysłał pan do Biura Analiz Sejmowych zapytanie ws. możliwości prawnych wystąpienia do Niemców z wnioskiem o reparacje wojenne. Na jakim to jest teraz etapie?

[related id=33056]Wiem, że Biuro Analiz Sejmowych przygotowuje kompleksową opinię, na podstawie której ma dokonać oceny stanu faktycznego i stanu prawnego, jeśli chodzi o kwestie międzynarodowych podstaw prawnych dotyczących reparacji od Niemiec. Z tego, co wiem, trwają prace kilku ekspertów nad tą opinią. Wiem też, że trwają prace archiwalne, bo trzeba zdobyć oryginały dokumentów, które są w archiwach państwowych.

Czego poszukują eksperci w archiwach?

Na to pytanie mogą odpowiedzieć eksperci. Przygotowanie tej opinii wiąże się także z dojściem do dokumentów źródłowych z czasów PRL. To jest niezwykle cenne i ważne, dlatego że dotychczas bardzo wielu ekspertów prawnych, ze strony polskiej czy niemieckiej, przyjmowało akt zrzeczenia się odszkodowań za okres II wojny światowej z 1953 r. jako pewnik, jako coś, co nastąpiło. A są poważne wątpliwości, czy w ogóle miało coś takiego miejsce i czy jest to dokument ważny w świetle prawa międzynarodowego.

Sytuacja, która się rysuje, oznacza, że będziemy musieli tę sprawę wyprowadzić na arenę międzynarodową. Jeżeli opinia Biura Analiz Sejmowych będzie pozytywna, jakie będą dalsze kroki?

Jeśli opinia będzie pozytywna, będzie dawała perspektywę i szansę podjęcia roszczeń o charakterze międzynarodowym. Myślę, że oczywiście rolą rządu będzie po pierwsze dokładne wyliczenie i zaktualizowanie na obecny stan finansów tych wszystkich strat wojennych zarówno materialnych, jak i osobowych, które miały miejsce. Zaktualizowanie ich na obecną walutę, a później przedstawienie ich państwu niemieckiemu.

Czy ten proces da się określić w czasie? Jak długo może trwać to wszystko, zanim staniemy do rozmów z Niemcami?

Moim zdaniem jest to praca na około 6-12 miesięcy.

Czy tylko rząd ma tu swoją rolę do odegrania, czy ta sprawa wróci do Sejmu? Czy Sejm będzie się tą sprawą w jakikolwiek sposób zajmował?

W 2004 r. podjęta została uchwała zobowiązującą rząd do podjęcia działań. Ale wówczas na czele rządu stali postkomunistyczni premierzy zarejestrowani przez SB jako TW: Belka czy Cimoszewicz, i oni uchwały Sejmu nie wykonali, mimo że poparł ją wówczas cały Sejm, w tym także PO. Uważam także, że dziś należałoby wyjaśnić, jakie były faktyczne ich motywy niewykonania uchwały ws. reparacji wojennych. Ona dotyczyła przecież ogromnych pieniędzy.

 Jaka była treść tej uchwały?

Obligowała rząd do podliczenia wszystkich strat oraz do wystąpienia rządu polskiego do rządu niemieckiego z roszczeniem reparacji.

Czy dochodzą do pana głosy z Niemiec, które komentują to, co w Polsce się dzieje w sprawie reparacji wojennych?

 Sądzę, że Niemcy z dużym napięciem czekają na to, co w Polsce się w tym temacie wydarzy. Oni nie mają w swoich archiwach żadnych dokumentów potwierdzających fakt zrzeczenia się odszkodowań przez Polskę. Ale co więcej, ich ustawodawstwo przez lata było nastawione na to, aby także nie wypłacać obywatelom polskim żadnych świadczeń odszkodowawczych. Celowo dyskryminowano polskich obywateli.

[related id=33407]Co więcej, ustawodawstwo niemieckie było sprzeczne z prawem międzynarodowym, bo wprowadzono takie przepisy, z których wynikało, że roszczenia obywateli polskich przedawniają się, co było sprzeczne z prawem międzynarodowym. Dlatego na straconych pozycjach byli nasi rodacy domagający się odszkodowań z tytułu prac przymusowych, z tytułu pracy niewolniczej, inwalidztwa, chorób. Niemieckie sądy odrzucały pozwy Polaków, twierdząc, że są przedawnione, albo też odrzucały te roszczenia Polaków, twierdząc, że są przedwczesne, ponieważ nie mieliśmy traktatu pokojowego.

Przypomnieć należy, że oprócz ogromnych zniszczeń kraju oraz prawie 6 mln zabitych, 2,5 mln Polaków deportowano na roboty przymusowe, 300 tys. jeńców wojennych wykonywało prace niewolnicze, po wojnie było 200 tys. inwalidów, 2 mln osób, które zostały wysiedlone, 300 tys. osób zachorowało na gruźlicę, było 4,5 mln sierot i wdów po pomordowanych Polakach. Wiele z tych osób wówczas bezskutecznie zderzało się z państwem niemieckim w sądach. I niemieckie sądy mówiły, że ich roszczenia są przedawnione, bo w niemieckim ustawodawstwie są przepisy, które mówią, że jest na to określony czas. Albo mówiły – wasze roszczenia są przedwczesne, bo nie ma traktatu pokojowego. A zdaniem Niemiec tylko w traktacie pokojowym można było uregulować sprawę odszkodowań.

