Piotr Witt: prof. Didier Raoult nieprzestraszony szykanami wciąż uparcie głosi zbawienność terapii hydroksychlorochiną

Korespondent Radia WNET z Francji o kataklizmie burz, wyborach do rad regionu i walce z prof. Didier Raoultem.

Po kataklizmie upałów w naszym klimacie umiarkowanym nastąpił kataklizm burz i deszczów.

Piotr Witt informuje, że w regionie paryskim spadło w ciągu 24 godzin więcej wody niż kiedy indziej przez dwa miesiące. W poniedziałek w Beauvais prąd wody porwał 17-latka. W takich warunkach odbyły się wybory do rad regionu.

Nigdy dotąd nie odnotowano większego rozczarowania polityką.

Korespondent Radia WNET z Francji wskazuje, że 10 proc. poparcia uzyskała partia prezydencka. W wyborach regionalnych wygrali głównie kandydaci Frontu Narodowego Marine Le Pen i politycy Republikanów.

Do załatwienia jest wciąż prof. Didier Raoult, który nieprzestraszony szykanami […] wciąż uparcie głosi zbawienność terapii hydroksychlorochiny z azytromecyną przeciwko Covid-19.

Upór marsylskiego lekarza przyniósł, jak mówi Witt, miliardowe straty producentom leków i szczepionek. Dziennik „Liberation” zarzuca uczonemu „kryminalizację debaty naukowej”.

Liberation zależy od spółki Altice, a Altice to pan Patrick Drahi, który zależy od BlackRock.

Wartość amerykańskiego funduszu szacowana jest na 5,2 bln dolarów. Piotr Witt porównuje ze sobą Redemsivir z hydroksychlorochiną. Porównanie to wypada na korzyść tej ostatniej, która jednak w przeciwieństwie do Redemsiviru nie jest dopuszczona do użytku w UE.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.P.

Siarkowska o wolności słowa w dobie pandemii: Debata publiczna staje się bardzo jednowymiarowa

Jak komentuje posłanka PiS: „Ogranicza się bardzo mocno drugą stronę sporu przez co uniemożliwia się wspólne dochodzenie do prawdy, co jest warunkiem państwa demokratycznego”. 

W najnowszym „Kurierze w Samo Południe” gości posłanka PiS i przewodnicząca Parlamentarnego Zespołu ds. Sanitaryzmu, Anna Siarkowska. Polityk mówi o utworzonej w ubiegłym miesiącu nowej parlamentarnej komórce, a także wyjaśnia termin sanitaryzm:

Sanitaryzmem nazywam doktrynę polityczną, która się ukształtowała. W ramach niej, najważniejszym zagrożeniem dla bezpieczeństwa człowieka jest epidemia i walce z nią należy podporządkować wszystko, życie polityczne, społeczne, gospodarcze, a nawet religijne i prywatne – komentuje posłanka.

Anna Siarkowska przybliża czego dotyczyło ostatnie posiedzenie nowego zespołu parlamentarnego. Wskazuje również na co zwracali uwagę goście specjalni zebrania:

Posiedzenie Zespołu Parlamentarnego ds. Sanitaryzmu dotyczyło właśnie wolności słowa i wolności debaty naukowej. Nasi goście, wśród których był m.in. redaktor Pospieszalski czy dr Paweł Basiukiewicz zwracali uwagę, że obecnie ta wolność słowa jest bardzo mocno ograniczana – wspomina Anna Siarkowska.

Ponadto, rozmówczyni Adriana Kowarzyka o sytuacji naruszeń zasady wolności słowa w dobie pandemii koronawirusa. Posłanka podaje przykłady blokad kont w mediach społecznościowych i znikających z publicznych telewizji programów publicystycznych:

Konta w serwisach społecznościowych są blokowane w sytuacji kiedy ich użytkownicy publikują treści, które nie są zgodne z ogólnie przyjętą strategia walki z pandemią. Takie programy publicystyczne jak „Warto rozmawiać” znikają z publicznej anteny – relacjonuje Anna Siarkowska.

Co więcej, zdaniem posłanki skutkuje to ograniczeniem debaty publicznej, co godzi w ideę państwa demokratycznego:

Debata publiczna staje się bardzo jednowymiarowa. Ogranicza się bardzo mocno drugą stronę sporu przez co uniemożliwia się wspólne dochodzenie do prawdy, co jest warunkiem państwa demokratycznego – mówi Anna Siarkowska.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy!

N.N.

Artur Dziambor: ustawa o zakazie segregacji medycznej jest po to, byśmy mogli normalnie żyć

Wyjście z covidowej psychozy i segregacji sanitarnej. Poseł Konfederacji o prywatności danych medycznych i tym, czy się zaszczepi oraz o inflacji i meczu ze Szwecją.


Artur Dziambor deklaruje, że jeszcze się nie zaszczepił, ale zrobi to. Wyjaśnia, że jako ozdrowieniec nie musi się spieszyć. Zauważa, że są kraje, które zakazują stosowania segregacji sanitarnej. Stwierdza, że jego zdaniem.

Jeżeli prowadzę biznes i nie chcę kogoś obsłużyć, to mogę tego nie zrobić.

Poseł Konfederacji wyraża swój sprzeciw wobec rządowych ograniczeń nakładanych na obywateli.

Wyszło mi na to, że jestem spokojnie odporny, ale wciąż muszę się wygłupiać w maseczkozę.

Podkreśla, że nie powinno być tak, że uzależnia się usługę od zaszczepienia się.

Co innego nie obsługiwać kogoś, kogo nie lubię, a co innego nie wpuszczać bez okazania zaświadczenia szczepienia.

Podkreśla, że o danych medycznych się nie rozmawia.

Wiceprezes partii KORWiN mówi, że się zaszczepi podkreślając, iż jest to jego prywatna sprawa. Dodaje, że męczy go tresura społeczeństwa.  Odnosi się także do propozycji gospodarczych PiS.

Polityk wyraża nadzieję, że Polska wygra ze Szwecją.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.P.

Czy Covid-19 został stworzony przez człowieka? Gadowski: Na dziewięćdziesiąt procent możemy powiedzieć, że tak było

Po ucieczce wiceministra spraw wewnętrznych Chin, mogę wam powiedzieć nie tylko, że wirus został stworzony przez człowieka, ale także został stworzony w bardzo określonym celu – mówi Witold Gadowski.

W najnowszym „Kurierze w Samo Południe” Witold Gadowski mówi o teoriach na temat pochodzenia koronawirusa. Rozmówca Adriana Kowarzyka przychyla się do poglądu, zgodnie z którym wirus miał być stworzony ręką człowieka:

Dziś na dziewięćdziesiąt procent możemy powiedzieć, że tak było – komentuje Witold Gadowski.

Rozmówca Adriana Kowarzyka swoje przekonania opiera na niezależnych badaniach, z których wnioski przywołuje na antenie. Jak twierdzi Witold Gadowski, wyniki analiz wykazały, że wirus Covid-19 został stworzony w warunkach laboratoryjnych:

Badania naukowców, którzy rozbijają na czynniki pierwsze SARS-CoV-2 mówią o tym, że nie istnieje w przyrodzie naturalna sekwencja czterech aminokwasów, które byłyby dodatnio naładowane. Niezależne badania innych naukowców potwierdzają sztucznie wbudowany genotyp wirusa, mechanizm „geno function”, o którym mówiłem już na wiosnę zeszłego roku. Wiedziałem o nim z laboratorium z Kalifornii, gdzie pracują moi przyjaciele.

