Od filmu „Roma” do Emiliano Zapaty / De la película „Roma” a Emiliano Zapata

Kino meksykańskie to szereg interesujących filmów. Lepszych i gorszych. W República Latina opowiemy o jego społecznej roli a także wspomnimy dziedzictwo jednego z wodzów Rewolucji Meksykańskiej

Meksykański film „Roma” z pewnością jest przykładem udanego dzieła filmowego. Najlepszym potwierdzeniem tego faktu jest ilość nagród, jakie wyreżyserowany przez Alfonso Cuaróna film zdobył na międzynarodowych festiwalach. Niewątpliwie dziesięć nominacji do tegorocznej edycji Oscara i trzy zdobyte statuetki pokazują, że nie mamy do czynienia z pierwszym, lepszym filmem.

Jednak „Roma” to nie tylko ciekawa fabuła. Z pewnością film można uznać za nowatorski w wielu płaszczyznach. Chociażby warto wspomnieć tu o roli ludności autochtonicznej w filmie. „Roma” jest być może pierwszym „popularnym” filmem, w którym główną rolę gra Indianka. Co więcej, dialogi filmowe prowadzone są również w języku Mixteca. Postaramy się omówić film w jego kontekście historycznym i społecznym.

Kino meksykańskie to jednak nie tylko „Roma”. To również szereg filmów mniej i bardziej ambitnych. My jednak opowiemy jedynie o kilku z nich – najlepiej naszym zdaniem przedstawiających społeczeństwo meksykańskie.

Skąd zatem pojawił się Emiliano Zapata? Już 10-go kwietnia świętować będziemy setną rocznicę śmierci tego wybitnego meksykańskiego rewolucjonisty, jednego z ojców współczesnego Meksyku. O Emiliano Zapacie oraz o Rewolucji Meksykańskiej powstało kilka filmów. Sama Rewolucja Meksykańska oraz jej dowódcy również mieli wpływ na kino meksykańskie. I o tym również opowiemy.

Społeczne aspekty kina meksykańskiego przedstawią nam nasi goście – Katarzyna Dembicz oraz Óscar Barbosa Lizano, oboje reprezentujący Dom Spotkań z Ameryką Łacińską. W rozmowie ze Zbyszkiem Dąbrowskim nasi goście przedstawią społeczne aspekty pojawiające się w kinie meksykańskim. I to zarówno w dawnych czasach, jak i współczesnych, czego najlepszym przykładem jest film „Roma”. Nasza rozmowa będzie również zaproszeniem na film oraz debatę poświęconą Emiliano Zapacie, która będzie miała miejsce w czwartek 11-go kwietnia w Domu Spotkań z Ameryką Łacińską. Szczegóły na profilu Domu.

Na meksykańsko – kinowo – społeczną rozmowę zapraszamy w poniedziałek, 8-go kwietnia, jak zwykle o 20H00! Będziemy rozmawiać po polsku i hiszpańsku!

¡República Latina – jak w kinie!

Resumen en castellano: este lunes en República Latina vamos a hablar sobre “Roma”. La película dirigida por Alfonso Cuarón ganó muchos premios incluyendo los 3 Oscars. Unos de los aspectos más importantes de la película es el aspecto social. “Roma” es la primera película tan famosa, cuyo la protagonista es una mujer indígena y donde se usa otros idiomas aparte del castellano.

El cine mexicano significa varias películas, de que muchas mustran el pueblo de México. De estas películas vamos a hablar este lunes. Vamos tambien a mencionar sobre Emiliano Zapata: uno de los líderes más importantes de la Revolución Mexicana. Este año, el 10 de abril vamos a celebrar el 100º centenario de su muerte. Emiliano Zapata era el protagonista de varias películas del cine mexicano. También varias de sus ideas fueron los temas de varias películas mexicanas.

Sobre los aspectos sociales en el cine mexicano vamos a hablar con Katarzyna Dembicz y Óscar Barboza Lizano de la Casa de Encuentros Latinoamericanos. La emisión es también una invitación para una película y una debate sobre Emiliano Zapata. Más detalles pueden encontrar en el perfíl de la Casa.

Les invitamos para escucharnos el lunes, 8 de abril, como siempre a las 20H00 UTC+2! Vamos a hablar polaco y castellano!

Adamski: Nie będę oryginalny… ja też żałuję, ze „Zimna wojna” nie dostała statuetki za najlepszy film zagraniczny

Żałuję, że nie film z Polski, ale wygrana „Romy” Curaona była do przewidzenia – tak krytyk filmowy Łukasz Adamski komentuje w Poranku WNET 91. galę rozdania nagród amerykańskiej Akademii Filmowej

Gościem Poranka WNET jest krytyk filmowy i dziennikarz Łukasz Adamski.

Nie będę oryginalny i tak jak większość polskich krytyków powiem, że, szkoda, że Zimna Wojna nie zgarnęła statuetki za najlepszy film zagraniczny, ale to było do przewidzenia, biorąc pod uwagę, że konkurowała z Romą Cuarona, nakręcony w podobny sposób jak film Pawlikowskiego. Liczyłem, że złoty rycerz za zdjęcia powędruje do Łukasz Żala, ale tu też górą był Cuaron – mówi.

Adamski uważa meksykańskiego reżysera za wielkiego zwycięzcę Gali, gdyż dostał jeszcze statuetkę za najlepszą reżyserię. W kategorii o film roku ubiegł go jednak „Green Book”. – To nie jest mój ulubiony film roku. Liczyłem, że nagroda przypadnie albo Romie albo „Faworycie” Lanthimosa, która, jeśli nie liczyć oscara dla drugoplanowej aktorski dla Olivii Colman, został niemalże kompletnie zignorowany przez Oskary – komentuje krytyk.

Adamski uważa, że gala była nudna i ideologiczna. Czemu? Niemal wszystkie nagrodzone produkcje podejmowały temat rasizmu w stosunkach między białymi i czarnymi. Zauważa również, że statuetkę za reżyserię dostał meksykanin Cuaron, a wręczał ją jego rodak, zeszłoroczny triumfator Guillermo del Toro. – Hollywood bardzo zmienia się pod względem etnicznym, meksykanie zaczynają odgrywać coraz większą rolę – opowiada. Adamski spekuluje, na ile sukces Romy to szczere docenienie tego arcydzieła, a na ile chęć dania odegrania się na Donaldzie Trumpie.

Komentując sukcesy „Bohemian Rhapsody”, Adamski wątpi by akurat w tym wypadku ideologia była podstawą sukcesu, gdyż wątki LGBT były w filmie Singera wręcz zmarginalizowane. Zarzuca wręcz, że „Bohemian Rhapsody” wykrzywia wizerunek Freddiego Mercury’ego jako libertyna! Chwali kreację Ramiego Maleka, i uważa, że zasłużył na Oscara za rolę pierwszoplanową. – Jednak przyznaję, że kciuki trzymałem za Bradleya Coopera w „Star is Born” i Christian Bale’a za rolę wiceprezydenta Dicka Cheneya w Vice – dodaje.

Zapraszamy do wysłuchania rozmowy!

mf

Radio „Solidarność”. Długo płakałam po śmierci Jana Olszewskiego – mówi Ewa Dałkowska, gość red. Andrzeja Gelberga

O tęsknocie do śpiewania, poezji, poetach, aktorstwie, książkach, filmach i Polakach – gościem audycji Radia Solidarność jest aktorka Ewa Dałkowska. W audycji usłyszymy piosenki w jej wykonaniu

– Czy Bóg nam dał kwitnący kraj? Trzeba się postarać jeszcze troszkę. Żeby nam tego te psuje nie zabrały. Ja się okropnie denerwuję, żeby to się nie rozwaliło, żeby to nie trzasnęło, żeby nam to się z rąk nie wymknęło. Zaklinam żebyśmy to udźwignęli! – mówi Ewa Dałkowska, gość dzisiejszej audycji Radia „Solidarność” prowadzonej przez red. Andrzeja Gelberga.

