W Polsce powinno być oczywiste, że między nazizmem a komunizmem należy postawić znak równości. Od dawna o to apeluję

Spór o martwe czy żywe skamieliny „dobrych komunistów” sprowadza się do sztucznego konfliktu i odsuwania w czasie rozliczenia z czasami PRL. Najwyższy czas na zrównanie sierpa i młota ze swastyką.

Adam Słomka

„Gazeta Wyborcza” podała 16 września, że prezydent Rzeszowa Tadeusz Ferenc, poseł SLD IV kadencji, odmawia wykonania sugestii IPN w sprawie likwidacji monumentu „wdzięczności” Armii Czerwonej, który stoi na placu Ofiar Getta. Swoje stanowisko dotyczące obelisku przesłał Dariuszowi Iwaneczce, dyrektorowi IPN w Rzeszowie. Wnosi w nim o zmianę opinii dotyczącej obelisku, powołując się na nowelizację ww. ustawy: Zapisy ustawy nie odnoszą się do pomników usytuowanych na terenach cmentarzy oraz pomników wpisanych do rejestru zabytków – samodzielnie lub jako część większej całości. Pomnik na placu Ofiar Getta usytuowany jest na terenie dawnego cmentarza żydowskiego zlikwidowanego w czasie II wojny światowej przez hitlerowców. Ten cmentarz pierwotnie rozciągał się w granicach dzisiejszych ulic Kopernika i Piłsudskiego. Nadmieniam ponadto, że pomnik zlokalizowany jest na terenie wpisanym do rejestru zabytków decyzją Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków z dnia 30 stycznia 1969 roku”.

Powoływanie się w obronie totalitarnego obelisku na fakt, że przed 1 września 1939 roku na terenie obecnego rzeszowskiego placu Ofiar Getta znajdował się cmentarz żydowski, raczej nie znajdzie zrozumienia w Izraelu. To komuniści swoim „straszydłem” dokonali ponownego zbezczeszczenia mogił zrównanych z ziemią przez sojusznika Stalina w napaści na Polskę z września 1939. Trzeba mieć tupet, żeby powoływać się na wpis do rejestru zabytków z 1969 roku, gdy brylowało się w PZPR…

Niektórzy z czytelników mogą odnieść wrażenie, że obrona komunizmu dotyczy jedynie nazewnictwa ulic, placów czy monumentów. Tymczasem pomimo 2 lat rządów „dobrej zmiany”, w obronę komunistów i obcych nam, rosyjskich interesów zaangażowana jest też Policja i prokuratura…

17 sierpnia wystosowałem zawiadomienie do Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobry, szefów Agencji Wywiadu Piotra Krawczyka i Służby Kontrwywiadu Wojskowego Piotra Bączka o działalności stowarzyszenia „Kursk” i lidera tej organizacji Jerzego Tyca, wskazując na możliwe przestępstwo promowania oczywistej nieprawny historycznej oraz płatne szpiegostwo na rzecz Federacji Rosyjskiej.

Na agenturalną działalność tego ugrupowania zwracałem uwagę również w kontekście ponownego odsłonięcia totalitarnego monumentu w Mikolinie z udziałem samozwańczego przedstawiciela władz miasta (gm. Lewin Brzeski)! Prokuratura Rejonowa w Mrągowie zatwierdziła niedawno postanowienie o umorzeniu dochodzenia – bez uzasadnienia. W tym samym czasie Jerzy Tyc w Moskwie spotykał się z rosyjskimi deputowanymi do Dumy Państwowej, m.in. Jarosławem Niłowem, współautorem ustawy o „czarnych listach”, umożliwiającej kontrolę Internetu z Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji Władimira Żyrinowskiego! Towarzysz Tyc w części spotkań brał udział w mundurze LWP. Warto wspomnieć, że Władimir Żyrinowski niedawno domagał się, aby wszyscy w Polsce mówili po rosyjsku. (…)

W wystąpieniu do uczestników „konferencji” stowarzyszenia „Kursk” i Jerzego Tyca rzeczniczki MSZ Rosji Marii Zacharowej Rosja oświadczyła: (…) Pomniki żołnierzy radzieckich, którzy zginęli w II wojnie światowej, powinny być nietykalne i święte (…) Zaczęliśmy zapominać, że pomniki to w pierwszej kolejności pamięć. Niszczenie pomników to atak na pamięć historyczną obecnych pokoleń i pozbawienie pamięci przyszłych. To nie nowa metoda, lecz do tej pory jest powszechnie stosowana. Na naszych oczach na objętym płomieniem Bliskim Wschodzie terroryści, zajmując terytoria, natychmiast niszczą pomniki historyczne. Ale są to terroryści. Jednocześnie w pokojowej i stabilnej Europie Wschodniej są burzone i bezczeszczone pomniki żołnierzy, którzy kiedyś podarowali kontynentowi europejskiemu nie tylko wolność, ale i życie. (…)

Przypomnijmy zatem historyczne fakty. (…)

Terytorium Rzeczpospolitej Polskiej na wschód od linii granicznej ustalonej w układzie pomiędzy III Rzeszą a ZSRR zostało w październiku 1939 r. anektowane przez ZSRR. Formalną podstawą były pseudoplebiscyty, a następnie aneksja w trybie uchwały Rady Najwyższej ZSRR. Były to akty prawne równoległe do dwóch dekretów Adolfa Hitlera – z 8 i 12 października 1939 r., którymi jednostronnie wcielił zachodnie terytoria Polski do III Rzeszy, tworząc jednocześnie z centralnych ziem II Rzeczpospolitej Generalne Gubernatorstwo.

Wszystkie powyższe akty „prawne” były sprzeczne z ratyfikowaną przez Niemcy i Rosję konwencją haską IV (1907), nieważne w świetle prawa międzynarodowego i nie zostały uznane zarówno przez Rząd RP na uchodźstwie, jak i państwa sojusznicze wobec Polski, a także państwa trzecie (neutralne) przez cały czas trwania II wojny światowej.

Polscy historycy pracujący w IPN twierdzą, że całkowita liczba deportowanych nie przekroczyła 800 tysięcy osób. Krytyka takiego szacunku była jednak tak duża, że nawet prezes IPN, śp. dr hab. Janusz Kurtyka przyznał, że obecnie część historyków ocenia liczbę deportowanych od 700 tysięcy przez 1 milion do 1,5 miliona.

Reżim radziecki stosował również inne formy represji, aby zniszczyć polskie oblicze Kresów Wschodnich. Do Armii Czerwonej wcielono ok. 150 tysięcy Polaków. Ginęli oni w 1940 roku w Finlandii oraz w początkowych miesiącach wojny radziecko-niemieckiej. Około 100 tysięcy osób wcielono do specjalnych batalionów budowlanych zwanych strojbatami. Według danych sowieckich z 10 czerwca 1941 r., a więc niemal z przedednia agresji niemieckiej, w kresowych więzieniach przebywało co najmniej 40 tys. więźniów politycznych. Łącznie NKWD zamordowało nie mniej niż 35 tys. uwięzionych. Największe masakry miały miejsce we Lwowie, gdzie zamordowano od 3,5 do 7 tys. więźniów. W Łucku ofiarą masakry padło około 2 tys. więźniów, w Wilnie około 2 tys., w Złoczowie około 700, Dubnie około 1000, Prawieniszkach 500 więźniów, oprócz tego w Drohobyczu, Borysławiu, Czortkowie, Berezweczu, Samborze, Oleszycach, Nadwórnej, Brzeżanach. W ciągu tygodnia w czerwcu 1941 roku Rosjanie wymordowali w więzieniach co najmniej 14 700 obywateli II RP, na szlakach ewakuacyjnych zostało zamordowanych kolejne 20 tysięcy. Zatem było to nie tylko ludobójstwo wojskowych czy policjantów, np. w Katyniu czy Miednoje…

Armia Czerwona – potem Armia Radziecka – pozostała w Polsce do 1993 roku. Reasumując: Armia Czerwona była formacją dla Polski i Polaków równie okupacyjną i zbrodniczą, jak niemiecki Wehrmacht czy Waffen SS.