Publicysta wzbogaca swój wywód o przywołanie ostatnich wydarzeń politycznych, które jego zdaniem również wskazują na słuszność teorii głoszącej laboratoryjne pochodzenie koronawirusa. Witold Gadowski odnosi się do ​pogłosek, które ukazały się na antykomunistycznych chińskich blogach oraz na Twitterze. Według nich, wiceminister bezpieczeństwa państwowego Chin Dong Jingwei w lutym uciekł do USA razem ze swoją córką. Zgodnie z doniesieniami miał on przekazać Amerykanom informację o laboratorium w Wuhan, która miała być źródłem zmiany podejścia administracji Joe Bidena do badania przyczyn pandemii:

Wtedy wszyscy pukali się w głowę i mówili, że to nieprawdopodobne. Dziś, po ucieczce Dong Jingweia, wiceministra spraw wewnętrznych Chin (…), mogę wam powiedzieć nie tylko, że wirus został stworzony przez człowieka, ale także został stworzony w bardzo określonym celu.

Zapraszamy do wysłuchania całej audycji!

N.N.

Kryzys pandemiczny: jak nas kształtuje dyktat współczesnego państwa? / Dariusz Brożyniak, „Śląski Kurier WNET” 84/2021

W czasie neomarksistowskiego „marszu przez instytucje” wytworzył się niebezpieczny precedens zaskakującej łatwości „wyłączenia” wszystkich demokratycznych, czyli społecznych mechanizmów kontrolnych.

Dariusz Brożyniak

DYKTA-tura

Ten tytułowy i gorzki dowcip krążący po Krakowie, w klimacie mrożkowego paradoksu, opisuje dość celnie nie tylko rodzimą atmosferę, lecz staje się z miesiąca na miesiąc uniwersalną konstatacją wobec szczególnie ponurej pandemicznej rzeczywistości współczesnego świata. Z jednej strony jesteśmy dotknięci czymś, co nas przeraża swymi skutkami bezpośrednimi, szczególnie statystykami śmierci. Chciałoby się wierzyć w wyjątkowo zjadliwą sezonową grypę, która nie „odpuszcza”, lecz nieznana dotąd i wręcz niewyobrażalna zapaść służb zdrowia niweczy takie nadzieje

Znaleźliśmy się w niewątpliwym globalnym kryzysie, na skalę niespotykaną dotąd poza światowymi wojnami. Zgodnie z procedurą postępowania w okolicznościach nadzwyczajnych, zostaliśmy natychmiast poddani bezwzględnej dyktaturze rozporządzeń, dekretów, zakazów, ograniczeń, z godziną policyjną włącznie.

Najczęściej jednak pozaprawnie, bez ogłaszania stanu wyjątkowego. Świat przecież pozostał jaki był, nic nie obraca się na naszych oczach w ruinę, jest prąd i woda, pełne sklepy, jeżdżą samochody i publiczna komunikacja. Tylko szkoły i kościoły puste. Te przecież „przygarniały” nawet pod bombami. Przez pięć lat ostatniej wojny młodzież zdawała matury, kończyła studia i to bez żadnej taryfy ulgowej (było nawet ostrzej), by być tym bardziej jak najlepiej przygotowanym do wydźwignięcia się po straconych latach.

Zewnętrzny dyktat sięgnął jednak głęboko po nasze dusze, serca i wszelkie uczucia, tak fundamentalnego instynktu, jak i wyższego rzędu przynależnego homo sapiens. Nie wolno było pod żadnym pozorem nawet spojrzeć w umierające oczy najdroższej nam osoby, o serdecznym i wspierającym trzymaniu ukochanej ręki przy przejściu na „drugą stronę” już nie wspominając. Obrazy całkowicie przedmiotowego traktowania istoty ludzkiej, wożenia dziesiątkami kilometrów, niewpuszczania do szpitali, pozostawiania sam na sam ze śmiercią na trotuarach czy w kabinach samochodów pozostaną długo w pamięci, podobnie jak drastyczne zdjęcia dokumentujące skutki rzeczywistości koncentracyjnych obozów. Znacznie gorsza jednak będzie pozostała psychologiczna „blizna”, efekt odczłowieczającego znieczulenia na czyjś dramat i cierpienie, egoistyczna ulga własnego „wywinięcia” się z opresji.

W czasie neomarksistowskiego „marszu przez instytucje” wytworzył się niebezpieczny precedens zaskakującej łatwości „wyłączenia” wszystkich demokratycznych, czyli społecznych mechanizmów kontrolnych. Dobrze nie było już długo przed pandemią, lecz teraz pokusa budowy państw z „dykty”, a więc tworzenia wyłącznie fasady i dekoracji, za którą można ukryć wszelkie rzeczywiste procesy, stała się jak nigdy dotąd realna i łatwa. Kruszenie fundamentów ugruntowanej demokracji jest o wiele wolniejsze, trudniejsze i wymaga zdecydowanie więcej nakładów finansowych, środków i w końcu brutalności policji.

Społeczeństwom sytym dobrobytem, a więc od dziesięcioleci odwykłym od protestów i buntów, w pierwszym rzędzie zakwestionowano ufundowany na fundamencie religijnym system wartości, pogrążając je w moralnym chaosie relatywizmu i spychając w konsumpcyjny egoizm.

Kusząc mirażem łatwości życia za pomocą wyrafinowanych technicznych gadżetów, niszczy się wyjątkowo skutecznie więzi międzyludzkiej solidarności, gotowość do wyrzeczeń czy poświęcenie dla kogoś lub czegoś.

Ma być po huxleyowsku wyłącznie wygodnie i przyjemnie, z eutanazją ludzi uciążliwych, a więc starych i chorych, szczególnie na północy, w kulturach celtyckich. Rezultatem jest postępujący brak rodziny i trwałych związków, brak dzieci zastępowany wręcz plagą hodowli domowych zwierząt/ulubieńców czy narastający odsetek dewiacji seksualnych, daleko odbiegający od naturalnego marginesu.

Powstaje od dziesięcioleci skrajnie niebezpieczne zjawisko niechęci do fizycznie ciężkiej, wymagającej lub niewdzięcznej pracy. Stały, sprawiający wrażenie celowego proces obniżania poziomu wykształcenia i kwalifikacji klasy średniej czy najniższej prowadzi do wyręczania się możliwie jak najmniej płatną pracą najsłabszych (także prawnie), a więc głównie obcych.

Wiedeńscy restauratorzy zagrozili właśnie (po półtorarocznej przerwie!) dalszym zamknięciem lokali, jeśli otrzymają zezwolenie jedynie na ogródki na wolnym powietrzu. Pracy nie będą mieli najwyżej głównie muzułmańscy najemnicy. Właściciele siedzą jeszcze ciągle mocno na swych uciułanych zasobach i już zapowiadają windowanie cen po przywróceniu działalności. To doprowadziło do niespotykanej od wielu stuleci inwazji islamu, niezwykle witalnego swym jeszcze anachronicznym systemem wartości i religijnym fundamentalizmem, szczególnie w konfrontacji ze sztucznie „zmodernizowanym” człowiekiem Północy czy Zachodu.