Ewa Dałkowska jest wybitną i aktorką teatralną i filmową, wykładowcą Akademii Dobrych Obyczajów oraz członkiem Kapituły Orderu Odrodzenia Polski. Jest również aktorką doskonale śpiewająca.

W audycji usłyszycie państwo niepublikowane jeszcze koncertowe wersje piosenek-wierszy Zbigniewa Herberta, Juliana Tuwima, Mariana Hemara i Leszka Kołakowskiego w wykonaniu Ewy Dałkowskiej!

Zapraszamy do wysłuchania audycji!

Gdyby nie pomoc Węgrów i działalność Instytutu Polskiego w Budapeszcie, historia Wojny mogłaby wyglądać zupełnie inaczej

Dzisiaj Instytut Polski w Budapeszcie, najstarszy instytut kulturalny – obok podobnego, włoskiego – prowadzi cykl imprez na stałe wpisanych w kulturę węgierską. Cieszy się również piękną historią

 

– Instytut Polski jest ważną instytucją nie tylko dla Polaków, ale również dla Węgrów – mówi w Poranku WNET Joanna Urbańska, dyrektor Instytutu Polskiego w Budapeszcie. W tym roku Instytut będzie obchodził 80-lecie. – Jesteśmy najstarszą placówką, która została powołana przez II Rzeczpospolitą dla krzewienia kultury polskiej za granicą. I drugą tego typu instytucją na Węgrzech, obok Instytutu Włoskiego.

Dzisiaj IP prowadzi cykliczne imprezy, m.in.  festiwal Polska Wiosna Filmowa, który w tym roku odbywa się po raz 25.. Uczestniczy również w węgierskich imprezach – festiwalach filmowych, wszędzie gdzie może zaistnieć związek z polską kulturą.

– W Instytucie prowadzimy również lekcje języka polskiego dla Węgrów – opowiada Joanna Urbańska. –  Obecnie uczymy łącznie 120 osobową grupę w systemie dwóch semestrów, na poziomach początkującym i zaawansowanym. Łatwo nas znaleźć, przed wejściem powiewa polska flaga a budynek instytutu znajduje się przy reprezentacyjnej ulicy Budapesztu. Dzięki temu nie tylko mieszkańcy stolicy Węgier, ale również turyści mogą oglądać to, co się u nas dzieje w oknach wystawowych. A staramy się, żeby działo się jak najwięcej.

W czasie II Wojny Światowej w Instytucie działał Komitet ds. Pomocy Polskim Uchodźcom.

– Węgry podlegały bardzo silnym naciskom III Rzeszy, lecz robiły wszystko żeby ochronić Instytut i przebywających tutaj Polaków, którzy w dużej liczbie wyjeżdżali stąd do Francji, żeby zasilić Armię Polską na Zachodzie – mówi Urbańska. – Przez Węgry przechodziły sławy – gen. Maczek, któremu pozwolono przejechać we własnym czołgu, Kazimierz Sosnkowski… Gdyby nie pomoc Węgrów, historia polskich działań zbrojnych mogłaby potoczyć się inaczej.

Instytut Polski prowadził także działania konspiracyjne, o których państwo węgierskie wiedziało, i które wspierało. Weryfikował wykształcenie młodych Polaków, tak aby mogli uczyć się na węgierskich uniwersytetach. Kiedy już Niemcy uparły się, żeby Instytut zlikwidować, Państwo Polskie zmieniło go na placówkę uniwersytetu prowadzoną  przez uniwersyteckiego lektora, faktycznego dyrektora Instytutu. Dopiero pod faktyczną okupacją niemiecką nastąpiła likwidacja IP. Ale udało się uchronić przed gestapo bazy danych – pracownikom Instytutu pomagali w tym Węgrzy.

– Te wszystkie historie chcemy dokładnie zbadać – mówi Joanna Urbańska. – Przygotowujemy projekt badawczy „Osiem dekad z instytutem polskim”. Chcemy poznać i opisać jego rolę zarówno w czasie wojny, jak i już po niej.

Zapraszamy do wysłuchania rozmowy!

„Nazi-ojcowie” kontra AK. Niemcy przegrali proces w polskim sądzie / Reduta Dobrego Imienia, „Kurier WNET” nr 55/2019

Po prawie 5,5 roku sąd orzekł o winie ZDF i UFA Fiction – producentów niemieckiego serialu „Nasze matki, nasi ojcowie”. Strona niemiecka będzie nadal walczyła o zadowalające ją rozstrzygnięcie.

Reduta Dobrego Imienia

Nazi-ojcowie kontra AK

28 grudnia 2018 r. w Sądzie Okręgowym w Krakowie zapadł wyrok w procesie przeciwko producentom serialu Nasze matki, nasi ojcowie. Proces cywilny rozpoczął się 18 lipca 2016 roku. Wytoczył go Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej oraz kpt. Zbigniew Radłowski, żołnierz AK oraz uczestnik m.in. powstania warszawskiego, więzień niemieckiego obozu Auschwitz, jeniec Stalagu X B Sandbostel, po wojnie skazany przez Sowietów za szpiegostwo.

Sąd orzekł o winie ZDF i UFA Fiction – producentów serialu. W myśl wyroku sądu ZDF i Ufa Fiction ma umieścić przeprosiny w TVP1 w czasie antenowym adekwatnym do czasu wyświetlania serialu oraz na niemieckich kanałach telewizyjnych, w których serial był emitowany. Ponadto stosowne przeprosiny mają się ukazać na stronach internetowych www.zdf.de i http://www.ufa-fiction.de w widocznym miejscu przez okres 3 miesięcy, w terminie 7 dni od daty uprawomocnienia się wyroku. Dodatkowo, zgodnie z żądaniami strony powodowej, pozwani zostają zobowiązani do uiszczenia kwoty 20 000 zł tytułem zadośćuczynienia za naruszenie dóbr osobistych na rzecz kpt Z. Radłowskiego.

Fabuła serialu Nasze matki, nasi ojcowie oparta jest na przedstawieniu losów pięciorga dwudziestokilkuletnich mieszkańców Berlina w czasie II wojny światowej, a dokładnie w przeddzień ataku na Związek Sowiecki w czerwcu 1941 roku. Jednym z bohaterów grupy przyjaciół jest Niemiec żydowskiego pochodzenia, Viktor. Jako Żyd zostaje wysłany transportem na teren Polski, do niemieckiego obozu zagłady Auschwitz. Ucieka jednak z transportu i przyłącza się do jednego z oddziałów Armii Krajowej. Bierze udział w licznych akcjach zbrojnych, jego towarzysze broni cenią go za odwagę. Kiedy jednak wychodzi na jaw, że jest Żydem, musi opuścić oddział, ponieważ dominuje w nim – poczynając od dowództwa po szeregowych żołnierzy – jednoznacznie antysemickie nastawienie.

Cały serial w negatywny sposób pokazuje Armię Krajową i jej żołnierzy, i to we wszystkich scenach, w których pojawia się „oddział AK” (od spotkania Victora z odziałem przez wszystkie akcje, wraz z będącą punktem kulminacyjnym akcją na pociąg pełen osób w pasiakach, targi o żywność z chłopami, aż do wydalenia Victora z oddziału).