22 czerwca 1941 r. siły zbrojne totalitarnych Niemiec uderzyły na formacje wojskowe ZSRR stacjonujące na terytorium II RP okupowanym przez ZSRR. Nikt rozsądny nie promuje jednak „wyzwolenia” przez Wehrmacht polskich terytoriów okupowanych przez ZSRR, albowiem Niemcy zastępowali tam okupację radziecką okupacją nazistowską. (…)

Pochwalanie w Polsce totalitarnej, zbrodniczej Armii Czerwonej wpisuje się w czyn zakazany art. 256 kk, a istnienie „Kurska” jest sprzeczne z art. 13 Konstytucji RP. (…) Nie wiemy, ile osób zostanie uwikłanych, czasem nieświadomie, w działalność stowarzyszenia „Kursk”.

Poprawka o uznaniu Armii Czerwonej za emanację i symbol totalitaryzmu powinna znaleźć się w tzw. ustawie o dekomunizacji przestrzeni publicznej. Kieruję też publicznie pytanie do Policji i prokuratury z Mrągowa: czy jeśli ktoś będzie kiedyś pochwalał publicznie Wehrmacht – czy dochodzenie również zostanie umorzone, do tego bez uzasadnienia?

 

Cały artykuł Adama Słomki pt. „O ochronie komunistycznych skamielin” znajduje się na s. 10 do styczniowego „Kuriera WNET” nr 43/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Adama Słomki pt. „O ochronie komunistycznych skamielin” na s. 10 styczniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 43/2018, wnet.webbook.pl

Droga do prawdy o zabójstwie ks. Jerzego Popiełuszki / Prokurator Andrzej Witkowski, „Kurier WNET” 43/2017

Ostatecznie przyjęta, narzucona i wyreżyserowana przez sztab Kiszczaka nieprawdziwa wersja uprowadzenia i zabójstwa księdza jest powtarzana do dzisiaj. Głosi się ją jako prawdę tak zwaną naukową.

Droga do prawdy o zabójstwie ks. Jerzego Popiełuszki

Andrzej Witkowski

W latach 1983–1984 wzrastała społeczno-polityczna rola szeregu osób, które gromadził wokół siebie w swej działalności duszpasterskiej ksiądz Jerzy Popiełuszko. Byli to reprezentanci środowisk robotniczych, opozycjoniści, działacze związkowi. Ludzie nauki, sztuki, kultury, tak wierzący, jak i niewierzący. W ocenie władz komunistycznych powstał tzw. ośrodek żoliborski, którego animatorem i duchowym przywódcą był ksiądz Jerzy.

W celu ukrócenia działalności tego ośrodka Departament IV MSW z jednej strony prowadził działania represyjne wobec księdza Popiełuszki, dopuszczając się względem niego szeregu prowokacji, z drugiej strony zaś Urząd do spraw Wyznań prowadził tak jak ja to oceniam, „dyplomację pingpongową” z Sekretariatem Episkopatu Polski, kierując doń tzw. pro memoria, w których wskazywano na szkodliwą dla władz tzw. pozareligijną działalność księdza i żądając jej ukrócenia.

Te wszystkie działania – łącznie ze znaną pewnie wszystkim tzw. prowokacją na Chłodnej, kiedy to podrzucono księdzu w jego prywatnym mieszkaniu materiały wybuchowe – skończyły się całkowitym fiaskiem. Nastąpił, można powiedzieć, efekt przeciwny od zamierzonego przez komunistów, czyli ugruntowanie pozycji księdza Jerzego, jednoczącego i łączącego ludzi różnych środowisk, zawodów i światopoglądów w jedną wspólnotę, zorientowaną na odzyskanie przez Polskę niepodległości.

Efektem działalności duszpasterskiej księdza było też wzmocnienie pozycji hierarchii kościelnej w konfrontacji z władzami komunistycznymi, które nie znalazły sposobu i metod rozwiązania nabrzmiałego, jak to wówczas określali komuniści, problemu Popiełuszki. W tych okolicznościach doszło do tupnięcia butem przez zniecierpliwioną rozwojem sytuacji Moskwę, zatroskaną o własne imperialne interesy nie tylko w Polsce, ale i w pozostałych krajach katolickich.

Oto 12 IX 1984 roku w moskiewskich opiniotwórczych gazetach pojawił się artykuł warszawskiego korespondenta Toporkowa, który ganił ekipę Jaruzelskiego za to, że pod jej okiem nabożeństwa w kościele na Żoliborzu zamieniły się w polityczne mityngi, które są prowokacją wobec ZSRR i mają na celu zburzenie przyjaźni na linii PRL – ZSRR. To oczywiście cytaty z Toporkowa.

Reakcja władz PRL nastąpiła natychmiast. Przygotowano pierwszą siłową strategię rozwiązania tak zwanego problemu Popiełuszki, za który miało zapłacić również społeczeństwo. Rolę pierwszoplanową w tych działaniach Kiszczak tym razem powierzył wojskowej służbie wewnętrznej, która już od piętnastego września osiemdziesiątego czwartego roku prowadziła działania obserwacyjne wobec późniejszych czterech skazanych w procesie toruńskim.

W dniu 17 IX 1984 roku skierowano do episkopatu ostatnie już pro memoria dotyczące księdza Jerzego, w bardzo złowrogim i odbiegającym od dotychczasowego tonie. Urząd do spraw Wyznań grzmiał, że w ośrodku żoliborskim powstała kontrrewolucyjna organizacja duchownych i świeckich o ogólnokrajowym zasięgu, której główną ostoją jest ksiądz Jerzy. Oskarżono hierarchię kościelną o tolerowanie i osłanianie działalności kontrrewolucyjnej pod przywództwem księdza Jerzego, co, jak zaznaczono, zmusi władze do podjęcia stosownych działań.

Od początku października ‘84 roku szły pełną parą przygotowania do kombinacji operacyjnej PRL-owskich służb specjalnych, mającej doprowadzić do rozwiązania tzw. problemu Popiełuszki. Kapitan Grzegorz Piotrowski oraz jego podwładni, Leszek Pękala i Waldemar Chmielewski, poszukiwali miejsca, w którym po uprowadzeniu księdza mieli go umieścić po to – jak w swoich wyjaśnieniach stwierdzali w trakcie śledztwa – aby go zastraszyć i aby ze strachu zaczął mówić im wszystko, co wie na temat struktur podziemia niepodległościowego. Miejsce takie znaleźli w jednym z bunkrów w miejscowości Kazuń Polski. Jak wyjaśniał w śledztwie 9 XI 1984 roku Piotrowski: „Bunkry znajdowały się jakby w wale ziemnym, składały się z trzech odrębnych pomieszczeń, połączone były małym okienkiem, za którym biegł korytarz. Uznałem, iż wspomniany korytarz nadaje się jako miejsce do przechowania księdza Popiełuszki po jego porwaniu. Wówczas też przy bunkrach zostało zebrane kilka kamieni, które miały maskować okienko od bunkra”.

Pamiętamy to sformułowanie: „kamulki do nóg”, którego używano w procesie toruńskim. Tu można powiedzieć „kamulki do okna”. Bardzo intensywne prace nad przygotowaniem miejsca do ukrycia księdza po uprowadzeniu prowadzili Pękala i Chmielewski w dniu 10 X 1984 roku, bez mała dwanaście godzin.

I teraz pozostała kwestia daty uprowadzenia. Były wcześniejsze propozycje, ale ostatecznie zdecydowano się na 19 X 1984 roku. Charakterystyczne, iż był to akurat dzień, w którym Czesław Kiszczak obchodził pięćdziesiąte dziewiąte urodziny. Tego roku obchodził urodziny po raz pierwszy bardzo wystawnie, wręcz hucznie.

Wersja przebiegu uprowadzenia i zabójstwa księdza przyjęta przez sztab Kiszczaka jest powtarzana przez niektóre kręgi historyków do dzisiaj. Jej prawdziwość została zakwestionowana podczas śledztwa, które prowadziłem w ‘91 roku. Już wówczas pewne fakty przestały się zgadzać z ustaleniami. A już wykluczono ją całkowicie, jako niemającą żadnego związku z rzeczywistością, podczas drugiego śledztwa, powierzonego mi w IPN, prowadzonego w latach 2002–październik 2004. W aktach z lat 1984–85 znajdują się poszlaki wskazujące na to, że ksiądz Jerzy mógł jeszcze żyć do godzin wieczornych 24 X 1984 roku.

