Będziemy zaakceptowani dopiero, gdy staniemy się jak lewica europejska / Krzysztof Bosak i Zbigniew Kuźmiuk [VIDEO]

W Poranku WNET u Witolda Gadowskiego goście mówili o reakcjach w europejskich mediach na Marsz Niepodległości oraz o tym, jakie są „europejskie” kryteria uznania za faszystę.

USA stawiają na program współpracy gospodarczej i politycznej w regionie Indo-Pacyfiku / Hanna Shen z Tajwanu

Najważniejszym momentem podróży Donalda Trumpa po Azji była wizyta na szczycie APEC i przemówienie, które tam wygłosił. Skrytykował w nim Chiny i promowaną przez nie wersję globalizmu.

Szczyt APEC (Wspólnoty Gospodarczej Azji i Pacyfiku) się zakończył. Obecnie Donald Trump przebywa na Filipinach, gdzie odbywa się spotkanie państw ASEAN (Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej). Podróż prezydenta USA została przedłużona o jeden dzień, między innymi po to, by mógł spotkać się z prezydentem Filipin Rodrigo Duterte.

Stosunku USA z Filipinami nieco się popsuły w ostatnich latach. Celem rozmów Donalda Trumpa z Rodrigo Duterte jest ich poprawienie. Prezydent Filipin na briefingu prasowym powiedział: „Jesteśmy waszym sojusznikiem, jesteśmy waszym ważnym sojusznikiem”. To jest oświadczenie, na które Trump czekał po dość oziębłych relacjach w czasach Obamy, kiedy Filipiny położyły większy nacisk na stosunki z Chinami i z Rosją. Za taki stan rzeczy odpowiadał zarówno Barack Obama, jak i Rodrigo Duterte. Poprzedni prezydent USA skrytykował walkę, którą prezydent Filipin prowadzi z handlem narkotykami, która to walka jest bardzo brutalna (zginęło od 3 do 9 tysięcy osób). Rodrigo Duterte jest bardzo emocjonalny i w reakcji na to zaczął rozmawiać z Chinami, z którymi Filipiny nie miały wcześniej dobrych relacji, są bowiem z nimi w sporze o terytoria na Morzu Południowochińskim.[related id=44407]

Wcześniej, już w Wietnamie, Trump zasygnalizował, że może być mediatorem w tym sporze między Filipinami a Chinami. Jego uczestnikiem jest także Wietnam. Dzisiaj Filipiny odpowiedziały, że to jest dobra oferta. Są więc oznaki, że relacje filipińsko-amerykańskie mogą wrócić do normy.

Najważniejszym momentem była wizyta Donalda Trumpa na szczycie APEC i przemowa, którą tam wygłosił. Przedstawił w niej program współpracy gospodarczej i politycznej, jaki USA oferują regionowi Indo-Pacyfiku. Określenie, które często padało, to właśnie współpraca w ramach Indo-Pacyfiku, a nie – jak mówiła poprzednia administracja prezydencka – Azji i Pacyfiku. Centrum współpracy w tym regionie stają się więc Indie.

Jak ta współpraca miałaby wyglądać, Donald Trump powiedział właśnie we wspomnianym przemówieniu. Koniec ma być z takimi praktykami, jak niesprawiedliwy handel, kradzież własności prywatnej, zmuszanie zagranicznych firm do oddawania technologii państwu, jak przymus tworzenia joint-ventures w zamian za dostęp do rynku. To było skierowane do Chińczyków, chociaż nie zostało to wprost powiedziane.

Antychińskich elementów przemówienie prezydenta USA miało jeszcze kilka. Donald Trump powiedział, że do współpracy zaprasza każdy kraj, który przestrzega trzech zasad: rządów prawa, praw jednostki oraz wolności przelotów i żeglugi. Są to elementy dość obce polityce Pekinu.[related id=44771 side = left]

Donald Trump stawia przy tym na umowy dwustronne, a nie na wielostronne pakty. Przeciwstawić temu można to, co na szczycie APEC powiedział prezydent chiński Xi Jingping. Jego przemówienie to była pochwała globalizmu, który nazwał nieodwracalnym trendem historycznym. Bronił wielostronnych stosunków handlowych i nowych sił napędowych, w postaci np. Nowego Jedwabnego Szlaku, dla wspólnego rozwoju.

Chinom naprzeciw wyszedł Władimir Putin, który poparł zgłoszony przez nie postulat utworzenia strefy wolnego handlu w regionie Azji-Pacyfiku. Rosyjski prezydent powiedział, że jest za powiązaniem jego kraju z tym regionem za pomocą Nowego Jedwabnego Szlaku, wraz rosyjską inicjatywą – Euroazjatycką Unią Gospodarczą. Mają one stworzyć wielkie euroazjatyckie partnerstwo.

Tajwan stawia na współpracę w rejonie Indii i Pacyfiku, a nie na Jedwabny Szlak. Wielu tajwańskich biznesmenów poniosło straty na tzw. wymuszonych joint-ventures, a nawet wylądowało w więzieniu w ramach kampanii walki z korupcją. Ci, którzy prowadzą realne interesy z Chińczykami, wiedzą, że Nowy Jedwabny Szlak nie jest oparty na polityce, której przyświecają takiej zasady jak wolność czy otwartość. Tajwańczycy mają więc do tego zupełnie inne podejście niż elity polskie.