Było to niemoralne zachowanie Niemiec, bo wymyślano różne podstawy prawne, różne przeszkody, które uniemożliwiały domaganie się przez Polaków jakichkolwiek roszczeń. To dyskryminacyjne ustawodawstwo było wymierzone głównie w Polaków.

To musi budzić ogromny sprzeciw, bo w tym samym czasie Niemcy zawarły 11 umów dwustronnych z 11 krajami Europy Zachodniej, także z Izraelem czy Jugosławią, gdzie wypłaciły tym krajom reparacje wojenne. Nas odsyłano do sądów, a sądy RFN tak prowadziły postępowania, aby uniemożliwiać jakiekolwiek roszczenia polskich obywateli.

Skąd pewność, że Niemcy w swoich archiwach nie mają żadnych dokumentów, z których mogliby wynieść wiedzę, że myśmy się zrzekli tych odszkodowań?

Z tego, co dotychczas ustalono, takich dokumentów po prostu nie ma. Jest tylko i wyłącznie protokół z posiedzenia Rady Ministrów PRL. W Niemczech w 1953 r. było powstanie antykomunistyczne. W rozruchach zginęło 400 osób. Wówczas ZSRR uznał, że należy zaprzestać pobierania tych reparacji.

22 sierpnia 1953 r., to była sobota, podpisano umowę, protokół w Moskwie z Niemcami, w którym Moskwa zaprzestała pobierania reparacji niemieckich. Po czym 23 sierpnia, w niedzielę, około 19.00 lub 19.30 powstał protokół z posiedzenia Rady Ministrów PRL. Jest tam tylko podpis Bieruta, bez listy obecności 30 członków Rady Ministrów. Z tego protokołu wynika, że Polska zrzeka się pobierania reparacji. Trzeba też podkreślić, że zaprzestanie pobierania reparacji od NRD było odpowiedzią na zawieszenie przez państwa zachodnie w lutym 1953 r. spłaty reparacji do momentu przyjęcia traktatu pokojowego na podstawie podpisanej przez RFN umowy w sprawie spłaty długów Niemiec.

Zwrócić też należy uwagę na wyrażenie „zaprzestanie ich pobierania” w umowie z 22 sierpnia 1953 r. pomiędzy NRD a ZSRR, z którego wynika, że sprawa nie dotyczyła zrzeczenia się reparacji, a jedynie zaprzestania ich pobierania. Można domniemywać, że w ogóle nie było posiedzenia Rady Ministrów, bo nie ma listy obecności. Nierealny jest także termin: dzień i godzina. Można domniemywać, że Rosjanie wymusili na Bierucie podpisanie takiego dokumentu.

Ale trzeba również podkreślić, że w świetle ówczesnej konstytucji PRL to wyłącznie Rada Państwa mogła zrzec się tego typu reparacji, więc to powinna być uchwała Rady Państwa. Rada Ministrów nie miała nawet takich kompetencji. Tym bardziej że takiego posiedzenia, jak widać, nie było, bo nie ma listy obecności i nie powstał żaden akt prawny. To powinna być choćby uchwała Rady Ministrów, podpisana przez 30 ministrów, zarejestrowana w Organizacji Narodów Zjednoczonych i wysłana w nocie dyplomatycznej do Niemiec z warunkami zaprzestania płacenia. Ze sporządzenia tego protokołu ukazała się jedynie depesza PAP-u, przez nikogo niepodpisana, o tym, że Polska zrzeka się reparacji. W niemieckich archiwach są tylko i wyłącznie publikacje prasowe, że Polska zaprzestaje domagania się reparacji i korespondencja z podziękowaniem dla Bieruta. Nie ma tam żadnego innego dokumentu. Taki dokument na pewno nie spełniał i nadal nie spełnia skutków prawnych w stosunkach międzynarodowych ani w świetle zwyczaju międzynarodowego, ani prawa traktatów.

PAP

Reforma polskiego wymiaru sprawiedliwości. Dzisiaj wchodzi w życie nowela Prawa o ustroju sądów powszechnych

Nowela prawa o ustroju sądów powszechnych to kolejny krok w reformie wymiaru sprawiedliwości służący m.in. obiektywizacji rozpatrywanych spraw i uniezależnieniu sędziów od nacisków przełożonych .

Projekt noweli posłowie PiS złożyli w kwietniu. Pierwsze czytanie odbyło się 25 maja, a drugie – 8 czerwca. Miały one burzliwy przebieg, tak jak i prace w komisji. Ostateczne głosowania były dwa razy zdejmowane z porządku obrad Izby. Sejm uchwalił nowelę 12 lipca. Zagłosowało za nią 229 posłów, a 3 było przeciw. Opozycja, mimo obecności na sali plenarnej, nie głosowała. 15 lipca Senat przyjął regulację bez poprawek.

Prezydent podpisał nowelę 24 lipca. Równocześnie zawetował dwa inne akty dotyczące sądownictwa – nową ustawę o Sądzie Najwyższym oraz nowelizację ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa. Zapowiedział, że w ciągu dwóch miesięcy zostaną przygotowane projekty ustaw o SN i KRS.

Spór z Komisją Europejską

Podpisanie Ustawy o sądach powszechnych uzasadnia uruchomienie procedury o naruszenie unijnych przepisów – oświadczył 26 lipca wiceszef KE Frans Timmermans. KE wezwała już Polskę do „usunięcia uchybienia”. Polska ma miesiąc na odpowiedź.