Przywołam te fragmenty, które czerpię z akt sprawy toruńskiej, z procesu z lat 1984–85. Mianowicie w dniu 22 X 1984 roku do pani doktor Barbary Jarmużyńskiej-Janiszewskiej – rodzinnej lekarki księdza Jerzego – przyszli funkcjonariusze MO, a przynajmniej ubrani w mundury funkcjonariuszy MO, i wypytywali o leki podawane księdzu. Pani doktor powiedziała, że chętnie poda księdzu te leki, żeby zawieźli ją do niego. Oni oczywiście odmówili i wezwali ją na przesłuchanie następnego dnia, 23 października. Była wtedy bardzo szczegółowo przesłuchiwana, na jakie schorzenia cierpi ksiądz Jerzy. Zeznała, że ksiądz cierpi na chorobę o nazwie Addisona-Biermera. To schorzenie było spowodowane brakiem czynnika wytwarzanego przez organizm. Czynnik ten musi być dostarczany z zewnątrz w postaci leku. Oprócz tego ksiądz musiał przyjmować inne witaminy, szczególnie z grupy B, zachowywać dietę wysokobiałkową, wątrobową. Przyjmował też leki z grupy kardiologicznych i uspokajających. Ponadto musiał mieć zawsze przy sobie lek osłaniający wątrobę oraz leki enzymowo-trzustkowe. Nosił przy sobie dawkę tych leków, jednak nigdy nie więcej niż porcja na jeden dzień. Świadek była dokładnie wypytywana o to, gdzie jest przechowywana dokumentacja lecznicza księdza i historia choroby.

Panowie nie ograniczyli się do przesłuchania pani doktor Jarmużyńskiej-Janiszewskiej, ale zwrócili się również do lekarki, która prowadziła bezpośrednio księdza Jerzego, do doktor Krystyny Pobieżyńskiej. Potwierdziła ona zeznania pierwszej z pań, a jednocześnie dodała, że nieprzyjmowanie regularne leków i odżywianie złymi posiłkami może doprowadzić do krwawienia z przewodu pokarmowego, niedokrwistości, niewydolności wątroby, a nawet śmierci.

W związku z tym należy zapytać: W jakim celu w tych dniach przesłuchiwano bardzo szczegółowo na te wszystkie okoliczności lekarki prowadzące księdza Jerzego? Komu i do czego miały być potrzebne tego typu informacje o nieboszczyku, którego, zwłaszcza w tym czasie, jeszcze nie było? Jedynym racjonalnym powodem zbierania takich informacji jest to, że ksiądz wciąż pozostawał przy życiu. A pani doktor Krystyna Pobieżyńska była przesłuchiwana 24 X od godziny czternastej trzydzieści. Tak więc nie możemy wykluczyć, że w tym czasie ksiądz Jerzy jeszcze żył.

Chciałbym też przywołać zeznania proboszcza z parafii na Wyżynach w Bydgoszczy, skąd ksiądz Jerzy wyruszył w swoją ostatnią podróż dziewiętnastego października. Zeznał on mianowicie, że w dniu tym, przed samym wyjazdem, księdzu Jerzemu zmierzono temperaturę, ponieważ wyglądał na chorego. Miał 38,4°C. Proboszcz widział też, że przed samym odjazdem ksiądz przyjął kolorową tabletkę, jak to określił. Nie dał się namówić na pozostanie w parafii, powiedział, że jest wcześnie następnego dnia umówiony na wizytę lekarską w Warszawie.

25 X 1984 roku ksiądz Jerzy został wrzucony do Wisły z tamy we Włocławku. Po raz pierwszy wydobyto go dzień później, dwudziestego szóstego października. Mógłbym przytoczyć wiele dowodów na to, jakie fakty, jakie okoliczności uzasadniają takie ustalenia, co do których ja dzisiaj nie mam żadnych wątpliwości, że tak właśnie było. O tym, co działo się między 26 a 30 X 1984 roku, ze względu na to, że wciąż jest prowadzone śledztwo, nie mogę mówić. Mogę powiedzieć, że działo się bardzo dużo. Ostatecznie oficjalnie wydobyto go trzydziestego października.

Chcę w każdym razie podkreślić, że 26 X 1984 następuje kumulacja wydarzeń wskazujących na to, że działania sztabu Kiszczaka motywowane są faktem śmierci księdza. Rozpoczyna się akcja płetwonurków na tamie. Kiszczak wydaje decyzję numer 032 w związku z sytuacją w kraju powstałą po uprowadzeniu księdza Popiełuszki, w celu, cytuję: „Zabezpieczenia ładu i porządku publicznego w kraju oraz zapewnienia właściwej koordynacji. Wypracowania i realizacji prawidłowych kierunków działania służb resortu Spraw Wewnętrznych w sytuacji społeczno-politycznej, to jest działań po uprowadzeniu księdza Popiełuszki”.

Powołano na mocy tej decyzji sztab pod kierownictwem szefa służb bezpieczeństwa Władysława Ciastonia. Charakterystyczne są zadania, jakie postawiono przed tym sztabem. Mianowicie „wypracowanie kierunków działań resortu spraw wewnętrznych, w tym ocen stanu zagrożenia ładu i porządku publicznego oraz bezpieczeństwa państwa, opracowanie koncepcji i zasad przeciwdziałania zagrożeniom wynikającym z zaistniałej sytuacji, określenie kierunków działań operacyjnych i – uwaga – podejmowanie dotyczących działań profilaktycznych i represyjnych, koordynacja działań jednostek resortu spraw wewnętrznych i organizacja współdziałania z Ministerstwem Obrony Narodowej i jego jednostkami organizacyjnymi”.

A więc, można powiedzieć, przygotowywano nam coś w rodzaju stanu wojennego bis w związku z tą sytuacją, oczywiście w ramach tej rozgrywanej kombinacji operacyjnej. Należy podkreślić, że śledztwo od dnia uprowadzenia księdza było prowadzone według planu zakładającego, że uprowadzenie jest polityczną prowokacją ekstremy Solidarności i osób powiązanych z duchownymi katolickimi, którzy byli niezadowoleni ze stabilizacji życia w kraju.

Czynności procesowe w tym kierunku prowadzili oficerowie biura śledczego MSW pułkownik Stanisław Trafalski i major Wiesław Piątek. Tworzyli oni fałszywe dowody, mające wykazać, jakoby księdza Popiełuszkę uprowadzili członkowie kontrrewolucyjnej organizacji duchownych i świeckich, przy współudziale grupy kapitana Piotrowskiego. Tej samej organizacji kontrrewolucyjnej, o której pisał Urząd do Spraw Wyznań do episkopatu w pro memoria z 17 IX 1984 roku.

W dniu 27 X Kiszczak publicznie stwierdził: „Jak wynika z dotychczasowego przebiegu śledztwa, rozmyślne działania sprawców obliczone są na to, aby możliwie szybko naprowadzić śledztwo na przypuszczenie, że sprawcami porwania byli funkcjonariusze resortu Spraw Wewnętrznych. Sprawcy na przykład pozostawili na miejscu porwania milicyjnego orzełka, posługiwali się nielegalnie użytym sprzętem służbowym MO. Każe się to dopatrywać w ich działaniu świadomej i dobrze przygotowanej prowokacji. Jej organizator zeznał, że planował ją już od dłuższego czasu”. I tu jest nawiązanie do tego, co mieli ustalać wspomniani Trafalski i Piątek.

Tymczasem sytuacja przedłużającej się absencji księdza nie spowodowała gwałtownych reakcji społecznych, jakie były zakładane przez władze, jakie oni sobie „wymarzyli”. Dominowały smutek i rozpacz, modlitewna zaduma z błagalnymi intencjami o uwolnienie księdza. Kiedy oficjalnie ogłoszono w dniu trzydziestym października, że ksiądz nie żyje, sytuacja ta w nastrojach społecznych niczego nie zmieniła, a można powiedzieć, że pogłębiła i smutek nad tym, co się stało.