Zjawiskiem społecznie za to całkowicie nowym i dotąd nieznanym w Europie jest ekspansja mrówczo pracowitej i cierpliwej „Azji”, co wieszczyło już wiele poprzednich pokoleń, przepowiadając, że „żółta rasa” zaleje świat.

W krajach o ugruntowanej demokracji, gdzie w czasach jeszcze „normalnych” powstawały samokontrolujące się nad wyraz efektywnie społeczeństwa obywatelskie, działają jeszcze hamulce cywilizacyjne. Jednak – by posłużyć się „atomistycznym” porównaniem – następuje coraz gwałtowniejsze „rozszczepianie” się społeczeństw i może wystąpić w nieodległej przyszłości łańcuchowa reakcja prowadząca do niekontrolowanego wybuchu. Sytuacja pandemii stała się swoistym „sprawdzam” opatrzności. Zasłony opadły, ukazując cały fałsz coraz bardziej fasadowej demokracji, rozmiar zaniedbań i niewiarygodny zasięg niemożności i niekompetencji. Nie pozostawało już nic innego, jak co chwilę przepraszać, co w ustach na ogół zadufanych w sobie polityków nieczęsto się zdarza.

W państwach z „dykty”, silnych jeszcze głównie wobec słabych, bandyci zastrzelili właśnie, brutalnie i otwarcie, policjantów (w Polsce i Francji); Marsylia od kilku dekad rządzi się, tak jak i coraz więcej dzielnic Paryża, prawem szariatu. Czechy i Polskę zalewa azjatycka mafia, kontrolując zarówno oficjalny handel, jak i przestępczy półświatek.

W Wiedniu, przy cichej przychylności pewnych środowisk miejscowych, dojrzewa koncepcja „odczarowania” i turystycznego skomercjalizowania, właśnie przez Azjatów (którzy opanowali już kilka znanych austriackich centrów turystycznych, jak znajdujące się na liście UNESCO Hallstatt), „altany Hitlera” – balkonu zamkniętego od końca wojny na cztery spusty, z którego to Adolf Hitler ogłosił w 1938 roku Anschluss Austrii.

W Niemczech i Austrii narasta ksenofobia i nienawiść do obcych. Meksykańska doktorantka uniwersytetu w Linzu została wyrzucona z biura urzędu na korytarz brutalnym „rauss!”, kiedy przysiadła w pokoju urzędnika na krześle przy stoliku, by wypełnić formularz wymagany do przedłużenia zezwolenia na naukowy pobyt. Wyłącznie emocjami rasizmu będą się kierowały wyrostki z marginesu, które, korzystając z pandemicznych regulacji, pozostają już drugi rok szkolny poza wszelkim systemem edukacyjnym.

Brak jakichkolwiek kwalifikacji spowoduje ich naturalne wyłączenie z rynku pracy, przy wygórowanych potrzebach na telefony, używki i męskie atrakcje, najchętniej na egzotycznych wyspach, z partnerkami nastawionymi także wyłącznie konsumpcyjnie (bez mała 400 samolotów wiozło Niemców w wielkanocny weekend, w szczycie III fali pandemii (!), na Teneryfę).

Tego rodzaju element w wyniku kryzysu lat 30. zasilił już raz wyborców tegoż Adolfa Hitlera, by w następstwie stać się później siłą główną najbardziej zbrodniczych i zwyrodniałych jednostek SA i SS.

W świecie germańskim grozi to nawrotem zmutowanego narodowego socjalizmu, a na wschodzie – równie totalitarnego komunistycznego nacjonalizmu.

W tym wszystkim świat islamu coraz odważniej głosi hasła obowiązku zniszczenia moralnie zgniłego świata niewiernych, a postępujący nieprzerwanie instytucjonalny neomarksizm kulturowy (na formularzu wymaganym przy szczepieniu na covid-19 austriackie ministerstwo zdrowia wyszczególniło aż pięć płci!) niemal codziennie dostarcza na to kolejnych argumentów.

Podczas gdy fasada z „dykty” państw rozwiniętych posadowiona została jednak na solidnym finansowym fundamencie i tradycji nieskażonej dziesięcioleciami, przynajmniej sowieckiego, komunizmu, to polska „dykta-tura” urosła na „kupie kamieni”, że posłużę się terminem ukutym przez „nuworyszy” współczesnych elit. Tenże fakt z chwilą wybuchu pandemii odsłonił całą dramatyczną prawdę z tragicznymi konsekwencjami śmierci blisko stu tysięcy Polaków, i to w większości nie na covid-19. Lejąca się z telewizora propaganda potraktowała rzecz całą jedynie ze statystycznym ubolewaniem, a więc znów po sowiecku. Jednocześnie złodzieje wszelkiej maści (na tzw. Zachodzie zresztą też!) zarobili na covidowych dostawach krocie, robiąc interes życia.

Przykro jest patrzeć na te wszystkie szmatki oblekające polskie twarze, gdzie maksymalnym wymogiem jest maseczka chirurgiczna, przez którą wirus przechodzi jak pchła przez metalową siatkę ogrodzeniową.

Jedynie VIP-y, i to najwyższego szczebla, są wyposażani na zagraniczne występy w maski FFP2, od miesięcy obowiązkowe na zachód od Odry. O sieciach punktów (w aptekach, domach kultury i gdzie tylko) szybkich i darmowych testów antygenowych, wykonywanych przez wojsko i sanitarny wolontariat, nie przyśniło się żadnemu polskiemu ministrowi zdrowia, nie zmieściło się w horyzoncie wyobraźni. Za to zmieściło się jak najbardziej utrzymywanie przez półtora roku masek na wolnym powietrzu.

Setki godzin propagandowego „młotkowania” nie wykształcą odpowiedzialnego społeczeństwa obywatelskiego, demoralizowanego na dodatek absurdalnymi decyzjami. Wykształcą wyborcę „za pieniądze”, który tłumnie pojedzie na Mazury przy powszechnie zamkniętych toaletach, czy do Zakopanego, aby za wszelką cenę użyć. Tę cenę zapłacili swym życiem najsłabsi, a państwo z „dykty” nie zrobiło nic, by temu zapobiec.

Rozrywkowe „podziemie” dyskotek dla setek osób z wejściówką przysyłaną esemesem czy hasłem „strajku przedsiębiorców” etc., jak i turystycznych kwater, jest tajemnicą poliszynela. Wyuzdany, wulgarny i publicznie przestępczy wobec pandemicznych obostrzeń tzw. strajk kobiet, posługujący się co najmniej zastanawiającą symboliką, traktowany jest z dziwną wyrozumiałością, jeśli nie nawet z atencją.

Obniżony do granic śmieszności poziom tegorocznej matury, z wyjątkiem opcji zagranicznej (sic!), to nadal pomysł rodzimej „dykta-tury” na Polaka-„białego Murzyna” dla obcych.

Nieprzerwany proces wyludniania się Polski jakoś od 30. już lat nie spędza nikomu snu z powiek (podobnie zresztą jak i we wszystkich krajach postkomunistycznych). Ostatnimi, którzy się tego obawiali, byli komuniści, a ostatnim, który wyrzucił z Polski ponad milion młodych, zdolnych ludzi – komunistyczny kacyk Jaruzelski. Najnowszy polityczny sojusz z sowieckimi jeszcze, a na pewno postsowieckimi komunistami, mówi wiele o „patriotycznej” opcji. Walka o Polskę, jak widać, nie zna ceny. Pytanie tylko, o jaką Polskę i dla kogo?