Hanna Shen z Tajwanu

 

Andrzej Nowak: Co możemy robić wobec tego, co stać się może? Umacniać własny potencjał narodowy – tutaj, w Polsce.

Europa stoi nad przepaścią. A jeśli w nią wpadnie, to my razem z nią. Nie łudźmy się, że uda nam się całkowicie uciec od losu Europy. Dlatego musimy się przejmować tym, co dzieje się w Katalonii.

Antoni Opaliński
Andrzej Nowak

Przyzwyczailiśmy się do tego, że kraje, które konstytuują Unię Europejską, były, są i będą, a tu nagle, za sprawą Katalonii okazało się, że wszystko się może zmienić.

Myślę, że warto zwrócić uwagę na to, że jeden z wpływowych niemieckich tygodników wydrukował od razu coś w rodzaju listy potencjalnych, następnych po Katalonii punktów zapalnych, w których ruchy autonomiczne mogą prowadzić do rozpadu państw. I proszę zgadnąć, jaki ważny kraj jest na tej liście, jaki punkt zapalny? Oczywiście Górny Śląsk i Polska. I to jest, myślę, perspektywa, z której czy chcemy, czy nie chcemy, musimy patrzeć na sprawę Katalonii i Hiszpanii. Każda zmiana terytorialnego status quo nie jest dla nas szansą – jak uważają niektórzy, marzący na przykład o powrocie Polski do Lwowa czy gdzieś dalej na wschód – ale śmiertelnym zagrożeniem. Grozi, po prostu, utratą stabilności, dzięki której Polska istnieje w obecnych granicach, a są to granice w tej chwili dla nas korzystne.

Czy uważa Pan, że rzeczywiście w Polsce, na Śląsku taka groźba istnieje? Bo może to jest taki straszak medialny?

Oczywiście możemy patrzeć na to z różnych punktów widzenia. Przypominam sobie jednak sytuację sprzed pięciu lat, kiedy rosyjskie władze wojskowe używały szantażu nuklearnego wobec Polski, mówiąc o wycelowaniu rozmieszczonych już w Obwodzie Kaliningradzkim rakiet w kierunku Polski. To zresztą jest jeden ze stale powtarzanych, można powiedzieć, ruchów propagandy imperialnej Rosji, nakierowany na zastraszenie potencjalnych ofiar. Pamiętam list kilku przedstawicieli Ruchu Autonomii Śląska do ambasady Federacji Rosyjskiej, ażeby rakiety nie były wymierzone w Śląsk, bo Śląsk nie ma nic wspólnego z Polską, Śląsk popiera Rosję, popiera Władimira Putina.

No i nic… Ten list został wysłany, ci ludzie nie zostali aresztowani w Polsce i nie posadzeni do więzienia. To jest fakt oczywistej zdrady państwowej. Za to powinno się pójść do więzienia. Tymczasem nic tym ludziom nie zrobiono. To byli ludzie znani z imienia i z nazwiska. I tym się niepokoję, nie skalą Ruchu Autonomii Śląska, bo ona jest oczywiście niewielka; ale jest to ognisko zapalne.

W Katalonii sprawa ruchu autonomicznego tliła się przez dziesięciolecia, była przyduszana w sposób bardzo nieprzyjemny, brutalny w okresie władzy generała Franco i rozładowywana na rozmaite sposoby. Ale jednak, jak widać, można było ją rozdmuchać, doprowadzić do takiego punktu, w którym grozi ona rzeczywiście rozpadem dużego państwa europejskiego – Hiszpanii.

Są tutaj wykorzystywane, między innymi, wpływy rosyjskie. Ręka Rosji nie o wszystkim bynajmniej decyduje w Europie, ale tam, gdzie może przyczynić się do stworzenia nowych ognisk zagrażających stabilności kontynentu europejskiego, na pewno swoje trzy grosze próbuje dorzucić i tak było również w sprawie katalońskiej. A zatem są powody do niepokoju z powodu tego materiału zapalnego, który jest w Polsce, przy takim nastawieniu władz, jakie reprezentował choćby Donald Tusk, który niedawno zdeklarował się wyraźnie, że nie jest Polakiem, jest przedstawicielem mniejszości narodowej w Polsce…

Jeżeli wspiera on ruchy mniejszościowe, odśrodkowe, jeżeli w takim duchu podejmuje rozmowy z Katalończykami, a w każdym razie tak się określa w rozmowach z nimi, to oczywiście oznacza, że istnieje w Polsce poważna siła polityczna, z której przecież Donald Tusk się wywodzi, gotowa igrać z tym ogniem. Z ogniem, który dzisiaj nam może się wydawać płomyczkiem, ale nie jest tak trudno rozpalić go do naprawdę niszczącego żywiołu.