I w tych okolicznościach, zapewne jeszcze z innych powodów, których do końca nie znamy, sztab Kiszczaka, najwyższe władze partyjne i państwowe podejmują decyzję o zmianie o sto osiemdziesiąt stopni całej tej strategii wcześniej przyjętej, zarówno w tej sprawie, jak i wobec całego społeczeństwa. To jakby się ze sobą łączyło.

Ostatecznie przyjęta, narzucona i szczegółowo wyreżyserowana przez sztab Kiszczaka nieprawdziwa wersja uprowadzenia i zabójstwa księdza jest powtarzana do dzisiaj. Głosi się ją jako prawdę tak zwaną naukową, innym razem historyczną.

Mówi się, że są pewne wątpliwości, ale póki co, orzeczenia Sądu Wojewódzkiego w Toruniu nikt nigdy nie uchylił, nie unieważnił. Przerabialiśmy w tym kraju już kiedyś światopogląd naukowy, a tu ta prawda, tak zwana prawda historyczna czy prawda naukowa, oznacza nic innego, jak tylko nurt kiszczakowski marksizmu-leninizmu, tak sobie to pozwolę nazwać, który ma się do prawdy tak jak wartość głównego organu prasowego KC ZSRR o tej samej nazwie.

I ta oficjalnie powtarzana dotąd wersja, po tej gruntownej zmianie strategii, brzmi tak oto, że to nie księża prowokatorzy organizacji kontrrewolucyjnej duchownych i świeckich, lecz służbowy przełożony kapitana Piotrowskiego, pułkownik Adam Pietruszka okazał się jedynym podżegaczem do zbrodni na księdzu, inspiratorem tej zbrodni, który nie potrafił zapanować nad podległymi sobie trzema frustratami, ci bowiem, będąc bezsilni wobec tzw. pozareligijnej działalności księdza, postanowili wreszcie zadziałać, z przyczyn ideowych, w sposób absolutnie radykalny, co skończyło się pozbawieniem życia kapłana Solidarności.

W dniu 2 XI 1984 roku Pietruszka usłyszał z ust Kiszczaka, cytuję: „Generale Pietruszka, trzeba dać się zamknąć”, co oznaczało w zasadzie już wydany na niego wyrok. W ten oto sposób Kiszczak upiekł również własną pieczeń, bo do opinii publicznej poszedł przekaz mający uwiarygodnić Kiszczaka i Jaruzelskiego jako tych, którzy nie bacząc na konotacje sprawców, rozprawili się z zabójcami księdza.

W trakcie obrad Biura Politycznego KC PZPR w 27 XI 1984 roku padła zapowiedź Mieczysława Rakowskiego, tego samego, który potem wyprowadził sztandar PZPR, o konieczności tego, aby – i tu uwaga: „zasiąść do stołu z działaczami opozycji politycznej”, co zapowiadało zmianę globalnej strategii w konfrontacji władz komunistycznych ze społeczeństwem.

Uwaga też teraz: trzy dni później, 30 XI ’84 roku, w zderzeniu służbowego samochodu MSW z samochodem ciężarowym giną dwaj funkcjonariusze biura śledczego MSW, wspomniani Trafalski i Piątek, którzy w śledztwie wykonywali czynności dotyczące tej pierwszej, nieprzyjętej, odrzuconej wersji konfrontacji ze społeczeństwem, w związku z funkcjonowaniem organizacji kontrrewolucyjnej duchownych i świeckich. Przypomnę, że ta koncepcja głosiła, że członkowie tej organizacji mieli wspólnie z Piotrowskim dokonać uprowadzenia i zabójstwa księdza. Ta wersja została radykalnie odrzucona, a ci panowie już nigdy nam niczego nie będą mogli, z oczywistych przyczyn, opowiedzieć.

W następnej kolejności należało spreparować odpowiednio akt oskarżenia, proces sądowy. To już poszło gładko, jako że panowie mieli doświadczenie ze sprawy pobicia ze skutkiem śmiertelnym Grzegorza Przemyka, kiedy to wsadzono niewinnych ludzi do więzienia, tworząc pokazowe czynności procesowe w tej sprawie, takie jak aresztowanie mecenasa Bednarkiewicza.

Chodziło o to, żeby wytworzyć taką wersję zabójstwa księdza Popiełuszki, aby koncepcja zamordowania księdza 19 X 1984 roku przez doprowadzonych przezeń do kresu wytrzymałości ideowych frustratów została potwierdzona wyrokiem skazującym i dana wszem i wobec do bezkrytycznego przyjęcia i akceptacji.

Pominąłem wiele istotnych szczegółów, ale w bardzo wielkim skrócie tak się sprawa przedstawia.

Andrzej Witkowski, prokurator Prokuratury Apelacyjnej w Lublinie, od 2015 roku pozostaje w stanie spoczynku. Dwukrotnie – w 1991 roku, potem, na zlecenie IPN, w latach 2000-2004 – prowadził śledztwo w sprawie zabójstwa bł. ks. Jerzego Popiełuszki, i dwukrotnie został od niego odsunięty.

Artykuł Andrzeja Witkowskiego pt. „Droga do prawdy o zabójstwie ks. Jerzego Popiełuszki” znajduje się na s. 8 styczniowego „Kuriera WNET” nr 43/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Andrzeja Witkowskiego pt. „Droga do prawdy o zabójstwie ks. Jerzego Popiełuszki” na s.8 styczniowego „Kuriera WNET” nr 43/2018, wnet.webbook.pl

Wraca ostatnio temat Akcji Wisła. Przy tej okazji powtarza się ciągle mity wyprodukowane przez propagandę komunistyczną

KBW w polskich mundurach zaczęło prowadzić pacyfikacje wsi ukraińskich. Cel był jasny – sprowokowanie UPA do dalszych działań przeciw ludności polskiej. Niestety ta prowokacja komunistom się udała.

Mariusz Patey

w 1947 roku komuniści, kontynuując prowadzoną od 1945 roku politykę przesiedleń ludności białoruskiej i ukraińskiej na tereny BSSR i USSR, postanowili wysiedlić głównie greckokatolickich Ukraińców, Łemków i Bojków na tzw. Ziemie Odzyskane. (…)

UPA w 1945 roku uznała już milcząco swój błąd strategiczny, polegający na niedocenieniu siły Sowietów. Po II wojnie światowej, zamiast plebiscytów i referendów, o przyszłości spornych ziem dawnej Rzeczpospolitej decydować miała siła Armii Czerwonej i aparatu bezpieczeństwa.

W tych warunkach została nawiązana (na poziomie taktycznym) współpraca AK-WiN z lokalnymi strukturami UPA. Ustały napady na polską ludność cywilną. Doszło do spektakularnej wspólnej akcji Polaków i Ukraińców przeciwko sowiecko-komunistycznej władzy w Hrubieszowie i do uwolnienia przetrzymywanych w lokalnym więzieniu żołnierzy polskiego podziemia. Współpraca ta została przerwana, bowiem w tym czasie KBW w polskich mundurach zaczęło prowadzić pacyfikacje wsi ukraińskich. Cel był jasny – sprowokowanie UPA do dalszych działań przeciw ludności polskiej. Niestety ta prowokacja komunistom się udała. Współpraca polskiego i ukraińskiego podziemia została wstrzymana. Rzezie kontynuowano.

Mitem jest zatem zaangażowanie się komunistycznych sił bezpieczeństwa w walkę z ukraińskim podziemiem w celu ochrony ludności polskiej. Celem było tylko i wyłącznie utrwalenie „władzy ludowej”.

UPA działała dłużej niż WiN dlatego, że NKWD, UB i KBW skupiły się na walce z podziemiem polskim, nie ukraińskim (UPA była im czasowo potrzebna, by budzić strach i legitymizować władzę ludową na tamtym obszarze). Ciekawe, że czasem dochodziło do współdziałania NKWD z oddziałami UPA przeciwko polskim organizacjom podziemnym.

Dziś wiemy, że „Akcja Wisła” miała inne cele niż zniszczenie UPA (to było załatwione jakby przy okazji). Celem komunistów bowiem było przeprowadzenie eksperymentu społecznego na ziemiach przyłączonych. Chodziło o to, by wymieszać ludność polską przybyłą z Kresów (wykorzenioną i wdzięczną Armii Czerwonej za ocalenie z rzezi Wołynia i Małopolski Wschodniej) z ukraińską i żydowską. Taki miks gwarantował, że to „władza ludowa” miała być oparciem i gwarantem bezpieczeństwa, arbitrem w sporach.