Artykuł Dariusza Brożyniaka pt. „Dykta-tura” znajduje się na s. 2 czerwcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 84/2021.

 


  • Czerwcowy numer „Kuriera WNET” (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Dariusza Brożyniaka pt. „Dykta-tura” na s. 2 czerwcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 84/2021

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Polska jednym z liderów produkcji amfetaminy w Europie. Produkujemy też nowe substancje psychoaktywne

Polska jest jednym z europejskich liderów w produkcji amfetaminy. Co więcej, należymy do pierwszej dziesiątki państw, w których jest ona najbardziej rozpowszechniona.

Zarówno pod względem produkcji jak i popytu na amfetaminę, Polska znajduje się w europejskiej czołówce. A jak narkotykowy rynek miał się w dobie pandemii? Według „Dziennika Gazety Prawnej” rynek tego narkotyku wykazał się dużą odpornością. Zgodnie z informacją DGP:

Amfetamina najczęściej jest produkowana głównie tam, gdzie jest jej największa konsumpcja. Z raportu unijnej agendy antynarkotykowej wynika, że są to Holandia, Belgia i Polska – czytamy w dzienniku.

W raporcie, o którym mowa analizowano dane z 29 państw, nie tylko unijnych. Znalazły się w nim również dane z Norwegii i Turcji. Jak podaje „Dziennik Gazeta Prawna” Polska, mimo niechlubnego przodownictwa pod względem produkcji amfetaminy, przodujemy również w kwestii konfiskat nielegalnych substancji:

Polska wyróżnia się na tle innych krajów pod względem liczby konfiskat narkotyków. Jak podkreślają autorzy raportu, w 2019 r. w państwach członkowskich UE przeprowadzono ich 34 tys. W sumie odebrano aż 17 ton. To dużo, wobec 8 ton w 2018 r. Ostatnie dane z Polski mówią o 1,7 ton, z Belgii o 1 tonie.

Jak wspomina gazeta, eksperci podkreślają, że poza zagrożeń zdrowotnymi wynikającymi ze spożycia amfetaminy, lokalna produkcja narkotyku stanowi duże wyzwanie dla organów ścigania. Chodzi przede wszystkim o domowe laboratoria produkcyjne, w których olej bazowy amfetaminy przetwarzano na proszek. Takich miejsc w 2019 r. w Niemczech zlikwidowano aż 15, a w Polsce cztery.

Autorzy unijnego raportu wskazują, że w Polsce produkuje się również nowe substancje psychoaktywne.

Popularność amfetaminy w Polsce dobrze ilustrują również dane z wniosków o leczenie uzależnień. Aż jedna trzecia z nich stanowiła zgłoszenie o leczenie uzależnienia od amfetaminy. Jest to niepokojące, ponieważ w Unii uzależnienie od amfetaminy to zaledwie 7 procent wszystkich uzależnień od substancji psychoaktywnych. Z kolei na drugim miejscu powodów zgłoszenia na terapię odwykową są konopie indyjskie (32 proc.), co już bardziej koresponduje z europejskimi normami (36 proc.).

Pozytywną informację stanowi jednak fakt, że – jak podkreślają eksperci z Krajowego Biura ds. Przeciwdziałania Narkomanii – według krajowych raportów w 2015 r. nastąpiło odwrócenie trendu wzrostowego w używaniu narkotyków przez osoby dorosłe, a w 2019 r. nastąpił spadek ich stosowania wśród młodzieży.

Jeżeli zaś chodzi o narkotykowy rynek w czasie pandemii Covid-19 to – jak wskazuje Artur Malczewski, kierownik Centrum Informacji o Narkotykach i Narkomanii w Krajowym Biurze ds. Przeciwdziałania Narkomanii – okazał się on odporny na pandemiczne przeciwności:

Rynek okazał się odporny na pandemię. Nie przerwała ona łańcuchów dostaw, produkcja nie została zachwiana. Co więcej, jak potwierdza europejski raport, rynek z powodzeniem przeniósł się do sieci – komentuje Artur Malczewski.

N.N.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Dlaczego w Polsce nie miałoby być ani jednej prorządowej gazety? / Jan Martini, „Wielkopolski Kurier WNET” nr 84/2021

Trzymam kciuki za obecny rząd, sądzę, że na sytuację w kraju wpływają wywiady państw wrogich i zaprzyjaźnionych, oglądam TVP Info, podczytuję „Gazetę Polską” i jestem notorycznym heteroseksualistą.

Jan Martini

Kupuję u Obajtka

Trzymam kciuki za obecny rząd, mam spore zaufanie do Kaczyńskiego, wierzę w skuteczność szczepionek i konieczność przystąpienia do Funduszu Odbudowy, sądzę, że na sytuację w kraju wpływają wywiady państw wrogich i zaprzyjaźnionych, oglądam TVP Info, ukradkiem podczytuję „Gazetę Polską” i jestem notorycznym heteroseksualistą.

Jest to zestaw poglądów niepoprawnych politycznie, z którymi lepiej się nie afiszować w dobrym towarzystwie i to zarówno prawicowo-konserwatywnym, jak i lewicowo-postępowym. Jednak poglądy te nie są pozbawione racjonalnych podstaw, co spróbuję uzasadnić.

Podczas urządzania Europy po okresie napoleońskim na kongresie wiedeńskim (1815) najtrudniejszą częścią rokowań była „kwestia polska”. Nie inaczej było w Wersalu i Jałcie. Można przypuszczać, że także na konferencji w Reykjaviku w 1986 r. mogło być podobnie. Oficjalnie prezydent Reagan z sekretarzem Gorbaczowem prowadzili rokowania rozbrojeniowe, ale konferencja miała też swoją część tajną, o której niewiele wiadomo, ale trudno sobie wyobrazić, by nie omawiano tam spraw związanych z Polską. Jedno jest pewne – nie było żadnego powodu, aby po „upadku komunizmu” ofiarować nam niepodległość za friko. Natomiast były powody do utworzenia z Polski strefy buforowej o skromnym zakresie podmiotowości, którego to statusu musiałyby doglądać wspólnie wszystkie zainteresowane strony (a było ich co najmniej trzy).

Wiadomo, że główny architekt „odprężenia”, Henry Kissinger, uważał, że to zjednoczone Niemcy powinny zagospodarować tę część Europy, którą formalnie opuścili Rosjanie, zostawiając jednak swoje „zasoby kadrowe”.

Wygląda na to, że Amerykanie reprezentację swoich interesów z przyczyn praktycznych powierzyli w znacznym stopniu lokalnym mniejszościom żydowskim, do których mieli sympatię i zaufanie.

Myślę, że ustalenia lat 1985–1987 zostały zakomunikowane nam w formie rokowań „okrągłego stołu”. To jest tylko moja prywatna teoria spiskowa, ale sądzę, że w tajnych rokowaniach mogły zostać ustalone takie szczegóły jak status rosyjskich baz wojskowych w Polsce (proponowano „eksterytorialne centra współpracy gospodarczej polsko-rosyjskiej”), gwarancje „braku represji” dla komunistów i związane z tym utrzymanie ciągłości kadrowej w sądownictwie, „przewerbowanie na stronę amerykańską” SB (po kosmetycznej weryfikacji i zmianie nazwy), pozostawienie bez zmian WSI – filii sowieckiego GRU – służby, która tylko w Polsce i Rumunii nadzorowała proces „budowy demokracji” („pierestrojkę” w innych krajach prowadziły służby cywilne).