Oddział sprawia wrażenie bandy rabunkowej utworzonej z kryminalistów, poubieranych w półcywilne, półwojskowe niby-mundury. Wszyscy jego członkowie zieją nienawiścią do Żydów. Biorąc pod uwagę ich zachowanie, są po prostu grupą bandytów, zamaskowanych częściowo mundurami i noszonymi przez wszystkich „partyzantów” w filmie biało-czerwonymi opaskami z dużymi literami AK – jest to jakby podpis dla widza, co to za rodzaj bandytów. (W rzeczywistości takie opaski nosili tylko żołnierze powstania warszawskiego). „Partyzanci” w filmie nie przepuszczają żadnej okazji, żeby powiedzieć o Żydach coś złego, jakby ich życie pod okupacją niemiecką obracało się wyłącznie wokół tego zagadnienia. Wszystkie postaci Polaków w serialu są odrażające.

Producentów serialu pozwał ponad 90-letni kapitan AK Zbigniew Radłowski, który mając 16 lat, w 1940 r. został z całą rodziną aresztowany przez gestapo (z powodu wpadki konspiracyjnej drukarni pisma „Walka”) i wywieziony w 1941 r. do obozu Auschwitz-Birkenau (numer obozowy 8258). W obozie zginęli mężowie sióstr matki. Kpt. Radłowski został zwolniony z więzienia w rezultacie starań rodziny E. Wedla. Po powrocie z obozu do Warszawy podjął działalność konspiracyjną w ZWZ, a następnie walkę w batalionie „Chrobry”. W 1942 r. – na własną prośbę – przeszedł do 1. Szkolnej Kompanii Szturmowej CKM, IV Rejonu V Obwodu AK Warszawa-Śródmieście. Siostra matki działała w organizacji Żegota, a on sam uczestniczył w wielu akcjach ratowania i ukrywania osób o narodowości żydowskiej. Po ukończeniu 11 listopada 1943 r. Szkoły Podoficerów Piechoty został awansowany do stopnia st. strzelca. Walczył podczas powstania warszawskiego na Mokotowie. Po kapitulacji powstania jako jeniec wojenny trafił do stalagu XB Sandbostel (zarejestrowany pod numerem 221371). Po wyzwoleniu obozu został żołnierzem WP we Włoszech, a później w II Korpusie Polskim wchodzącym w skład Armii Brytyjskiej. W grudniu 1945 r. przedostał się do Polski i zamieszkał w Krakowie. W 1951 r. został aresztowany przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, oskarżony o szpiegostwo i skazany na 12 lat więzienia. Podczas tzw. „gomułkowskiej odwilży” zmieniono mu kwalifikację ze szpiegostwa na „udział w organizacji”, po amnestii w 1956 r. zaś – uwolniono.

Proces rozpoczęty 18.07.2016 był zwieńczeniem wieloletnich wysiłków całego środowiska obrońców dobrego imienia Polski. Warto przypomnieć towarzyszące mu kluczowe fakty i zeznania.

Pod koniec czerwca 2013 r. warszawska prokuratura rejonowa odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie publicznego znieważenia narodu polskiego w związku z emisją filmu w TVP, wskazując, że takie przestępstwo można popełnić jedynie umyślnie, zaś z informacji TVP wynikało, że jej zamiarem było umożliwienie widzom wyrobienia sobie opinii o filmie, który był oceniany jako kontrowersyjny.

Po złożeniu przez Redutę Dobrego Imienia zażalenia podjęto postępowanie, jednak później je umorzono. 21 listopada 2016 r. zeznania w sprawie złożył prof. Bogdan Musiał, konsultant m.in. dokumentu, na podstawie którego miał powstać serial. W dokumencie ani w serialu nie wzięto jednak pod uwagę uwag prof. Musiała, a jak zeznał, konsultantem dokumentu ostatecznie był specjalista z zupełnie innej dziedziny. Prof. Musiał stwierdził: „AK przedstawiona jest w scenariuszu serialu Nasze matki, nasi ojcowie jako banda rzezimieszków. Twórcy filmu upierali się przy rzekomym antysemityzmie Polaków”.

Istotne wydarzenia miały miejsca podczas rozprawy z 17 stycznia 2018 r., kiedy to obrońcy ZDF bezskutecznie wnioskowali o wyłączenie z przesłuchania dr hab. Konrada Klejsy z Uniwersytetu Łódzkiego, polskiego biegłego z zakresu kinematografii, który przygotował dla sądu ekspertyzę filmu. Obrońcy niemieccy twierdzili, że polski ekspert nie będzie obiektywny w ocenie niemieckiego filmu historycznego. Sędzia oddalił ten wniosek podkreślając, że jest polskim sędzią, sprawa toczy się przed polskim sądem, a propozycja strony pozwanej jest próbą podważenia prawa polskich sądów do zajmowania się tego typu sprawami. Tym samym sędzia nie dopuścił do kwestionowania kryterium narodowości polskiej w opiniowaniu sprawy i ostatecznie dopuścił biegłego do udziału w rozprawie.

W ocenie filmoznawcy, który przez ponad cztery godziny zeznawał przed krakowskim sądem, film jednoznacznie ukazuje Polaków jako antysemitów, przypisując im współodpowiedzialność za Holokaust, a poszczególne sceny serialu sugerują, że Polacy aktywnie uczestniczyli w zabijaniu Żydów.

Biegły wskazał na celowe zabiegi montażowe, np. bezpośrednio po sobie następujące sceny – oczekiwanie na wyrok gestapo i chwilę później oczekiwanie na wyrok AK. Wskazał także, że scena zamykania więźniów ubranych w pasiaki w wagonie jest relatywizowaniem i przypisaniem Polakom współodpowiedzialności za zbrodnie niemieckie podczas II wojny światowej. Ma także sugerować powszechne zachowania antysemickie w szeregach AK. Zdaniem biegłego świadczy o tym także scena wykluczenia z oddziału osoby o narodowości żydowskiej ze względu na jej pochodzenie. Obrońcy ZDF byli przeciwnego zdania podkreślając, że wykluczenie ze względu na narodowość, w sytuacji, kiedy taka osoba nie została pozbawiona życia i mogła opuścić oddział, nie jest zachowaniem antysemickim.

Przypomnijmy również o zeznaniach, jakie złożył emerytowany prof. Julius Schoeps, wówczas pracownik Centrum Studiów Europejsko-Żydowskich w Poczdamie. Zeznania zostały nagle przerwane, a obrońcy wnioskowali o odrzucenie protokołu z przesłuchania. Świadek zeznał, że wydał opinię dotyczącą scenariusza. W filmie następowały zmiany, których on nie konsultował. Tak więc np. nie został poinformowany, że w scenach przedstawiających żołnierzy Armii Krajowej na ramionach polskich żołnierzy zostaną umieszczone biało-czerwone opaski. Zdaniem świadka sprawa opasek nie jest kluczowa dla filmu, jednak dopytywany przez sędziego przyznał, że nie sprawdzał tego zagadnienia w literaturze przedmiotu, tak więc nie wie, czy taki zabieg był uzasadniony. Uznał, że w filmie Nasze matki, nasi ojcowie nie ma oskarżeń o współudział Polaków w Holokauście, ale są pokazane pewne antysemickie zachowania. Podkreślił, że studiował literaturę przedmiotu, a na Polaków w czasie II wojny światowej patrzy z perspektywy żydowskiej. W swoich zeznaniach powoływał się na prace Einsteina Rubena, które posłużyły jako podstawa scenariusza. Einstein Ruben znany jest ze swoich antypolskich poglądów i przypisywania Polakom skrajnego antysemityzmu.