Eksperyment częściowo się udał. Mieszkańcy Ziem Zachodnich głosują po dziś dzień częściej na postkomunistów, mniej są przywiązani do tradycyjnych wartości, słabsze są więzi rodzinne i więcej notuje się rozwodów. Tam też powstawały polskie sowchozy i kołchozy. Do dziś więcej na Ziemiach Zachodnich własności państwowej, mniej rodzinnych gospodarstw rolnych niż w innych regionach kraju…

Cały artykuł Mariusza Pateya pt. „Akcja Wisła. Mity propagandy komunistycznej” znajduje się na s. 5 styczniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 43/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Mariusza Pateya pt. „Przed nami wybory” na s. 5 styczniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 43/2018, wnet.webbook.pl

Okiem sceptyka: Kto (nie) zamordował generała Sikorskiego? Jaką rolę odegrał pilot samolotu, czeski oficer Prchal?

Można sobie wyobrazić, że pilot cudem ocalał i doznał czegoś w rodzaju amnezji lub zwyczajnie kilkadziesiąt kolejnych lat nie potrafił spójnie i przekonująco określić przyczyn katastrofy.

Zamach na samolot to zwykle śmierć wszystkich na pokładzie. Ukrycie zamachu i upozorowanie katastrofy jest trudne, gdy ktoś ocaleje, zwłaszcza ktoś z załogi; i tym bardziej pilot. Stąd tak powszechnie podejrzewano zamach, gdy katastrofę samolotu generała Sikorskiego w Gibraltarze w roku 1943 przeżył właśnie pilot. Był nim oficer czeski – porucznik Eduard Prchal. Drobiazgowo badano jego życiorys, karierę i przebieg służby. Podejrzeń potwierdzić się nie udało; ale i nie udało się ich ostatecznie rozwiać. Aż do śmierci Prchala w 1984 r. pilnie śledzono, skądinąd nieliczne, jego wypowiedzi o katastrofie.

Z tzw. braku laku teorie zamachu opierano tedy na innych szczegółach tragicznego lotu i jego kontekstu: obecności czy nieobecności rozmaitych osób w Gibraltarze w czasie katastrofy, równoczesnej wizycie delegacji sowieckiej, składzie załogi i tak dalej. Owe inne szczegóły często zwyczajnie zmyślano.

Te inne teorie zamachu, „wtórne”, pomijające ewentualny udział w spisku pilota – a doprawdy spisano je w niejednej książce – mam za brnące w coraz większe nieprawdopodobieństwo (i coraz większy bezsens) z powodów podanych na wstępie: zamach byłby bardzo trudny lub niemożliwy do zorganizowania bez udziału pilota, a skoro udziału nie było lub go nie wykazano – to najprawdopodobniej nie było i zamachu.

Naturalnie, jak w sprawie mordu na błogosławionym księdzu Popiełuszce, na podstawie znanych faktów możemy tylko stopniować prawdopodobieństwo; tymczasem świat logiczny być nie musi (zwłaszcza nie musi do końca) i bywają rzeczy, co nie śniły się filozofom. Można sobie tedy wyobrazić, że pilot samolotu, na który dokonano zamachu, cudem ocalał i doznał czegoś w rodzaju amnezji lub zwyczajnie kilkadziesiąt kolejnych lat nie potrafił spójnie i przekonująco określić przyczyn katastrofy; że cudem ocalał i przerażony wydarzeniami postanowił do śmierci milczeć; a nawet, że na pokładzie startującego samolotu stoczył z zamachowcami walkę, w której odniósł obrażenia i o której natychmiast po uratowaniu… zapomniał! Kpię? A jednak taką właśnie, niedorzeczną teorię całkiem serio wysunął jeden z polskich sensatów, Tadeusz Kisielewski.

Ja skupię się na prostej logice i osobie pilota.

Śmierci generała Sikorskiego pragnąć mogły rządy kilku państw; głównie Brytyjczycy (wszak katastrofa nastąpiła na ich terytorium), Sowieci, Sowieci wspólnie z Brytyjczykami, a w dalszej kolejności inni – Niemcy i Amerykanie. Także Polacy: wywiad polski miał być niechętnie lub wrogo nastawiony do, jego zdaniem, nieskutecznej i szkodliwej dla Polski polityki Sikorskiego. To dla któregoś z tych państw musiałby działać porucznik Prchal, gdyby uczestniczył w spisku na życie generała.

Tadeusz Romer, Władysław Sikorski, Władysław Anders i Tadeusz Klimecki podczas podróży inspekcyjnej Naczelnego Wodza na Bliskim Wschodzie 1943 | Fot. nieznanego autora, Wikipedia

Zastanówmy się.

Nie ma większego sensu przywiązywanie nadmiernej wagi do czyjegokolwiek pojęcia praworządności, lojalności czy przyzwoitości tam, gdzie w grę wchodzą interesy i niejawne operacje państwa; i stąd, gdyby porucznik Prchal uczestniczył w spisku na rozkaz brytyjski, i to na terytorium brytyjskim, to zapewne wkrótce po wyłowieniu z wody i ewentualnie złożeniu przed komisją ds. wypadków niewiele wnoszących zeznań – rząd brytyjski zaaranżowałby mu wypadek drogowy, atak serca itp.

Kluczowych świadków usuwa się i rządy państw tzw. demokratycznych nie są w tym względzie gorsze od najkrwawszych tyranii, choć może częściej dbają o pozory.

W tym wypadku nic podobnego nie nastąpiło. Brytyjczycy szybko po katastrofie przywrócili porucznika Prchala do służby i do końca wojny pilotował on samoloty VIP-ów. W rezultacie rząd brytyjski nadal był podejrzany, choć moim zdaniem mniej już sensownie: musiałby bowiem zawierzyć interes polityczny i tajemnice państwa świadkowi, którego winien raczej zlikwidować. Ale teoria tajnego działania porucznika Prchala na zgubę delegacji polskiej, a na rozkaz Brytyjczyków, ostatecznie moim zdaniem runęła, gdy po zakończeniu wojny porucznik bez przeszkód opuścił Wielką Brytanię, by wrócić do Czechosłowacji. Jeśli można sobie (z trudem) wyobrazić pozostawienie przez Brytyjczyków przy życiu kluczowego dla nich świadka, to zdecydowanie trudniej – ostateczne wyzbycie się wszelkiej kontroli nad jego poczynaniami.

Naturalnie Anglicy mogli zamach zorganizować bez udziału porucznika Prchala, i to łatwo – wystarczyło za liberatorem generała wysłać nocny samolot myśliwski RAF-u z misją specjalną. Gdyby jednak z tych czy innych (wcale nie tak mało prawdopodobnych) powodów konieczny był udział kogoś z załogi, kto powinien przeżyć, to musiałby to być porucznik Prchal, a on nie tylko przeżył katastrofę, żył do końca wojny, ale i po jej zakończeniu swobodnie opuścił Wielką Brytanię i udał się do Czechosłowacji – kraju kontrolowanego przez Sowiety.

Tedy to nie Brytyjczycy zorganizowali śmierć generała Sikorskiego ze świtą. Powyższa logika stosuje się i do pobytu porucznika Prchala w Czechosłowacji.

Gdyby porucznik był wykonawcą zamachu na zlecenie Sowietów, NKWD lub czechosłowacka bezpieka zadbałyby o to, by skrócić mu życie – jeśli nie jeszcze w Anglii, to na pewno po powrocie do Czech, aranżując mu wypadek drogowy, atak serca itp., by tajemnicę zabrał z sobą do grobu.

Opcjonalnie winny skłonić lotnika np. do wystąpienia przed mikrofonami radia i w sowieckim stylu rytualnych potępień – oskarżenia o zamach Brytyjczyków. Wiemy, że nie nastąpiło ani to, ani to. Co prawda, publiczne oskarżenie Brytyjczyków czeska bezpieka porucznikowi sugerowała; ale bez specjalnego nacisku i jakby bez przekonania. Koniec końców, z Czechosłowacji Prchal uciekł.