Główne zastrzeżenie KE dotyczy dyskryminacji ze względu na płeć. Chodzi o to, że nowela wprowadza odmienny wiek wcześniejszego przejścia na sędziowską emeryturę dla kobiet (60 lat) i mężczyzn (65 lat). KE ma też zastrzeżenia wobec uprawnienia ministra sprawiedliwości do odwoływania i powoływania prezesów sądów oraz prawa przedłużania przezeń służby sędziom, którzy osiągnęli wiek emerytalny. Według KE, podważy to niezależność polskich sądów.

Sprawy wymiaru sprawiedliwości mieszczą się w zakresie wewnętrznych uprawnień państwa – komentował stanowisko KE minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. „W tym zakresie będziemy z naszej kompetencji, naszego demokratycznego mandatu korzystać, nie ulegając jakiejkolwiek presji, naciskom, pogróżkom, czy groźbom” – dodał. Jak mówił zaś wiceszef MSZ Konrad Szymański, stanowisko KE jest nieuzasadnione, bo Ustawa o sądach powszechnych dostosowuje wiek stanu spoczynku sędziów do powszechnego wieku emerytalnego w Polsce, a prezesi sądów odgrywają rolę przede wszystkim administracyjną.

Nowela wchodzi w życie w sobotę z jednym wyjątkiem. 1 października 2017 r. wejdą w życie zapisy o tym, że sędzia przechodzi w stan spoczynku z dniem ukończenia 60. roku życia w przypadku kobiety i 65. roku – mężczyzny, chyba że oświadczy ministrowi wolę dalszego pełnienia służby i przedstawi zaświadczenie, że zdrowie mu na to pozwala. W razie zgody ministra sędzia mógłby pełnić urząd nie dłużej niż do 70. roku życia. Według KE, brak określenia ram czasowych na decyzję ministra daje mu „możliwość wywierania wpływu na sędziów przez cały czas pozostały do wygaśnięcia ich mandatu”.

Prezesi sądów powszechnych

Nowelizacja odstępuje od modelu powoływania prezesów sądów apelacyjnych i okręgowych przez ministra sprawiedliwości po uzyskaniu opinii zgromadzeń ogólnych sądów. Zakłada też – „dla wzmocnienia nadzoru zewnętrznego sprawowanego przez ministra” – odstąpienie od zasady powoływania prezesów sądów rejonowych przez prezesów sądów apelacyjnych z zastosowaniem procedury opiniowania kandydata – na rzecz powołania go przez ministra.

Resort uzasadniał, że „środowisko sędziowskie niejednokrotnie kierowało się sympatiami koleżeńskimi w opiniowaniu kandydatów na prezesów i wiceprezesów sądów, a względy merytoryczne i kompetencje nie miały znaczenia”. „W wielu sądach – o czym mówią sami sędziowie – doprowadziło to do stworzenia bizantyjskich systemów powiązań i folwarków prezesów, którzy sami, według własnych pozamerytorycznych opinii, decydowali o podziale funkcji czy awansów. Zmiana uniezależnia sędziów od takiego systemu i wprowadza zasadę, że decydujące będą kompetencje kandydata, a nie układy czy szczebel sądu, w którym orzeka” – dodano. Według MS, zmiany mają umożliwiać „szybkie działanie i zapobiegać bulwersującym społecznie sytuacjom, gdy prestiżowe funkcje pełnią osoby, które utraciły zaufanie, jak w przypadku afery związanej z podejrzeniem wyłudzenia co najmniej 10 mln zł z Sądu Apelacyjnego w Krakowie”.

Dotychczas prezesi sądów apelacyjnych i okręgowych mogli być odwołani przez ministra w przypadku: rażącego niewywiązywania się z obowiązków służbowych oraz gdy dalsze pełnienie funkcji nie da się pogodzić z dobrem wymiaru sprawiedliwości. Nowela wprowadza możliwość odwołania również w sytuacji „rażącego lub uporczywego niewywiązywania się z obowiązków służbowych” oraz szczególnie niskiej efektywności działań w zakresie pełnionego nadzoru administracyjnego lub organizacji pracy w sądzie lub sądach niższych.

Przy procedurze odwoływania prezesów opinia Krajowej Rady Sądownictwa byłaby wiążąca – jeśli byłaby podjęta większością 2/3 głosów.

Z kolei przepis przejściowy przewiduje, że prezesi i wiceprezesi sądów „mogą zostać odwołani przez ministra sprawiedliwości, w okresie nie dłuższym niż 6 miesięcy od dnia wejścia w życie niniejszej ustawy” – bez zachowania wymogów określonych w tych przepisach. Przez pół roku będzie też możliwość dokonania przez prezesów „przeglądu stanowisk funkcyjnych” w sądach, czyli m.in. przewodniczących wydziałów.

Zdaniem opozycji, doprowadzi to do usunięcia doświadczonych prezesów i spowolnienia prac sądów. „To będzie czystka” – oceniali podczas prac legislacyjnych posłowie PO i N. To, że jest potencjalnie kilkuset prezesów do zmiany, to nie znaczy, że wszyscy będą odwołani – zapewniał wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak.