Za sprawy polskie jesteśmy sami odpowiedzialni, a na inne możemy nie móc nic poradzić. Jeżeli rzeczywiście niektóre kraje zachodniej Europy zaczną się rozpadać, wyłoni się Katalonia, coś z Belgii, może z Wielkiej Brytanii – jak to wpłynie na politykę europejską?

Wielka Brytania już – bardzo nad tym ubolewam z punktu widzenia polskiego – wystąpiła z Unii Europejskiej, osłabiając bardzo frakcję zdrowego rozsądku w tym tworze politycznym. Już nie mamy wpływu na sytuację, która zmieniła na niekorzyść nasze położenie wewnątrz Unii Europejskiej.

Co możemy robić wobec tego, co już się stało, co stać się może? Oczywiście umacniać własny potencjał narodowy – tutaj, w Polsce. Pokazywać – nie propagandą, ale realnymi sukcesami gospodarczymi, politycznymi, że dobrze jest być obywatelem Polski, dobrze jest być w Polsce. Bo to jest najskuteczniejszy sposób rozładowywania tego rodzaju emocji. Pamiętajmy, że sytuacja w Hiszpanii, w Katalonii, ma tło także ekonomiczne. (…)

Myślę, że społeczeństwo polskie dało w ostatnich latach wyraźne dowody zdrowego rozsądku. Tak jak inne społeczeństwa naszego regionu, które, okazało się, nie ulegają szantażom politycznej poprawności, szczególnie niebezpiecznym, bo próbującym zakłamywać rzeczywistość. Jak długo nie pozwalamy zakłamywać rzeczywistości, jak długo próbujemy ją poprawiać efektywnie, materialnie, a jednocześnie nie pozwalamy wmówić sobie, że niszczenie tożsamości narodowej, spójności obywatelskiej wewnątrz państwa narodowego, którym jest Polska – że tego rodzaju destrukcyjne dążenia są czymś dobrym, służą jakiemuś rzekomemu, wspaniałemu dobru pluralizacji, postępu, progresywnych polityk społecznych – tak długo będziemy relatywnie bezpieczniejsi.

Cały wywiad Antoniego Opalińskiego z prof. Andrzejem Nowakiem pt. „Podziały zatrzymają dynamikę Dobrej zmiany” znajduje się na s. 7 listopadowego „Kuriera WNET” nr 41/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Zawsze mówiłem o sobie, że jestem człowiekiem porozumienia / Zbigniew Gryglas z partii … Porozumienie [VIDEO]

Dawny poseł .Nowoczesnej twierdzi, że ma umiejętność rozmowy ze wszystkimi niezależnie od barw politycznych. Dlaczego wstąpił do partii Porozumienie? O tym w rozmowie z Aleksandrem Wierzejskim.

11 listopada był celebrowany godnie i spokojnie / wiceminister Michał Dworczyk w Radiu WNET [VIDEO]

W rozmowie Aleksandra Wierzejskiego także o wyposażeniu wojska, o zapowiedziach stworzenia armii przez Unię Europejską oraz o krytyce działań MON ze strony generałów, którzy odeszli z wojska.

Poseł PiS: Reforma prawa wyborczego wzmocni społeczną kontrolę nad procesem wybierania władz samorządowych

Zdaniem Marcina Horały dotychczasowe zapisy ordynacji wyborczej dawały dużo możliwości nieprawidłowości, szczególnie w wyborach samorządowych. W Poranku WNET o tym jakie zmiany zakłada projekt.

 

Aleksander Wierzejski w Poranku WNET rozmawiał z Marcinem Horałą o szczegółach projektu reformy prawa wyborczego, które zostało przedstawione przez Prawo i Sprawiedliwości w piątek 10 listopada. Ma to być nie tylko zmiana w prawie wyborczym, ale też szereg zmian w przepisach, zwiększających społeczną kontrolę nad samorządami – wprowadzenie budżetu obywatelskiego i transmisji z obrad rad miasta czy gminy.

– Drugim elementem jest usprawnianie i wprowadzenie większej przejrzystości procedury wyborczej, jak wprowadzenie kamer do każdej komisji wyborczej z transmisją, zwiększenie roli mężów zaufania oraz wzmocnienie możliwości zgłaszania obserwatorów przez krajowe organizacje społeczne, które do tej pory nie mogły tego robić, a dotychczas mogły to robić tylko organizacje zagraniczne – powiedział Marcin Horała.

Gość Poranka WNET wskazał również najważniejsze kierunki zmian w samym procesie przeprowadzania aktu wyborczego: – Jest również zmiana polegająca na wprowadzeniu drugiej komisji wyborczej, która będzie wybierana w ten sam sposób co pierwsza i będzie przychodzić do liczenia głosów. Na zakończenie głosowania będzie plombowana urna i zgodnie z protokołem przekazywana drugiej komisji, która będzie liczyć głosy. (…) Zastanawiamy się nad tym, żeby z czasem wprowadzić publiczne liczne głosów, tak jak to ma miejsce w Wielkiej Brytanii.

– Trzeci obszar zmian to już strukturalne zmiany w wyborze, a nie techniczne, jak wprowadzenie dwukadencyjności dla prezydentów, burmistrzów i wójtów, ale bez liczenia ich wstecz. Moim zdaniem poprzednie kadencje powinny się liczyć do limitu sprawowanych kadencji i nie byłoby to w żaden sposób kontrowersyjnej – uważa poseł PiS.