Tedy i nie Sowieci zamordowali generała Sikorskiego ze świtą. Wprawdzie podobnie jak Brytyjczycy, mogli zamach ten zorganizować bez udziału porucznika Prchala. Gdyby tak było, czyli gdyby Sowieci zorganizowali zamach bez udziału Prchala, to nie musieliby go likwidować ani zmuszać do oskarżania o zamach rządów państw wrogich Sowietom (choć znając obyczaj sowiecki, należałoby tego oczekiwać). Jednak zamach taki byłby o wiele mniej prawdopodobny – i nieporównanie trudniejszy niż dla Brytyjczyków.

* * *

Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Katowicach prowadziła śledztwo w związku ze śmiercią gen. Sikorskiego w Gibraltarze w 1943 r. Umorzono je w ubiegłym roku w Warszawie. Niemal rok temu, w lutym 2017 r., ustalenia Komisji na spotkaniu publicznym omówili goście IPN i Piotra Zychowicza: dr hab. Tomasz Konopka z Zakładu Medycyny Sądowej Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego i prokurator Psiuk. Zapis filmowy tego spotkania znaleźć można na YouTube; polecam.

Z ustaleń śledztwa zdaje się wynikać, bardzo przekonująco, wniosek, że zamachu nie było.

Sądzę, że wniosek ten warto oprzeć i na podanej wyżej, nieskomplikowanej logice i rachunku prawdopodobieństwa.

 

Mariusz Cysewski

15 I 2018 r. w Warszawie zmarła profesor Barbara Otwinowska. Uroczystości pogrzebowe odbędą się w piątek, 26 stycznia

Żołnierz Armii Krajowej o ps. Witek Błękitny, wieloktotnie odznaczona. Uczestniczka powstania warszawskiego. Polonistka i romanistka, kierowniczka Pracowni Historii Literatury Renesansu i Baroku PAN.

Barbara Otwinowska, córka Stefana Otwinowskiego i Zofii z d. Górskiej urodziła się 11 czerwca 1924 r. w Toruniu, w rodzinie ziemiańskiej o tradycjach patriotycznych. Pierwsze sześć lat życia spędziła w Toruniu, po czym wraz z matką przeprowadziła się do należącego do jej wuja dworu ziemiańskiego w Koroszczynie, położonego na terenach nadbużańskich koło Terespola nad Bugiem.

Do 1937 r. uczyła się w Koroszczynie pod nadzorem matki. Od tego roku do wybuchu wojny uczęszczała do Gimnazjum Sióstr Urszulanek we Lwowie.

Barbara Otwinowska podczas powstania warszawskiego | Fot. IPN

W 1943 r. wstąpiła do Armii Krajowej, przyjmując pseudonim „Witek Błękitny”. Uczestniczyła w powstaniu warszawskim jako łączniczka, sanitariuszka i wartowniczka w 100. kompanii sztabowej (Wojskowa Służba Ochrony Powstania). Była m.in. członkiem grupy ratunkowej dla osób uwięzionych w zbombardowanym domu przy ul. Pańskiej.

Po kapitulacji została wywieziona na roboty do Zagłębia Ruhry w Niemczech. Wiosną 1945 r. powróciła do Warszawy i od kwietnia 1945 r. do stycznia 1946 r. pracowała jako urzędniczka w Starostwie Grodzkim Śródmiejsko-Warszawskim. Jesienią 1945 r. rozpoczęła studia romanistyczne i polonistyczne na Uniwersytecie Warszawskim.

28 maja 1947 r. została zatrzymana przez UB w związku ze śledztwem i procesem rtm. Witolda Pileckiego i jego współpracowników pod zarzutem udzielania pomocy S. Kuczyńskiemu. Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie skazał ją na trzy lata więzienia. Od maja 1949 r. była więziona w Zakładzie Karnym w Fordonie k. Bydgoszczy. Z więzienia została zwolniona 7 czerwca 1950 roku.

Fot. IPN

Miesiąc później, 17 lipca, złożyła podanie o możliwość kontynuowania przerwanej aresztowaniem nauki na Uniwersytecie Warszawskim. Zakwalifikowano ją na III rok studiów. W 1952 r. obroniła pracę magisterską pt. „Formacje utworzone sufiksem -ISKO w języku polskim”. Promotorem był wybitny językoznawca prof. dr hab. Witold Doroszewski.

W 1951 r. rozpoczęła pracę w Instytucie Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk. W 1977 r. otrzymała tytuł docenta, a w 1986 r. profesora nadzwyczajnego. W latach 1981–1993 sprawowała funkcję kierownika Pracowni Historii Literatury Renesansu i Baroku. W 1994 r. przeszła na emeryturę.

Pełniła funkcję sekretarza zespołu redakcyjnego edycji „Dzieł wszystkich” Jana Kochanowskiego. Od 1985 r. zasiadała w Radzie Naukowej IBL PAN.

W 1995 r. została uhonorowana nagrodą im. Jana Górskiego, przyznawaną przez Towarzystwo Miłośników Historii, a w 2005 r. tytułem Kustosz Pamięci Narodowej, nadawanym przez Instytut Pamięci Narodowej za wybitny wkład w upamiętnianie historii narodu polskiego w latach 1939–1989.

Odznaczona m.in. Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski (2007), Brązowym Krzyżem Zasługi z Mieczami (za udział w powstaniu warszawskim), Medalem za Warszawę 1939–1945 (1964), Krzyżem Armii Krajowej (Londyn, 1985), Warszawskim Krzyżem Powstańczym (1987), Krzyżem Więźnia Politycznego 1939–1989 (1996), Medalem Wojska (dwukrotnie).

Rodzina Zmarłej i Instytut Pamięci Narodowej zawiadamiają, że pogrzeb śp. prof. Barbary Otwinowskiej odbędzie się w najbliższy piątek 26 stycznia. Uroczystości rozpoczną się Mszą Świętą w warszawskiej Katedrze Polowej Wojska Polskiego (ul. Długa 13/15) o godz. 11:00. Złożenie trumny do grobu rodzinnego będzie miało miejsce o godz. 13:30 na nowym Cmentarzu Komunalnym w Umiastowie koło Ożarowa Mazowieckiego (przy ul. Umiastowskiej).

https://ipn.gov.pl/pl/aktualnosci/45618,Uroczystosci-pogrzebowe-prof-Barbary-Otwinowskiej.html

Adam Przegaliński
Rzecznik Prasowy Instytutu Pamięci Narodowej

„Pierwsi polegli” Powstania Wielkopolskiego. Czy jest możliwe odtworzyć dziś początkowe wydarzenia tego zrywu?

Franciszek Ratajczak, ośmielony wcześniejszymi wydarzeniami, oddał pierwszy strzał, zapewne dla postrachu. Niemiecką ripostą, w duchu atmosfery tamtego dnia, była seria z karabinu maszynowego.

Łukasz Jastrząb, Wiesław Olszewski

Pytania o pierwsze strzały i pierwszych poległych są ze sobą powiązane „od zawsze”. Zwykle winą obciąża się tę stronę, która jako pierwsza sięgnęła po broń, bez wnikania w złożoność intencji i okoliczności czynu. Rozważania typu „kto pierwszy strzelił, kto pierwszy padł”, fascynowały wielu badaczy od dawna, w odniesieniu do rozmaitych wydarzeń dziejowych, nie tylko Powstania Wielkopolskiego. W każdym przypadku ustalenia i próby rekonstrukcji zdarzeń okazywały się trudne i budziły spory.

Zgodnie z tradycją, listę poległych w Powstaniu Wielkopolskim otwierali Antoni Andrzejewski i Franciszek Ratajczak, którzy zginęli dnia 27.12.1918 r. w Poznaniu, a ich śmierć zapoczątkować miała Powstanie Wielkopolskie. Co prawda, zdaniem niektórych „wyprzedził” ich Jan Mertka z batalionu pogranicznego, który zginął przed południem w rejonie Szczypiorna. Spór w tej materii istniał już przed II wojną światową i związany był z rywalizacją o znaczenie powstańczych ośrodków organizacyjnych: lokalnych z peowiackimi, przemienioną na spór endecko-piłsudczykowski. (…)

Istnieje przekonanie, że Powstanie Wielkopolskie miał zapoczątkować „atak na Prezydium Policji”, mieszczące się w nieistniejącym już gmachu na narożniku dzisiejszych ulic Franciszka Ratajczaka i 27 Grudnia, gdzie obecnie znajduje się parking. Podczas tamtego szturmu miał zginąć pierwszy powstaniec – Franciszek Ratajczak.