Losowe i równe przydzielanie spraw

Według noweli, sprawy mają być przydzielane sędziom losowo, w ramach poszczególnych kategorii. Jak mówił Piebiak, „obywatel zyskuje gwarancję, że nikt nie wskaże palcem sędziego, który osądzi jego sprawę”. „Budujemy barierę – prezesi odpowiadają za administracje, a sędziowie za orzekanie” – dodał.

Przydział spraw sędziom ma być równy. Nowelizacja – jak podkreślało MS – zapewnia „równe i sprawiedliwe obciążenie pracą sędziów oraz zagwarantowanie bezstronności stronom postępowań”. „Specjalny elektroniczny system wzorowany na niemieckim zważy gatunkowo poszczególne sprawy i doprowadzi do sytuacji, że żaden z sędziów w Polsce nie będzie miał większego zakresu obowiązków niż jego kolega z wydziału czy sądu” – wskazał resort.

W razie przydzielenia sprawy wymagającej „nadzwyczajnego nakładu pracy”, sędzia-sprawozdawca będzie mógł wystąpić do prezesa sądu o wstrzymaniu mu na określony czas przydziału kolejnych spraw. Od decyzji prezesa przysługiwałoby odwołanie do kolegium sądu aby – jak podkreślało PiS – uniknąć „ewentualnych arbitralnych decyzji”.

Przeniesienie sędziego do innego wydziału wymagałoby jego zgody, poza sytuacjami, gdy następuje ono m.in. do wydziału, w którym rozpoznaje się sprawy z tego samego zakresu lub gdy żaden inny sędzia wydziału nie zgodził się na przeniesienie (wtedy bierze się pod uwagę staż pracy sędziów w wydziale).

Wprowadzono zasadę niezmienności składu orzekającego. „Raz wylosowany skład sądu nie powinien ulegać zmianie do zakończenia sprawy. Dziś w wielu sądach nowemu sędziemu w wydziale przydziela się sprawy już rozpoczęte przez innych sędziów, ze szkodą dla sprawności postępowania” – podkreślało MS.

Według Piebiaka, dzięki noweli „będzie więcej sędziów na linii”, bo ograniczone zostaną wizytacje planowe, zlikwidowane oceny okresowe i „zbędna biurokracja sądowa”. Wiceminister oceniał, że „obywatele zyskają też to, iż sędzia, który awansuje, albo przeniesie się do innej miejscowości będzie miał obowiązek sprawę dokończyć i nie zostawi sprawy rozgrzebanej”.

Sędzia sądu Apelacyjnego  

Zgodnie z nowelą, sędzią sądu apelacyjnego będzie mógł zostać sędzia sądu rejonowego lub prokurator – pod warunkiem 10 lat stażu pracy. Zapis ten krytykowała opozycja. Ministerstwo Sprawiedliwości replikowało, że już wcześniej sędzia rejonowy lub prokurator mogli trafiać do Sądu Najwyższego – co nie wywołuje kontrowersji.

Nowela wprowadza również jawność oświadczeń majątkowych sędziów za 2016 r., złożonych do 5 stycznia br., które na razie nie podlegały ujawnieniu. Jawne są już oświadczenia złożone po tej dacie. Ponadto rozszerzono zakres oświadczeń majątkowych sędziów. Obowiązkiem złożenia takich oświadczeń objęto także dyrektorów sądów.

Nadzwyczajne uprawnienia ministra sprawiedliwości

Nowe przepisy umożliwiają ministrowi sprawiedliwości wydanie decyzji o przyznaniu Skarbowi Państwa uprawnień wynikających z autorskich praw majątkowych do programu komputerowego obsługującego systemy informatyczne wymiaru sprawiedliwości. Będzie to możliwe w sytuacji zagrożenia dla „sprawności działania czy ciągłości funkcjonowania programu komputerowego albo systemu teleinformatycznego lub jeżeli zapewnienia ich sprawności czy ciągłości wymaga ważny interes państwa lub dobro wymiaru sprawiedliwości, a porozumienie z osobą, której przysługują prawa do programu, napotyka przeszkody”. Wysokość wynagrodzenia dla autora przejętych praw minister określi po zasięgnięciu opinii biegłego.

Nowością jest instytucja urlopu rehabilitacyjnego sędziego. Nowela wprowadza także możliwość delegowania sędziego do Kancelarii Prezydenta RP czy MSZ. W okręgach sądowych powołani będą koordynatorzy do współpracy międzynarodowej, prawa europejskiego i praw człowieka w sprawach cywilnych oraz karnych.

Zdaniem opozycji – która wnosiła o odrzucenie projektu – „wywraca to konstytucyjny porządek, oparty na klasycznym trójpodziale władzy”, bo daje za duże uprawnienia ministrowi sprawiedliwości. Zmiany uniezależniają sędziów od nacisków przełożonych, przywracając bezstronność i prawdziwą niezawisłość – podkreślał resort sprawiedliwości.

PAP/MoRo

Program Wschodni 12 sierpnia 2017 r. Operacja polska (1937 -1938) Goście: dr Łukasz Adamski, Krystyna Brzezińska

Operacja polska – zbrodnicza akcja wymierzona przez NKWD przeciwko Polakom na podstawie rozkazu Nikołaja Jeżowa z 11 sierpnia 1937 r., w wyniku której zamordowano co najmniej 111 tysięcy osób.

