Dzięki śpiewaniu mogę umiejscowić swoje emocje i przeżycia. Z Kasią „Kate” Dąbrowską rozmawia Sławek Orwat

Chciałabym, aby moja muzyka i klipy wniosły dużo dobrego dla odbiorców. Ważna jest w tym dla mnie autentyczność i naturalność i przekazanie siły płynącej z moich doświadczeń.

„Muzyka jest moją największą pasją. Od dziecka była dla mnie źródłem pozytywnej energii oraz inspiracją do działania” – powiedziałaś w jednym z wywiadów. Od kiedy śpiewasz i kto pomógł ci odkryć talent wokalny? Podobno już jako mała dziewczynka godzinami śpiewałaś piosenki, które puszczałaś sobie w pokoju.

Zgadza się. Będąc jeszcze dzieckiem, poświęcałam wiele czasu na muzykę. Od dawna wypływa mi ona z serca bardzo spontanicznie. Dzięki śpiewaniu mogę umiejscowić swoje emocje i przeżycia, przełożyć je na interpretację. Kiedy wyjechałam z miasta rodzinnego do Warszawy, rozpoczęłam lekcje śpiewu u Eli Zapendowskiej i Moniki Urlik. Uczestniczyłam również w warsztatach wokalnych z Kayah. Dodało mi to odwagi i umiejętności do występów na scenie. Zaczęłam wówczas koncertować z coverami. Tak rozpoczęła się moja przygoda z muzyką.

Dotychczas występowałaś z zespołem jazzowo – bluesowym w warszawskim Teatrze Komedia, a także z orkiestrą i big bandem orkiestrowym. Co skłoniło cię do robienia kariery solowej?

Największą mobilizacją dla mnie przy tworzeniu tekstów i nowych utworów jest chęć dodania skrzydeł ludziom i dzielenia się siłą życiową. Myślę, że bez względu na to jaką mamy pasję i czym się zajmujemy, ważne jest, żebyśmy nie byli w tym egoistami. Swoją energię uwielbiam przekazywać odbiorcom przez występy i autorskie utwory. Inspirację do tworzenia dają mi głownie moje doświadczenia życiowe, przeciwności, z którymi muszę się mierzyć oraz bliscy, którzy mnie wspierają i nigdy nie pozwalają mi się poddać w moich często niełatwych wyzwaniach

Co wniosły w twoje życie wspomniane warsztaty wokalne oraz lekcje śpiewu u takich znakomitości?

Lekcje u pani Eli Zapendowskiej były dla mnie bardzo cennym doświadczeniem. Jest to wymagający nauczyciel z ogromnym poczuciem humoru? Moje początki były niełatwe, ale na końcu odetchnęłam z ulgą jak usłyszałam od pani Eli wiele ciepłych miłych słów na temat mojego śpiewu. W szkole pani Eli prowadzone są lekcje z emisji głosu, śpiewu, interpretacji, warsztatu aktorskiego i ruchu scenicznego. Lekcje odbywają się często, więc można się wiele nauczyć. Natomiast Monika Urlik jest zarówno wspaniałą wokalistą jak i świetnym nauczycielem. Potrafiła nie tylko zmobilizować mnie do pracy nad techniką śpiewu poprzez ćwiczenia emisji, ale przede wszystkim przez pozytywną mobilizację, dodawała mi wiarę w moje możliwości. Cenię ją bardzo jako nauczyciela.

Dlaczego KATE a nie Kasia Dąbrowska? Domniemywam, że nie chciałaś być mylona z Anią Dąbrowską, aczkolwiek – jeśli wolno mi coś zasugerować – ne podążaj drogą pewnej Małgorzaty, która na scenie też woli wersję anglojęzyczną swego imienia (śmiech). Preferuję zdecydowanie bardziej twoje oblicze muzyki pop…

Zdarzają się sytuacje, ze ludzie mylą mnie z Kasią Dąbrowską, aktorką? Długo myślałam jaki pseudonim pasował by do mnie i moja koleżanka zasugerowała mi, ze Kate najbardziej pasuje do mojej osobowości? Wiele osób pyta czy łączy mnie coś z Anią, ale z tego co wiem, nie mamy wspólnych korzeni. Choć może warto się wgłębić w drzewo genealogiczne?

Jako KATE zadebiutowałaś w ubiegłym roku singlem „Dalej, dalej”, którego producentem muzycznym był Jarosław „Jasiek” Kidawa – gitarzysta, kompozytor, współpracujący z wieloma Artystami polskiej sceny m. in. Kasią Kowalską, zespołami Feel, Makowiecki Band czy Małgorzatą Ostrowską. Jak ci się udało przekonać go do swojej osoby? 

Przede wszystkim muszę powiedzieć, ze znalezienie odpowiedniego kompozytora i producenta do współpracy przy tworzeniu jest ogromną sztuką i wielkim szczęściem. Bardzo podobały mi się piosenki Jarka, dlatego zaproponowałam mu współpracę. Po spotkaniu z nim bardzo się ucieszyłam, to człowiek nie tylko ze świetnym doświadczeniem i dokonaniami muzycznymi, ale niesamowitą energią. Jest niezwykle ważne by kompozytor i producent poczuł, co gra w duszy wokalisty i umiał stworzyć takie dzieło, żeby wyeksponować jego atuty. Taką osobą był właśnie Jarek, z którym stworzyłam singiel „Dalej, dalej”.

Do twojej debiutanckiej piosenki powstał również teledysk, w którym wystąpił popularny tancerz Tomek Barański. Jak wspominasz współpracę na planie?

Tomek to kolejny dowód na to, ze mam niesamowite szczęście do ludzi. Współpraca na planie teledysku była świetna, a Tomek podejściem i sposobem bycia, sprawił, że trema która na początku mi towarzyszyła, całkowicie zniknęła. To nie tylko profesjonalny tancerz, ale energetyczny człowiek z wielką siłą życiową, którą emanuje na ludzi wokół.

Piosenka ”Teraz siebie znam” powstała we współpracy z producentem muzycznym Łukaszem Lazerem – gitarzystą i menedżerem zespołu Red Lips, znanym z kolaboracji z wieloma artystami ze sceny polskiej i europejskiej. Da się wyczuć, że po pierwsze mierzysz wysoko, po drugie posiadasz bardzo sprecyzowany plan na swoją drogę muzyczną i po trzecie – jesteś artystką świadomą tego, co chcesz osiągnąć. Zgodzisz się?

Uważam, że nie ma gotowego przepisu na realizację drogi muzycznej. Natomiast mam to szczęście, że współpracuję z ludźmi, który wiele wnoszą do mojego rozwoju muzycznego i takimi staram się otaczać. Owszem, mam plan na swoją drogę, ale wiele działań przychodzi mi spontanicznie na bieżąco. Ze względu na to, ze jestem bardzo otwartą osobą, wiele dobrego spotyka mnie nieprzewidywalnie i nie zamykam się na to. Warto mieć otwarte oczy i być gotowym wykorzystywać każdą możliwą sytuację do rozwoju i kolejnych działań.

Tym razem w klipie wystąpił z tobą znany aktor Tomasz Ciachorowski. Masz już upatrzonego kandydata na trzeci teledysk?

Pozostawię to jako niespodziankę dla moich Słuchaczy,

 

„Szczególną inspirację odczuwam, gdy muszę walczyć o bycie sobą. Łatwiej jest mi pisać teksty, gdy mierzę się z przeciwnościami. ”- mówisz sama o sobie. Czy mam ci życzyć wielu przeciwności losu?

Wiele doświadczeń życiowych mnie buduje. Zarówno te pozytywne jak i negatywne. Natomiast uważam, ze dzięki trudnym sytuacjom życiowym możemy stwierdzić, kim naprawdę jesteśmy, czy decydujemy zgodnie z naszymi priorytetami. To one nas kształtują, uczą i dają siłę do zmierzenia się z kolejnymi wyzwaniami.

 

„Dawniej nie miałam odwagi na bycie sobą. Nie wierzyłam w siebie. Nie wierzyłam, że moje marzenia mogą się spełnić. Krytyka innych ludzi była dla mnie wielką blokadą. Dziś moje wybory są odbiciem moich nadziei, a nie lęków. O tym właśnie jest mój singiel”. Jak zbudowałaś system obronny, który chroni Cię przed lękami?

Mam silną osobność i wspierające mnie bliskie osoby. Tak jak wspomniałam w kwestii muzyki i pracy na planie również mam szczęście do ludzi. To jest bardzo ważne otaczać się osobami które w nas uwierzą i dodają nam skrzydeł.

Jesteś zarówno autorką tekstu twojej najnowszej piosenki, jak i scenariusza powstałego do niej teledysku. Zawsze już będziesz taką „Zosią Samosią” (śmiech)?

Chciałabym, aby moja muzyka i klipy wniosły dużo dobrego dla odbiorców. Ważna jest w tym dla mnie autentyczność i naturalność i przekazanie siły płynącej z moich doświadczeń. Już na etapie pisania teksu, mam wyobrażenia jak będzie wyglądał klip.

Teksty piszesz opierając się o własne doświadczenia. Singiel „Teraz siebie znam” opowiada o przełamywaniu strachu, o tym że radość zależy od nas samych i możemy ją mieć pomimo różnych doświadczeń, a także że warto żyć zgodnie ze swoimi priorytetami, a bycie sobą daje nam ogromne szczęście. Jak długo walczyłaś o ten rodzaj szczęścia i czy wymaga czegoś w rodzaju samodyscypliny?

Uczę się tego codziennie. Nie ma siłacza na tym świecie, który nigdy się nie myli. Trzeba sobie pozwolić na błędy, a nawet jeśli je popełnimy, ponieść się i iść dalej z nadzieją. Natomiast siłę, którą mam przekazuję przez muzykę. Moja twórczość to taka droga przekazu do innych ludzi.

„Jeśli mamy kryzysowe sytuacje i podejmujemy odważne decyzje, to właśnie to nas hartuje. W momencie, gdy uwolniłam się od relacji, która negatywnie na mnie wpływała, to był to dla mnie przełom, który dał mi siłę.” – powiadasz w jednym z wywiadów i dodajesz: „Jeśli mamy różne doświadczenia życiowe i nie zawsze są one pozytywne, powinny prowadzić do tego, żeby mobilizować innych i pozytywnie nastrajać przez nasze pasje.” Często jesteś kimś w rodzaju „pogotowia ratunkowego” dla dotkniętych dolinami przyjaciół?

Wzajemne wsparcie jest dla nie ważne . Staram się je dawać swoim bliskim i przyjaciołom. Bez niego nie mamy sił do realizacji własnych celów i nie poddawania się w kryzysowych momentach.

Obydwa twoje utwory (a zwłaszcza pierwszy) umieściłbym w szufladce z napisem pop-rock. Czy już na zawsze zamierzasz pozostać wierna tej stylistyce, czy jest to jedynie pomysł na start? Wszak twoje początki kształtowały się bardziej w jazzie i bluesie.

Zgadza się, na początku śpiewając jeszcze covery występowałam z koncertami jazzowo- bluesowymi, natomiast pop- rock zawsze grał mi w duszy. Innym gatunkom nie mówię nie, natomiast ten rodzaj muzyki będzie przeważał w mojej twórczości, ponieważ wypływa mi z serca.

„Tekst piosenki „Teraz siebie znam” jest dla mnie bardzo osobisty. Chciałabym przekazać, że nie warto zaspokajać się marnościami, a od życia trzeba nauczyć się brać pełnymi garściami.  Czasem z pewnych relacji czy aktywności warto zrezygnować, aby móc być w pełni wolną osobą zgodną ze sobą. Świat i inni ludzie będą nam narzucać swój pomysł na nas, ale niezwykle ważna jest asertywność, odwaga na bycie sobą i wiara w spełnianie wytyczonych celów.”

Jak długo uczyłaś się takiej asertywności i czy nie uważasz, że podstawową przyczyną tego, że nie potrafimy kochać innych wynika z tego, że nie potrafimy kochać samych siebie. 

Zdrowa miłość do siebie jest podstawą do kochania innych. Oprócz tego, że mam silną osobowość i doświadczenia życiowe, które uczą mnie asertywności. Uczymy się tego codziennie, bo tak jak mówiłam, nie ma osoby, która nigdy się nie myli i jest ideałem. Ale „moc w słabości się doskonali” i tym mądrym hasłem kieruję się, kiedy brakuje mi sił.

Rynek muzyczny pełen jest debiutujących artystów, którzy próbują zdobyć swoje pięć minut i oczarować słuchaczy własną twórczością. Co doradziłabyś swoim młodszym stażem kolegom i koleżankom – udział w TV talent show, czy też kompletnie coś innego, a jeśli tak  to co?

Tak jak wspomniałam, według mnie nie ma gotowego przepisu na karierę muzyczną. Różne odmienne od siebie drogi osób, które osiągnęły sukcesy na tym polu są tego dowodem. Warto też otaczać się ludźmi, którzy będą nas wpierać w tej drodze muzycznej. Zarówno muzykami, z którymi moglibyśmy podjąć współpracę jak i ludźmi z doświadczeniem w promocji. Można podjąć współpracę z wytwórnią jak i działać bez niej. Wszystko ma swoje plusy i minusy. Świat i inni ludzie będą nam narzucać swój pomysł na nas, ale niezwykle ważna jest asertywność, odwaga na bycie sobą i wiara w spełnianie wytyczonych celów. Sama musiałam się z tym zmierzyć w wielu sytuacjach, dlatego przez swoją muzykę chciałabym dawać innym siłę do bycia zgodnym ze swoimi priorytetami.