Marcin Horała jest zdania, że eksperyment z jednomandatowymi okręgami wyborczymi całkowicie się nie sprawdził. W związku z tym „zmieni się również ordynacja w gminach, zarówno tych powyżej 20 tysięcy mieszkańców, jak i tych mniejszych. Prowadzenie JOW-ów to był swoisty eksperyment, który w naszej opinii okazał się nieudany. Ale wprowadzamy jedną istotną rzecz – w gminach do 20 tysięcy mieszkańców znosimy próg wyborczy, co ułatwi małym komitetom wprowadzenie swojego przedstawiciela do rad gminnych”.

– Likwidujemy możliwości rozpisywania głosowania na kilka dni, co było wprost sprzeczne z Konstytucją, która mówi, że wybory są rozpisywane na konkrety dzień. Znosimy możliwość głosowania korespondencyjnego, które budziło szereg wątpliwości co do przebiegu głosowania. Ten mechanizm bardzo ułatwiał nieprawidłowości przy wyborach.

Aleksander Wierzejski spytał również o zmiany w Państwowej Komisji Wyborczej. – Całkowicie zmieniamy filozofię kreacji członów PKW. W tej chwili to są przedstawiciele środowiska sędziowskiego. Chcemy prowadzić element demokracji w wyborze członków PKW, tak żeby w komisji były osoby reprezentujące różne środowiska polityczne, do tego jeden członek z Sądu Najwyższego oraz Trybunału Konstytucyjnego. Przy czym wprowadza zasadę, że największy klub w parlamencie miał tylko trzech przedstawicieli w nowej PKW.

Całość procesu wyborczego będzie przejęta przez komisarzy wyborczych czyli przez korpus państwowych urzędników wyborczych podlegających pod PKW. Do tej pory było tak, że cały proces obsługiwali burmistrzowie i wójtowie, urzędy gmin, także w wyborach samorządowych, co budziło wątpliwości. (…) Trzeba podkreślić, że poziom niezależności technicznej obsługi wyborów, jest znacznie większy niż na Zachodzie – podkreślił w Poranku WNET Marcin Horała, poseł PiS.

ŁAJ

Rola pierwszej fali polskich zesłańców na Kaukaz po powstaniu listopadowym. Wystąpienie na konferencji w Tbilisi X 2017

To oni wytworzyli w świadomości Gruzinów obraz ceniącego wolność, wykształconego i utalentowanego Polaka. Obraz ten do dziś funkcjonuje powszechnie jako wręcz archetypiczny wzór naszego rodaka.

Maria Filina

Walka o niepodległość Polski liczyła 123 lata poświęcenia tysięcy patriotów. Najczęściej mówi się o latach przed 1918 rokiem. Ale trzeba pamiętać i przedstawiać losy dziewiętnastowiecznych Polaków, którzy uczestniczyli w powstaniach narodowych i przygotowywali tło zwycięstwa, w tym bardzo ważne losy zesłańców na Kaukaz, najczęściej do Gruzji.

Polacy trafiali na Kaukaz z wielu powodów. Pierwsza, największa zwarta i jednolita grupa znalazła się tu w latach 1830–1840. Byli to najpierw żołnierze polskiej armii powstania listopadowego, traktowani przez Rosję jako polityczni przestępcy. Po nich przybyły następne fale zesłańców. Ich „współczynnik sprawności” okazał się nadzwyczaj wysoki. Nie ma dziś dziedziny nauki i kultury na Kaukazie i w Gruzji, w których by Polacy nie ujawnili swego twórczego potencjału: polityka, wojsko, nauki podstawowe, architektura, muzyka, malarstwo, inżynieria, budownictwo i rolnictwo – wszędzie tu wykazali swoją aktywność.

Obecne Tbilisi upiększają gmachy Teatru Opery i Baletu, Państwowego Teatru im. Szoty Rustawelego, Teatru Dramatycznego im. K. Mardżaniszwilego, Sądu Najwyższego, w projektowaniu i wznoszeniu których uczestniczyli polscy architekci. Narodową Bibliotekę Parlamentarną ozdobił malarsko polski artysta Henryk Hryniewski.

Najmniej materialnych śladów pozostało po pierwszych zesłańcach – literatach, muzykach, etnografach i historykach, przebywających tu około połowy wieku XIX. Ale to oni właśnie byli tą grupą, która odkryła przed gruzińską inteligencją świat polskiej kultury, a swoim rodakom – świat Kaukazu. To oni właśnie wytworzyli w świadomości Gruzinów obraz ceniącego wolność, dumnego, wykształconego i utalentowanego Polaka. Obraz ten do dziś funkcjonuje w powszechnej świadomości jako wręcz archetypiczny wzór naszego rodaka.