Jednak najbardziej degradującym państwo działaniem była likwidacja znacznej części przemysłu i wielka redukcja sił zbrojnych. Projektanci przemian ustrojowych w Polsce zdawali sobie sprawę, że Polacy nigdy nie zaakceptują statusu „strefy buforowej” ani jakiegoś „zarządu powierniczego”, który proponował George Soros, dlatego ważna była propagandowa otoczka „transformacji ustrojowej”. Najpierw jedna blondynka oznajmiła, że „skończył się komunizm”, następnie zdolni publicyści skutecznie wmówili nam, że teraz jest „wolna Polska”. Te słowa były odmieniane przez wszystkie przypadki jako opis sytuacji po 1989 r., co starszym z nas przypominało znaną z PRL u „Polskę wyzwoloną”. Wielu z nas, zbyt dosłownie traktując tę „wolność”, dziwiło się, dlaczego rząd nie wyrzuci bezczelnego ambasadora, dlaczego ulegamy naciskom itp. Problem w tym, że oni na nas mają „lewarowanie” (kij), a my na nich nie.

Dr Jerzy Targalski pisał: „Uleganie naciskom wynika z wielu czynników – ze słabości własnego państwa, jego powiązań gospodarczych i sojuszniczych, szukania przez znaczą część obywateli poparcia przeciwko własnemu rządowi we wrogich państwach, degeneracji własnej klasy politycznej – a nie tylko z jakości rządzących”.

Poza Targalskim, który przeanalizował przebieg „pierestrojki” w krajach bloku komunistycznego, historycy wielkim łukiem omijają przemiany 1989 r., obawiając się, że przypadkowe odkrycie może narazić na szwank ich karierę akademicką. Ludziom interesującym się polityką pozostaje intuicja i kojarzenie coraz liczniej pojawiających się faktów. Jarosław Kaczyński jako „insider” w procesie przemian zna tych faktów znacznie więcej niż my, ale i on nie zna tajemnic ustaleń międzynarodowych. Na tle innych polityków wyróżnia się trafnością diagnozy i zdolnością do skutecznego działania. Wiedzą o tym wrogowie Polski, bo tylko jego próbowano fizycznie wyeliminować.

Po doświadczeniu z Wałęsą mamy ograniczone zaufanie do przywódców politycznych. Jednak są twarde dowody, że Kaczyński jest politykiem samodzielnym, a nie narzędziem w ręku sił zewnętrznych. Pisałem już na łamach „Kuriera WNET”, że tylko partia Porozumienie Centrum Kaczyńskiego NIE była kontrolowana przez służby w trakcie „budowania sceny politycznej” III RP. Ryszard Opara – człowiek kojarzony z „wojskówką”, a więc dobrze zorientowany, powiedział mi osobiście, że „PiS to dziady” (w przeciwieństwie do innych partii mających do dyspozycji ogromne kapitały). Najlepszym dowodem jednak, że PiS nie jest partyjną ekspozyturą wrogów Polski, jest huraganowy atak mediów krajowych i zagranicznych. Trwa on od początku istnienia partii Kaczyńskiego do dziś.

Otwarte zakwestionowanie przez Kaczyńskiego ustaleń okragłostołowych mogłoby zrujnować dzieło życia Henry’ego Kissingera i Zbigniewa Brzezińskiego, którzy od dziesięcioleci pracowali nad neutralizacją i „ucywilizowaniem” Rosji. Istniała obawa, że Polska pod rządami „nacjonalistów” zaburzy z trudem uzyskany ład europejski i stanie się zarzewiem nowej zimnej wojny. Dlatego Brzeziński do samej śmierci pienił się z wściekłości na PiS i Kaczyńskiego, a także domagał się, aby zaprzestać drążenia „sprawy smoleńskiej” (naciski amerykańskie widać i dziś choćby w kłopotach Ewy Stankiewicz z publikacją swojego filmu).

„Wolna Polska” w założeniu architektów „ładu pojałtańskiego” miała być kontrolowana przez konsorcjum wywiadów pilnujących swoich interesów w ramach wzajemnego porozumienia. Każda z „zainteresowanych stron” starała się nadzorować życie polityczne i gospodarcze kraju poprzez swoje „zasoby” – media, partie, organizacje „pożytku publicznego” czy polityków.

Pojawienie się znaczącej siły politycznej starającej się o poszerzenie podmiotowości Polski spowodowało zaniepokojenie i zmobilizowało do działania „aliantów”. Po wygraniu przez PiS wyborów w 2005 r. wydawało się oczywistością, że powstanie koalicja 2 partii o rodowodzie solidarnościowym – POPIS. Niestety ludzie dysponujący Donaldem Tuskiem wysunęli zaporowe warunki – zażądano, by wszystkie kluczowe resorty powierzono politykom PO, gdyż „PiS nie zna się na gospodarce”. Także partia będąca odwiecznym koalicjantem praktycznie wszystkich rządów od 1947 r. (wtedy jako ZSL) nie zniżyła się do koalicji z „nacjonalistami”. Rozpoczęła się budowa „kordonu sanitarnego” wokół partii Kaczyńskiego, mówiono, że PiS „nie ma zdolności koalicyjnych”. Gdy rozwiązanie „kwestii polskiej” wziął w swoje ręce Wł. Putin, nastąpił „złoty wiek” przyjaźni Polski z całą „wspólnotą międzynarodową”, a zwłaszcza z sąsiadami (i krajami bardziej odległymi) – czas niepodzielnej władzy koalicji PO/PSL.

Media światowe zachwycały się polskimi mężami stanu – Tuskiem i Komorowskim, zwłaszcza że zobowiązali się oni do spłaty roszczeń Światowej Organizacji Restytucji Mienia Żydowskiego. Jak ujawnił WikiLeaks, w tym celu nasi przywódcy zamierzali sprzedać polskie lasy.

Jednak władza w Polsce zmieniła się, a Jarosław Kaczyński oświadczył „tym, co myślą, że coś im się od Polski należy za II wojnę światową”, że dopóki on ma wpływ na sytuację, Polska nie będzie nic płacić. Sprawa z pewnością powróci, bo Żydzi mający długą, 4 tys. lat liczącą historię, mogą poczekać na korzystną konstelację władzy w Polsce (jak w Serbii, która zgodziła się płacić „po dobroci”). Aby nie czekać jednak zbyt długo, środowiska żydowskie popychają koło historii za pomocą swoich możliwości „lewarowania” międzynarodowego i oddziaływania na opinię publiczną w Polsce przez nieprzejednaną krytykę rządów PiS.

Mniejszość żydowska w przedwojennej Polsce, choć licząca ponad 3 mln i mająca swoje Żydowskie Koło Poselskie, miała mały wpływ na politykę państwa. Sytuacja diametralnie zmieniła się po II wojnie światowej, gdy znacznie mniejsza ilość ocalałych Żydów uzyskała wielkie znaczenie w pokonanym kraju. W powojennej Polsce Rosjanie, wprowadzając komunizm, wykorzystywali innowacyjne talenty polskich Żydów. Kilkadziesiąt lat później tę samą zdolność wykorzystali Amerykanie, „implementując” kapitalizm…

George Soros w książce Uderwriting Democracy opisał swój wkład w budowę kapitalizmu w Polsce. Poprosił gen. Kiszczaka o znalezienie człowieka, który mógłby być twardym egzekutorem gotowego planu. Generał skontaktował go z Bronisławem Geremkiem, który znał takiego człowieka o nazwisku Balcerowicz.