 

Jak radzisz sobie z pandemią i jakie w związku z tym masz priorytety na najbliższą przyszłość?

 

Pandemia uniemożliwiła mi już plany na etapie nagrań klipu do singla „Teraz siebie znam” natomiast nie poddałam się i nagrałam go później. Już od dawna jestem niezależną kobieta zaangażowaną w pracę w biznesie. Myślę, że stąd moja determinacja do działań muzycznych oraz chęć mobilizowania innych do realizacji celów przez moje piosenki bez względu na okoliczności. Jestem na etapie premier singla „Teraz siebie nam”. Poza premierami w stacjach radiowych, odbyło się już kilka koncertów promujących piosenkę. O moich kolejnych niespodziankach muzycznych można dowiedzieć się na moich portalach społecznościowych:

Instagramie: https://www.instagram.com/kate.dabrowska.singer/?hl=pl

Fanpage https://www.facebook.com/Kate-30864033667241

Każdy chciał dodać do naszej muzyki coś, co kocha najbardziej. Z Filipem „FiFo” Tarnowskim rozmawia Sławek Orwat

Jako reprezentant sceny sound systemowej w Polsce mogę powiedzieć, że jesteśmy silni. Mamy kilka znanych na całą Europę sound systemów.

 

Mówicie o sobie, że jesteście wokalno-instrumentalnym projektem z pogranicza reggae, ska i rocksteady, którego szeroka różnorodność stylistyczna sięga do jazzu, bluesa a nawet rocka. Dla mnie natomiast jesteście nadzieją, że polskie reggae nareszcie wychodzi ze spowodowanego medialnym sukcesem Kamila Bednarka 10-letniego komercyjnego marazmu, a ty masz niepowtarzalną szansę szturmem wejść do ścisłej czołówki nadwiślańskich piewców Rasta. 

Stereotyp z jakim aktualnie boryka się branża muzyki reggae w Polsce sprawia, że ludzie zaczęli podchodzić ze sceptycyzmem do wszystkiego, co ma słowo 'reggae’ w nazwie. Na samym początku zespół bardzo się zmieniał i ewoluował, powstawały nowe pomysły, myśleliśmy również nad zmianą nazwy. Mimo wielu propozycji, nasi dotychczasowi fani, znajomi i rodziny namawiali by pozostawić tę, pod której szyldem gramy do dziś – Positive REGGAE Rockers. Nie baliśmy się tego – stwierdziliśmy, że to nie nazwa świadczy o zespole, lecz jego muzyka, dlatego skupiliśmy się na jej tworzeniu, a nie nad ewentualną zmianą „barw”. Po kilku latach dostrzegliśmy dzięki temu nową możliwość – grając różnorodną muzykę mającą w podstawach reggae, możemy postarać się obalić ten stereotyp.

Czy wymyślając nazwę inspirowaliście się zasłużonym dla polskiego reggae bandem Darka Malejonka, czy to zupełny przypadek?

Nasz zespół istnieje od 6 lat, jednak ja, jak i większość aktualnych jego muzyków piszemy jego historię od około 3 lat. Nie wiem jak było z założycielami zespołu 6 lat temu, ja prędzej szedłbym w stronę East West Rockers niż Maleo Reggae Rockers (śmiech).  Zresztą Cheeba Fly z wymienionego zespołu jest moim dobrym znajomym, z którym często współdzieliliśmy mikrofon na imprezach Warsaw Jungle Massive. Przez ostatnie lata bardzo dużo się działo, zespół ewaluował i dojrzewał. To takie nasze dziecko, o które codziennie dbamy, gdzie codziennie uczymy się czegoś nowego z jednej strony muzycznego a z drugiej zdobywamy wiedzę o sobie samych, sztuce chodzenia na kompromisy i współpracy w dużej bo 11 osobowej grupie.

No właśnie, dziewięcioro muzyków plus realizator dźwięku i urocza pani manager to – przyznacie sami – niezła wycieczka (śmiech). Jak rozwiązujecie logistykę koncertową i czy tworząc jedną wielką rodzinę, macie przypisane jakieś role, czy też panuje jeden wielki chaos (czytaj demokracja) haha?

O logistykę dba nasza – jak to powiedziałeś – urocza pani manager, która nie ma z nami lekko (śmiech). Jak już wcześniej wspomniałem, w zespole każdy ma swoją rolę, każdy zajmuje się inną częścią pracy, a kiedy trzeba, wszyscy się jednoczymy i działamy wspólnie. Zorganizowanie transportu, noclegu czy ogólnie szeroko rozumianej logistyki koncertowej dla tak dużej grupy ludzi nie jest proste, jednak tworzymy pewnego rodzaju społeczność, która w decydujących momentach zawsze się wspiera.

Dzięki tej ilości muzyków posiadacie bardzo bogate instrumentarium. Sekcja gitarowa, perkusja, perkusjonalia, elektronika, bas, a przede wszystkim mająca niebagatelny wpływ na wizerunek i brzmienie zespołu solidna sekcja dęta. To wszystko niewątpliwie posiada ogromne plusy, ale to bogactwo sprzętowo-ludzkie może też niekiedy utrudniać organizatorom koncertów zapewnienie scenicznej przestrzeni lub choćby wypłacalność. Jak sobie radzicie z tym nadmiarem szczęścia (śmiech).

Gdybyśmy mieli polegać jedynie na organizatorach w sprawach sprzętowych czy logistycznych, to myślę że 90% naszych koncertów brzmiałaby co najmniej dużo gorzej, lub mogłaby się po prostu nie odbyć. Na szczęście nasz zespół to nie tylko muzycy, ale także i nasz akustyk, który zawsze dba o sprzęt, i późniejsze brzmienie na scenie – jest zawodowcem i profesjonalistą. Oprócz niego jest również nasza niezawodna Kasia – menedżerka, dzięki której nie musimy myśleć o papierach, dokumentach, logistyce a możemy skupić się na graniu. Każdy ma swoja rolę w zespole, każdy zajmuje się inną częścią pracy, a wszyscy razem idealnie się uzupełniamy i tworzymy funkcjonującą całość. Staramy się współpracować z organizatorami i jeśli trzeba iść na kompromisy albo ich wspierać, wszystkim zależy na jak najlepszym efekcie koncertu czy danego eventu. Chyba nie jest z nami jeszcze tak źle (śmiech), jeśli udało nam się (mam tutaj na myśli współpracę organizatora, naszej managerski, akustyka oraz wszystkich muzyków) wspólnie zorganizować wyjazd do Amsterdamu i dwa koncerty w Holandii na początku tego roku. Zdecydowanie było to jedno z najwiekszych przedsięwzięć wymagających współpracy wszystkich członków zespołu.

Jesteś już od około 5 lat rozpoznawalnym w stolicy beatboxerem, DJ-em i obdarzonym znakomitym głosem wokalistą. Przypominasz mi brzmieniem i sposobom modulacji głosu takie osobowości gatunku jak Dawid Portasz czy Junior Stress. Dlaczego mając do wyboru ogrom muzyki, uwiodły cię akurat brzmienia karaibskie? 

Beatboxerem jestem tak naprawdę od 15 lat, i wtedy też mniej więcej zaczynałem pierwsze przygody z wokalem, próbując swoich sił w rapie. Śpiewam od około 12 lat, na scenie za to – jako że pod skrzydła wziął mnie Rastamaniek, znany wtedy z takich projektów jak zespół Raggamoova, Jasna Liryka czy Sounds of Freedom – i od tamtego czasu czasem zdarza mi się usłyszeć „O, tu brzmisz jak Maniek!”. Z Juniorem Stressem natomiast łączy mnie m.in. wspomnienie jednego konkursu nawijaczy Reggae, gdzie jednym byłem ja – 'dziecko Rastamańka’, Olaf Bressa 'dziecko KaCeZeta’ oraz jeszcze jeden wokalista którego mentorem muzycznym był Ras Luta. Uwielbiam być porównywany do Juniora Stressa, bo oznacza to, że moja nawijka na danej imprezie była solidna, mocna i zrobiła „robotę” (śmiech).
Czemu muzyka karaibska? Myślę że obok wszechobecnego bassu jaki uwielbiam w muzyce a muzyka jamajska ma go najwięcej, główną iskierką w głowie był mój ojciec, który od zawsze powtarzał, że uwielbia Boba Marleya i nieraz razem go słuchaliśmy, czy to w podróży na wakacje czy na zwykłej działce siedząc na słońcu.

Reprezentujecie różne, często wręcz skrajne gatunki muzyczne. Wszyscy od początku wiedzieliście, że chcecie grać reggae?

Kiedy dołączałem, to dołączałem do zespołu reggae szukającego wokalisty. Dopiero później, gdy dotarło kilka nowych osób, każda z zupełnie innym pojęciem o muzyce, zaczęliśmy robić burzę mózgów na próbach – każdy chciał dodać do naszej muzyki coś, co kocha najbardziej, a finalnie zaowocowało to tym, co już sami możecie usłyszeć na antenie radia czy w internecie.

Co jest waszą inspiracją muzyczną?

Naszą inspiracją muzyczną… nazwałbym całą muzykę. Każdy rodzaj muzyki ma w sobie coś niepowtarzalnego, co my staramy się ściągnąć do siebie. Wynika to z tego, że każdy członek zespołu wywodzi się z innego nurtu muzycznego, każdego interesuję inny rodzaj muzyki, a razem staramy się to łączyć. Nie chcemy być nudni – chcemy by każdy audiofil mógł znaleźć w naszej muzyce coś dla siebie. Ba, ostatnio nawet tworząc coś nowego idealnie wkomponował się nawet jeden motyw przewodni z bardzo znanego utworu z kierunku techno (śmiech)

Przedstaw pokrótce siebie i swoich kolegów z zespołu.

Filip „FiFo” Tarnowski – wokal prowadzący, beatbox od 15 lat i wokalista od 12 lat oraz od stosunkowo niedawna selektor/DJ. Pochodzę z Pruszkowa, jestem nigdy nie pobierającym lekcji ani z wokalu, ani z beatboxu, ani z pisania tekstów, ani z zachowania na scenie samoukiem. Współtworzyłem z Rastamańkiem, DJ Cienkim Cinem, Du3 normalem (HU), Sir Tapem, a także z takimi kolektywami jak Jah Love Soundsystem, Warsaw Jungle Massive, Subroot czy WbijTube. Jestem zwycięzcą pierwszego w Polsce konkursu na nawijaczy reggae – Sting Challenge (2015)

Marcin Mikołajczuk – gitara prowadząca. Jest muzykiem samoukiem, który od thrash metalu doszedł do Pop-Reggae. Ostatnio większość czasu z instrumentem przychodzi mu spędzać w kabinie swojego tira.

Szymon Sielski – gitara basowa, człowiek renesansu. Spełnia się jako kucharz / dźwiękowiec / pasjonat produkcji filmowej, ale przede wszystkim basista PRR, chociaż gitara basowa nie jest jedynym instrumentem z którego potrafi wydobyć soczyste dźwięki. Jest wulkanem energii nie tylko w życiu ale i na scenie. Ma na swoim koncie kilka zespołów rockowych/punkowych jak i reggae.

Emilia Pikora – saksofon altowy. Z PRR związana jest od czerwca 2019. Zagrała zastępstwo na koncercie podczas Święta Lnu w Żyrardowie i… została do dzisiaj. Jest absolwentką PSM I st. im. Ignacego Jana Paderewskiego w Żyrardowie.

Błażej Zawadzki – multiinstrumentalista. Brał udział w projektach orkiestrowych jak i w małych składach, w PRR gram na saksofonie tenorowym.

Marceli Kuran – instrumenty klawiszowe/aranżacje. Jest multiinstrumentalistą, absolwentem żyrardowskiej PSM I i II st. im Ignacego Jana Paderewskiego oraz twórcą audiowizualnym, rozdartym emocjonalnie pomiędzy wiecznie niezaspokojonym popędem muzycznym, a miłością do filmu.

Tymon Lange – perkusjonalia. Interesuje się przede wszystkim muzyką i literaturą. Od kilku lat występuje z grupa perkusyjną Comparsa.

Marcin Fifielski – trębacz, absolwent Akademii Muzycznych w Poznaniu i w Gdańsku. Pasję do muzyki łączy z pracą elektryka. Prywatnie jest miłośnikiem astronomii, szachistą i badaczem starożytnych wierzeń.

Jarosław Zajkowski – perkusista. Jego ulubione zajęcia to granie na bębnach, jazda na rowerze i uprawa roślin ozdobnych.

Robert Radkiewicz – realizator dźwięku. Już od 2 lat związany jest z zespołem Positive Reggae Rockers. Dba o stronę techniczną koncertów. Jako technik i realizator współpracował z największymi firmami oraz gwiazdami polskiej sceny muzycznej. Od kilku lat systematycznie pracuje przy obsłudze festiwali muzycznych.(PolandRock, Opener, Suwałki Blues festiwal)

W Waszym repertuarze koncertowym nie znajdziemy żadnych coverów. Wykonujecie tylko materiał autorski, co nie jest często spotykane wśród młodych kapel bez obfitego repertuaru. Ile utworów zawiera wasza lista koncertowa i ile z nich posiadacie w wersjach studyjnych?