Schoeps przyznał, że w filmie mogło dojść do błędów historycznych, ale nie mogą one mieć większego znaczenia, ponieważ jest to film fabularny, a nie dokumentalny.

Na wniosek strony niemieckiej zeznania zostały nagle przerwane. Obrońca niemiecki, Piotr Niezgódka, zgłosił zastrzeżenia do tłumaczenia. Sędzia w związku z tym ogłosił przerwę i poprosił o nagrywanie wideo zeznań historyka. Jest to częsta praktyka stosowana w polskich sądach. Po przerwie, gdy sprzęt został przygotowany, świadek nagle odmówił składania dalszych zeznań, nie pożegnał się z sędzią polskim i wraz z niemieckim sędzią wyszedł z sali, w której prowadzona była wideokonferencja. Obrońcy niemieccy tłumaczyli, że w prawie niemieckim nie ma zgody na nagrywanie zeznań świadków. W związku z błędnym tłumaczeniem wnioskowali o odrzucenie protokołu z przesłuchania.

W rozprawie, która odbyła się 17 kwietnia 2018 r. w formie wideokonferencji, nieoczekiwanie zeznawał prezes UFA Fiction Benjamin Benedict (o zmianie osób przesłuchiwanych strona niemiecka nie poinformowała polskiego sędziego). Według tego świadka, centralnym elementem filmu jest pokazanie winy Niemców za II wojnę światową. Film został skierowany do niemieckiego widza, miał być inspiracją do dyskusji w rodzinach niemieckich o II wojnie światowej, ponieważ naoczni świadkowie odchodzą. Jego zdaniem zbrodnie niemieckie zostały ukazane jak nigdy wcześniej. W opinii zeznającego producenta ten film nie różni się od innych filmów fabularnych.

Częstą praktyką jest, że materiały archiwalne są tłem, w szczegółach film jest fikcją, a postacie są ukazane w sposób niejednoznaczny. Tak było w tym przypadku. Dodał, że w filmie reżyserzy skorzystali z wolności artystycznej, która wywołała krytykę i debatę.

Świadek wie, że główna krytyka filmu dotyczyła polskiego antysemityzmu. Podkreślił, że ma ogromy szacunek dla żołnierzy Armii Krajowej, a centralnym punktem wątku polskiego jest scena uwolnienia Żydów z pociągu przez partyzantów AK. Zaznaczył, że w tym filmie reżyserzy i producenci nie chcieli sportretować jakiejkolwiek grupy. Opaski z napisem „AK” pojawiły się po konsultacji kostiumologa i reżysera. Jednak na pytanie o celowość umieszczenia biało-czerwonych opasek na ramionach żołnierzy AK nie potrafił odpowiedzieć – oświadczył, że nie rozumie pytania i prosi o doprecyzowanie. Dodał, że nie chcieli przedstawiać też grupy żołnierzy AK jako antysemitów. Owszem, dwóch żołnierzy AK prezentuje postawy antysemickie, te postacie pojawiły się na podstawie badań naukowych pracowników Centrum Badań nad Zagładą Żydów PAN w Warszawie. Prowadzono konsultacje m.in. z prof. Engelking, dr Skibińską, prof. Libionką, prof. Grabowskim.

W pracach nad filmem korzystano także z pamiętników żołnierzy niemieckich. Oskarżyciel dopytywał o scenę, kiedy jeden z partyzantów zamyka wagon z więźniami żydowskimi. Prezes UFA Fiction odpowiadał wymijająco, że scena oparta jest na zasadach wolności artystycznej. Dodał także, że nie można przypisywać fikcyjnej jednostce konkretnych czynów. Z kolei na pytanie, czy zna taki przypadek w historii, by żołnierze AK zamknęli wagon z Żydami, odpowiedział, że nie zna. Na koniec prokurator zadał pytanie, czy z perspektywy czasu prezes UFA Fiction Benjamin Benedict uważa, że umieszczenie opasek z napisem AK na ramionach żołnierzy było błędem i czy coś by zmienił w filmie, świadek zeznał, że film ukazuje AK w sposób różnorodny i nie wprowadzałby żadnych zmian.

Prezes UFA Fiction nie widział możliwości ugody. Na wniosek strony niemieckiej sędzia wprowadził zakaz rejestracji dźwięku i obrazu. Sąd zaproponował jeszcze jedno posiedzenie w formie wideokonferencji, podczas którego mieli być przesłuchiwani reżyser i kostiumolog. Termin przesłuchania nie został jednak ustalony.

Z kolei 20 kwietnia 2018 r. zeznawał przedstawiciel ŚZŻAK, Tadeusz Filipkowski, który przyniósł ze sobą na rozprawę swoją oryginalną biało-czerwoną opaskę z czasów powstania warszawskiego z literami WP (Wojsko Polskie) i orłem w koronie. Świadek opowiadał o oburzeniu, jakie wywołał serial w samym Związku Żołnierzy AK, ale również o licznych telefonach i pytaniach, np. „Czy naprawdę AK-owcy mordowali Żydów?”, o listach z wnioskami o wytłumaczenie, jak zachowywała się AK podczas II wojny światowej. Filipkowski podkreślił, że sprawa przeciwko ZDF i UFA Fiction to walka sądowa o honor polskiego żołnierza Armii Krajowej. Dzisiejsza wiedza o AK, a także o zachowaniach żołnierzy AK nie pozwala na przypisanie im postaw antysemickich oraz współwiny za zbrodnie Holokaustu. Jest to nieprawdziwe i nieuczciwe wobec każdego byłego żołnierza AK. Tymczasem takie postawy polskich żołnierzy są sugerowane w serialu Nasze matki, nasi ojcowie.

Jego zdaniem ten film zaprzepaścił także trwające wiele lat prace zbliżenia dwóch narodów. Film wybiela przedstawicieli społeczeństwa niemieckiego i oskarża społeczeństwo polskie, a zwłaszcza jego siłę zbrojną – Armię Krajową.

Tymczasem to była formacja wojskowa, do przesady przestrzegająca konwencji genewskiej – zeznał świadek. Jako szczególnie bulwersujące przykłady niezgodne z prawdą historyczną podał noszone w filmie przez partyzantów opaski z napisem AK oraz atak partyzantów na pociąg i zamknięcie wagonu z Żydami. AK nie zajmowała się zabijaniem Żydów, a pomocą na miarę swoich możliwości i sił, walcząc z antysemityzmem.

Ewidentnego kłamstwa i braku wiedzy historycznej w filmie, zdaniem świadka, łatwo było uniknąć. W czasie wojny – jak zauważył – obywatele żydowscy funkcjonowali w AK, przyjmowano Żydów, chroniono ich, w AK było ich wielu. Zdaniem T. Filipkowskiego sam film nie tylko narusza dobre imię poszczególnych żołnierzy AK, ale również Związku zrzeszającego byłych żołnierzy.

28 grudnia 2018 r. odbyła się ostatnia rozprawa. Mec. Monika Brzozowska-Pasieka i Jerzy Pasieka podkreślali, że roszczenia kpt. Radłowskiego i Światowego Związku Żołnierzy AK są jak najbardziej zasadne i nie jest to kwestia wolności twórczej, ale postawienia tamy kłamstwu. Z kolei prokurator domagał się przeprosin i usunięcia z biało-czerwonych opasek napisu AK.

Według pełnomocnika strony niemieckiej, strona powodowa przez 5 lat trwania procesu nie wskazała wartości i dóbr, jakie zostały naruszone.