Dr Leszek Balcerowicz, będąc niegdyś wykładowcą Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR, właśnie przestał być komunistą i był do wzięcia. Dziś jako autor „Planu Balcerowicza” z piedestału swojego autorytetu wzywa polskich współobywateli, by „nie kupować u Obajtka”.

Czy trzeba patrzeć władzy na ręce? Można spotkać zacnych ludzi, wyborców PiS, którzy deklarują, że nie czytają „Gazety Polskiej”, bo to „prorządowa propaganda, a prasa powinna patrzeć władzy na ręce”. Dlaczego w Polsce nie ma być ani jednej prorządowej gazety, skoro np. w Niemczech praktycznie wszystkie są prorządowe?

Jako ludzie o poglądach konserwatywnych jesteśmy w tym szczęśliwym położeniu, że nie musimy patrzeć władzy na ręce, bo robią to bardzo wnikliwie inni – posłowie Joński i Szczerba, autorytety moralne, artyści, profesorowie, publicyści, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, ONZ, Unia Europejska i wiele, wiele innych. Naprawdę nie ma konieczności, by do tego znakomitego grona dołączyła „Gazeta Polska”. Powinno się mieć wielkie uznanie dla tej gazety i red. naczelnego Tomasza Sakiewicza, bo po Smoleńsku tylko ta redakcja wyraziła wątpliwości co do oficjalnej wersji wydarzenia.

W obecnych czasach w każdej katastrofie lotniczej w pierwszej kolejności jako przyczynę rozpatruje się terroryzm, lecz u nas natychmiast wykluczono zamach czy niesprawność techniczną samolotu.

Osobiście słyszałem, jak bodaj 3 dni po wydarzeniu minister Sikorski w telewizji CNN poinformował świat, że przyczyną był „błąd pilota podczas próby lądowania w trudnych warunkach atmosferycznych”. Taką wersję powieliły wszystkie media w Polsce (bez „Gazety Polskiej” i „Naszego Dziennika”), co świadczy o rozmiarach agenturalnego opanowania rynku medialnego.

Redaktor Sakiewicz zainicjował tworzenie Klubów Gazety Polskiej działających bez żadnych dotacji, lokali czy grantów od Sorosa, a ostatnio rzucił wyzwanie Facebookowi, tworząc Albiclę. Kluby to autentyczny ruch obywatelski zrzeszający ludzi zatroskanych losem kraju i gotowych do bezinteresownego działania dla jego dobra. To klubowicze – emerytowani pedagodzy – pomagali przy maturach w czasie, gdy nauczyciele („wojsko Broniarza”) byli łaskawi strajkować. Ostatnio ludzie z klubów związani ze służbą zdrowia służą jako wolontariusze przy szczepieniach. Jakoś nie widać obficie dotowanych aktywistów „tęczowych” w takiej roli.

Osobiście czuję powinowactwo z red. Sakiewiczem, bo i jego i mój dziadek byli nagrodzeni medalem Orląt za obronę Lwowa w 1918 r. Również nie ma potrzeby, by TVP patrzyła władzy na ręce; niech pozostanie głównym (i praktycznie jedynym) kanałem komunikacji rządu ze społeczeństwem.

Że telewizja publiczna robi dobrą robotę, świadczą wyniki wyborów, a także wciąż ponawiane żądania opozycji, by zlikwidować TVP Info (a przynajmniej „ściągcie Rachonia” jak domagał się jeden z polityków).

Poparcie ze strony tych nielicznych mediów, które nie są w dyspozycji środowisk opozycyjnych, jest bardzo istotne. W skład rządu wchodzi grupa ludzi mniej lub bardziej zdolnych, mniej lub bardziej kompetentnych, mniej lub bardziej zaangażowanych ideowo, zarabiających raczej przeciętnie. Pracują oni w skrajnie trudnych warunkach pod bezustannym furiackim atakiem sfanatyzowanej totalnej opozycji, wrogich mediów i gremiów zagranicznych. Takiej presji z pewnością nie ma żaden inny rząd w UE. Równocześnie oczekiwania wobec rządu są ogromne. Ze strony wyborców Zjednoczonej Prawicy często słychać „rządzą już 6 lat i nie zrobili nic”, a agentura podrzuca teksty typu „PiS PO jedno zło”.

Osiągnięcia gospodarcze Zjednoczonej Prawicy są bezsporne, choć słyszy się, że to efekt nadzwyczaj korzystnej koniunktury światowej. To mit. Najlepsza koniunktura przypadała na rządy PO/PSL; według danych IMF WEO w latach 2010–2014 światowa gospodarka rosła najszybciej (średni wzrost światowego GDP w latach 2010–2014 to 4,06 wobec 3,46 w latach 2015–2019). Dlaczego inne kraje nie notowały takich wyników mimo tych samych warunków zewnętrznych? A może mieliśmy (i mamy) dobry rząd?

Rację mają politycy opozycji uważający, że Fundusz Odbudowy może zadziałać jak fundusz wyborczy Zjednoczonej Prawicy, ale chyba muszą się z tym pogodzić. Raczej nikt nie uwierzy w karkołomne kalkulacje, że pieniądze będą „zamrożone” do czasu, aż w Polsce władzę obejmą „właściwi” ludzie.

Trzaskowski skarżył się, że jego ciężka praca została zniweczona przez Lewicę. Jest on znany z pracowitości; oczywiście nie w Warszawie na odcinku śmieci czy ścieków, ale knując w Brukseli. Niestety ma on wielu wpływowych kolegów od Sorosa i już niejednokrotnie odczuwaliśmy skutki jego „pracowitości”. Obawy Solidarnej Polski, że FO spowoduje ograniczenie suwerenności (przez pogłębienie integracji europejskiej), mogą być zasadne. Ale w obecnych warunkach politycznych nie ma możliwości jego odrzucenia. Poza tym jest on po prostu korzystny – umożliwia ogromny impuls rozwojowy, co przełoży się na poszerzenie podmiotowości kraju. Uciążliwości członkostwa w Unii Europejskiej dotyczą nie tylko nas, choć w nas uderzają najmocniej (histeria z „praworządnością”, dekarbonizacja).

Słaba to pociecha, ale inni też mają kłopoty – np. zalew imigrantów, limity połowowe. Były premier Włoch M. Salvini jest ciągany po sądach za to, że starał się nie wpuścić nielegalnych imigrantów. Oskarżony jest o „kidnaping” (uprowadzenie), bo w myśl konwencji trzeba ratować rozbitków na morzu…

Ale korzyści z przynależności do Unii przeważają. Przynajmniej na razie. Trudno sobie wyobrazić, że politycy PO sami sobie wymyślili kuriozalny pomysł z blokowaniem FO. Czyżby Borys Budka, wbrew opiniom elektoratu Platformy, ryzykował działania na szkodę własnej partii? Donald Tusk w całej swojej działalności nie był ani przez 5 minut politykiem samodzielnym, co sam przyznał, mówiąc o „macherach z zaplecza”, którzy „przestawiają wajchy”. A więc to może Niemcy polecili przez niego swoim polskim wyrobnikom taką akcję, aby pozbyć się niechcianego FO i zwalić winę na „antyeuropejski reżim PiS”?