Woroszyłow, Mołotow, Stalin, Jeżow, licencja: Domena Publiczna

Goście:

dr Łukasz Adamski – Wicedyrektor Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia;

Krystyna Brzezińska – Klub Inteligencji Katolickiej w Krapkowicach na Opolszczyźnie, organizatorka kolonii dla polskiej młodzieży z parafii rzymskokatolickiej w Równem na Wołyniu;


prowadzenie: Wojciech Jankowski

realizacja: Andrzej Gumbrycht

Wydawca techniczny: Jaśmina Nowak


 

Część pierwsza:

Krystyna Brzezińska – podziękowanie za wpłaty na „Akcję Równe”.  Dzięki wsparciu słuchaczy udało się zebrać 13 tys. zł.

Część druga:

Łukasz Adamski opisał ogrom zbrodni operacji polskiej:

„Operacja Polska w praktyce oznaczała eksterminację Polaków- obywateli  sowieckich. To byli przeważnie Polacy, którzy mieszkali na obszarze Ukrainy i Białorusi sowieckiej, a także w takich tradycyjnych skupiskach polskich, jak Leningrad czy Moskwa, w większych miastach rosyjskich albo na Kaukazie”.

„W trakcie operacji polskiej rozstrzelano także przedstawicieli innych narodów, zwłaszcza Ukraińców, Białorusinów, Żydów i Rosjan, wszystkich tych, których paranoja sowiecka podejrzewała o współpracę z polskim wywiadem”.

Ponad to tematem rozmowy były współczesne stosunki polsko-ukraińskie. Na zakończenie rozmowy Łukasz Adamski przyznał, że polska strona powinna zrezygnować z wizerunku cmentarza Orląt Lwowskich i Ostrej Bramy w Wilnie w aktualnie projektowanym, nowym paszporcie polskim.

Zapraszamy do wysłuchania całej audycji:

Czytaj również: Prezes IPN: Zbrodnie niemieckie „przykryły” tamte mordy. Dziś nie ma powszechnej wiedzy o mordzie Polaków z 1937 roku

 

 

Specjalne Ogrody Solidarności w Afryce na wzór Specjalnych Stref Ekonomicznych. Propozycja rozwiązania problemu migracji

Wędrówka ludów do Europy trwa. Sprzeciwiamy się przyjmowaniu migrantów socjalnych, bo wiemy, że poddanie się niemieckiej presji w tym względzie jest złe: nie pomaga Afryce, a szkodzi Europie.

Andrzej Jarczewski

Nie uzasadniam tezy, że biednym ludom Afryki i Azji należy pomagać na ich terenie, bo ten pogląd jest powszechnie w Polsce podzielany. Nie za bardzo tylko wiemy, co my-Polacy i co my-Europejczycy możemy konkretnie w tej sprawie zrobić ponad standardy, realizowane do tej pory. Bo na razie typowe akcje humanitarne wszystkich państw świata, łącznie z bankami, ONZ i innymi organizacjami międzynarodowymi, otóż wszystkie te działania żadnego problemu trwale nie rozwiązują. Owszem, dają zarobek tysiącom ludzi zatrudnianych przy rozdawaniu czy zawłaszczaniu pomocy, ewentualnie uspokajają sumienia wielkich tego świata. Nic więcej. (…)

Koncepcja, którą tu przedstawię, polega na znalezieniu początkowo niewielkich obszarów w krainach biedy, które dzięki europejskiej pomocy staną się centrami chronionej gospodarki, stanowiącymi dla migrantów magnes równie silny, jak obecnie Berlin, Paryż czy Londyn. Jeżeli to się powiedzie w kilku szczególnie starannie wspomaganych punktach – szybko pojawią się wnioski z różnych krajów o to samo.

Podobnie było ze Specjalnymi Strefami Ekonomicznymi (SSE). Pomysł budził zdziwienie i gdzieniegdzie opór, ale bardzo szybko okazało się, że SSE dają miejscowo potężny impuls rozwojowy. Wkrótce strefy stały się modne i każdy, kto mógł, starał się o zlokalizowanie SSE u siebie. Dziś dysponujemy już innymi narzędziami rozwojowymi i niektóre strefy mogą być powoli wygaszane. Niemniej miejsca objęte strefami zmieniły się nie do poznania i promieniują swym dobrobytem na całe regiony. W podobny sposób i pod pewnymi dodatkowymi warunkami można by tworzyć strefy humanitarne, które tu nazywam Specjalnymi Ogrodami Solidarności. (…)

Podstawowe koszty powinna ponieść Europa. Zwłaszcza Europa Pierwszej Prędkości w kolonizowaniu Afryki i Azji. To jest problem europejski, a Stany Zjednoczone nie powinny być uczestnikiem tego działania. Niech tworzą własne, konkurencyjne strefy humanitarne np. w Liberii albo w Ameryce Łacińskiej. Chińczycy niech to robią w Korei Północnej, za której losy ponoszą największą odpowiedzialność, a Japończycy – na terenach, na których popełniali swoje wojenne zbrodnie. (…)

Podobne projekty snuli utopiści przez wiele wieków. Popełniali jednak zawsze te same dwa błędy. Po pierwsze zakładali, że ludzie z natury są dobrzy, więc trzeba tylko stworzyć im warunki do realizacji dobra. Po drugie – nie rozwiązali problemu obecności nietypowej, socjalnej jednostki gospodarczej w konkurencyjnym świecie. (…)

Koszty będą spore. Na pustym terenie, czy wręcz na pustyni musi powstać cała infrastruktura kilkutysięcznego miasteczka, w którym ludzie będą nie tylko pracować, ale i uczyć się, chorować, leczyć, odprawiać modły, rodzić i wychowywać dzieci, uczestniczyć w kulturze…

Niektóre strefy powinny mieć charakter rolniczy, to mogą wręcz być nowoczesne ogrody Afryki. Zawsze jednak na terenie o dokładnie wytyczonych granicach i prawach obowiązujących tylko w nowym „ogrodzie”.

Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Ogrody dla Afryki” znajduje się na ss. 1 i 2 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Ogrody dla Afryki” na s. 1 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

Władze Guam opublikowały instrukcję dla ludności na wypadek ataku. „Chowaj się za wszystko, co może ci zapewnić ochronę”

W obliczu groźby północnokoreańskiego ataku rakietowego na wyspę USA Guam tamtejszy departament bezpieczeństwa wewnętrznego wydał instrukcję, jak 160 tys. jej mieszkańców ma się na to przygotować.

Dwustronicowy dokument ostrzega między innymi: „Nie patrz na rozbłysk lub kulę ognistą – może cię to oślepić” oraz „Chowaj się za wszystko, co może ci zapewnić ochronę”. Zapewniono, że w przypadku bezpośredniego zagrożenia departament wykorzysta wszystkie formy masowego komunikowania, by zaalarmować ludność. W razie ewentualnego incydentu powinno się przez 24 godziny unikać wychodzenia z domu, by nie stykać się z jakimkolwiek materiałem radioaktywnym.

Władze wezwały mieszkańców, by mieli przygotowane osobiste zestawy najniezbędniejszych przedmiotów i rodzinne plany ewakuacyjne oraz by zadbali o spisy znajdujących się w ich pobliżu betonowych schronów.

Zgodnie z instrukcją w razie ataku należy natychmiast szukać schronienia, nawet jeśli przebywa się w miejscu odległym o kilometry od wybuchu, gdyż substancje promieniotwórcze mogą być przenoszone przez wiatr. Ci, których wybuch zaskoczy na otwartym terenie, powinni za wszelką cenę unikać zetknięcia się z materiałem radioaktywnym.

„Zdejmij odzież, by udaremnić dalsze skażenia materiałem radioaktywnym. Zdjęcie zewnętrznej warstwy odzieży usuwa do 90 proc. materiału radioaktywnego. Jeśli się da, umieść swą skażoną odzież w plastikowej torbie i zaklej ją lub zawiąż. Odłóż torbę tak daleko od ludzi i zwierząt, jak to możliwe, by pochodzące z niej promieniowanie nie szkodziło innym” – głosi instrukcja.

„Jeśli to możliwe, weź prysznic z dużą ilością wody i mydła, co pomoże w usunięciu skażenia radioaktywnego. Nie trzyj ani nie drap skóry. Umyj włosy szamponem lub mydłem oraz wodą. Nie używaj odżywki do włosów, gdyż będzie ona utrzymywać materiał radioaktywny na twoich włosach” – wskazują władze Guam.

Prezydent Donald Trump ostrzegł w czwartek, że jeśli Korea Północna „nie weźmie się w garść”, popadnie w kłopoty, jakich doświadczyło niewiele krajów. Dodał, że USA „oczywiście” zawsze biorą pod uwagę negocjacje z Pjongjangiem, ale że negocjacje z tym krajem kończyły się fiaskiem przez ostatnie 25 lat.

Nawiązując do północnokoreańskich gróźb zaatakowania Guam, prezydent powiedział, że gdyby Korea Północna poczyniła jakiekolwiek kroki, „by choćby pomyśleć o ataku, miałaby powody do obaw”. Z kolei we wtorek Trump ostrzegł, że jeśli Pjongjang będzie dalej grozić Stanom Zjednoczonym, to spotka go „ogień i gniew, jakich świat nigdy nie widział”.

PAP/MoRo

AP: Mimo wzajemnych pogróżek USA i Korea Północna mają zakulisowe kontakty przez „kanał nowojorski”

Mimo wzajemnych pogróżek, administracja Donalda Trumpa utrzymuje zakulisowymi kanałami dyplomatycznymi kontakty z Koreą Północną. Tematami rozmów są Amerykanie przez reżim i pogarszające się stosunki.

[related id=34321]Powołując się na źródła zaznajomione ze sprawą, AP przekazała, że na razie w ramach tych kontaktów nie zrobiono nic, by wyciszyć kryzys związany ze zbrojeniami nuklearnymi KRLD, który wywołuje obawy, że może przerodzić się w konfrontację militarną.

Rozmówcy AP są zdania, że trwające zakulisowe rozmowy mogłyby być podstawą do poważniejszych negocjacji, w tym dotyczących programu nuklearnego KRLD, gdyby Trump i północnokoreański przywódca Kim Dzong Un porzucili wojowniczą retorykę z ostatnich dni i opowiedzieli się za dialogiem.

Ze strony amerykańskiej za kontakty odpowiada wysłannik ds. KRLD Joseph Yun, zaś po stronie północnokoreańskiej prowadzi je Pak Song Il, dyplomata z przedstawicielstwa przy ONZ w Nowym Jorku. Ich rozmowy są określane żargonowo jako „kanał nowojorski”.