Co więcej, według niego film ma olbrzymie znaczenie dla debaty toczącej się w Niemczech, ale także dla tej toczonej w Polsce, inspirowanej m.in. przez Centrum Badań nad Zagładą Żydów. Strona niemiecka argumentowała, że powodem rozprawy jest po prostu przedstawienie AK pierwszy raz w innym świetle niż dotychczas, i to w dodatku przez Niemców. Tymczasem serial przedstawia heroizm żołnierzy AK wraz z wyjątkami zachowań niegodnych. Wniósł także o oddalenie całości powództwa i 6-krotną stawkę pokrycia kosztów sądowych. Strona niemiecka, niezadowolona z przytoczonego na początku artykułu rozstrzygnięcia, będzie nadal walczyła w SN lub w Europejskim Trybunale Praw Człowieka.

Zdaniem Macieja Świrskiego, prezesa Reduty Dobrego Imienia, proces i jego przebieg jasno wskazują, że Polacy sprzeciwiają się niemieckiej polityce historycznej, której wyrazem jest rzeczony film. – Jest to forma imperializmu kulturowego, który ma na celu zmianę świadomości świata na temat niemieckich zbrodni popełnionych w trakcie II wojny światowej. Cieszymy się, że prawda zatryumfowała, jesteśmy wdzięczni sądowi za obiektywne podejście do sprawy. Szkoda tylko, że to tak długo trwało, ale wynikało to głownie z obstrukcji strony niemieckiej – podkreślił.

Artykuł Reduty Dobrego Imienia pt. „Nazi-ojcowie kontra AK” znajduje się na s. 1 i 8 styczniowego „Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Reduty Dobrego Imienia pt. „Nazi-ojcowie kontra AK” na s. 1 styczniowego „Kuriera WNET”, nr 55/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Abp Hoser: Ukazywanie Kościoła do cna skorumpowanego, jak w „Klerze”, to przykład tsunami laicyzacji

Abp Henryk Hoser opowiada w Poranku WNET o przygotowaniach chrześcijan w Medjugorie do świąt Bożego Narodzenia. Komentuje również postępującą w Polsce laicyzację.

Paweł Kukiz o świętowaniu 11 listopada: Klasa polityczna jest żenująca. Jest mi przykro i wstyd [VIDEO]

To, że nie obchodzimy dnia czekoladowego orła, tylko mówimy o biało-czerwonej i orle w koronie, to w dużej mierze zasługa organizatorów Marszu Niepodległości – twierdzą Paweł Kukiz i Adam Borowski.

Gość Poranka WNET, poseł Paweł Kukiz ubolewał, że nie możemy się zjednoczyć nawet z okazji Święta Niepodległości, a winę za to ponosi polska klasa polityczna, która zachowaniem przypomina „skonfliktowane ze sobą rody Branickich, Potockich”. Dodaje z goryczą, że „gdyby nasza sytuacja geopolityczna była dziś taka jak w XVIII wieku, to moglibyśmy znów utracić niepodległość”.

Według lidera Kukiz’15 nie można odbierać Marszu organizatorom, którzy włożyli w to przez lata wiele ciężkiej, nieodpłatnej pracy: „Nie mamy prawa spychać członków Stowarzyszenia Marsz Niepodległości na margines, to jest ich marsz”. Przypomniał też, że „ze względu na setną rocznicę powinniśmy na ten jeden dzień przybrać formę święta państwowego”. Wezwał również policję, by pacyfikowała ludzi niosących rasistowskie hasła i transparenty. Stwierdził, że prezydent powinien stanąć na czele marszu, ale nie powinien to być marsz partii rządzącej.

Adam Borowski, prezes warszawskich Klubów Gazety Polskiej, powołując się na słowa organizatorów Marszu Niepodległości zwrócił uwagę, że prezydent Duda uratował marsz i udaremnił plan Hanny Gronkiewicz-Waltz, by sprowokować w ten sposób radykalnych narodowców do zamieszek. Wyraził też zadowolenie, że oficjalne obchody są dzisiaj poważniejsze niż czekoladowy orzeł z czasów kampanii „Orzeł Może” prezydenta Komorowskiego.

Paweł Kukiz skrytykował też władze ukraińskie za uchwałę o ustanowieniu roku 2019 „rokiem pamięci Ukraińców deportowanych z Polski do ZSRR przez totalitarne reżimy Polski i ZSRR”. Z rozgoryczeniem wspomina swoje zaangażowanie w Majdan. Miał wówczas nadzieję, że dojdzie do „wspólnej spowiedzi, takiej jak we wspaniałej Modlitwie za Wołyń, która służy wspólnemu pojednaniu polsko-ukraińskiemu”. Potępia ukraińskie władze za ustanawianie kultu Ukraińskiej Powstańczej Armii: „nie zgodzę się nigdy, by gloryfikować bandytów z SS-Galizien, którzy mordowali nie tylko Polaków, ale i swoich, by czcić te diabły, bo to były diabły i bandyci pierwszego sortu. Nawet hitlerowcy nie mieli tak wyrafinowanych metod”. Mimo wszystko wezwał do pojednania między narodami.

MF

Piloci wojskowi po premierze filmu „Dywizjon 303. Prawdziwa historia”: Twórcy nie zawiedli. Oczekiwania są spełnione

– Na ten film czekałem od dziecka – mówi pułkownik Piotr „Kuman” Iwaszko, dowódca 23. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Mińsku Mazowieckim. Baza ta dziedziczy tradycje kościuszkowskie, w tym Dywizjonu 303.

W stulecie polskiego lotnictwa wojskowego i stulecie brytyjskich sił powietrznych doczekaliśmy się dwóch filmów o najsłynniejszym polskim dywizjonie. Jeden z nich to brytyjsko-polska produkcja w reżyserii Davida Blaira. Być może do powstania tego filmu przyczynił się plebiscyt Muzeum RAF i „The Telegraph” na bohatera wystawy na stulecie RAF w 2018 roku. Wygrał w nim Franciszek Kornicki,żyjący jeszcze  wówczas ostatni dowódca Dywizjonu. Zdobył szesnaście razy więcej głosów niż wszyscy pozostali rywale łącznie. W plebiscycie głosowało wielu Polaków, a jak wiadomo na brytyjskich wyspach mieszka ich nie mało.

W tym też czasie zaczynało już być głośno o polskiej, choć tak naprawdę międzynarodowej produkcji filmu o

Denis Delić/Fot. Daniel Dubicki

Dywizjonie 303, rozpoczętej przez Jacka Samojłowicza. Zaczynało się „jak po gruzach” – problemy z dystrybutorem, dwukrotna zmiana reżysera, niski budżet. A oczekiwania podobnie jak i obawy widzów były duże.

Premiera filmu przesuwana była kilkakrotnie, by zagościć na dużym ekranie z końcem sierpnia 2018 roku. Czy udało się temu wszystkiemu sprostać, ekranizując tę legendarną historię polskich lotników, walczących w Bitwie o Anglię? Pytałam twórców czy są zadowoleni ze swojego dzieła.

– Nie wstydzimy się – jasno stwierdza reżyser filmu Denis Delić – Jesteśmy zadowoleni, że zrobiliśmy ten film.