W istocie takie wydarzenie nie miało miejsca, bo ataku na Prezydium Policji Polacy nie przedsiębrali, a zacięte walki o budynek są tylko wytworem fantazji. Problem „pierwszych strzałów” nie był zresztą przedmiotem analizy, a raczej ogólnej ugody w sprawie śmiertelnego zranienia Franciszka Ratajczaka nieoczekiwaną serią z niemieckiego karabinu maszynowego przed Prezydium Policji. Według niektórych, „pierwsze strzały” miały paść w rejonie Hotelu Rzymskiego, bądź też kawiarni „Hohenzollern” (późniejsza „Esplanada” w budynku niemieckiego teatru, a obecnie „Arkadia”), a od zbłąkanej kuli miał zginąć jeden z gości.

Niezależnie od relacji, zgoda panuje co do faktu, że „pierwsze strzały” znacznie wyprzedziły śmierć Franciszka Ratajczaka. A zatem strzały pod Prezydium Policji około godziny 18.00 nie były pierwszymi tego dnia. (…)

W świetle protokołów lekarskich, śmierć Antoniego Andrzejewskiego, i to po akcji ratunkowej w głównym lazarecie fortecznym, określono w akcie zgonu na godzinę 19.00, a biorąc pod uwagę ówczesny transport sanitarny, zranienie sytuuje się na co najmniej 1–2 godziny wcześniej. (…) Na podstawie analizy ksiąg zgonów USC w Poznaniu i zapisanych w nich godzin śmierci, to właśnie Antoniego Andrzejewskiego należałoby potraktować jako pierwszą ofiarę Powstania Wielkopolskiego w Poznaniu, a nie Franciszka Ratajczaka.

Kurtka kaprala 1 Pułku Ułanów Wielkopolskich | Fot. M. Szczepańczyk (CC A-S 3.0, Wikipedia)

Tego samego dnia – 27.12.1918 r. – o nieustalonym czasie, śmiertelny postrzał w brzuch otrzymał również Stefan Andrzejewski, który zmarł 30.12.1918 r. Choć nie ma bezpośredniego dowodu na jego zaangażowanie w walkach, to na powstańczą rangę jego zgonu wskazywać może manifestacyjny pogrzeb, jaki mu zorganizowano na starym cmentarzu parafii pw. św. Wojciecha na stokach Cytadeli w Poznaniu, w dniu 3.01.1919 r., w asyście kompanii Polskiej Organizacji Wojskowej (POW), Straży Ludowej oraz tysięcy żałobników. O Stefanie Andrzejewskim nie wspomina dotąd żadne opracowanie; być może traktowano go jako cywila, choć w ówczesnej prasie tytułowany jest „druhem”, co znamionowało powstańca. Możliwe, że nie odniósł rany w bezpośrednim starciu, choć najpewniej z niemieckiej ręki.

Wiele faktów wskazuje na to, że nie pod Prezydium Policji padły „pierwsze strzały” w Powstaniu Wielkopolskim. Najprawdopodobniej strzelano już wcześniej – na wiwat, dla postraszenia przeciwnika, a może i jego zneutralizowania, ale to pod Prezydium Policji Franciszek Ratajczak, ośmielony wcześniejszymi wydarzeniami, oddał pierwszy strzał, zapewne dla postrachu. Niemiecką ripostą, w duchu atmosfery tamtego dnia, napiętej do granic, była seria z karabinu maszynowego. Dalsze wydarzenia potoczyły się już błyskawicznie, nastąpiła wymiana ognia między obiema stronami, choć bez szczególnej zaciętości. Niemieckiej załogi Prezydium nie wzięto do niewoli, lecz po porozumieniu w Bazarze zmuszono do opuszczenia budynku, zastępując 48-osobową, narodowościowo mieszaną grupą, złożoną z 24 Niemców i 24 Polaków. Nadal zatem wszystko mieściło się w ramach jedynie groźnych incydentów, a nie walki o wolność, ale nie takie wnioski wyciągała z sytuacji polska społeczność Poznania i Wielkopolski. (…)

Rekonstrukcja zdarzenia ma kluczowe znaczenie dla ustalenia czasu krótkiego starcia pod Prezydium Policji. Nie wiadomo, czy Powstańcy odpowiedzieli ogniem zaraz po serii z niemieckiego karabinu maszynowego, oddanej w kierunku Franciszka Ratajczaka, czy też później, gdy zabrali rannego z niebezpiecznego miejsca. Niemniej całość zdarzeń z przenoszeniem rannego, przywoływaniem księdza, namaszczaniem i spowiedzią, transportem do szpitala, przygotowaniem do operacji i samym zabiegiem, mogła zająć około dwóch godzin. Nie wiemy jednak, jak długo po operacji Franciszek Ratajczak jeszcze żył, bo nie zachowały się dokumenty szpitalne. Najprawdopodobniej jednak czas zranienia to godzina 18.00. (…)

Wyjaśnienie sprawy „pierwszego poległego” komplikuje też przypadek Adama Nowaczewskiego, który miał ponoć zginąć także w dniu 27.12.1918 r., ale wcześniej, aniżeli został ranny Franciszek Ratajczak, w trakcie nieustalonej wymiany strzałów w rejonie „Arkadii”, wyprzedzającej konflikt wokół Prezydium Policji.

Republika Polska w połowie listopada 1918 roku, widoczna Prowincja Poznańska, która formalnie wchodziła jeszcze w skład Republiki Niemieckiej | Fot. Wikipedia

Swoistą rywalizację o „pierwszeństwo śmierci” między Franciszkiem Ratajczakiem a Antonim Andrzejewskim bardzo szybko zdominował daleko poważniejszy spór związany ze śmiercią Jana Mertki, również w dniu 27.12.1918 r. w okolicach Ostrowa Wielkopolskiego, bez wątpienia w godzinach wcześniejszych aniżeli zajścia w Poznaniu. Tym razem sprawa miała charakter rywalizacji politycznej, a nie towarzysko-organizacyjnej. Spór Franciszek Ratajczak czy Jan Mertka nałożył się bowiem na rywalizację środowisk lokalno-endeckich (Franciszek Ratajczak) z piłsudczykowsko-peowiackimi (Jan Mertka). Wiele wskazuje zresztą na to, że ów problem mógł mieć o wiele szersze konotacje i umocowania, zahaczając o politykę państwa polskiego we wczesnej fazie niepodległości oraz próby honorowania poszczególnych jednostek dla konkretnych politycznych korzyści. (…)

W świetle rozmaitych porównań i odniesień, „pierwszy poległy” to niemal zawsze rezultat społecznego konsensusu. Wiele wskazuje, że tak się stało również w przypadku Franciszka Ratajczaka, a jego śmierć wzbogaciła legendę o ataku na Prezydium Policji. Nie był to jednak laur nieuzasadniony, bo strzały i śmierć w Poznaniu w dniu 27.12.1918 r. miały swoje konsekwencje dla dalszych wydarzeń w stolicy Wielkopolski, jak i niemal wszystkich miejscowości tego regionu.

Chociaż spór wokół „pierwszych strzałów – pierwszych poległych” zdaje się być ważny, tyczy bowiem sporów o genezę Powstania Wielkopolskiego, jego ranga nie jest tak wielka. Powstanie Wielkopolskie, choć słabo przygotowane, i tak by wybuchło, z ofiarą życia Franciszka Ratajczaka lub bez niej, ze starciem pod Prezydium Policji lub w innym miejscu, w tym dniu lub dnia następnego, było bowiem polityczną koniecznością oraz najgłębszym przekonaniem Wielkopolan o jego słuszności, w jedynej, niepowtarzalnie korzystnej sytuacji dziejowej.