AP pisze, że „kanał nowojorski” praktycznie nie był wykorzystywany przez siedem ostatnich miesięcy prezydentury Baracka Obamy, bo KRLD zerwała kontakty w reakcji na wprowadzone wówczas amerykańskie sankcje wobec Pjongjangu. Wznowiono je krótko po objęciu prezydentury przez Donalda Trumpa w styczniu br.

[related id=34344]USA i KRLD nie utrzymują stosunków dyplomatycznych. Oficjalnie strona amerykańska zapewnia, że jest gotowa do rozmów z KRLD, ale jako warunek wstępny stawia zaprzestanie prób pocisków balistycznych, które mogę dosięgnąć terytorium USA. Mimo sprzeciwu wspólnoty międzynarodowej w lipcu reżim w Pjongjangu przeprowadził dwa takie udane testy.

AP przypomina, że o istniejącej możliwości zakulisowych rozmów z KRLD mówił na niedawnym spotkaniu ASEAN w Manili amerykański sekretarz stanu Rex Tillerson. „Mamy z nimi otwarte inne kanały komunikacji, by usłyszeć, co mają do powiedzenia, jeśli chcą rozmawiać” – zapewnił.

Istnienie „kanału nowojorskiego” może oznaczać, że obie strony są gotowe do rozmów, mimo że Trump zagroził KRLD „ogniem i gniewem, jakich świat nie widział”, a Pjongjang publicznie snuje plany ataku rakietowego na amerykańską wyspę Guam na Oceanie Spokojnym.

Ani Departament Stanu USA ani Biały Dom nie skomentowali dla AP działalności Josepha Yuna. Z kolei dyplomata z misji KRLD przy ONZ potwierdził tylko, że kanałami dyplomatycznymi udało się doprowadzić dwa miesiące temu do zwolnienia będącego w ciężkim stanie amerykańskiego studenta Otto Warmbiera, który wkrótce po przylocie do USA zmarł. To Yun poleciał po niego do Pjongjangu, co szeroko nagłośniły światowe media.

Obecnie „kanał nowojorski” służy do rozmów o wypuszczeniu z KRLD innych amerykańskich obywateli, w tym Kima Hak Songa, zatrzymanego w maju za bliżej niesprecyzowane „wrogie działania” Tony’ego Kima, nauczyciela, oskarżonego o dążenie do obalenia rządu, oraz Kima Dong Czula, skazanego w ub. roku na 10 lat ciężkich robót za szpiegostwo.

Ostatnia runda poważnych negocjacji między Waszyngtonem a Pjongjangiem załamała się w 2012 roku, gdy wbrew zobowiązaniom podjętym w zamian za amerykańską pomoc żywnościową KRLD wystrzeliła rakietę dalekiego zasięgu. Od tamtej pory północnokoreańskie zbrojenia nabrały tempa, co oznacza także, że za ewentualny kompromis obie strony musiałyby zapłacić wyższą cenę.

AP odnotowuje, że Trumpa oskarżono o to, że jego ostatnie tweety i oświadczenia pod adresem KRLD przyczyniły się do zaognienia konfliktu albo wręcz chaosu na linii Waszyngton-Pjongjang. Tymczasem zdaniem agencji nie jest wcale jasne, jaki skutek będą one miały dla zakulisowych kontaktów w ramach „kanału nowojorskiego”.

PAP/MoRo

Prezes IPN: Zbrodnie niemieckie „przykryły” tamte mordy. Dziś nie ma powszechnej wiedzy o mordzie Polaków z 1937 roku

Operacja polska to apogeum polskiego cierpienia na terenie Związku Sowieckiego – powiedział rosyjski historyk Nikołaj Iwanow podczas piątkowego spotkania w warszawskim centrum Przystanek Historia.

Spotkanie z Nikołajem Iwanowem, autorem publikacji Zginęli, bo byli Polakami. Koszmar „operacji polskiej” NKWD 1937-1938 i prezesem Instytutu Pamięci Narodowej odbyło się w warszawskim Przystanku Historia – Centrum Edukacyjnym IPN im. Janusza Kurtyki. Zdaniem rozmówców ta operacja stała się niezwykle ważnym elementem tworzenia „człowieka sowieckiego” w wyniku „złamaniu kręgosłupa rosyjskiej ludności”.

„To rzecz niezwykła. 100 tysięcy, niektórzy mówią, że 200 tysięcy naszych rodaków zamordowano. Ale ofiar jest więcej – to bliscy, którzy pozostają z pamięcią i cierpieniem. Dlaczego wiedza o tym nie przedostała się do świadomości? To rok 1937. Polaków mordowano, represjonowano od samego początku. Nie tylko Polaków zresztą – mordowano wszystkich, którzy sprzeciwiali się bolszewizmowi. Późniejsze zbrodnie niemieckie przykryły tamte mordy. Dziś nie ma powszechnej świadomości tych wydarzeń” – powiedział prezes IPN,. Na celowniku byli także duchowni.

Dodał, że „był to czas, gdy zachodni intelektualiści byli przywożeni do Moskwy, to czas zafascynowania tym systemem. Także wśród części polskiej inteligencji. Kilka lat później, po 17 września we Lwowie, część polskiej inteligencji poszła na kolaborację. Skala tych zbrodni była tak wielka, że trudno przyjąć ją do świadomości”.