 

Zadowoleni zdają się być również pierwsi widzowie filmu i to nie byle jacy, bo na premierze pojawili się dowódcy oraz

Płk pil. Piotr Iwaszko/Fot. Luiza Komorowska

piloci polskich baz lotniczych. Film nie zawiódł pułkownika Piotra Iwaszki, chociaż ubolewał, że całkowicie pominięto tzw. szare korzenie lotnictwa, mechaników, którzy swoją pracą niewątpliwie przyczynili się do zwycięstwa. – O nich zapomina się także dzisiaj. (…) Przed projekcją byłem pełen obaw, czy przy takim budżecie da się stworzyć coś, co będzie miało jakąś wartość. Mi i moim kolegom zależy na tym, by to było dobrze zrobione, ponieważ utożsamiamy się z tą historią. (…) Walki powietrzne w większości są dobre – ocenia pułkownik.

 

 

Mjr Mariusz Szymla, instruktor w 41. Bazie Lotnictwa Szkolnego i pilot zespołu akrobacyjnego „Biało – Czerwone Iskry” oraz jego uczniowie również wolą oglądać film okiem widza, gdyż z perspektywy pilota zapewne można dostrzec pewne szczegóły techniczne, takie jak zbyt mocne machanie drążkiem czy szarpanie samolotem. Może też filmowym pilotom brakowało ikry – Mogliby czasem zakląć. Byli zbyt grzeczni – stwierdził major. Jednak moi rozmówcy nie przywiązują do tych szczegółów wielkiej wagi. Ich zdaniem nie to akurat w tym obrazie jest najważniejsze.

 

Artur Borowiec/Fot. Luiza Komorowska

Efekty specjalne i mały budżet – tego wszyscy się baliśmy. Miałam wrażenie, że po projekcji wielu westchnęło z ulgą, bowiem ku miłemu zaskoczeniu okazało się, że mały budżet wcale nie musi oznaczać tandety.  Odpowiedzialny za tę sferę filmu Artur Borowiec nie ukrywa satysfakcji , że jego praca spotkała się z uznaniem, także wśród pilotów. Zdradził, że nad efektami specjalnymi pracowało „trochę więcej niż dwudziestu ludzi”, ale dało się osiągnąć dobry poziom. Cieszy się, że mógł być jednym z twórców tego obrazu filmowego , a przez cały czas produkcji towarzyszyła mu pasja.

 

 

„Dywizjon 303. Prawdziwa historia” w reżyserii Denisa Delića na polskie ekrany wchodzi 31 sierpnia 2018 roku. W głównych rolach Piotr Adamczyk i Maciej Zakościelny oraz brytyjska aktorka Cara Theobold.

Zobacz więcej:

https://wnet.fm/2017/10/05/dywizjon-303-zakonczyly-sie-zdjecia-dlugo-oczekiwanego-filmu-bylismy-planie-rozmawialismy-tworcami/

https://wnet.fm/2017/04/11/film-dywizjon-303-przedstawi-bohaterow-krwi-kosci-pomniki-ze-spizu-dawny-dowodca-dywizjonu-wspoltworzy-film/

https://wnet.fm/2017/03/09/bedziemy-dumni-polskich-lotnikow-rozmowa-jackiem-samojlowiczem-producentem-filmu-dywizjon-303/

https://wnet.fm/2017/07/01/slawny-dywizjon-303-zapomniany-bohater-czyli-historia-ktora-chciala-sie-opowiedziec/

Powrót arcybiskupa / Jak zostawić swojego Bohatera, gdy kolejne miesiące przynoszą nowe informacje i nowych świadków?

Czekali z kartką, żeby podpisał lojalkę. A on – powiada – był tak wykończony, był tak wymęczony, że mówił do siebie tylko jedno „Baraniak, ty się nie możesz ześwinić”. I nie podpisał.

Jolanta Hajdasz

„Nie powinnaś wchodzić kolejny raz do tej samej wody”, czyli nie powinnaś już zajmować się tym tematem. To zdanie wisi nade mną jak przestroga, bo trudno znaleźć wśród filmowców kogoś, kto pochwaliłby pomysł realizacji trzeciego filmu dokumentalnego na ten sam temat przez ten sam zespół twórców w stosunkowo krótkim czasie. Ale jak zostawić Bohatera i jego historię, gdy kolejne miesiące przynoszą nowe informacje i nowych świadków tego, co zaczęliśmy przed laty dokumentować?

Odwagi trochę brakowało, ale gdy z bardzo pewnego źródła otrzymałam dokument, na podstawie którego w 2017 r. wznowiono umorzone przed laty śledztwo w sprawie prześladowania tego, kogo już nie tylko my nazywamy „Żołnierzem Niezłomnym Kościoła”, a prokurator powołał się w nim jedynie na wypowiedzi świadków zarejestrowane przez nas na potrzeby drugiego filmu, wątpliwości prysły. Trzeba robić trzeci film, skoro są nowe materiały, a nawet „nowe okoliczności w sprawie”. Żeby poznać prawdę, trzeba pokazywać bohaterów. Za nami zdjęcia w Rzymie, w Krakowie i Poznaniu. Za nami maleńkie Rościnno i równie mała, choć powszechnie znana w Polsce Komańcza. Z kamerą byliśmy też w Krynicy i w Lesznie. Operator Rafał Jerzak, który w najgorszych nawet warunkach potrafi zrobić przepiękne zdjęcia, Bartosz Żytkowiak, który o rejestracji dźwięku wie chyba wszystko i Marek Domagała, który potrafi nagrywać, montować, dobrać, a nawet skomponować muzykę. Ta sama ekipa od 7 lat. Mamy unikalne materiały filmowe, unikalne fotografie i przede wszystkim nierejestrowane nigdy wcześniej wypowiedzi osób, które Go pamiętają, które nadal tak jak my poszukują o Nim informacji i które chcą się nimi podzielić z innymi. Na pytanie, dlaczego opowiadają to wszystko dopiero teraz, odpowiadają prosto – nikt wcześniej nie chciał tego słuchać.

Scena z filmu „Powrót”. Fot. J. Hajdasz

Arcybiskup Antoni Baraniak to sekretarz prymasa kardynała Augusta Hlonda i dyrektor sekretariatu prymasa kardynała Stefana Wyszyńskiego. Pełnił także funkcję metropolity poznańskiego w latach 1957–77.

Lista Jego zasług i osiągnięć jest naprawdę bardzo długa, ale największym dowodem Jego męstwa i niezłomności jest postawa podczas aresztowania oraz bezlitosnych przesłuchań w więzieniu śledczym na Mokotowie w Warszawie w latach 1953–1955.

Historycy Kościoła są zgodni, że torturami, biciem i głodzeniem śledczy z UB chcieli wymusić na ówczesnym biskupie Antonim Baraniaku zeznania pozwalające na zorganizowanie pokazowego procesu przeciwko internowanemu w tym właśnie czasie kard. Stefanowi Wyszyńskiemu. Aresztowano ich razem, tego samego dnia, a raczej tej samej nocy, z 25 na 26 września 1953 r. w Domu Arcybiskupów Warszawskich przy ul. Miodowej w Warszawie.

W przeciwieństwie do prymasa Stefana Wyszyńskiego, który został „tylko” internowany, jego sekretarz trafił do największej katowni dla więźniów politycznych – więzienia przy ul. Rakowieckiej. Przez analogię do losów tysięcy prześladowanych tam żołnierzy podziemia niepodległościowego w Polsce film o Nim z 2016 roku zatytułowałam „Żołnierz Niezłomny Kościoła”. I tak abp Baraniak stał się żołnierzem, choć nigdy nie nosił munduru. (…)

Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by uzmysłowić sobie, jak wielka byłaby wymowa propagandowa takiego procesu w tamtym czasie. Stąd aresztowanie bpa Baraniaka, stąd Rakowiecka i dążenie wszelkimi stosowanymi tam metodami do tego, by zmusić bpa Baraniaka do współpracy z komunistyczną bezpieką przeciwko Prymasowi. Biskup Antoni Baraniak nie załamał się i wytrzymał aż 27 miesięcy najgorszych stalinowskich tortur stosowanych wobec niego w więzieniu przy ulicy Rakowieckiej. Jestem dziś pewna, że je tam wobec niego stosowano, ponieważ od 7 lat dokumentuję tragiczne i raczej nieznane powszechnej opinii publicznej Jego więzienne losy.