Nasza lista koncertowa na razie obejmuje 9 utworów, a w wersjach studyjnych na ten moment jeszcze mamy 3, ale w chwili w której rozmawiamy część zespołu siedzi w studio i nagrywa dwa kolejne, po których nastąpią 2 kolejne i tak już do końca świata (śmiech). Wspólnie zdecydowaliśmy, że jako zespól będziemy grali jedynie materiał autorski, oczywiście na początku były pewne obawy i strach, bo w końcu nasza muzyka nie jest jeszcze szeroko rozpoznawalna. Jednak pojawia się pewien trend na koncertach, że ludzie rozpoznają utwory i śpiewają z nami. To jest niesamowite uczucie, kiedy cala publika śpiewa refren razem z tobą i myślę,że dla takich chwil warto tworzyć.

Jesteście finalistą Czwórka Reggae Contest podczas Ostróda Reggae Festiwal-u 2019. Wsparliście również finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy 2020 dając dwa koncerty w Holandii dla Sztabu Amsterdam oraz dla Sztabu Horst. Czujecie się „koncertowymi zwierzakami” (śmiech)?

Koncerty to zdecydowanie to co artyści kochają najbardziej! Kontakt z publicznością, emocja, adrenalina – to jest to,  co nas napędza i daje energię na pozostałe działania. Zdarzają się koncerty, które musimy zagrać „na spontanie” – dowiadujemy się tego samego dnia 2h przed wydarzeniem, że jest możliwy koncert do zagrania niedaleko, a my zdążymy się zebrać, zagrać i jeszcze się okaże, że to jeden z lepszych występów (śmiech). W dobie pandemii korona wirusa i całej sytuacji, w jakiej znalazła się aktualnie branża muzyczna, koncerty to zdecydowanie coś, czego brakuje nam najbardziej. Jednak nie marnujemy czasu i skoro nie możemy grać dla ludzi, to zamieniamy to na czas w studio, nagrywanie nowych kawałków czy pisanie nowych otworów.

Jaki wpływ na wasze działania ma pandemia? Czy odczuwacie dotkliwie brak koncertów i kontaktu z publicznością?

Aktualnie robimy to, co powinien robić każdy zespół – niezależnie od tego czy jest pandemia, wojna światów czy zwyczajny wtorek – TWORZYMY I ĆWICZYMY. I to też zalecam każdemu muzykowi w dzisiejszej sytuacji – poświęć ten czas na ćwiczenia, a wrócisz dużą mądrzejszy i bogatszy o doświadczenie i co znacznie wpłynie na twoją przyszłość (śmiech). Staramy się też dać naszym fanom jakieś nowości, np nagraliśmy w domowych warunkach korona-video do jednego z naszych utworów pt. “Pieniądze”. Piękny kawałek o pomaganiu idealnie wpasowujący się w obecną sytuację takie małe “dziękuję” dla wszystkich ludzi na pierwszej linii frontu.

Kiedy można spodziewać się nowych nagrań i czy będzie to zapis na setkę, cy mozolnie dopracowywany ze szczegółami?

Chwilowo nagrywamy szczegółowo, by każdy mógł usłyszeć potencjał każdego z instrumentalistów słysząc każdy z dźwięków perfekcyjnie i czysto. Planujemy jednak nagrywać na setkę jak tylko znajdziemy dobre studio które nas pomieści (śmiech).

Co jest waszym największym osiągnięciem?

Największym? Spotykanie się cyklicznie co tydzień w takim dużym składzie na próbach (śmiech). A tak na poważnie to myślę, że finał konkursu “Czwórka Reggae Contest” koncert na Red Stage Ostróda Reggae Festivalu i samo zakwalifikowanie się do ścisłej finałowej czwórki konkursu. Koncert podczas największego festiwalu muzyki reggae na głównej scenie to zdecydowanie coś, czego nie zapomnimy do końca życia.

Jakie są Wasze plany/marzenia?

Chcielibyśmy, żeby ta pandemia się już skończyła, by ludzie którzy teraz siedzą zamknięci mogli wyjść i na świeżym powietrzu – tfu, W PEŁNYCH KLUBACH I SALACH KONCERTOWYCH – posłuchać naszej muzyki i świetnie się do niej bawić. Mamy w planach również nagranie EP-ki, tak jak już wspominałem, aktualnie część muzyków znajduje się w studio nagraniowym i nagrywa swoje partie do nowych kawałków, których premiera już niedługo! A największym naszym marzeniem jest wydanie własnej płyty długogrającej i międzynarodowa trasa koncertowa.

Muzyka reggae w Polsce wraz z całą otoczką ideologiczną Rastafari pojawiła się na początku lat 80-tych dzięki nieodżałowanemu Sławkowi Gołaszewskiemu i początkowo istniała dzięki nowofalowcom z Brygady Kryzys, Tiltu, a potem już zdeklarowanym reggae’owo legendom jak Izrael, Bakszysz czy DAAB. Po latach ogromny wkład w rozwój tego gatunku mieli raperzy i DJ-e jak Junior Stress, Ras Luta czy Grubson. Jak obecnie ewoluuje ta muzyka i czy jest szansa na jej szczere odrodzenie i przywrócenie jej ideowej korzenności i tym samym zminimalizowaniu jej komercjalizacji, która w mojej opinii jest największym ciosem jaki Ludowi Jah zadał panoszący się niemal w każdej dziedzinie życia zmaterializowany i hedonistyczny Babilon?

Jako reprezentant sceny sound systemowej w Polsce mogę powiedzieć, że jesteśmy silni. Mamy kilka znanych na całą Europę sound systemów, czyli własnoręcznie zbudowanych ścian głośników, więc jeżeli miałbym komentować ten dział muzyki Reggae w Polsce, to jesteśmy na wysokim poziomie. Jeżeli chodzi o kulturę i ideologię Rasta to mam nadzieję, że tendencje spadkowe jakie zaobserwowałem chociażby na festiwalach muzyki Reggae to właśnie odejście od komercji – wierni fani zostają, ludzie tej kultury zostają, i wiem że zostaną do końca.

„Szczęście przychodzi do mnie coraz częściej” Z mieszkającym we Wrocławiu lubelskim raperem Arshee rozmawia Sławek Orwat

Chciałbym zachować jak najdłużej umysł ostry jak brzytwa. Być otwartym na ludzi i sytuacje, oraz pamiętać i akceptować fakt, że wszystko co w danej chwili mamy, może w następnej sekundzie przeminąć.

Jak wspominasz swoje dzieciństwo? 

Przez długi czas byłem przekonany, że było ono tragiczne. W szkole byłem outsiderem, w domu czarną owcą. Malutki chłopak w swoim zamkniętym świecie. Niemniej, jakiś czas temu wybrałem się po prostu na spacer po mojej rodzinnej okolicy i szczerze…? Odkrywając kolejne miejscówki z dzieciństwa i wspomnienia, dziś jestem w stanie stwierdzić, że mimo wszystko moje dzieciństwo było po prostu zajebiste! Szkoda, że dopiero niedawno to odkryłem, ale podobno lepiej późno niż później.

Dlaczego Pamiętnik Samobójcy?

Właściwie… Oglądam uważnie tą otoczkę, która stworzyła się pod kątem mojej płyty w naszym skromnym środowisku. Wizja mnie jako chłopaka, który chciał się zabić i robił z siebie ofiarę losu mimo wszystko do mnie nie przemawia. Skąd zatem Pamiętnik Samobójcy? Po rozstaniu z A. moje wszystkie niepozałatwiane sprawy tak bardzo się nawarstwiły, że postanowiłem coś z tym zrobić, zamknąć w życiu ten etap, zabić moją drugą, mroczną stronę. Jak to jednak wyglądało z tym samobójstwem? Moje najgorsze stany emocjonalne objawiały się w liceum (4 lata przed wydaniem płyty). Już wtedy miałem dużo doświadczeń związanych z wglądem w świat paranormalnych doznań. Był to okres, w którym prosiłem śmierć o to, by przyszła po mnie i mnie zabrała. Dlaczego sam Jej nie pomogłem? Tłumaczyłem to sobie szacunkiem do Niej i faktem, że jeśli ma po mnie przyjść to przyjdzie. W rzeczywistości ponad tym szacunkiem odnoszę wrażenie, że był również strach przed tym, co będzie po drugiej stronie.

Kiedy w twoim życiu pojawiła się muzyka?

Muzyką zainteresowałem się już w 4 klasie podstawówki. Był to okres, w którym natknąłem się na beatbox i poświęcałem mu DOSŁOWNIE każdą wolną chwilę. Co to oznacza? Dla mnie każda wolna chwila znajdowała się w pracy, w szkole, w kościele nawet za czasów jak jeszcze do niego uczęszczałem (śmiech). Do dzisiaj pamiętam spojrzenia ludzi, gdy raz się zagalopowałem podczas odprawiania mszy. Jeden z beatboxerów, którego poznałem przez internet (Domix) pokazał mi, że ja dzieciak z małej wioski również mogę robić hip hop. Napisałem wtedy pierwsze wersy, znalazłem pierwsze bity na YouTube i… wchłonęło mnie. Nareszcie mogłem powiedzieć coś na głos i nie bać się tego, że znów dostanę wpier… od matki lub, że zablokują mi dostęp do komputera (od którego byłem niezmiernie uzależniony). To był mój świat, świat do którego mogłem uciekać i do którego mogłem mówić. Pierwszy raz w życiu czułem się wysłuchany. I mógłbym tak naprawdę z godzinę opowiadać o emocjach, które mi towarzyszyły przy pisaniu kolejnych i kolejnych tekstów. W pewnym momencie postanowiłem sobie, że pokażę wszystkim, a przede wszystkim moim rodzicom jak bardzo się mylili mówiąc, że nic ze mnie nie wyrośnie. „Czarna owca? Proszę bardzo, wywołaliście pandorę” I wtedy pojawił się Breaking.

 Cóż to takiego?

Rodzaj tańca raperskiego. W listopadzie 2014 roku poszedłem na swoje pierwsze zajęcia do MDK w Biłgoraju. Było to dla mnie magiczne, coś co oglądałem wyłącznie w internecie z zapartym tchem stanęło przede mną na wyciągnięcie ręki. Oczywiście… chwyciłem tą dłoń i zacząłem poświęcać coraz więcej i więcej czasu na break`a. Po 3ch miesiącach kolejny raz wyskoczyła mi rzepka. Usiadłem wtedy w szatni, popatrzyłem na swoje kolano i powiedziałem sobie w duchu ” I to już koniec? To wszystko?….Nie!” Po pięciu minutach wróciłem na salę i tańczyłem do końca treningu mimo bólu i dyskomfortu. Po tamtej sytuacji wiedziałem, że już nic mnie w życiu nie złamie. Zajawka taneczna się rozwijała, powstała w międzyczasie moja ekipa „Siła Stylu”, którą założyłem przy współpracy z DDK Bronowice w Lublinie już jako student. Wszystko się rozwijało, kolejne pokazy, zawody, wyjazdy jako instruktor w góry, nad morze. Zaczęło być o mnie głośno w Lublinie.

 Co zatrzymało tę passę?

Wszystko przerwał moment w którym… moje serce znów zostało złamane. Ponadto, był to okres , w którym miałem podejrzenie nowotworu w głowie. Kolejny okres stagnacji, przez który nie ukończyłem studiów w ostatnim semestrze. Wtedy właśnie powstał pomysł napisania płyty i… pisałem, ponownie pozwoliłem sobie wyzwolić się. Niejednokrotnie zastanawiałem się. czy powinienem nawinąć na głos daną rzecz ale… mówiłem sobie, że tylko będąc w 100% szczery mogę w tej muzyce cokolwiek osiągnąć. I z każdym utworem przekraczałem kolejną i kolejną granicę. Z każdą kolejną granicą czułem się coraz lżej, jakbym zdejmował kolejne ciężary z moich pleców, które zaczęły się prostować. Wraz z płytą w moim życiu zaczęło pojawiać się MMA, które z czasem zastąpiło mi taniec również pomagając się pozbierać. Mimo wielu kontuzji nie zamierzam porzucać tego sportu. Kocham go i czuję, że jest on częścią mnie, mojej wojowniczej strony.

Co pomogło ci odnaleźć w sobie duszę fajtera? 

Skąd wiem, że jestem Wojownikiem? No właśnie… W maju rozpoczęła się moja kolejna wędrówka, zacząłem poznawać braci Słowian oraz hipisów, z którymi spędziłem większość moich wakacji. Zacząłem wglądać w siebie i poznawać w pełni moją mroczną stronę. Zobaczyłem również możliwości jakie posiadam oraz jakich nie dostrzegałem do tej pory. Obcowałem z wieloma substancjami i zabiegami, które ostatecznie pomagają otwierać mi się w coraz to większym stopniu. Dzięki temu m in. zobaczyłem, iż wiele rzeczy spotykało mnie przez moją próżność i zapatrzenie w siebie. Zebrałem się dzięki temu na odwagę by zabrać moją matkę do restauracji i wyjaśnić z Nią wszystko od A do Z. I… poczułem się przez Nią zrozumiany. Chyba pierwszy raz w życiu.

Częściej słyszy się o nie najlepszych relacjach na linii syn – ojciec. Co leżało u podstaw twoich złych relacji z mamą?