Jak przypomniano, w latach 1937-38 w Związku Radzieckim doszło do zamordowania ponad 200 tysięcy Polaków przez NKWD. Egzekucje poprzedzały przesłuchania, przeradzające się w tortury, których celem było wydobycie fałszywych zeznań lub przyznanie się do fikcyjnych zbrodni. Autor publikacji podkreślił, że wszystko to działo się na rozkaz Józefa Stalina, a jedyną winą ofiar operacji była ich narodowość.

„Popatrzmy na tych żołnierzy, którzy wykonywali egzekucje, strzelali. Czy to są kaci? To są również ofiary – nikt z nich nie przeżył. Praktycznie wszyscy zostali zamordowani. Tak działał ten nieludzki system” – powiedział Iwanow podczas spotkania w Centrum Edukacyjnym IPN. „Operacja polska to apogeum polskiego cierpienia na terenie Związku Sowieckiego, ale represje to cały okres międzywojnia” – zaznaczył.

„Zamknijmy oczy i wyobraźmy sobie młodego mężczyznę, powiedzmy że 35-letniego, mającego napisane w paszporcie, że jest narodowości polskiej. W 1937 r. nie ma szansy przeżycia. Jedyne, co może zrobić, to uciec do lasu i spróbować przejść przez granicę. Nieważne, czy miał faktycznie coś wspólnego z Polską Organizacją Wojskową. Wystarczyło, że jest Polakiem. Dla Jeżowa i Stalina to był potencjalny wróg. Czy ktokolwiek mógł zagrozić Stalinowi w 1937 roku? Kto z nią graniczył? Estonia, Łotwa, Finlandia… no i Polska. Pamięć o 1920 r., o porażce w bitwie o Warszawę spowodowała, że Polska była dla Stalina idealnym straszakiem do rozpętania terroru i wyczyszczenia Związku Sowieckiego z potencjalnych wrogów” – zauważył autor „Zginęli, bo byli Polakami”.

Eksterminację Polaków przeprowadzono na podstawie rozkazu operacyjnego nr 00485, który szef NKWD Nikołaj Jeżow wydał 11 sierpnia 1937 roku. Rozkaz, przed jego wydaniem, zaakceptowało Biuro Polityczne Komitetu Centralnego WKP(b) z Józefem Stalinem na czele. W ocenie niektórych historyków w wyniku operacji funkcjonariusze NKWD zamordowali od 140 do 200 tys. osób narodowości polskiej.

 

Podczas spotkania głos zabrał również Robert Malicki, członek zarządu Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych, która jest mecenasem tego albumu. Stwierdził, że mimo swojego zainteresowania historią o tych wydarzeniach dowiedział się przed rokiem. Kilka słów powiedział też Tomasz Szponder z wydawnictwa Rebis.

 

Na koniec spotkania, odpowiadając na pytania publiczności, autor stwierdził między innymi, że nie ma zbyt dużych szans na dostęp do rosyjskich archiwów.

 

 

WJB/PAP

Rosyjski szef MSZ Siergiej Ławrow o kryzysie koreańskim: Ryzyko jest wysokie. Otwarte groźby użycia siły

Szef MSZ Rosji Siergiej Ławrow ocenił, że ryzyko konfliktu USA i Korei Północnej jest bardzo wysokie, biorąc pod uwagę retorykę obu krajów. Wyraził przy tym nadzieję, że „zwycięży zdrowy rozsądek”.

„Uważam, że ryzyko jest bardzo wysokie, szczególnie jeśli uwzględnić tę retorykę: brzmią otwarte groźby użycia siły” – powiedział szef MSZ na spotkaniu z młodymi politologami i socjologami na forum młodzieżowym w obwodzie włodzimierskim.

Ławrow zauważył, że w przypadkach, „gdy dochodzi niemal do bójki, to jako pierwsza z niebezpiecznej linii powinna się zapewne wycofać strona, która jest silniejsza i mądrzejsza”.

„Niestety, retoryka w Waszyngtonie i Pjongjangu zaczyna przekraczać miarę. Mimo wszystko sądzimy, że zdrowy rozsądek zwycięży” – mówił. Podkreślił, że Rosja stoi na stanowisku, że niedopuszczalne jest uzyskanie przez Koreę Północną broni jądrowej.

[related id=34216]Szef rosyjskiej dyplomacji mówił także o stosunkach Rosji z Zachodem, któremu zarzucił toczenie walki o zachowanie swojej dominacji w świecie. „Nasi koledzy amerykańscy wykorzystują obecną sytuację, w tym antyrosyjską postawę swych sojuszników w Europie, po to, by (…) utrzymać znaczenie NATO, które nie może istnieć bez USA, i jednocześnie myśleć o własnych interesach ekonomicznych” – oświadczył.

Z kolei wewnątrz Unii Europejskiej istnieje – zdaniem rosyjskiego ministra – „agresywna rusofobiczna mniejszość”, która „próbuje nadużywać zasady solidarności” i narzuca innym państwom unijnym „podejście agresywne i konfrontacyjne”.

Ławrow przekonywał, że „część elit na Zachodzie chciałaby widzieć Rosję słabą” i „gotową do ustępstw na szkodę jej interesom”. Wyraził przekonanie, że „celem wojny na sankcje jest m.in. osiągnięcie tego celu”. „Nigdy nie będziemy niczego robić na szkodę naszym interesom i o tym wszyscy wiedzą” – zapewnił.

PAP/MoRo