Informacje o nich można dziś uzyskać przede wszystkim od świadków prywatnych wypowiedzi abpa Baraniaka, który sporadycznie mówił o tym kilku osobom w różnych okolicznościach swojego życia. One znalazły się w moich filmach dokumentalnych na ten temat. Pierwszy nosi tytuł „Zapomniane męczeństwo” (premiera w 2012 r.), drugi to „Żołnierz Niezłomny Kościoła” (premiera w 2016 r.). Wraz z profesjonalną ekipą filmową dokonałam tych nagrań w latach 2011–2017.

Obecnie dysponuję świadectwami 37 (trzydziestu siedmiu) osób znających osobiście abpa Antoniego Baraniaka. Wśród nich są przedstawiciele jego rodziny, bliscy współpracownicy oraz osoby, z którymi miał kontakt rzadszy, ale które uważają, iż wywarł na ich życie ogromny wpływ np. ministranci czy wyświęceni przez niego księża.

Z wypowiedzi tych osób możemy próbować odtworzyć to, co abp Baraniak w czasie 27 miesięcy uwięzienia (26.09.1953–29.12.1955 r.) i kolejnych 10 miesięcy internowania (30.12.1955–1.11.1956 r.) przeżył. Pragnę w tym miejscu zaznaczyć, iż to, co bp Antoni Baraniak przeszedł w więzieniu na Rakowieckiej, opisane jest oczywiście w dokumentach Urzędu Bezpieczeństwa, które dziś są w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej. Opublikował je w 2009 r. ówczesny biskup pomocniczy Poznania, Marek Jędraszewski w książce liczącej 580 stron, pt. Teczki na Baraniaka. Ale w dokumentach jest tylko oficjalny zapis tego, co działo się w okresie uwięzienia arcybiskupa. Nie znajdziemy tam opisu tortur, szykan, dręczenia fizycznego i psychicznego człowieka, jakich stosowanie w tamtych czasach w więzieniu przy ul. Rakowieckiej było normą. (…)

Ciemnica w relacji ks. Mariana Banaszaka było to pomieszczenie bez okna, światła i jakichkolwiek urządzeń sanitarnych czy sprzętów typu krzesło czy łóżko. Zamykano tam człowieka na kilka dni nago, bez podania mu jedzenia czy picia. Ks. Banaszak stwierdził w tej audycji radiowej z 1995 r., że abp Baraniak spędził w takiej celi co najmniej 8 dni. Według historyka, ksiądz arcybiskup wspominał, że kiedy go już nie mogli niczym nakłonić do takich zeznań oskarżających prymasa, zastosowano tzw. ciemnicę. Bez żadnej odzieży zamknięto go na kilka dni, chyba osiem, czy nawet więcej, w takiej piwnicy bez okna, bardzo wilgotnej i właśnie kapiąca woda z sufitu, ze ścian i on tam bez jedzenia, bez niczego tam przebywał. I nie załamał się. Dlaczego się nie załamał? On to wyjaśniał w taki bardzo prosty sposób. Mianowicie jakiś czas go trzymano z innymi więźniami. I wtedy któryś z tych więźniów mu powiedział, że ma uważać, bo w życiu każdego więźnia następuje taki moment, kiedy się załamuje psychicznie, po prostu nie znosi tego faktu uwięzienia, dlatego ma się liczyć z tym, że przyjdzie taki moment, kiedy i on gotów się będzie załamać.

Wtedy ksiądz, jeszcze biskup, Baraniak postanowił i odprawił rekolekcje, właśnie z innymi więźniami, a właściwie on je odprawiał, ale na oczach tych więźniów modlił się, klęczał, no i wtedy to uczynił sobie postanowienie takie, że cokolwiek mu się zdarzy, on nigdy nie będzie świadczył przeciwko księdzu prymasowi, no i że gotów jest oddać swoje życie za sprawę Kościoła.

I właśnie na tym rzymskim spotkaniu to podkreślił, że to była dla niego taka największa pomoc i siła. I taki pozostał: niezłomny. (Wypowiedź z audycji Poznańskiego Radia Katolickiego, dziś Radia Emaus w Poznaniu, z 12.08.1995 r., opublikowana także w filmie „Zapomniane męczeństwo” w 2012 r.).

Potwierdzał te relacje także nieżyjący już ks. Henryk Grześkowiak, proboszcz parafii w Radomicku w Wielkopolsce. Rozmawiałam z nim kilka dni przed jego śmiercią w 2010 r. Wtedy jeszcze nie miałam możliwości nagrania jego relacji, ale poznał ją także i przytacza ją w filmie pt. „Żołnierz Niezłomny Kościoła” abp Marek Jędraszewski, który także rozmawiał o tym z ks. Grześkowiakiem. Opowiadał on, że śledczy z UB, chcąc wymusić na abpie Baraniaku zeznania przeciwko prymasowi Wyszyńskiemu, wrzucali go nago do ciemnej celi, w której były fekalia, a one także kapały mu na głowę.

Cela abpa Baraniaka w Muzeum Żołnierzy Wyklętych | Fot. J. Hajdasz

Gdy usłyszałam to od niego po raz pierwszy w 2010 r., nie potrafiłam nawet sobie wyobrazić, jak wygląda taka cela, ale w lipcu 2016 r. zobaczyłam ją na własne oczy w więzieniu przy Rakowieckiej. Ona naprawdę istniała, choć do tej pory była starannie ukryta, tak by nikt się o niej nie dowiedział. Gdy pierwszy raz byłam z kamerą w tym więzieniu w sierpniu 2011 r., wielokrotnie przechodziłam korytarzem w piwnicy obok tych drzwi, za którymi ukryty był ten właśnie karcer „suchy” – ciemnica i karcer „mokry”, ale wtedy nikt z towarzyszących nam pracowników tego Aresztu Śledczego nawet nie wspomniał, że taki karcer w ogóle istniał, drzwi skrywające miejsce, w którym popełniano te tak okrutne zbrodnie wyglądały jak wszystkie inne w tym więzieniu, zwyczajne, metalowe.

To w korytarzyku obok tego karceru strzelano ludziom w tył głowy, a to co zostało na ziemi po roztrzaskanej strzałem głowie, krew i ludzkie szczątki – spłukiwano wodą. Spływała ona właśnie do tego karceru „mokrego”, w którym nie było żadnej kanalizacji ani odpływu. Tam nie było także nawet zwykłego, więziennego wiadra na odchody. Wszystko, co tam spłynęło, zostawało w tej celi. Dlatego więźniowie siedzieli tam cały czas jakby w szambie. Malutkie okienko pod sufitem latem było zawsze zamknięte, więc ludzie dusili się tam z gorąca. Wtedy na głowy kapały im skraplające się wyziewy z tego szamba. (…)

Kolejne świadectwo przekazuje z kolei Barbara Zawieja, córka brata abpa Baraniaka, Ludwika. Według niej biskupa Antoniego Baraniaka poddawano torturze tego rodzaju, że trzymano go nieruchomo pod kapiącą na głowę wodą. Przez pierwsze godziny człowiek nie odczuwa tego specjalnie dotkliwie, jednak po kilku godzinach (dobach?) każde uderzenie takiej kropli wody w to samo miejsce czaszki jest przeżywane jak uderzenie obuchem. W jej opinii śladem po tej torturze było widoczne do końca życia wgłębienie na głowie Arcybiskupa. (…)

Wielokrotnie na pokazach moich filmów w parafiach i w czasie przeglądów tzw. kina niezależnego zadawano mi pytanie, dlaczego historia bohaterskiego biskupa, którego postawa w latach 50. ochroniła Prymasa przed pokazowym procesem, a tym samym uratowała polski Kościół, jest tak mało znana, dlaczego tak mało wiemy i tak mało mówimy o tej niezwykłej postaci?