Romantyczny etap obecności Polaków na Kaukazie, w szczególności w Gruzji, stanowi swoistą epokę w dziejach polskiego wychodźstwa na tym obszarze geograficznym i w dziejach migracji polskich w ogóle. Częścią tego pokolenia byli bohaterowie książki autorstwa Marii Filinej i Danuty Ossowskiej pt. Losy Polaków na Kaukazie. Część I. „Tbiliska grupa” polskich poetów zesłańczych – „poeci kaukascy”. O ich istnieniu być może wielu słyszało, ale mało kto wie dziś więcej o ich życiu i twórczości.

Kaukascy poeci to uosobienie najbardziej tragicznego wymiaru romantyzmu. Mówienie o Kaukazie jako o „ciepłej Syberii”, sugerujące jakąś łagodną formę zesłania, to oczywiste nieporozumienie.

Gdyby nasi rodacy nie podjęli wysiłku zaznaczenia swego śladu w historii i nie odwołali się do wspólnoty kultury literackiej, niewiele byśmy dziś o nich wiedzieli, zwłaszcza zaś o tym, jakiego rodzaju doświadczenie stanowiła ich egzystencja. Uruchamiając mechanizm pamięci, ocalali siebie i równocześnie w jakiś sposób określali doświadczenie potomnych. (…)

Masowy napływ Polaków w rejony kaukaskie związany był z politycznymi represjami. Kaukaz nazywano „południową Syberią”. W 1794 roku zsyłano tu polskich żołnierzy, próbujących przyłączyć się do powstańców, a później wziętych do niewoli uczestników powstania. Na Kaukazie służyli w tym czasie również polscy oficerowie z kresowych ziem polskich. W gruzińskich pułkach znaleźli się też jeńcy z wojsk Napoleona. Historycy przytaczają różne liczby żołnierzy, od kilku do kilkudziesięciu tysięcy. Większość z nich wróciła do Polski po manifeście Aleksandra I, ale część została, o czym świadczą pamiętniki z tego okresu, w szczególności wspomnienia księdza Józefa Suryna.

Jednak największa migracja Polaków związana była z represjami po powstaniu listopadowym. Stało się to najbardziej dramatycznym wydarzeniem dla całego pierwszego pokolenia romantyków. Powstanie określiło jeszcze jeden swoisty rozbiór Polski, podział na tych, którzy zostali w kraju, i na emigrantów. (…)

Nie ma jednoznacznej i dokładnej odpowiedzi na pytanie: jaka była liczba Polaków, którzy w pierwszej połowie XIX wieku znaleźli się na ziemiach kaukaskich? Dysponujemy tylko przybliżonymi danymi. Mateusz Gralewski, mając na uwadze cały wiek XIX, podaje oszałamiającą cyfrę pół miliona. Liczbę tę trudno zweryfikować. Gralewski miał skłonność do przesady, ale pewne jest, że rachunek prowadzony musi być co najmniej w skali dziesiątków tysięcy. (…)

Nielicznym tylko spośród wymienionych udało się szczęśliwie, w legalny sposób wrócić do kraju; większość straciła życie na Kaukazie. Przy czym warto zauważyć – powodem rezygnacji z powrotu do ojczyzny była najczęściej skrajna nędza, uniemożliwiająca podjęcie podróży. We wcześniejszych pracach, a szczególnie w artykułach popularnych, pełno było jasnych i pogodnych zapewnień, że zesłańcy znaleźli swoją ojczyznę na Kaukazie. Nie było to znów takie jednoznaczne, chociaż stwierdzenie nie pozbawione jest pewnego sensu. (…)

W swej istocie obraz jest tragiczny. Nawet ironiczny Janiszewski przed tym obrazem, którego nie mógł w pełni ogarnąć, traci swój sarkazm i z prawdziwym żalem wyciąga wniosek: „A więc, summa summarum: Winnicki umarł na gorączkę, Strzelnicki na zapalenie kiszek i dyzenterię; Zach zginął, uniesiony górnym potokiem i zawalony skałami; Zabłocki umarł z cholery…”. Dodajmy do tej listy: Szymanowski poległ w bitwie, dwudziestoparoletni Pietraszkiewicz ciężko został ranny, Muczler popełnił samobójstwo… A o losie wielu już nigdy się nie dowiemy. (…)

Po powstaniu 1830 roku dokonywał się bowiem jeszcze jeden podział Polski, nie w sensie geograficznym – podział zaborowy trwał nienaruszony – ale w sensie demograficznym i kulturowym. Rozszerzało się gwałtownie i na ogromną skalę zjawisko polskiego wychodźstwa. Powstawały ośrodki emigracji zachodniej, otwierały się wielkie przestrzenie syberyjskiej katorgi i zesłania kaukaskiego. Były to odłamki niedawnej całości.