Musimy brać pod uwagę istnienie także „niemieckich onuc” obok dobrze już znanych „ruskich onuc”. To miło, że Rosja nie umieściła nas na liście państw wrogich, jednak wojna informacyjna, jaką toczy ona z Zachodem, jest wymierzona głównie w USA i Polskę. Podlegamy stałym atakom, których celem jest podważenie zaufania do rządu i wywołanie podziałów. Rosjanie koncentrują swoje działania na wyborcach prawicy i co gorsza, osiągają założone cele. Istnieje szereg portali propagujących wiadomości typu „amerykański naukowiec powiedział” lub „w Davos ustalili”.

Podczas gdy postkomuniści i liberałowie szczepią się na potęgę, „antyszczepionkowcy” wywodzą się głównie z wyborców konserwatywnych; mogą się więc spełnić nadzieje pewnego dyżurnego profesora „Gazety Wyborczej”, że covid zdziesiątkuje wyborców PiS, a opozycja wygra głosami młodych. Dziś nawet najbardziej natchnieni politycy Konfederacji nie kwestionują już istnienia pandemii, a skuteczność szczepionek jest widoczna gołym okiem. Dobrze poinformowani Izraelczycy wiedzieli, że warto się szczepić, a szczepienia wcale nie ograniczają płodności (gdyby tak było, naprzód zaszczepiliby Palestyńczyków).

Prześladowanie gejów w Polsce?

Z inicjatywy ambasadora Danii 48 akredytowanych w Polsce ambasadorów pochyliło się z troską nad smutnym losem polskich gejów, napominając rząd polski, że prześladowanie osób LGBT jest niestosowne.

Można by powiedzieć, że jest to wydarzenie bezprecedensowe w dziejach dyplomacji, ale to już drugi wybryk tego rodzaju w stosunku do rządu polskiego. Świadczy to o słabości polskiego państwa, które widocznie nie zareagowało na podobną reprymendę zeszłoroczną z inicjatywy Belgii. Ta bezczelna interwencja w wewnętrzne sprawy kraju, sprzeczna ze statusem służby dyplomatycznej, na pierwszy rzut oka ma jeden cel – chodzi oczywiście o wywieranie presji na rząd, by dołączył do „cywilizowanego świata”, uznając małżeństwa homoseksualne.

Jednak incydenty tego rodzaju mają wiele celów – jest to po prostu fragment wojny hybrydowej toczonej przeciw Polsce od 2015 r. Akcja ma przekonać adresatów międzynarodowych i krajowych, że Polska jest enklawą zacofania rządzoną przez nacjonalistów bliskich faszyzmowi, którzy niszczą niezależne sądownictwo, wolną prasę, prześladują mniejszości i ograniczają wolność obywateli. Na Facebooku koszalińskiego KOD-u jest zdjęcie młodego człowieka w tęczowych skarpetkach z transparentem „przestańcie nas zabijać”.

Absurdalność hasła dla Polaków jest oczywista, gdyż nikt nie zabija w Polsce gejów. Jednak taki przekaz jest adresowany do zagranicy (podobnie jak „urodziny Hitlera” w Wodzisławiu). Ktoś usłużny mógł podsunąć takie zdjęcie ambasadorowi Danii… Świat obiegły zdjęcia polskich „znaków drogowych” z wielojęzyczną informacją o „zakazie wstępu osób LGBT”. Polski polityk poinformował na forum Parlamentu europejskiego, że „są w Polsce miejsca, do których on nie może wejść”. Wszystko to służy budowaniu klimatu niechęci wokół naszego kraju rządzonego przez tych, którzy „nie powinni”.

Całe swoje życie zawodowe miałem styczność z osobami homoseksualnymi (moja pierwsza praca po studiach – akompaniator do baletu w operze). Nigdy nie zauważyłem jakichś form ostracyzmu towarzyskiego w stosunku do kolegów z przypadłością homoseksualną.

Nie mieli oni też żadnych trudności z awansem. Wręcz przeciwnie – są pewne stanowiska (np. dyrektor opery), których uzyskanie chyba ułatwia taka orientacja seksualna. Na niwie artystycznej wielu gejów osiąga piękne rezultaty; pozbawieni obowiązków rodzinnych, całą swoją energię mogą poświęcić sztuce. Ci geje, których znałem, byli normalnymi ludźmi i z pewnością nie uczestniczyli w błazeństwach, przebierając się za psy, nosząc stringi i czerwone peruki.

Od 1973 r., gdy amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne przegłosowało niewielką większością głosów usunięcie homoseksualizmu z rejestru zboczeń seksualnych (aberratio sexualis), stosunek do gejów przeszedł długą drogę. To oczywiste, że muszą mieć równe prawa, ale nie większe. Prezydent Warszawy uznał jednak, że geje mają ciężkie życie i zafundował im dom schadzek w mieście. Takie przybytki oczywiście istnieją w wielu miejscach na świecie, ale są to przedsięwzięcia prywatne. Natomiast pomysł, żeby taką działalnością zajmowały sią władze miasta (za pieniądze podatników!), jest rzeczywiście pionierski. Ponieważ nie wszyscy geje czują się komfortowo ze swoją orientacją, a pewne przypadki dają się stosunkowo łatwo przemienić, powinna być taka możliwość. Jednak aktywiści gejowscy uważają terapię reparatywną za ciężkie przestępstwo, co jest jaskrawym ograniczeniem wolności tych, którzy pragną się poddać kuracji.

Orientacja heteroseksualna jest niewątpliwie naturalniejsza, a najdobitniej świadczą o tym kompatybilne „interfejsy”, na których umieszczone są nasze sensory seksualne. Dość obrazowo określa to nazewnictwo angielskich końcówek na przewodach elektrycznych; wtyczka to końcówka męska (male), a gniazdo – żeńska (female). Jak widać, problematyka „gejowska” jest kolejnym polem do walki z rządem PiS.

Pamiętajmy, że ewentualny upadek obecnej ekipy rządzącej spowoduje niechybnie powrót do władzy „Europejczyków polskojęzycznych”, czyli „lewicy laickiej”, czyli postkomuny, czyli środowisk postubeckich, a oddech ulgi w Europie będzie tak głośny, że zbudzi noworodki w Bombaju i spowoduje takie zjawiska atmosferyczne jak huragany i tajfuny.

Poparcie rządu nie jest zatem jedynie poparciem mniejszego zła. Łatwo zapominamy, co zostało osiągnięte. Czy jakiś inny rząd po 1989 r. zrobił dla Polaków więcej?

Artykuł Jana Martiniego pt. „Kupuję u Obajtka” znajduje się na s. 3 czerwcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 84/2021.

 


  • Czerwcowy numer „Kuriera WNET” (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.