Myślę, że przede wszystkim fakt, iż nie spełniałem Jej oczekiwań grzecznego chłopaka. Miałem mnóstwo marzeń i celów. Od zawsze mierzyłem wysoko, co często było przez ludzi nierozumiane i szykanowane. Wychowałem się na wiosce, na której mieszka ok 2500 osób. Jak myślisz, trudno w takim otoczeniu dostrzec jednego chłopaka, który się wyróżnia? Ludzie źle o mnie mówili, matka nie potrafiła tego znieść i przyjąć do świadomości, że można mieć własną ścieżkę bez dostosowywania się do ogółu. Niemniej wiem, że wielu z tych, którzy we mnie nie wierzyło bacznie obserwuje moje aktualne poczynania. Od niejednej z tych osób słyszałem również szczere gratulacje i wyrazy podziwu wobec moich osiągnięć. Myślę, że z czasem ci , którzy mi źle życzyli, dojrzeli w jakimś stopniu do tego, kim jestem.

Nie sądzisz, że to właśnie brak autorytetu matki mógł wpłynąć na twoje relacje z kobietami?

Nie rozumiem do czego zmierza to pytanie. Aktualnie mam u boku kobietę, która widzi we mnie ogrom światła mimo dostrzegania również tej mrocznej strony. Ona jest dla mnie moją oazą zrozumienia i akceptacji, ja z kolei pozwalam Jej rozkwitać każdego dnia jeszcze bardziej widząc jak spełnia się przy moim boku. Oczywiście mógłbym się tutaj odwoływać do Freuda i jego teorii mówiącej o tym, że podświadomie szukamy w kobietach swojej matki. Niemniej z tym również było u mnie dokładnie na odwrót (śmiech).

Wierzysz w Boga? 

Każdy postrzega definicję Boga na swój osobisty sposób. Ja wierzę w światło jako najwyższą formę boskości. W końcu nawet nasz wszechświat powstał z bardzo silnej wiązki światła. Niemniej, zapewne pytasz o moje wyznanie… Wierzę w reinkarnację, ale inną niż ta powszechnie znana. Według moich wierzeń to my sami po śmierci decydujemy o tym, jak będzie wyglądało nasze następne życie. Tworzymy sobie swoje przeznaczenie na następne kilkadziesiąt lat, a fakt, że przychodząc tu, mamy wolną wolę i możemy to przeznaczenie zmieniać, jest dla nas bardzo dużą wygodą. Sam osobiście mam świadomość, że na tej planecie żyję już po raz ostatni i jestem tu aktualnie po to, by dopełnić swoich nauk zdobytych przez wiele milionów lat wstecz.

Jesteś szczęśliwy?

Odnoszę wrażenie, że to zbyt duże słowo. Szczęście przychodzi do mnie coraz częściej, nie mniej opiera się na stanach chwilowych. Na pewno mogę śmiało stwierdzić, że w coraz większym stopniu się spełniam i poznaję swoją wartość jako człowieka. Człowieka silnego, zdolnego do „przenoszenia gór”, Powiązanego z duchowością i wszechwiedzą, która zaczyna mnie wypełniać dając wiele odpowiedzi na moje pytania oraz ukojenie. Chcę to rozsyłać dalej. Powiedzieć ludziom, że można żyć inaczej i czasami powstać z samego dna. A najlepsze w byciu na dnie jest to, że mamy twardy grunt do tego by się odbić w przestworza nieba i tego wszystkim życzę.

A czego życzysz sobie? 

Życzę sobie otwartości i wiary w siebie. Chciałbym zachować jak najdłużej umysł ostry jak brzytwa. Być otwartym na ludzi i sytuacje, oraz pamiętać i akceptować fakt, że wszystko co w danej chwili mamy, może w następnej sekundzie przeminąć i to też jest jak najbardziej w porządku. Jeśli uda mi się zachować te czynniki , to wiem, że cała reszta sama do mnie przyjdzie w odpowiedniej chwili.

„Muzyka to największe ludzkie osiągnięcie”. Z Marcinem Szczurskim rozmawia Sławek Orwat

Przede wszystkim interesowała mnie droga twórcza i to, że odbiorcy mojej muzyki czuli coś przez to, że śpiewam.

Kiedy muzyka stała się sednem twego życia?

W 2004 roku mając 12 lat byłem zagubionym i wyizolowanym dzieckiem, bo pochodziłem z dysfunkcyjnej rodziny. Często wyjeżdżałem do babci na wakacje i oglądałem dużo niemieckich programów. Pewnego dnia trafiłem na niemieckie MTV i Vive i codziennie po szkole godzinami słuchałem piosenek i oglądałem teledyski. Wtedy zakochałem się w muzyce. Zacząłem obsesyjnie czytać wszystko o muzyce, co wpadło mi w ręce, kupować płyty za ostatnie pieniądze, słuchać radia. Moja nauczycielka muzyki uważała, że mam talent wokalny od pierwszej klasy podstawówki. Gdy pochłonął mnie świat muzyczny, mama wysłała mnie do szkoły muzycznej. W szkole na jednej z przerw zacząłem śpiewać piosenkę „Siłacz” Marcina Rozynka. Wtedy przez kolejne lata szkoły moi rówieśnicy bardzo często chcieli, żebym im coś zaśpiewał. Na lekcjach, w akademiku, na przerwach. Wygrywałem też konkursy wokalne. Najbardziej podobała się moja interpretacja piosenki „Hello”. Śpiewać ze wszystkich moich umiejętności umiałem najlepiej, choć później bardziej poświęciłem się nauce, czytaniu książek.

Swój pierwszy utwór napisałeś w wieku 12 lat. Pamiętasz co to było?

Pamiętam bardzo dobrze – jak dziś. Pierwszą piosenką autorską było „Przeczucie” o głosie intuicji i nadziei na lepszy czas. Pamiętam, jak mi ta melodia weszła do głowy, gdy byłem u babci, potem przerabiałem ją na wiele wersji. Na początku modulowałem ją na swoim keyboardzie. Uważam, że to najbardziej chwytliwa piosenka, jaką do tej pory skomponowałem. Mimo upływu lat moi znajomi często powtarzają, że refren tego utworu to jedna z najbardziej zapamiętywalnych melodii, jakie w życiu słyszeli. Okres mojej nastoletniości to najbardziej płodny okres w mojej twórczości. Często chciałbym wrócić do tych czasów.

Zaśpiewana przez ciebie 5 lat temu w jednym z pubów Nowej Zelandii autorska piosenka „My Melody” została – co można zobaczyć w serwisie YouTube – ciepło przyjęta przez lokalną społeczność, co pokazuje, że masz ogromny potencjał twórczy i łatwo zdobywasz sympatię widowni. Ten piękny utwór traktuje o pogoni za marzeniami i o tym jak bycie innym może być trudne, a czasem nawet samotne, a także o tym, że nigdy nie wolno przestać walczyć o swoje marzenia i zawsze należy wierzyć w siebie wbrew opiniom całego świata malkontentów. Dlaczego nie poszedłeś stylistycznie w tę stronę. Mnie osobiście takie twoje oblicze muzyczne przekonuje znacznie bardziej od tego, w czym obecnie się znajdujesz.

„My Melody” to anglojęzyczna wersja piosenki „Nad rzeką” inspirowaną moim przyjacielem i twórczością Boba Dylana. W takim klimacie à la lata 90 tworzyłem przez większość mojego życia. Niestety, gdy zainwestowałem duże pieniądze wygrane w programie Jaka to melodia – wszystkie jakie wtedy miałem jako 20 latek – w pierwsze lepsze nagrania moich utworów (jak np. Przeczucie), okazało się, że zostałem oszukany i że za 10-krotnie mniejszą kwotę mogłem mieć podobną jakość nagrań. Później nagrywałem różne wersje tych utworów, ale i tak były odrzucane przez decydentów ze świata muzycznego głównie dlatego, że taka muzyka już była i nie wróci, albo że po co mam śpiewać muzykę starych dziadków jak Perfect? Na żywo – gdy koncertowałem z tymi utworami – ludzie byli nimi zainteresowani, jednak z ich nagraniami nie mogłem zrobić nic, bo… to już było w muzyce! W 2019 przekonałem do współpracy nad piosenką producentów z Universalu. Zdecydowaliśmy, że zrobimy coś od nowa, coś co może mi pomóc. I tak znowu zacząłem inwestować, tylko że tym razem w muzykę bardziej współczesną. Dziś producenci z Universalu mają hit za hitem. Ja jednak dostawałem kolejne odrzuty, choć wreszcie zaczęło się coś dziać bardziej niż z moimi pierwszymi utworami, bo wtedy nie działo się nic. No oczywiście poza koncertami…

Ile posiadasz jeszcze w swoim dorobku nigdzie niepublikowanych utworów autorskich?

Myślę, że w sumie skomponowałem ponad 100 utworów, z czego większość jest właśnie w klimacie wspomnianego „Przeczucia”, czy „Nad rzeką”/ „My Melody”..

Jako dziecko brałeś udział w przeróżnych konkursach wokalnych. Jakie sukcesy z tego okresu pamiętasz i jak wspominasz pierwsze próby porównania swych możliwości z utalentowanymi rówieśnikami?

Widziałem, że ludzie reagują na mój głos i na moje wykonania bardzo entuzjastycznie i chcą więcej. Jak na chłopaka z biednego domu, o niskim poczuciu wartości było to coś dającego nadzieję. Nie interesowały mnie wtedy aż tak bardzo pierwsze miejsca w konkursach, choć poniekąd uzależniłem się wtedy od rywalizacji. Przede wszystkim interesowała mnie droga twórcza i to, że odbiorcy mojej muzyki czuli coś przez to, że śpiewam. Do tej pory pamiętam, jak wiele dziewczyn płakało, gdy śpiewałem np. Sen o Victorii Dżemu. Mam też w głowie wspomnienia z akademika z Krakowa, gdy odwiedzałem mojego kolegę, który kazał mi śpiewać. Otwierał drzwi i zlatywała się wtedy duża społeczność akademika.

Masz 27 lat, z czego na scenie spędziłeś 15, a więc ponad połowę życia. Czego ten czas cię nauczył i czy we wszystkim podejmujesz decyzje jednoosobowo, czy też posiadasz takie grono przyjaciół / doradców, których opinia jest dla ciebie ważna?

Od niedawna mam już 28 lat, a więc nie trafię do klubu 27 (śmiech) Tak, muzyką zajmuję się ponad połowę życia i będę zajmował się nią do końca życia, nawet jeśli nie osiągnę żadnego większego sukcesu… Gdy mam ważne decyzje do pojęcia, szczególnie co do muzyki, pytam często znajomych, przyjaciół o zdanie. Zawsze badam, co kilka osób ma do powiedzenia. Jestem po studiach związanych z badaniami statystycznymi, więc wiem, że trzeba spytać odpowiednią liczbę ludzi o opinie… Staram się pytać zawsze większej liczby znajomych, by wiedzieć, jak faktycznie wygląda sytuacja, bo zawsze mogę się mylić i dlatego chcę weryfikować, czy to co robię z muzyką, ma sens. Czasem poddaję się też konsultacji wizerunkowej doświadczonych ludzi z branży.

Pomimo, że – jak każdy szanujący się artysta – wolisz sam tworzyć piosenki, niż śpiewać covery, muszę przyznać, że z przyjemnością słucha się w twoim wykonaniu takich evergreenów jak: „Ta ostatnia niedziela”, „Hello”,  „Rolling in the deep”, „Diana”, „Anna Maria”,  „Losing my religion”, „Lubię wracać tam, gdzie byłem”, „Nie płacz kiedy odjadę” czy „Sen o Victorii”.  To właśnie dzięki nim wyrobiłem sobie opinię, że – owszem – posiadasz głos, który stworzony jest do szeroko pojętego nurtu pop, ale koniecznie z… odcieniem sentymentalnej nostalgii, w czym w mojej subiektywnej opinii jesteś znacznie bardziej prawdziwy, niż w dynamicznych i roztańczonych piosenkach mogących stanowić fragment soundtracka pierwszej lepszej komedii romantycznej. Jakby na potwierdzenie tej opinii przytoczę twoje własne słowa: „Przez długi czas pisałem bardziej sentymentalne, akustyczne i emocjonalne piosenki rodem z lat 90”. Co cię skłoniło, aby zmienić styl, który ewidentnie jest twoim środowiskiem naturalnym?

Dziękuję bardzo! Też uważam, że mam głos bardziej pasujący do muzyki nostalgicznej i sam się lepiej w takiej muzyce czuję, ale jak pokazują wyświetlenia, jak i opisane przeze mnie wcześniej doświadczenia, nie mogłem z taką stylistyką czy twórczością wiele zrobić przynajmniej w kontekście promocyjnym. W programach talent show też przez wszystkie lata byłem odrzucany, gdy śpiewałem tego typu utwory. Agnieszka Chylińska mówiła, że mam świetny głos, ale powinienem iść w muzykę pop. Często kłócę się ze znajomymi, którzy są zdania, że powinienem wrócić do czasów, gdy byłem bardziej „artystą” i tworzyłem muzykę, jak „Przeczucie”. ale żeby móc do tego etapu dojść, muszę mieć z czego żyć i za co nagrywać kolejne utwory. Takie produkcje to strasznie droga sprawa. Od dawna mam w głowie plan, że jeśli udałoby mi się osiągnąć sukces z utworami bardziej współczesnymi, to wtedy, mając większą wolność twórczą, wydam kolejną płytę z nostalgicznymi utworami takimi, jakie mi grają w sercu najbardziej.