Oczywiste jest, że te nowe miejsca życia Polaków różniły się od siebie. Sytuacja zachodnich emigrantów na tym tle była szczególnie korzystna: udało się im „dotrzeć” do Francji, Niemiec, Anglii, Szwajcarii czy Stanów Zjednoczonych Ameryki, mogli w jakimś stopniu kierować swoim losem. Toteż, korzystając ze sprzyjających warunków, organizowali się, działali twórczo, przygotowywali kraj do kolejnego etapu walki. Z tych dobrodziejstw nie mogli korzystać więźniowie syberyjscy ani kaukascy zesłańcy, co nie znaczy, że biernie poddawali się przymusowej sytuacji. Wprost przeciwnie, wielu z nich dopiero w tych warunkach uświadomiło sobie, jakimi siłami dysponują. (…)

W tym odległym czasie ówczesny czytelnik miał zapewniony stały i ciekawy dopływ informacji z Kaukazu i Gruzji – była to poezja, reportaże, wspomnienia, relacje, listy, a nawet powieści. I pochodziły one w znacznym stopniu od politycznych zesłańców, choć ich teksty przechodziły przez cenzurę, okresami bywało, że zdwojoną.

Dziś, kiedy wydawałoby się, że każda informacja jest dostępna, zdziwienie budzi ubóstwo literatury o Kaukazie przeznaczonej dla szerszego odbiorcy. W wieku XIX tak bardzo skomplikowany kompleks kulturowo-polityczny, jaki stanowił Kaukaz, przedstawiany był przez współcześnie żyjących w wystarczająco zróżnicowany sposób, uwzględniając oczywiście ogólny stan ówczesnej wiedzy. (…)

Jest zastanawiające i godne podziwu, że Polacy, kiedy tylko znaleźli się na Kaukazie, próbowali rozeznać się w wielogłosowości i różnorodności kaukaskich kultur. I co najciekawsze, udawało im się to lepiej niż ich potomkom. Niekiedy bywa i tak, że Kaukaz i Gruzję odwiedzają dziennikarze całkowicie niemający rozeznania w kaukaskich i gruzińskich realiach, kierujący się bardzo powierzchownymi opiniami i powszechnie przyjętymi stereotypami. Być może, gdyby wiedzieli o działalności swoich rodaków z połowy XIX stulecia, uniknęliby wielu błędów i niedokładności.

Cały artykuł Marii Filinej pt. „Rola pierwszej fali polskich zesłańców na Kaukaz po powstaniu listopadowym” znajduje się na s. 8 i 9 listopadowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 41/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Marii Filinej pt. „Rola pierwszej fali polskich zesłańców na Kaukaz po powstaniu listopadowym” na s. 8 i 9 listopadowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 41/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Wspomnienie w Narodowe Święto Niepodległości o Barbarze Rytel – „Izie Głowackiej” / „Kurier WNET 41/2017

„Iza” pozornie nie lubiła wracać do wspomnień z Powstania. Było w tym trochę goryczy człowieka, który przeżył młodość w konspiracji i walce, a potem musiał zmagać się z powojenną rzeczywistością.

Monika Opalińska

Barbara Rytel – „Iza Głowacka” 21 X 1926 – 3 VII 2017

Co roku 1 sierpnia wśród powstańców zgromadzonych na warszawskich Powązkach spotykaliśmy Barbarę Rytel – sanitariuszkę i łączniczkę ze zgrupowania Chrobry II. Nie musieliśmy nawet wcześniej się umawiać – wiadomo było, że Basia, a właściwie „Iza Głowacka”, bo taki pseudonim nosiła w czasie Powstania, będzie stała w godzinie „W” nieopodal kwatery swoich poległych kolegów z oddziału. W tym roku po raz pierwszy nie brała udziału w uroczystościach – odeszła niespełna miesiąc wcześniej, w lipcu 2017 roku.

„Iza” pozornie nie lubiła wracać do spraw związanych z Powstaniem. Było w tym trochę goryczy człowieka, który przeżył młodość w konspiracji i walce, a potem musiał zmagać się z trudną powojenną rzeczywistością. Było i trochę rozterki podsycanej lekturami współczesnych historyków, którzy z chłodnym dystansem rozważali racje dowódców Polski Podziemnej. Było też dużo żalu za tymi wszystkimi, którzy w tamtych dniach zginęli i za dawną Warszawą, która przepadła wraz z nimi.

Wystarczyła jednak chwila rozmowy, by od spraw zwykłych i szarej codzienności wrócić do wojennych i powstańczych wspomnień. Splatały się w nich, jak w kadrze starego filmu, urywki zdarzeń z różnych dni sierpnia i września ‘44 roku, migawki z ulic warszawskiej Woli i powstańczych szpitali.

Życie i śmierć, agonia bliskich, krótkie chwile młodzieńczej radości i uśmiechu ożywały na nowo. Trudne warunki codziennej służby, ciężar noszy, na których sanitariuszki dźwigają ciężko ranną koleżankę z oddziału; codzienne obowiązki w polowych szpitalach, noszenie wody z wykopanych w chodniku prowizorycznych studni, smak ciasta z marchewki i dotyk małego królika, który wziął się nie wiadomo skąd w warszawskich gruzach – to drobne okruchy pamięci powszednich dni Powstania.

Były jednak i zdarzenia wielkiego formatu, jak ślub powstańczy, którego udzielał sanitariuszce „Izie” i jej narzeczonemu kapelan Armii Krajowej, charyzmatyczny dominikanin, ojciec Michał Czartoryski, późniejszy błogosławiony, w kościele św. Teresy na Tamce.