 

Artykuł Jana Martiniego pt. „Kupuję u Obajtka” na s. 3 czerwcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 84/2021

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Władze państwowe nie mają prawa dyktować Kościołowi sposobu sprawowania kultu ani stanowiska w sprawie tzw. szczepień

Status Kościoła katolickiego w Polsce jest określony konkordatem. List Stowarzyszenia Europa Tradycja do parlamentarzystów PiS z Podkarpacia dotyczący podporządkowywania Kościoła katolickiego rządowi

10 czerwca 2021 roku

Parlamentarzyści Prawa i Sprawiedliwości Województwo Podkarpackie

Oceniając to, co rząd czynił przez kilkanaście miesięcy, ks. prof. Tadeusz Guz powiedział: „Państwo polskie dopuściło się wobec Kościoła ogromnej nieprawości”. Jak rozwinął: „Kościół jako odrębny podmiot, którego status bytowy jest w sensie prawnym usankcjonowany konkordatem, czyli międzynarodową umową między Stolicą Apostolską a Rzeczpospolitą Polską, ten Kościół nie podlega jakimkolwiek zarządzeniom Ministra Zdrowia RP. Tego konkordat nie przewiduje. Te wszystkie zawirowania w relacji państwo polskie i Kościół są wynikiem braku podstawowego respektu państwa polskiego względem podstawowej odrębności Kościoła Chrystusowego”.

Również na Podkarpaciu spotykaliśmy się przypadkami bardzo brutalnego podporządkowywania Kościoła przez władze państwowe. Kapłani i wierni byli zastraszani przez policję czy struktury inspekcji sanitarnej.

Wytaczane były procesy, prowadzone postępowania. Inspekcja sanitarna zajmowała się sianiem propagandy mającej na celu indoktrynowanie ludzi, insynuowanie, że sakramenty są źródłem szczególnego zagrożenia epidemicznego. Ta sama struktura posuwała się do stawiania się w pozycji właściwych do pouczania duchowieństwa, w jaki sposób należy udzielać sakramentów. Nasze stowarzyszenie starało się zajmować stanowisko w takich sprawach, pomagać kapłanom prześladowanym przez stawianie przed sądami.

Wszystko to nie spotkało się z żadną reakcją parlamentarzystów Podkarpacia, reprezentujących większość rządową. Mimo tego, iż nie ma większego problemu, by w mediach społecznościowych czy tradycyjnych znaleźć materiały z okresu kampanii wyborczej, gdy kandydaci z Waszej listy chętnie przemawiali wręcz od ołtarza.

Mimo chwilowego poluzowania restrykcji i prześladowań, obecnie jest już oczywiste, że wkrótce powrócą. Zapowiadają to sami przedstawiciele obecnego rządu.

Wybrzmiały też pierwsze groźby w stosunku do katolików i Kościoła. Dr Konstanty Szułdrzyński, członek rady medycznej przy premierze, zdecydował się właśnie na następująca wypowiedź: „Wobec dość niechętnej postawy wobec szczepień części kleru, a nawet hierarchów, należy założyć, że procent osób niezaszczepionych w Kościele będzie wyższy niż w populacji. W ogóle nie rozumiem podejścia części przedstawicieli Kościoła katolickiego do tej kwestii, bo w mojej ocenie brakuje jego jednoznacznego głosu za szczepieniami”.

Znając techniki propagandowe obecnego rządu nie ma wątpliwości, co to oznacza, jak należy tłumaczyć te słowa. Przekaz jest oczywisty: Jeśli Kościół nie zmieni swego nauczania w sprawie tzw. szczepień, nie będzie popierał czynnie rządu w jego działaniach, nie podporządkuje się rządowi w swym nauczaniu i praktyce – nastąpią restrykcje skierowane przeciw katolikom.

Po raz kolejny wzywamy parlamentarzystów Prawa i Sprawiedliwości o podjęcie działań. Szułdrzyński powinien zostać natychmiast odwołany ze składu rady medycznej przy premierze. Jeśli to się nie stanie, trudno będzie to interpretować inaczej niż jako co najmniej przyzwolenie rządu i jego zaplecza parlamentarnego (a więc również parlamentarzystów PiS z Podkarpacia) dla takiego traktowania Kościoła i katolików.

Ryszard Skotniczny, Prezes Stowarzyszenia Europa Tradycja

Do wiadomości: Jego Ekscelencja Ksiądz Arcybiskup Adam Szal, Arcybiskup Archidiecezji Przemyskiej,

Jego Ekscelencja Ksiądz Biskup Jan Wątroba, Biskup Diecezji Rzeszowskiej

Dr Sienkiewicz: będziemy występować o wstrzymanie szczepień dziecięcych przeciw Covid-19

Prezes Polskiego Stowarzyszenia Niezależnych Lekarzy i Naukowców wyjaśnia, jak wygląda dyktat koncernów farmaceutycznych i jakie zagrożenia wiążą się ze szczepieniami na SARS-CoV-2.


Dr Dorota Sienkiewicz wyjaśnia, że Polskie Stowarzyszenia Niezależnych Lekarzy i Naukowców powstało, aby chronić niezależność medyków od firm farmaceutycznych. Stowarzyszenie działa na rzecz dopuszczenia w Polsce terapii amantadyną i hydroksychlorochiną. Dr Sienkiewicz podkreśla, że chodzi o to, aby przeciwstawić się dyktatowi koncernów produkujących leki. Finansują oni lekarzy, którzy przepisują później ich środki.

Jeżeli jest badanie finansowane przez firmę farmaceutyczną, który wypada niekorzystnie, to nie jest publikowane.

Prezes stowarzyszenia Niezależnych Lekarzy i Naukowców odnosi się do dopuszczenia do szczepienia dzieci powyżej 12. roku życie. Wskazuje, iż nasz kraj jest wśród czterech, które zgodziły się na eksperymentalne badania na dzieciach powyżej 6 miesiąca życia.

Wszyscy jesteśmy w trzeciej fazie badań eksperymentalnych.

Nie znane są konsekwencje krótko- i długoterminowe. Zaznacza, że ujawniają się nowe niepożądane odczyny, jak zakrzepice. Uszkodzenie bariery krew-mózg może prowadzić do chorób degeneracyjnych. U dzieci zaś bariera ta nie jest do końca wykształcona. Dr Sienkiewicz zaznacza, że mamy do czynienia z badaniami klinicznymi, na co jest potwierdzenie z Ministerstwa Zdrowia. Tymczasem, jak podkreśla,

Nie ma zgody komisji bioetycznej na prowadzenie takich badań w Polsce na żadnej grupie.

Rozmówczyni Krzysztofa Skowrońskiego zaznacza, że lekarz to wolny zawód i dlatego medycy nie powinni być skrępowani w swoich osądach. Zaznacza, że

Będziemy występować, żeby wstrzymać szczepienia dziecięce.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.P.

Elbanowska o szczepieniach dzieci: pomysł, by najmłodsi chronili starsze pokolenie jest nieetyczny

Założycielka Fundacji Rzecznik Praw Rodziców, że nie istnieje żadne uzasadnienie do poddawania dzieci szczepieniom przeciw koronawirusowi.

Karolina Elbanowska deklaruje sprzeciw wobec szczepienia dzieci przeciw koronawirusowi. Ocenia, że takie działanie nie miałoby żadnego uzasadnienia. Ponadto, skutki uboczne szczepień pozostają nieznane.

Jest w tej chwili ogromna presja, już zaczynają się materiały propagandowe w telewizji, że dzieci należy szczepić – to nie ma żadnego sensu.

Jak zwraca uwagę rozmówczyni Magdaleny Uchamiuk, w ostatnim czasie doszło do odwrócenia hierarchii wartości, nigdy wcześniej nie kładziono na barki najmłodszych odpowiedzialności za zdrowie i życie dziadków.

Karolina Elbanowska komentuje również kontrowersje wokół wiersza Juliana Tuwima „Murzynek Bambo”. Nie sądzi, by istniały podstawy do uznania go za rasistowski.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.W.K.