Na jednym ze spotkań w Warszawie odpowiedział na to pytanie ksiądz, który go znał: Jest tak, bo biskup Baraniak jest dla nas wyrzutem sumienia. Przecież tak niewiele dla niego zrobiono w czasie uwięzienia i internowania. Kościół był jak sparaliżowany pod wpływem wstrząsającego faktu aresztowania Prymasa.

Według mnie innym powodem, dla którego o sprawie tak mało się mówiło, jest zapewne także kontekst polityczny. Ponad 30 funkcjonariuszy UB, którzy wymieniani są w dokumentach zarchiwizowanych w IPN jako ci, którzy zajmowali się abpem Baraniakiem w śledztwie, nigdy nie poniosło za to żadnej odpowiedzialności, pracowali zapewne w wymiarze sprawiedliwości przez wiele lat, a może ich krewni i ich dzieci pracują tam nadal.

Cały artykuł Jolanty Hajdasz pt. „Powrót” znajduje się na s. 1 i 3 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jolanty Hajdasz pt. „Powrót” na s. 1 i 3 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

 

Poranek Wnet z Galerii Kordegarda – 1 sierpnia 2018 r. 74 rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego

Zapraszamy na specjalny Poranek Wnet w którym wspomnimy i oddamy cześć uczestnikom powstania warszawskiego – największego zrywu militarnego w okupowanej przez Niemców Europie.

Goście:

Agnieszka Cubała – pisarka,  autorka książki ” Igrzyska życia i śmierci” o Powstaniu Warszawskim;

Igor Niewiadomski – prawnuk powstańców, bohaterów najnowszej książki Agnieszki Cubały;

Ks. Stanisław Kicman – syn Moniki i Czesława Kicmanów – łączniczki i żołnierza AK;

Tomasz Dobosz – reżyser „Kartki z Powstania”, pierwszego takiego filmu w Polsce;

prof. Rafał Wiśniewski – dyrektor Narodowego Centrum Kultury;

Prof. Marian Marek Drozdowski – historyk;

Leszek Żebrowski – historyk, publicysta;

Małgorzata Brama – reżyser, autorka m.in. filmu o cudzoziemcach w Powstaniu Warszawskim;

Milo Kurtis – multiinstrumentalista, prowadzący “Na początku był Chaos”;

Witold Kieżun – uczestnik Powstania Warszawskiego;


Prowadzenie: Piotr Dmitrowicz

Realizator: Konrad Abramowicz

Wydawca: Jan Brewczyński


Agnieszka Cubała, Igor Niewiadomski, Piotr Dmitrowicz/ fot. Włodzimierz Brewczyński

Część pierwsza:

Odczytanie listy powstańców, którzy zmarli od ostatniej rocznicy powstania. Listę otrzymaliśmy od Związku Powstańców Warszawskich.

Agnieszka Cubała opowiedziała o swojej książce „Igrzyska życia i śmierci”, która opowiada o sportowcach, którzy uczestniczyli w Powstaniu Warszawskim w 1944 roku.

Igor Niewiadomski opowiedział o historii swojej rodziny, o swoich pradziadkach, którzy uczestniczyli w powstaniu warszawskim.

 

Część druga:

Adam Zawadzki opowiedział  jak w Mińsku Mazowieckim planowane są obchody 74 rocznicy powstania warszawskiego.

Ks. Stanisław Kicman opowiedział o swoim wspomnieniu powstania warszawskiego, oraz o książce autorstwa swojej mamy  „Pokonać strach. Niemieckie zbrodnie w relacji naocznego świadka”. Notatka wydawnictwa: Monika Kicman, młoda żona i matka, swoją opowieść wojenną, rozpoczyna od momentu wybuchu II wojny światowej. Wojenna rzeczywistość codziennie przynosiła nowe wyzwania, a jej wszechobecnym towarzyszem był lęk. O siebie i najbliższych. Ale mimo aresztowań, szykan i ulicznych łapanek bohaterowie, podjęli walkę nie tylko o swoje przetrwanie, ale i aktywnie włączyli się do konspiracji.

 

Część trzecia:

Fragment rozmowy Krzysztofa Skowrońskiego z Aliną Janowską.

 

Część czwarta:

Fragment rozmowy z Juliuszem Kuleszą – żołnierzem Armii Krajowej, ostatnim żyjącym obrońcą reduty PWPW.

Leszek Żebrowski / Fot. Konrad Tomaszewski, Radio Wnet

 

Część piąta:

Prof. Marian Marek Drozdowski opowiedział o losach ludności cywilnej podczas powstania warszawskiego. Zdaniem prof. wielu cywilów walczących o Warszawę nie są dziś należycie doceniani. „Cywile są bohaterami, tak samo, jak Ci, którzy walczyli z karabinem z okupantem niemieckim”.

Leszek Żebrowski o niemieckiej oraz sowieckiej propagandzie dotyczącej powstania warszawskiego, oraz o swojej książce „Warszawa ’44. Krew i chwała. Propaganda wokół powstania jako narzędzie dawnej i współczesnej polityki”.

 

Część szósta:

Okulary do oglądania produkcji w technologii wirtualnej rzeczywistości

prof. Rafał Wiśniewski i Tomasz Dobosz opowiedzieli o produkcji filmowej ” Kartka z powstania”. Opis ze strony NCK: Od 1 sierpnia w Kordegardzie, Galerii Narodowego Centrum Kultury można oglądać wstrząsającą „Kartkę z Powstania” Tomasza Dobosza (reżyseria) i Mariusza Laszuka (produkcja) – pierwszy polski pokaz w technologii wirtualnej rzeczywistości, dzięki któremu widzowie poczują się uczestnikami Powstania Warszawskiego.

 

Milo Kurtis I Fot. Radio Wnet

Część siódma:

Małgorzata Brama opowiedziała o swojej produkcji filmowej „Cudzoziemcy w Powstaniu Warszawskim”.  Dokument fabularyzowany przedstawia historię cudzoziemców, którzy wspierali powstańców warszawskich w walce z okupantem niemieckim.

Milo Kurtis opowiedział o tym, jak odbiera obchodzenie powstania warszawskiego przez Polaków. „Warszawiacy wierzyli w zwycięstwo, chcieli wyzwolić Warszawę. Jest to chyba największe święto tego miasta. Zagraniczne telewizje, które często oglądam, transmitują wygląd Warszawy o godz.17 1 sierpnia, ponieważ jest to fenomen na skalę światową”.

Witold Kieżun | Fot. Redakcja Wnet

 

Część ósma:

Prof. Witold Kieżun opowiedział o swoim wspomnieniu powstania warszawskiego. Zdaniem prof. polscy historycy do tej pory nie potrafią udowodnić, jak wielką rolę pełniło powstanie warszawskie w dziejach Polski oraz Europy.