Trudne doświadczenia wojenne nie skończyły się dla „Izy” w momencie opuszczenia Warszawy po kapitulacji. Przeżyła jeszcze dramatyczne bombardowania w Berlinie, do którego trafiła z obozu przejściowego. Do Warszawy wróciła dopiero w maju.

Nie znaliśmy młodziutkiej sanitariuszki i łączniczki „Izy Głowackiej” w tamtych dniach. Ale w jej pięknych, błękitnych oczach widać było zawsze tę dawną, młodzieńczą brawurę. Nie tylko Powstanie Warszawskie, ale i lata wojenne wykształciły w niej ogromną samodzielność i niezależność. „Iza”, którą znaliśmy, miała w sobie najlepsze cechy przedwojennej damy z naturalną, wrodzoną elegancją i ogromnym wyczuciem taktu, a przy tym stałość i upór człowieka, który zmierzył się w życiu z dramatem przekraczającym ludzką miarę.

Artykuł Moniki Opalińskiej pt. „Barbara Rytel – «Iza Głowacka» 21 X 1926 – 3 VII 2017” znajduje się na s. 20 listopadowego „Kuriera WNET” nr 41/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Moniki Opalińskiej pt. „Barbara Rytel – «Iza Głowacka» 21 X 1926 – 3 VII 2017” na s. 20 listopadowego „Kuriera WNET” nr 41/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Emmanuel Macron zapowiada polityczny i militarny koniec Państwa Islamskiego / Zbigniew Stefanik dla WNET.fm

Francuskie działania militarne, zapowiedział prezydent, będą trwały wszędzie tam, gdzie ISIS będzie działać. Tymczasem we Francji kolejny zamach, tym razem przy użyciu renault clio.

We wtorek (7 listopada) po aresztowaniach we Francji i w Szwajcarii została rozbita islamistyczna komórka terrorystyczna. W sumie aresztowano 10 osób w wieku od 18 do 70 lat. Po stronie francuskiej aresztowania miały miejsce jednocześnie w trzech regionach. W tym samym czasie policja szwajcarska dokonała aresztowań dżihadystów należących do tej samej komórki terrorystycznej na terytorium Szwajcarii. Grupa ta planowała zamachy na cywilów i policjantów. Mieli oni przystąpić do działań w najbliższych dniach. Francuskie służby antyterrorystyczne poinformowały, że grupa ta była obserwowana od czerwca tego roku. Jej członkowie mieli kontaktować się i być pod wpływem imama bośniackiego pochodzenia. Śledztwo w tej sprawie trwa.

***

W czwartek 9 listopada, podczas swojej dwudniowej wizyty w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Emmanuel Macron we francuskiej bazie morskiej w Abou Dhabi ogłosił nadchodzący polityczny i militarny koniec Państwa Islamskiego w strefie iracko-syryjskiej. Francuskie działania militarne, jak poinformował prezydent, będą trwały wszędzie tam, gdzie Panstwo Islamskie będzie prowadziło swoją działalność.

Kolejna związana z wojną przeciwko ISIS kwestia, z którą będzie musiało poradzić sobie państwo francuskie, to coraz liczniejsze próby powrotów do Francji tych francuskich obywateli, którzy bardziej czy mniej bezpośrednio brali udział w dżihadzie. Według danych francuskiego MSW, około 1200 francuskich obywateli, w tym około 700 dorosłych i 500 dzieci, przebywa obecnie w strefie iracko-syryjskiej. W sprawie tzw. repatriacji Emmanuel Macron poinformował, że kwestia powrotów do Francji będzie rozpatrywana przypadek po przypadku. Warto jednak zauważyć, iż sytuacja francuskich obywateli przebywających w iracko-syryjskiej strefie wojennej różni się w zależności od ich miejsca pobytu. Ci, którzy przebywają na terenie Iraku, będą sądzeni przez iracki wymiar sprawiedliwości za prowadzenie działalności terrorystycznej. Pytanie jednak brzmi, co czeka tych obywateli francuskich, którzy znajdują się w rękach kurdyjskich bojowników. Kolejne pytanie, to co stanie się z dziećmi tych francuskich obywateli, którzy są czy będą sądzeni w Iraku i Syrii za działalność terrorystyczną?

***

Kolejny atak we Francji na postronne osoby. Wczoraj (10 listopada) w mieście Blagnac (nieopodal Tuluzy) około godziny 16 dwudziestoośmioletni mężczyzna wjechał pojazdem marki renault clio w grupę chińskich studentów i ranił trzech z nich, w tym jedną osobę ciężko. Po tym ataku agresor zamierzał przejechać kolejną grupę przechodniów, na szczęście wcześniej został unieszkodliwiony i zatrzymany przez policję. Napastnik był znany policji i karany w przeszłości za czyny kryminalne. Dodatkowo kilkanaście miesięcy temu przebywał on w szpitalu psychiatrycznym. Francuskie służby antyterrorystyczne poinformowały, iż mamy do czynienia z atakiem osoby psychicznie niezrównoważonej.