Zwiedziłeś kawał świata. Możesz pochwalić się gdzie byłeś, co tam porabiałeś i jak to wpłynęło na twoją tożsamość artystyczną?

Od dziecka byłem sfokusowany na edukacji, muzyce, a później na karierze. Jako 24-latek zacząłem zarabiać większe pieniądze. Znajomi pukali się w głowę, gdy zacząłem wydawać większość oszczędności na podróże. Uważam, że ryzyko trzeba podejmować i uczyć się być przedsiębiorczym, nie stać w miejscu. Jako 26 latek byłem w 79 krajach, stąpałem po każdym kontynencie oprócz Antarktydy, widziałem każdy „cud świata”, byłem w każdym kraju Europy…. Jednak były to tylko podróżnicze cele, na które ciężko pracowałem zarabiając. Rodzina, znajomi dziwili się, skąd mam na to finanse, bo wiedzieli, że pochodzę z niemajętnej rodziny… choć sami mieli często ogromne majątki. Po prostu ciężko na to pracowałem sam, ryzykowałem, chciałem realizować moje cele i starałem się tanio podróżować. To, co często ogranicza ludzi do np. podróżowania samemu przez świat to strach, brak wyobraźni, czy niepewność w realizacji marzeń. Podczas podróży miałem wiele przygód, które ciężko zliczyć. Moje 3 ulubione kraje to Nowa Zelandia, Islandia i Boliwia. W większości tych miejsc szukałem siebie, chciałem nauczyć się życia, poznać piękno świata, czy zrealizować moje podróżnicze marzenia. Od 2 lat podróżuję zdecydowanie za mało, strasznie mi tego brakuje, ale takie podróżowanie nauczyło mnie więcej, niż zrobiłby to np. doktorat na Harvardzie. Najpiękniejsze miejsce na świecie do moim zdaniem pustynia solna w Uyuni w Boliwii. Bedąc tam, miałem wrażenie, że jestem w niebie. Podczas podróżowania byłem naprawdę szczęśliwy, dużo wtedy komponowałem. Wtedy też zebrałem najwięcej inspiracji do tworzenia piosenek. W każdym z państw, w których byłem, robiłem dużo zdjęć, a także nagrywałem video, jak śpiewam „Mam takie, przeczucie, że kiedyś tu wrócę”, czyli kawałek refrenu do „Przeczucia”. Nigdy nie zapomnę jak np. w małej wiosce afrykańskiej, gdy małpa chodziła mi po głowie usłyszałem piosenkę Taco Hemingwaya, czy na wycieczce w Chorwacji poznałem producenta Rihanny, któremu wysłałem anglojęzyczną wersję „Przeczucia” pt. „Wonderful Feeling”. Był pod wrażeniem, niestety jego wytwórnia odrzuciła tę piosenkę, a bardzo napaliłem się na kooperacje z kimś, kto był nominowany do Oskara.

Współpracowałeś z różnymi zespołami rockowymi i bluesowymi. Co to były za formacje i jak wpłynęły na twój rozwój muzyczny? Kiedy i dlaczego postanowiłeś postawić na karierę solową?

Pierwszy zespół, z jakim koncertowałem to Gwardia. Graliśmy covery i własne utwory – klimat bluesowy. Zakończyliśmy współpracę, ponieważ chłopaki stwierdzili, że nie pasuję do ich wizerunku, ale faktycznie byłem wtedy bardzo nieśmiałym i wyizolowanym chłopakiem i wiele z tego „wycofania” zostało we mnie do dziś, co wpływa negatywnie na moje życie, w tym na karierę muzyczną. Chłopaki koncertują do dziś. Dałem wtedy pierwsze większe koncerty m.in. na zlocie harleyowców w Koszalinie, gdzie graliśmy na ciężarówce a za nami jechał korowód motocyklistów. To było coś! Potem po pierwszym roku studiów na SGH w Warszawie podjąłem współpracę z zespołem InCorso. Chłopaki grali mocnego rocka. Wspólnie koncertowaliśmy, komponowaliśmy. Jednak mieliśmy inną wizję – ja chciałem bardziej działać muzycznie, ale też dostałem propozycję pracy w Google we Wrocławiu, więc się rozstaliśmy. Poza tym mi ciągle w duszy grała lżejsza popowa muzyka. W międzyczasie współpracowałem z gitarzystą Michałem Szczerbcem, Zespołem Pieśni i Tańca SGH, Chórem Uniwersyteckim w Moguncji, śpiewałem okazjonalnie na weselach, czy programie Jaka to melodia.

Zawodowo zajmujesz się marketingiem, sztuczną inteligencją i analityką danych, czyli jakby nie patrzeć dziedzinami zapewniającymi finansową stabilizację. Czy o karierze muzycznej myślisz jako o zajęciu dodatkowym traktowanym pasjonacko lub przynoszącym nieduże zyski, czy też byłbyś w stanie wyrzec się tych intratnych profesji dla muzycznej kariery typu Podsiadło? Co nieco można wyczytać w zdaniu, które kiedyś sam napisałeś: „Przez cały czas byłem w „Poszukiwaniu siebie” (tak chce nazwać EPkę, nad którą pracuję). Jednak to muzyka jest dla mnie najważniejsza.”

Zdecydowanie muzyka jest dla mnie najważniejsza. Chciałbym móc żyć z muzyki, najlepiej na nie gorszym poziomie niż z tego, czym zajmuję się zawodowo. To moja życiowa pasja, a ja jestem chłopakiem, który stara się realizować marzenia. Niestety póki co konsumują to głównie moje środki. Nie ukrywam, chcę robić muzykę komercyjną, dla ludzi, którzy w pracy, czy po pracy chcą tupnąć nogą, wzruszyć się, potańczyć, czy rozweselić. Uważam, że muzyka to największe ludzkie osiągnięcie, stąd warto pracować nad nią, choć jest to ciężki kawałek chleba. Myślę, że kariera typu Podsiadło mi nie grozi, ponieważ nie mam aż takiego talentu wokalnego ani kompozytorskiego, czy nie umiem aż tak zjednać sobie ludzi… a to chyba najważniejsze, aby mieć oddanych słuchaczy, dla nich się tworzy. Ja o takich słuchaczach marzę, choć już trochę ich jest (śmiech).

Twój debiutancki utwór „Popiół i kurz” powstał przy współpracy z Patrykiem Kumórem i Dominickiem Buczkowskim-Wojtaszkiem – producentami Universal Music, nominowanych w roku 2019 i 2020 do Fryderyków, autorów znanych hitów (m.in.„Superheroes”, „Anyone I wanna be”, „Ramię w ramię”). Z jednej strony to dla ciebie ogromna nobilitacja, z drugiej… nie obawiasz się, że twoje brzmienie może być kalką topowych wokalistów komercyjnych sięgających po muzykę mniej ambitną?

Współpraca z dobrymi producentami to dla mnie nobilitacja, bo to rozwija, zmusza do stawania się lepszym. Choć produkcje są dobre, bez dobrego marketingu nie jestem w stanie sam trafić do większej, ponadlokalnej publiczności. Kojarzenie mnie z muzyką komercyjną nie musi być mniej ambitne, weźmy właśnie pod uwagę Podsiadło, czy Queen. Choć ich muzyka jest komercyjna, nie jest nieambitna. Ja jako artysta chciałbym być różnorodny i robić projekty w różnych estetykach, o ile się to uda. Myślę, że muzyka jest jedna, tylko są różne formy jej wyrażania, które dzielą ją na gatunki.

Jak oceniasz promocję twojego pierwszego singla przez wytwórnię, która go wydała?

„Popiół i kurz” wydała wytwórnia MyMusic.  Póki co nie włożyli w moim mniemaniu nic w promocję. Sam musiałem się nią zająć. „Popiół i kurz” z mojej inicjatywy trafił do puli piosenek walczących o Fryderyki w 4 kategoriach, był też 3 razy na szczycie listy Polskich Przebojów.Potencjał piosenki nie został zrealizowany, bo od wielu ludzi, którzy słuchali utworu słyszałem, że jest to lepszy utwór niż te w radiu typu RMF. Mimo wszystko, żaden radiowiec nie chciał go puścić. Znowu musiałem walczyć z wiatrakami, dlatego postanowiłem dalej spróbować ze „Zmrokiem” i sam podjąłem się promocji. Póki co, efekty promocji „Zmroku” przynoszą efekty – utwór zaczął się pojawiać w regionalnych radiach, na listach przebojów, czy też piszą o nim strony muzyczne, choć na pewno nie jest to szczyt moich marzeń (jeszcze).

Twój wokal znają topowe osobowości polskiego show biznesu. Czego się od nich nauczyłeś?

Margaret, Musiał, czy Prokop oceniali mnie podczas konkursu talentów we Wrocławiu, gdzie znalazłem się w finale. Ela Zapendowska uczyła mnie śpiewu. Chylińska powiedziała, że mam świetny popowy wokal podczas mojego występu w Mam talent. Patryk Kumór robił ze mną „Popiół i kurz”. Bartosz Dziedzic zaprosił mnie na spotkanie po tym, jak wysłałem mu „Popiół i kurz”. Powiedział, że bardzo podoba mu się mój wokal i wskazał, jak mogę lepiej komponować. Robert Janowski słuchał paru moich utworów, jak śpiewałem je podczas udziału w Jaka to melodia. Od każdej z tych osób staram się uczyć. Ela Zapendowska sugerowała, jak mogę pracować nad wokalem. Patryk Kumór, jak pisać lepsze teksty. Bartosz Dziedzic, na czym polega muzyka. Niestety nasze relacje nie były na tyle bliskie, ani moje osiągnięcia na tyle duże, żebym mógł pracować z nimi cały czas.

Tematem twojej najnowszej piosenki jest toksyczna relacja dwojga młodych ludzi i jej zbliżający się koniec. Bohater tkwi w rozterce, czy zakończyć ten związek, czy też nie. Tkwi w izolacji, jest wypalony, traci kontrolę nad swoim życiem, nad którym zapadł tytułowy „Zmrok”. Czy nie uważasz, że modzi ludzie obecnie zbyt wcześnie angażują się uczuciowo i próbują tworzyć bardzo dojrzałe relacje nie będąc jeszcze osobami w pełni dojrzałymi – czytaj nieświadomymi następstw decyzji podejmowanych bez posiadanych kwalifikacji wiekowych, czyli bez minimalnego doświadczenia niezbędnego do pełnego zrozumienia podziału ról, wzajemnej tolerancji i dzielenia się wspólną czasoprzestrzenią?

Na twoje pytanie idealnie odpowiada tekst „Zmroku”. Zagubienie to trochę stan, z którym boryka się wielu ludzi, przede wszystkim młodych. Sam też często się z takimi emocjami mierzę. Myślę, że czasy, w których żyjemy wymagają szybkiej nauki, asymilacji z ogromną ilością informacji. Z jednej strony nadmiar możliwości jest też przekleństwem, szczególnie dla ludzi o wielu talentach, czy o nie do końca zdefiniowanej tożsamości. Pracoholizm, jak inne uzależnienia szczególnie głośno uderzają dziś. Problemy emocjonalne to nieodłączny element rzeczywistości wpisany w relacje, pogoń za karierą, szczęściem… Młodzi ludzie przyzwyczajeni do życia szybko, podobnie traktują relacje. Nie chcę mówić tu za wszystkich, ale mocno interesuję się psychologią, jak i psychoterapią.Sam jestem w trakcie terapii i polecam ją każdemu, kto chce poznać siebie, jak i wydorośleć. Od paru miesięcy kształcę się w Instytucie Gestalt, by nabyć wiedzę terapeutyczną. To, co na pewno odróżnia moje pokolenia od moich rodziców, to to, że jest ono nastawione na hedonizm, możliwości i na większe podejmowanie ryzyka. Z kolei młodsi ludzie ode mnie stają się bardziej aspołeczni i cyfrowi, przez co bardziej lękowi. To też przenosi się na relacje, ich szybki przebieg i często rozstania. Sam widzę po sobie, że należy najpierw poznać lepiej siebie, by wybrać sobie odpowiedniego życiowego partnera.

Nie sądzisz, że głównym powodem rozstań jest dziś najczęściej nieustanne kreowanie partnera, zamiast przyjęcia go takim, jakim jest? Moim zdaniem to wszechobecna dziś roszczeniowość, albo inaczej to nazywając – egocentryzm, niczym nowotwór wyniszcza szczęście i wpędza współczesnego człowieka w samotność. Świat jest dziś pełen chwilowych związków trwających do momentu wyczerpania się limitu straconych złudzeń. Podzielasz moje spostrzeżenia, czy jest to problem bardziej złożony?