Zbigniew Stefanik

Chwieje się gmach polityki ekonomicznej Emmanuela Macrona i jego ministra gospodarki

Minister napiętnował „amatorszczyznę tych, którzy wprowadzili tę taksę”. Ówczesny sekretarz generalny, który zajmował się opodatkowaniem przedsiębiorstw, nazywał się… Emmanuel Macron.

Odpowiedzialnymi za dekadencję francuskiej gospodarki mieli być polski hydraulik i polski szofer. Pracownicy oddelegowani kłusują bowiem na francuskim rynku zatrudnienia i odbierają pracę francuskiemu robotnikowi. Oto przyczyna bezrobocia we Francji.

W jednej z moich Kronik w 2015 roku wyśmiałem te brednie. Uczyniłem to również w języku francuskim podczas spotkania publicznego z panem deputowanym europejskim, Bruno Le Maire’em. Jak pokazały jego późniejsze wypowiedzi, w sprawie szoferów nie zmienił on swojego stanowiska. Przeciwnie, nadymał swój balon z całych sił, chciał nim zalecieć daleko i wysoko. I stało się. Wylądował w fotelu ministra gospodarki. Prezydent Macron zakrzątnął się, żeby rozwinąć tezę o szkodliwości pracowników oddelegowanych. Powołał nawet konferencję europejską w tej sprawie.

Centrala związkowa powołana statutowo do ochrony praw pracowniczych, między innymi szoferów, wydała komunikat, stwierdzając oficjalnie, że polscy transportowcy nie mają żadnego wpływu na stan zatrudnienia szoferów francuskich. Balon ministra i prezydenta pękł. Najgorsze miało dopiero nadejść.

Miliarderzy mieli obiecane przez prezydenta Macrona, że ich majątków się nie ruszy. Niedarmo zrobili składkę na jego kampanię wyborczą. Tymczasem obecnie, po pół roku zaledwie, sytuacja przedstawia się jak w słynnej odpowiedzi Radia Erewań na temat rozdawania samochodów na placu Czerwonym w Moskwie. [related id=43313]

Emmanuel Macron obiecał dodać wielkim spółkom prywatnym z budżetu państwa ok. 63 miliardów euro. A jak! Żeby rozhuśtać gospodarkę. Opodatkuje się biednych i emerytów, podwyższając podatek CSG. Ta powszechna kontrybucja socjalna została wprowadzona przed laty tymczasowo na rok i wynosiła 1 procent; nigdy nie została uchylona i obecnie wynosi 10 razy więcej i została podwyższona przez Macrona. Ktoś musi przecież zapłacić. Ujmie się studentom dodatki na mieszkanie, obetnie się biednym i starcom pomoc społeczną, mniej będzie się zwracać za leczenie i – zabraniając polskim szoferom ruchu na francuskich szosach, a polskim hydraulikom dłubania we francuskich kranach – jedno do drugiego, uzbiera się brakującą kwotę.

Okrutny cios przyszedł z dwóch stron naraz – od Unii Europejskiej i od francuskiej Rady Konstytucyjnej. 6 października Rada Konstytucyjna stwierdziła, że jeden z podatków był pobierany nielegalnie. Chodzi o trzyprocentową taksę od dochodów uzbieranych za granicą przez pracowników oddelegowanych. Uznała ją za nielegalną, antykonstytucyjną, ponieważ narusza równość przedsiębiorstw wobec podatków. Wcześniej Trybunał Europejski potępił ten podatek jako sprzeczny z prawem europejskim, gdyż szkodzi swobodnemu przepływowi kapitału.

Nielegalny podatek był pobierany od pięciu lat. Uzbierało się przez ten czas około 10 miliardów euro, które teraz będzie trzeba zwrócić wraz z odsetkami. Jeśli dobrze poskrobać, będzie to 15 miliardów. Kto za to odpowiada? Panika powstała na szczytach. Minister gospodarki, pozbawiony swoich chłopców do bicia – polskich szoferów i hydraulików – nie ma ochoty nadstawiać głowy ani innych części ciała ministerialnego sam. [related id=44736 side=left]

Bruno Le Maire nazwał aferę skandalem stanu. Pieniądze mają być zapłacone jednorazowo. Aby załatać dziurę, minister gospodarki zwrócił się z apelem do trzystu najbogatszych przedsiębiorstw, tych, którym państwo miało dopłacić, aby w imię patriotyzmu zamiast brać, dali państwu miliardy na zapłacenie długu. Propozycja, jak się można domyślać, wprawiła w zachwyt najbogatszych przedsiębiorców i ich związek.

Minister napiętnował „amatorszczyznę tych, którzy wprowadzili tę taksę”. Taksę wprowadzono w 2012 roku. Ówczesny sekretarz generalny Pałacu Elizejskiego, który zajmował się opodatkowaniem przedsiębiorstw, nazywał się… Emmanuel Macron.

Projekt opodatkowania bogatych, aby opłacić zwrot opodatkowania innym niesłusznie opodatkowanym, ma ogromną szansę na to, że zostanie odrzucony przez Unię Europejską jako podatek równie nielegalny, jak poprzedni.

Piotr Witt z Paryża

Felietonu można posłuchać w części drugiej Poranka WNET z 8 listopada.