Nie mówię, że się z tym nie zgadzam. Jestem zdania, że szybkie wchodzenie w związki ma też swoje dobre strony – można szybko poznać partnera, jak i swoje oczekiwania i odpowiednio tym związkiem kierować w przypadku różnic, albo się rozstać, albo starać się akceptować i walczyć o to. Ekspertem od związków nie jestem, ale patrząc na to wszystko z pozycji artysty obserwatora myślę, że egocentryzm dziś to kolejny znak czasów. Kultura zachodnia, która jest dla tej polskiej stawiana za wzór, jest nastawiona na narcystyczne potrzeby. W Indiach np. o wiele ważniejsza jest wspólnota, społeczeństwo, wartości kolektywistyczne. Szybkie rozpady związków, szybkie podejmowanie decyzji są tylko odzwierciedleniem takich rzeczywistości. I masz wiele racji – powodem rozstań są zbyt duże oczekiwania i złudzenia, jak i brak kompromisów. Ale chyba przede wszystkim brak wiedzy na temat samego siebie- z kim chce, z kim powinienem być i czy w ogóle z kimkolwiek?A jeśli już jestem, to do jakiego stopnia mogę dać się zmienić.

Napisałeś, że stylistyka piosenki „Zmrok” mocno czerpie z lat 80. Próbowałem sobie układać w myślach jakieś nawiązania do „Fame”, „Footloose” czy innych filmów zbliżonych do fabuły klipu, próbowałem też poskładać to muzycznie i w końcu dopasowałem do… wszechogarniającej nas współczesności. Jeśli już gdzieś we współczesnej popkulturze znajduję elementy szalonych lat 80 to jest to na przykład Francis Tuan lub formacja Rycerzyki, ale nie „Zmrok”. Co o tym sądzisz?

Hmm, wszystkie dekady mają swoje różne odcienie, a każdy takie wyobrażenie, do którego mu najbliżej. Jednak myślę, że najlepiej na zjawiska społeczne i kulturalne patrzeć szerzej jako na ekosystem. Dekady lat to trochę jak młode generacje czasów, w których się żyje. Ponieważ to pokolenia 20-30 latków najlepiej definiują dekadę, w której się żyje. 20, 30-latkowie mają siłę i odwagę, by prezentować swoje poglądy i estetykę. Dla mnie lata 80. to czasy pulsujących rytmów, muzyki do tańca, jak i walki o wolność. Zależy też, kto patrzy na daną muzykę. W czasach lat 80 tryumfy odnosili tacy artyści jak Papa Dance, Michael Jackson, Madonna, Depeche Mode, Alyson Moyet, ale też musicale jak Fame, Footloose. Zmrok tyczy się przede wszystkim artystów, których wymieniłem. Elektro, new romantic to też szyld lat 80., do których ewidentnie, też zdaniem wielu słuchaczy nawiązuje Zmrok. Dziś robi to też Dua Lipa, czy the Weeknd.

Utwór jest paradoksalnie skrojony we współczesne, syntezatorowe brzemienia. Tak jakby depresja tańczyła z walką o lepsze jutro.” – piszesz dalej. Jest to chwyt ciekawy i wielokrotnie już w polskiej kulturze muzycznej stosowany. Chociażby „Ballada o czarnym wtorku” Marka Andrzejewskiego, czy „Najpiękniejszy Koniec Świata” artysty ukrywającego się pod pseudonimem szymonmówi to przykłady roztańczonych piosenek ze śmiercią i armagedonem w rolach głównych. Czy ta wypowiedź jest dla  ciebie czymś  w rodzaju alibi usprawiedliwiającego twoje niekoniecznie pochwalane przeze mnie mocne wejście do tego współczesnego brzmienia muzyki popularnej? Piszesz bowiem również i takie zdanie: „Obecnie pracuję nad debiutanckimi utworami. Chcę w nich opowiadać o emocjach, trudach życia codziennego i poszukiwaniach swojego miejsca w świecie w różnych około-popowych dźwiękach.” Dlaczego nie w innych?

Muzyka popularna już wielokrotnie sięgała po motyw śpiewania na wesoło o smutnych kwestiach. Motyw danse macabre istnieje od średniowiecza. Cała twórczość Anny Jantar wygląda podobnie- wesołe melodie, często smutne teksty. Nie jest to coś, co okryłem. W muzyce wszystko już było, są tylko nowe formy jej wyrażania. Ja przez tą piosenkę chciałem opowiedzieć trochę pewną historię na mój własny sposób, jakąś część mnie wyrazić. Jest to taka forma autoterapii. Mój projekt solowy to różna muzyka, ale około-popowe dźwięki, czyli chwytliwe melodie i przede wszystkim teksty z nutą psychologicznych obserwacji. Około-popowy nie znaczy, że nie może to być rock! Odwołam się do zespołu Queen – choć ich styl to rock, to na pewno była to muzyka popularna, czyli popowa. Sam Quebonafide rapuje, że „jest już pop”- tworzy hip-hop, ale jego twórczość stała się bardzo popularna.

„Muzyka – jak każda inna forma sztuki – to przede wszystkim emocje. Jeśli twórczość na pewnym etapie wiąże się z szeroko pojmowanym „sukcesem”, to powinien to być niezamierzony efekt uboczny (oczywiście bardzo miły), ale nigdy cel sam w sobie. Tworzenie z nastawieniem, że odniesie się „efekt komercyjny”, popularność, sławę itd jest co do zasady z góry skazane na porażkę.” To cytat z mojego niedawnego wywiadu z Bartoszem Szczęsnym – wokalistą, który powrócił do śpiewania po wielu latach przerwy już jako dyrektor korporacji oraz człowiek świadomy swoich błędów młodości w pojmowaniu tak zwanej kariery i związanej z nią popularności. Zgodzisz się z jego przemyśleniami stojąc dziś sam na progu do (być może) wielkiej kariery, czy też masz na ten temat inne zdanie?

Nie chce wróżyć, jaka to będzie kariera. Mam za duże oczekiwania, ale z doświadczenia wiem, że szczególnie w sztuce nie można być niczego pewnym. Można po latach doświadczeń wiedzieć, co można robić, żeby ten sukces móc bardziej osiągnąć, ale nawet najlepsze kompozycje, czy promocja nie gwarantują sukcesu w muzyce. Muzyka to przede wszystkim emocje. Muzyka to przede wszystkim sztuka. I żeby tworzyć sztukę, trzeba być artystą. Sukces bywa efektem ubocznym, ale może też dla niektórych być częścią podążania i aspiracji. Pytanie, jak definiujemy sukces, jak definiujemy sztukę. Możemy tworzyć muzykę do szuflady, a więc nie będzie ona trafiać do nikogo i tak będziemy artystami, może nawet całkiem dobrymi, niemniej wtedy zaciera się funkcja muzyki jak i sztuki, która ma przekazywać emocje komuś. Pisanie dla siebie – może to być wyrażenie emocji twórcy, ale będę się upierał, że muzyka jest tworzona po to, by była też dla kogoś. By był nadawca i odbiorca. Ja kocham muzykę i nie mogę bez niej żyć. Jestem człowiekiem ambitnym i inaczej patrzę na sukces dla siebie lub jako sukces w muzyce. Dążę do tego, by robić muzykę i chcę, by trafiała do ludzi. Chcę móc z tego żyć na dobrym poziomie. To będzie jakiś „sukces” dla niektórych i dążę do tego. Ale moja poprzeczka sukcesu jest wyżej i uważam, że prawdziwym sukcesem jest np. to co robi Podsiadło lub Cleo. Ale do takiej formy sukcesu nie dążę jako cel sam w sobie.

Pomimo kilku różnic w naszych poglądach na temat twojej debiutanckiej twórczości, bardzo ciepło przyjąłem twoją koncepcję rozpoczęcia i zakończenia teledysku. „Ale kiedy rzeczywistość była beznadziejna, fantazja stawała się niemal niezbędna” – otwierający cytat z książki „Gone zniknęli – Faza trzecia: Kłamstwa” Michaela Granta oraz „- Przypominasz mi coś, kiedy patrzę na ciebie, […] Coś, o czym nie chcę pamiętać. – Co? – Życie” z dzieła Marka Hłaski „Następny do raju” zamykający klip. Czy mógłbyś skomentować ten zabieg i dlaczego akurat te słowa?

Teledysk dla wielu moich znajomych był nieczytelny, więc postanowiłem dodać cytaty, które będą mówić, o czym on traktuje, jak i o czym jest piosenka. Tak, by widzowi było łatwiej zrozumieć historię w teledysku. Codziennie w życiu posługuję się cytatami, są esencją życia, np. mam tatuaże, a pod nimi cytaty. Cytat z książki Granta mówi o tym, o czym jest teledysk – ludzie na zajęciach fitness ćwiczą i zaczynają uciekać w fantazje dotyczące ludzi, którzy ich spotykają. Wyobrażenia te pozwalają im znieść ich problemy codzienne, konflikty wewnętrzne i zewnętrzne, są niejako ucieczką. Cytat Hłaski dotyczy ostatniej sceny i sceny blond dziewczyny z teledysku – Moniki i jej relacji z ojcem, którego przypomina bohater grany przeze mnie.

„Chciałbym, aby moja muzyka towarzyszyła ludziom w różnych sytuacjach i emocjach, by żyło im się łatwiej, nieco znośniej w turbulencjach życia – taka jest moja prywatna artystyczna misja” – to twoje słowa o tym, co chcesz zrobić dla swoich sympatyków. Co chciałbyś zrobić dla samego siebie, by w pełni poczuć satysfakcję jako artysta i stać się powszechnie rozpoznawalny, czego z serca ci życzę?

Jako artysta chciałbym móc dużo koncertować i tworzyć muzykę, która powoduje coś dobrego. Kocham kontakt z ludźmi, uwielbiam śpiewać, dzielić się tymi emocjami. Moja znajoma mówiła, że moje piosenki umilały jej czas, gdy walczyła z nowotworem w szpitalu. I chciałbym, aby tak właśnie moja muzyka działała na ludzi. Aby byli w stanie przyjść na koncert i by dawało im to przyjemność. Chciałbym oczywiście też słuchać moich piosenek np. w radiu, ale po to, by właśnie spełniała swoją nadrzędną funkcję – docierała do ludzi, których wesprze, pomoże i pozwali lepiej przeżywać emocje, życie.

„Siema, my nie udajemy!” Z Karolem Smykiem i Adamem Mańkowskim z raperskiego duetu P500 rozmawia Sławek Orwat

Obaj mamy muzykę na pierwszym miejscu, dlatego tak łatwo nam przychodzi zajmowanie się nią.

P500 to warszawski boysband rapowy potrafiący odnaleźć się w brzmieniach nowej jak i starej szkoły hip-hopu. Wyjaśnijcie na początek, czym te dwie szkoły różnią się od siebie i jakie elementy obu tych odmian rapu można odnaleźć w waszej muzyce?

 

Karol: Stara szkoła to mocny komentarz rzeczywistości, dużo rapowanego tekstu i rytmiczny bit, natomiast nowa szkoła to totalna wolność artystyczna. Możesz rapować, śpiewać, łączyć gatunki muzyczne i wszystko to co Ci przyjdzie do głowy. Musi po prostu dobrze brzmieć.

 

Z muzyką związany jesteś od najmłodszych lat. Czy był to efekt rodzinnych tradycji, czy wyszło to z ciebie samo?

 

Karol: Niestety nie rodzinnych tradycji, a czystej zajawki. Taka miłość od pierwszego usłyszenia.

 

O czym traktowały twoje pierwsze teksty pisane podczas lekcji w szkole podstawowej i skąd brała się potrzeba zapisywania myśli w tak młodym wieku?

 

Karol: Pierwszy tekst napisany z ziomalem ze szkolnej ławy Japkiem zaczynał się słowami “Siema, Siema, my nie udajemy Lema, my piszemy rymy bez cytryny” i o co nam wtedy chodziło to kompletnie nie pamiętam (śmiech). Pamiętam natomiast widok z okna, pogodę i to że była to potrzeba w nas stworzenia czegoś swojego bo bardzo nam się podobało cudze. Nie mieliśmy specjalnie nic do powiedzenia wtedy.

 

Pod koniec roku 2006 połączyłeś siły z przyjacielem z osiedla, co zaowocowało projektem Wd-oS z czasem przemianowanym na bloków blues. Dlaczego właśnie rap i czym wasza ówczesna muzyka wyróżniała się w powodzi innych przedstawicieli tego gatunku?

 

Karol: Wtedy rap był dosyć prosty. Niewielu było zawodników, którzy by bardziej kombinowali np. z układaniem rymów w inny sposób niż klasyczne AA BB, czy stosowaniem wielokrotnych rymów, kombinowaniem nad stylem rapowania, przełamywania tempa nawijki itd. Oczywiście mam na myśli polską scenę. My to zaczęliśmy robić.

 

Ile pod tamtym szyldem nagraliście płyt i na jakich składankach można odnaleźć waszą muzykę?

 

Karol: Jeżeli by policzyć wszystkie płyty z tymi których nawet my sami już nie mamy to będzie ich sześć. Składanek nie jestem w stanie policzyć, a jedyna która teraz mi przychodzi do głowy bo w sumie była najważniejsza, ale tylko dlatego, że pierwsza to Rap-In underground. Nagrywaliśmy wtedy w rap-in studio i właściciel tego studia zaproponował nam, że weźmie jeden kawałek z naszej płyty na składankę, którą wydaję i którą będzie można kupić w sklepach muzycznych. Dla nas to było coś wtedy. Miałem 14 lat i pierwszą w życiu umowę fonograficzną w ręku.

 

Jak wyglądało życie koncertowe formacji bloków blues i z jakimi znanymi raperami udało wam się spotkać na jednej scenie?

 

Karol: Jako Bloków Blues to chyba za bardzo nic nie zagraliśmy. Graliśmy dużo jako Wd-oS. Od undergroundowych imprez przez różne przeglądy, aż po supporty między innymi przed O.S.T.R.em w Gdańsku czy Molestą w Piszu. Trochę wtedy miast zwiedziliśmy z muzyką.

 

Jakimi ludźmi prywatnie są O.S.T.R i Molesta?

 

Karol: Przy koncertach nie bardzo jest okazja się bliżej poznać. Artysta przed koncertem jest skupiony na swoim show, poza tym jeżdżąc w trasy koncertowe poznaje wielu nowych ludzi i nie zawsze ma czas i ochotę pogadać z kolejnymi nowo poznanymi osobami. Chłopaki z Molesty zaraz po koncercie zniknęli, zdążyliśmy tylko zbić piątki. Ostry poświęcił nam chwilę po koncercie, ale nasze drogi przecięły się jeszcze później w zupełnie innych okolicznościach. Okazał się świetnym facetem, który bardzo chętnie pomaga dzieląc się swoim doświadczeniem.

 

Przygodę z muzyką zacząłeś od gry na basie w wieku 17 lat. Dlaczego właśnie ten instrument i co to była za muzyka?

 

Adam: Wybór został mi trochę narzucony. Kiedy byłem w liceum zacząłem na poważnie interesować się muzyką przez moich przyjaciół. No i jako że Wiktor (przyjaciel z liceum) grał już dobrze na gitarze, to został bas i perkusja. Ale mieszkałem w bloku także ćwiczenie na perkusji nie wchodziło w grę. No i drogą eliminacji doszedłem bo basu. Jeżeli chodzi o muzykę to na początku był klasyczny rock. Pierwszą piosenką jaką nauczyłem się grać było Paranoid Black Sabbath potem Lenny Kravitz, The Police i tak dalej i tak dalej.

 

A potem pojawiła się gitara, następnie szkoła muzyczna, a wraz z nią pianino i perkusja. Czy można powiedzieć, że jesteś multiinstrumentalistą?

 

Adam: Chyba tak, chociaż nie czuje się zbyt dobrym instrumentalistą. Chyba najbliżej mi do pozycji producenta. Dzięki znajomości różnych instrumentów łatwiej mi się odnaleźć i dopasować instrumenty do siebie.

 

Masz udział w kilku formacjach muzycznych począwszy od popowego Mint poprzez kilka projektów rockowych, skończywszy na soulowym Marukyan. Jak silną osobowością jest Real Kid, skoro postanowiłeś wejść w obcą dotychczas ci muzykę i w ciągu jednego roku osiągnąć tak szybki progres? Z tego co wiem, znacie się jeszcze z czasów gimnazjalnych i współpracowaliście przez lata przy przeróżnych projektach.

 

Adam: Zawsze lubiłem wspólnie z nim działać nad produkcjami. Był dla mnie dobrym duchem który pchał mnie do przodu i od którego dużo się uczyłem. Wcześniej odczuwałem że chyba nie jestem wystarczająco dobry żeby razem z nim na poważnie pracować. Ale w momencie kiedy spotkaliśmy się ponownie przy okazji miksowania EP-ki Marukyan tak dobrze bawiłem się wspólnie pracując, że brnąłem do tego, aby razem coś rozkręcić. Real Kid też w tamtym okresie miał potrzebę tworzenia czegoś nowego i nasze wspólne ambicje się zgrały. A jeśli chodzi o szybkość rozwoju to udało nam się to osiągnąć dzięki wzajemnemu wspieraniu się. Nie ma u nas jasnej pozycji lidera w zespole tylko obojgu z nas zależy tak samo bardzo i jak jeden czuje się słabiej w danym okresie to drugi ciągnie go za uszy do góry i to jest najlepsze w naszej relacji.

 

Czy czujesz się już pełnoprawnym raperem i czy hip-hop będzie już z tobą zawsze, czy też od czasu do czasu budzi się w tobie tęsknota za innym graniem? Nie ukrywasz wszak swojej fascynacji twórczością Creatora i Mac Millera oraz całą gamą dźwięków począwszy od Debussy’ego, a skończywszy na Pink Floyd.

 

Adam: Raczej nie czuje się raperem, bardziej po prostu muzykiem. Tworzenie hip-hopu od strony produkcji pozwala na mieszanie wszelkich stylów. Moją ambicją jest po prostu tworzenie muzyki nie patrząc na style.

 

Jakiś czas temu zająłeś się niełatwą i wymagającą dużej precyzji i wrażliwości muzycznej dziedziną produkcji dźwięku. Z czego odczuwasz większą satysfakcję – z wykonywania poszczególnych utworów, czy z samej ich obróbki i całej tej zabawy programami i suwakami?

 

Adam: Wydaje mi się że największą satysfakcję daje mi tworzenie muzyki. Podczas tworzenia raczej nie mam stworzonego całego konceptu na utwór w głowie. Bardziej jest to coś w stylu zabawy i łączenia różnych elementów no i największą satysfakcje daje mi moment, w którym to wszystko zaczyna się łączyć w spójną całość.

 

W P500 odpowiadasz za oprawę muzyczną, tekstową, oraz wokalno-rapową, natomiast Real Kid poza warstwą tekstowo-rapową czuwa nad techniczną stroną produkcji. Czy możecie to przełożyć na język bardziej zrozumiały dla hip-hopowych laików?

 

Karol: Warstwa tekstowa to po prostu pisanie tekstu. Każdy sobie. Warstwa rapowa to rapowanie, a wokalna to śpiewanie. Warstwa muzyczna to produkcja muzyki do której piszemy i nagrywamy. Czuwanie nad techniczną stroną produkcji w naszym przypadku to zwykła realizacja dźwięku, odpowiednie wysterowanie poziomów, przygotowanie projektów do późniejszych prac i inne dziwne słowa, którymi nie warto zapychać głowy przeciętnemu słuchaczowi (śmiech)

 

Adam: Zazwyczaj ja robię bity, potem jak już coś “siądzie” to spotykamy się i wspólnie piszemy teksty. Jak mamy teksty to razem tworzymy aranż i nagrywamy.

 

Jaki jest przekaz waszego pierwszego singla zatytułowanego “Nowe Terapie” jak i kolejnego, którego premiera przewidziana jest na dniach?

 

Karol: W przypadku takich utworów ciężko mówić o przekazie. Dla mnie osobiście są to opowieści o swoich wewnętrznych przeżyciach, które trwają w momencie pisania i ciężko w trakcie ich trwania wysnuć jakąś puentę czy przekaz. To nie oznacza, że nie mamy kawałków z przekazem (śmiech)

 

Adam: Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie. Pierwsze nasze produkcje są bardzo wewnętrzne dla mnie.  Mówię tam o moich rozterkach życiowych, myślach, o tym że często czuję się nieadekwatny i  przytłoczony rzeczywistością dookoła mnie. Mam wrażenie, że wiele osób odczuwa podobne emocje, ale wstydzą się o tym mówić, bo to by pokazywało, że są “słabi”. Chciałbym, żeby wiedzieli, że nie tylko oni to czują i nie tylko oni to przeżywają.

 

Wielkimi krokami zbliża się także wasza pierwsza EP, a na dysku w studio są już zarejestrowane utwory na kolejne wydawnictwa. Skąd bierze się u was ta łatwość tworzenia i skąd czerpiecie inspiracje do waszych opowieści?

 

Karol: Wydaję mi się, że w naszym przypadku to regularność spotkań i konsekwencja pracy, a przede wszystkim wspieranie się. Inspiracją dla mnie często są moje przeżycia, ale też przemyślenia. Lubię ten moment kiedy zaczynam pisać i czuję, że to co od jakiegoś czasu we mnie siedziało, zaczyna rozlewać się po kartce. Magiczna i mocno uzależniająca chwila.

 

Adam: Inspiracje głównie czerpie z mojego życia i otaczającej mnie rzeczywistości. To co widzę to co mnie porusza, to co mnie irytuje. Nie powiedziałbym, że mamy jakąś szczególną łatwość tworzenia. Wynika to raczej z konsekwencji i wspomnianego wcześniej “ciągnięcia się nawzajem za uszy”

 

Muszę przyznać, że nie przesadzacie z wulgaryzmami w waszych tekstach, ale do niektórych utworów trzeba jednak będzie przygotować wersje censored. Są dwie szkoły powstawania takich wersji, Jedna to równoległe nagrywanie innych (zastępczych) słów na etapie realizacji, a druga polega na tzw. wypikaniu gotowego produktu. Którą z nich wy preferujecie?

 

Karol: Szczerze Ci powiem, że nie zastanawiałem się nad tym. Chyba nie spodziewałem się, że tak szybko będzie okazja zaprezentować naszą twórczość w środkach masowego przekazu gdzie czystość słowa ma takie znaczenie, ale wolałbym bym wypikać bo jeżeli użyłem jakiegoś mocniejszego słowa to dlatego, że chciałem i chcę żeby słuchacz o tym wiedział.

 

Adam: Chyba wole “wypikiwanie” albo np. puszczanie niecenzuralnych słów na reversie

 

Lada dzień ukaże się także wasz pierwszy teledysk. Do jakiego utworu i jak go oceniacie?

 

Adam: Praca nad teledyskiem była dobrą zabawą. Wyszło zdecydowanie lepiej, niż się spodziewałem. Teledysk jest do utworu “Zatrzymać się”. Chyba najdłużej zajęło nam tworzenie konceptu, bo długo myśleliśmy, co by z jednej strony łączyło się z tekstem, a z drugiej wyglądało fajnie, ale wszystkie pomysły były zbyt “patetyczne”. Największy przełom nastąpił, kiedy postanowiliśmy zrobić coś bardziej szalonego i wymyśliliśmy koncept “globalnego berka” Po tym już poszło jak z płatka.

 

Karolu, na początku pisałeś teksty i zajmowałeś się produkcją muzyki. Z czasem twoje zainteresowania skierowały się także w stronę realizacji dźwięku i postprodukcji. Obecnie zajmujesz się już na dobre produkcją radiową, prowadzeniem studia nagraniowego oraz robieniem muzyki w zespołach bloków blues i P500. Adam natomiast to oprócz produkcji muzycznej, konsekwentna praca nad wokalem, gra na basie, gitarze i pianinie oraz rap. Jak znajdujecie czas na wszystkie te dziedziny życia i w czym czujecie się najbardziej sobą?

 

Karol: Najbardziej czuję się sobą kiedy czuję wolność, a niestety często stawiam sobie bariery w głowie, które mi to poczucie zabierają. Zabiera mi też to poczucie codzienność, dlatego praca nad sobą w moim przypadku jest bardzo istotnym elementem, który nie pozwala mi nie znaleźć czasu na czucie się wolnym. Może to lekko skomplikowane, ale tak to czuję. Robię co muszę, żeby robić to, co chcę. Może kiedyś uda się wyeliminować robię co muszę, a zostanie tylko robię co chcę. Z taką świadomością i poczuciem znajdziesz czas na wszystko.

 

Adam: W komponowaniu czuje się najbardziej sobą. A czas jest zawsze, wystarczy odłożyć telefon, nie oglądać telewizji, znaleźć trochę czasu na nudę. Mam przekonanie, że każdy ma czas, jednak często wykorzystujemy do robienia rzeczy z których nie jesteśmy zadowoleni. Jest coraz więcej sposobów na marnowanie czasu i jest to coraz wygodniejsze. No i oczywiście jest też kwestia priorytetów. Obaj mamy muzykę na pierwszym miejscu, dlatego tak łatwo nam przychodzi zajmowanie się nią.

 

Pasja, chęć działania, doświadczenie i miłość do muzyki. Który z tych 4 filarów twórcy każdej z dziedzin sztuki jest waszą mocną, a który słabszą stroną?

 

Karol: Chęć działania i miłość do muzyki postawiłbym na równi jako najmocniejsze, ale żadnej z wymienionych nie wymieniłbym jako słabej.

 

Adam: Mocną chyba chęć działania a słabą ciężko mi wybrać.

 

Wasze największe marzenie jako P500?

 

Karol: Żeby zamiast do pracy rano, jechać do studia robić muzykę i z tego żyć.

 

Adam: Koncert na 100 tysięcy osób.

„Być może najlepsza płyta Kultu jest jeszcze przed nami.” Z Piotrem Wieteską rozmawia Sławek Orwat

Po latach zacząłem tęsknić do grania. Dlatego powstał Buldog, w którym z pomocą kolegów mogłem się ponownie zrealizować artystycznie.

Czy Novelty Poland był na początku waszej wspólnej drogi artystycznym punktem wyjścia, czy też przeciwnie – powołując do życia Kult, postanowiliście wraz z Kazikiem Staszewskim pójść w zupełnie innym kierunku?

Novelty Poland był reaktywowany po rozpadzie Polandu. Ja w Novelty Poland nie grałem (o ile dobrze pamiętam to chyba Jeżyk tam grał).

 

Co spowodowało twoje odejście z Kultu w roku 1986?

Wspólnie z ówczesnym klawiszowcem Kultu (Jackiem Szymoniakiem) zdecydowaliśmy się zostać Świadkami Jehowy, a ponieważ byliśmy wówczas kawalerami nie obciążonymi obowiązkami rodzinnymi, to czas jakim dysponowaliśmy, postanowiliśmy przeznaczać na głoszenie o Królestwie Bożym, a nie na muzykowanie.

 

Połączenie instrumentów klawiszowych i dętych plus zaangażowane społecznie teksty, czy zupełnie inny powód? Na czym twoim zdaniem polega fenomen od lat niesłabnącej popularności zespołu Kult?

Bardzo dobre teksty – przede wszystkim te z pierwszej połowy istnienia Kultu, charakterystyczny styl Kultu (niespotykany również w muzyce światowej), charyzma Kazika, charakter pozamuzyczny kapeli, stabilny skład i różne afery, które co jakiś czas się pojawiały (śmiech)

 

Jako basista spędziłeś w Kulcie 4 lata. W tym roku mija 25 lat kierowania zespołem. Jak oceniasz oba te okresy i jak wytrzymałeś 9 lat bez Kultu?

Te 4 lata grania w Kulcie wspominam miło. Granie w kapeli było spełnieniem moich marzeń, w dodatku ten okres był czymś więcej niż tylko granie kapeli – był w tym również parowątkowy przekaz (m in. światopoglądowy, nasz stosunek do polityki, mody młodzieżowej lub tzw. szołbiznesu). Po latach zacząłem tęsknić do grania. Dlatego powstał Buldog, w którym z pomocą kolegów mogłem się ponownie zrealizować artystycznie. Kiedy w 1995 roku rozpocząłem pracę managera Kultu, był to już inny zespół – bardziej urockowiony, gitarowy. Jednak od tego czasu moja rola w Kulcie nie polega już na tworzeniu lub nagrywaniu muzyki.

 

Kazik Staszewski, Jacek Szymański, Wojciech Jabłoński, Adam Swędera, Janusz Zdunek, Tomasz Glazik. Wszyscy wyżej wymienieni w jakimś stopniu byli wcześniej związani z Kultem. Czy Buldog miał być Twoją odpowiedzią na przerwanie działalności KNŻ?

Nieee, Buldog nie miał nic wspólnego z działalnością KNŻ (lub jej brakiem). Skąd przyszło ci to do głowy ? (śmiech) Buldog był po prostu zaspokojeniem potrzeb wyrazu artystycznego. Ten zespół nie powstał dlatego, bo KNŻ się rozpadł. Zresztą Kazik doszedł dopiero po 2 latach naszego muzykowania.

 

Po odejściu Kazika z Buldoga jego teksty zastąpiliście wierszami Tuwima. Czy można zaryzykować stwierdzenie, że obaj podobnie postrzegają rzeczywistość i że w kwestiach społecznych nic nie zmieniło się u nas od czasów przedwojennych?

Tak, zgadzam się z tym.

 

 Pomimo plejady znakomitych autorów, jacy przewinęli się przez polską scenę rockową w ciągu ostatnich 30 lat,  chyba tylko Grzegorzowi Ciechowskiemu, Kasi Nosowskiej, Grabażowi i właśnie Kazikowi udało się przełożyć ambitny autorski repertuar na sukces medialny. W czym twoim zdaniem należy upatrywać przyczyn tego zjawiska?

W dobrych tekstach, dobrych kompozycjach oraz aktywnej działalności koncertowej.

 

W 2009 roku około 200 osobowa grupa mieszkańców Kłodzka zrywając plakaty, domagała się odwołania koncertu zespołu Kult podając kuriozalny powód, iż zespół gra muzykę alternatywną i psychodeliczną oraz że teksty utworów „Religia Wielkiego Babilonu” i „Post” obrażają ich uczucia religijne. Czy wspominasz więcej takich momentów, czy był to jednorazowy przypadek?

Nie pamiętam więcej takich przypadków, no może poza pozwaniem Kazika przez posła Szafrańca (chyba z ZChN)

 

Czy Kult jest w stanie stworzyć jeszcze album, który dorówna popularnością takim krążkom jak Spokojnie, Mój Wydafca, czy Tata Kazika?

Absolutnie tak! Być może najlepsza płyta Kultu jest jeszcze przed nami. Po dojściu Wojtka Jabłońskiego i Jarka Ważnego ten zespół zdecydowanie odżył i uważam, że jest to bardzo kreatywny skład.

 

 Jesteś współautorem „Krwi Boga”. Czy uważasz tę kompozycję za swój największy przebój, jaki stworzyłeś czy masz sentyment do zupełnie innego kawałka?

“Krew Boga” muzycznie nie odzwierciedla dokładnie mojej osobowości. Zdecydowanie bardziej utożsamiam się z “Do generałów”, “Chrystusem Miasta”, “Piosenką Młodych Wioślarzy”, „Udana Transakcja” (Kult), „Wódka” (Kult), „Ostatnia Wojna” (Kult), „Elita” (Buldog) i „V Rozbiór Polski” (Buldog) lub “Konsumentem” – te utwory wyrażają mój świat muzyczny. A “Krew Boga” to taki wczesny The Cure (śmiech).

 

 W ostatnim 20-leciu o wiele częściej uczestniczyłem w koncertach Kultu w Londynie niż w Polsce. Czy w ojczyźnie na waszych koncertach jest podobna atmosfera, czy jest coś, co wyróżnia londyńską publiczność?

Wszędzie raczej jest podobnie, no może w skali 1-5 o ten 1 punkt w Londynie jest bardziej żywiołowo (śmiech) . Szczególnie przy “Polsce” granej i śpiewanej w Londynie mam ciarki.

„Każdy z nas śpiewając podczas koncertu swoją piosenkę, jest frontmanem.” Z Piotrem Selimem rozmawia Sławek Orwat

Na początku tej mojej ścieżki rozgraniczałem muzykę klasyczną od estradowej, a teraz i klasyka i ta moja piosenkowa twórczość w pewnym momencie zeszły się w jedno.

Sławek Orwat: Często w wywiadach wraz z Janem Kondrakiem i Markiem Andrzejewskim podkreślacie, że Lubelska Federacja Bardów nie ma lidera, a wszystkie decyzje zapadają demokratycznie. Kto w takim razie posiada głos decyzyjny o finalnym kształcie aranżacji poszczególnych piosenek wnoszonych do wspólnego repertuaru przez trzy uznane artystyczne osobowości.

Piotr Selim: Ten zespół faktycznie jest szczególny i wyjątkowy. Każdy z nas jest tu indywidualnością, przynosi swoje własne utwory do opracowania i ma jakiś pomysł na każdy z nich, jak ma on brzmieć i w jakiej formie, jak te chórki powymyślać. Pracujemy na zasadzie partnerstwa i działamy tak już prawie od dwudziestu lat. Lidera w sumie nie ma. Każdy z nas śpiewając podczas koncertu swoją piosenkę, jest frontmanem. Jeśli na przykład ja śpiewam swoją piosenkę solową, to wtedy ja jestem solistą, a koledzy śpiewają chórek. Jeśli śpiewa Janek jako solista, wtedy my zamieniamy się w chórek, natomiast bazą dla każdego wykonawcy zawsze jest instrumentarium i czuć tę potęgę, jeśli ma się te pięć czy sześć głosów koło siebie.

 

Sławek Orwat: Jakie kryteria decydują o tym, że utwór któregoś z was zaczyna być federacyjny?

Piotr Selim: Na koncertach federacyjnych tych piosenek każdy z nas śpiewa kilka. W przypadku naszej czwórki mamy więc koncert składający się z kilkunastu piosenek, które rozkładają się na przykład tak: pięć – pięć – pięć – trzy czy dwie, czyli utworów w naszym indywidualnym wykonaniu nie jest tak dużo. To jest tak, że tych piosenek mamy stworzonych dużo więcej, ale w federacyjnym repertuarze dajemy tylko jakieś wybrane utwory i staramy się, aby zawsze były to utwory najlepsze, czyli takie, żeby był to bardzo dobry tekst, żeby była bardzo dobra muzyka, żeby nie zrobić sobie krzywdy i nie zrobić krzywdy kolegom, tylko po prostu nieść zespół do góry. Natomiast w indywidualnych projektach możemy ryzykować.

 

Sławek Orwat: Piosenki o miłości to spore wyzwanie. Jest to temat oklepany i wyeksploatowany niemal do znudzenia. Twoje nie tylko, nie nudzą, ale portrafią nawet uzależnić. Gdzie leży tajemnica?

Piotr Selim: O teksty trzeba by zapytać autorki Hani Lewandowskiej, z którą już od ponad dwudziestu pięciu lat współpracuję i większość tekstów to są jej piosenki. A są to teksty, które nie przemijają i jestem wręcz przekonany, że jak już nawet nas kiedyś nie będzie, to te piosenki będą zawsze aktualne. To jest – wydaje mi się – wielka siła tekstów, które pisze Hania, bo one dotykają każdego z nas. Każdy z nas, każdy ze słuchaczy coś nowego odkrywa w tych tekstach.

 

Sławek Orwat: „Specjalista od wzruszeń” to arcydzieło nie tylko dla mnie.

Piotr Selim: Takie piosenki, jak „Specjalista od wzruszeń” są w obiegu od wielu i to jest niesamowite, że co jakiś czas dostajemy głosy od naszych znajomych i przyjaciół, którzy po kolejnym wysłuchaniu tego samego utworu odkrywają w nim coś nowego i często mówią: miałem taką, a taką sytuację i teraz zupełnie inaczej już na nią patrzę i na przykład w „Specjaliście od wzruszeń” dziś coś innego mnie dotyka i to jest takie, takie… wielkie!

 

Sławek Orwat: Jak narodziła się wasza współpraca?

Piotr Selim: To jest historia dosyć ciekawa, bo myśmy się poznali i w pewnym momencie Hania podeszła do mnie i powiedziała, że teraz będzie ze mną pisała piosenki, a ja odpowiedziałam, że przecież ja tego nie umiem. No to się nauczysz – odparła. Przyniosła mi tekst. Muzykę napisałem w ciągu dwóch dni, ale w szufladzie trzymałem ją przez dwa miesiące i nikomu nie pokazywałem tej piosenki. Dopiero po dwóch miesiącach ją ujawniłem i tak to się zaczęło.

 

Sławek Orwat: Jako wykształcony muzyk klasyczny, aż tak bardzo rozdzielasz tożsamościowo oba nurty swojej działalności, że postanowiłeś przyjąć pseudonim artystyczny?

Piotr Selim: To nie jest tak, bo widzisz… był taki czas, kiedy dużo jeździliśmy po konkursach i festiwalach i… Andrzejewski ma dobre nazwisko, bo łatwe do przeczytania i do tego na A.

 

Sławek Orwat: Ale za to jako jeden z pierwszych był w szkole wołany do tablicy (śmiech).

Piotr Selim: U mnie za to często była taka sytuacja, że wychodzisz i ktoś cię zapowiada: teraz wystąpi przed państwem Piotr Chhhh…oniuk! I już wszyscy się cieszą. I to był jakby pierwszy powód, żeby coś z tym zrobić, a drugi był taki, że jako muzyk klasyczny na Akademii Muzycznej trochę jednak chciałem rozgraniczyć to wszystko.

 

Sławek Orwat: Czyli to Hania popchnęła cie w stronę estrady?

Piotr Selim: Tak.

 

Sławek Orwat: Bez Hani zostałbyś tylko w muzyce klasycznej?

Piotr Selim: Bez Hani na pewno.

 

Sławek Orwat: Ale i tak od tego nie uciekasz. Płyta W rytmie bolera jest przecież pełna odniesień do muzyki klasycznej. 

Piotr Selim: Na tym albumie znajdziesz piosenki, które inspirowane są muzyką Fryderyka Chopina, jest tam Nokturn, jest jedna piosenka inspirowana Etiudą Rewolucyjną i to jest we mnie. Gram i ćwiczę klasykę od ponad trzydziestu lat. Ja od tego nie chcę uciekać, tylko ja z tego po prostu czerpię i wykorzystuję to w kompozycjach i w graniu na fortepianie. To jest też dla mnie fajna sytuacja, że na początku tej mojej ścieżki rozgraniczałem muzykę klasyczną od estradowej, a teraz i klasyka i ta moja piosenkowa twórczość w pewnym momencie zeszły się w jedno i obecnie kiedy mam koncerty z orkiestrą symfoniczną i z chórami, to w jednej części np. gram repertuar klasyczny, a za chwilę śpiewam swoje piosenki. Nie znam takiego drugiego wykonawcy.

 

Sławek Orwat: Gdybyś miał wymienić swoje najpiękniejsze momenty z życia artystycznego, to co by to było?

Piotr Selim: Najpiękniejszy moment to przede wszystkim poznanie Hani Lewandowskiej i to, ze dała mi pierwszy tekst, że pokazała mi ile radości i szczęścia może przynieść tworzenie, komponowanie, śpiewanie i że nadal cały czas piszemy i mam nadzieję pisać dalej będziemy. Pamiętam jak w roku 2012 odbyła się premiera kantaty „Z ziemi wiernej”. To był nasz pierwszy koncert w pełni symfoniczny. Siedziałem przy fortepianie i w pewnym momencie przestałem grać, tylko zacząłem słuchać orkiestry, chórów. I przyszła taka niespodziewana myśl! Przecież to NASZE!!! Ale to już nie było tylko nasze, tylko tych wszystkich, którzy to wykonywali i tych wszystkich, którzy słuchali tego, co… zaczęło żyć własnym życiem i poszło do innych ludzi. I to jest piękne i dzieje się tak coraz częściej.