Cały artykuł Łukasza Jastrzębia i Wiesława Olszewskiego pt. „»Pierwsi polegli« Powstania Wielkopolskiego” znajduje się na s. 5 styczniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 43/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Łukasza Jastrzębia i Wiesława Olszewskiego pt. „»Pierwsi polegli« Powstania Wielkopolskiego” na s. 4 i 5 styczniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 43/2018, wnet.webbook.pl

 

 

Koniec świata „obszarników”. Rogalin zagrożony parcelacją/ Jan Martini, „Wielkopolski Kurier WNET”, styczeń, nr 43/2017

Istnieje realne niebezpieczeństwo, że Raczyńscy zostaną kolejny raz „przekręceni”, a jest więcej niż pewne, że w obronie majątku Rogalin nie będą protestować Obywatele RP czy „ekolodzy”.

Jan Martini

Koniec świata „obszarników”

Czy „dobra zmiana” okaże się dobra także dla Fundacji Raczyńskich, zagrożonej przez komercyjne decyzje, nieliczące się z jej unikalną wartością kulturową? To, co wolą Edwarda Raczyńskiego miało stanowić niepodzielną i wieczystą całość, może zostać rozparcelowane.

Majątek Rogalin w Wielkopolsce przetrwał zabory, okupacje, reformę rolną i niepewny czas po 1989 roku. Fundacja Raczyńskich, która nim dzisiaj zarządza, dzierżawi grunty (po cenach rynkowych) od zasobów skarbu państwa, czyli Agencji Nieruchomości Rolnych. Ale po kolei.

Rogalin | Fot. M. Mężyńska, Wikipedia

Geneza

Mamy pecha zamieszkiwać teren, który jest tzw. głównym europejskim teatrem działań wojennych. W ciągu wieków przez nasz kraj przetaczały się zbrojne hordy ze wszystkich możliwych kierunków. Szczególnie niszcząca była ostatnia wojna z licznymi przemarszami wojsk wrogich i zaprzyjaźnionych. To dlatego Polska jest tak uboga w pamiątki przeszłości. Dwory polskie, rozrzucone niegdyś na ogromnych obszarach od Dźwiny po Nowy Tomyśl, od Pomorza po kresy Ukrainy, stanowiły esencję polskości i dlatego były szczególnie narażone na zniszczenie przez wszystkich okupantów. W czasie ostatniej wojny likwidacji uległo19 tys. dworów, lecz w jeszcze większym stopniu niż budynki niszczono ich mieszkańców.

„Polskie pany” miały małą szansę przeżycia, gdyż mordowanie ich było ulubionym zajęciem zarówno niemieckich faszystów, jak i rosyjskich komunistów. Gdy we wrześniu 1939 roku wojska Wehrmachtu wkroczyły do Wrześni, natychmiast zamordowano hrabiego Mycielskiego. Niemcy to stary europejski naród o wielkiej kulturze, więc przed zamordowaniem pozwolono hrabiemu pożegnać się z żoną.

Bolszewicy nie byli tak subtelni, ale nie mniej skuteczni. Mieszkańcy dworów jako klasa społeczna zostali zlikwidowani i obecnie sam termin „ziemianie” praktycznie przestał być rozpoznawalny. Ci, którzy przeżyli, narażeni byli na wiele szykan i upokorzeń. Nie wolno im było przebywać nawet na terenie powiatu, w którym mieli rodową siedzibę. Dwory, zasiedlone często przez wiele pokoleń, zostały skonfiskowane. PKWN (stalinowski „rząd” powołany w 1944 r.) zlikwidował ok.10 tys. majątków ziemiańskich, których średnia powierzchnia liczyła ok. 400 ha. Dzisiaj, po przekształceniach 1989 roku, powstało 8 tys. wielkich gospodarstw rolnych o średniej powierzchi 500 ha. Czyli jedna grupa społeczna została zastąpiona drugą, pochodzącą w 60% z partyjnych dyrektorów zlikwidowanych przez Balcerowicza PGR-ów.

Pałac w Korytowie, Dolny Śląsk | Fot. Tomasz Leśniowski (CC A-S 4.0, Wikipedia)

Transformacja

Przed wojną Zamoyscy mieli 19 tys. ha, a dzisiaj największy „magnat” Stokłosa dysponuje 40 tys. ha. Dla struktury społecznej i kształtu elit chyba nie jest wszystko jedno, że zamiast historycznego ziemiaństwa nowa elita ma twarz pana Stokłosy…

Plan Sachsa-Sorosa, zwany w Polsce planem Balcerowicza, przewidywał reprywatyzację, jednak podczas konsultacji międzysojuszniczych w Moskwie, które prowadził w imieniu D. Rockefellera Zbigniew Brzeziński, okazało się, że Rosjanie nie zgadzają się na polską reprywatyzację. Można się domyślać, że chodziło im o przekazanie dóbr narodowych (np. gruntów warszawskich) nie dawnym właścicielom, często „obcym klasowo”, lecz ludziom, którzy skłonni będą dbać o moskiewskie interesy w Polsce.

Niedobitki dawnych ziemian wegetowały gdzieś na marginesie „społeczeństwa socjalistycznego”, utrzymując się z korepetycji lub tłumaczeń. Ich dzieci prawie nie miały szans, by dostać się na studia, więc dostęp do zawodów inteligenckich był dla „źle urodzonych” w zasadzie niemożliwy. Tak więc po tysiącu lat polska warstwa przywódcza została zepchnięta na śmietnik historii, uzyskując status „wrogów ludu”. Zresztą „wrogami ludu” byli też inni tzw. wyzyskiwacze – „fabrykant” i „kułak” – czyli przedsiębiorca i bogaty chłop.

W podręcznikach historii z czasów PRL autorstwa Heleny Michnik (redaktor Adam to już drugie pokolenie Wychowawców Narodu Polskiego), ziemianie określani byli jako „obszarnicy”, którzy „wyzyskiwali chłopów”, a „ucisk chłopa wzrastał” niezależnie od omawianego okresu historii.

Jednak w przerwach między uciskaniem chłopstwa małorolnego ziemianie robili też inne rzeczy, o których warto pamiętać. Dokonania niezwykle zasłużonej rodziny Raczyńskich gospodarujących w podpoznańskim Rogalinie są zbyt obszerne, by wymienić je w tym artykule. Ale spróbujmy je choć naszkicować.

Dziedzictwo Raczyńskich

Dęby rogalińskie Lech, Czech i Rus | Fot. Noaśka, Wikipedia

Większość z nas słyszała o dębach rogalińskich, ale dęby rosły kiedyś w pradolinie Warty od południowych dzielnic Poznania (Dębiec, Dębina) aż po Śrem. Przetrwały jedynie w Rogalinie, gdyż już w osiemnastym wieku, na długo przed pojawieniem się pierwszych „ekologów” czy „zielonych”, Raczyńscy objęli je ochroną. Dzięki właścicielom Rogalina dziś mamy1435 dębów, z których najstarsze mają po ok. 800 lat.

Co najmniej od Kazimierza Raczyńskiego, starosty wielkopolskiego, który kupił wieś Rogalin i wybudował pałac, Raczyńscy swój majatek wykorzystują na rzecz społeczności. Jego wnuk – Edward I Raczyński, założyciel jednej z pierwszych bibiotek publicznych na ziemiach polskich, zbudował w Poznaniu wodociągi. Jego dziełem była także słynna złota kaplica przy katedrze poznańskiej, upamiętniająca pierwszych władców Polski. Zmarł zaszczuty przez liberałów i masonów (takie środowiska istniały na długo przed „Gazetą Wyborczą”), którzy zwalczali go jako konserwatystę, a pretekstem była inskrypcja na cokole „comes Edvardus Raczynski fundabis”. Lewicowi liberałowie oburzyli się na tę inskrypcję, bo na budowę kaplicy była przeprowadzona zbiórka publiczna. Tyle tylko, że pokryła ona zaledwie 2% kosztów, a resztę uregulował Raczyński… Pod wpływem ataków fundator kazał napis skuć, ale depresja wywołana aferą była przyczyną jego śmierci.

Inną niezwykłą postacią tego rodu był Edward Raczyński ostatni – ambasador, a później prezydent RP na uchodźstwie. Jego pogrzeb w 1993 roku (zmarł w wieku 102 lat!) był wielką manifestacją patriotyczną, która zgromadziła w Rogalinie kilkanaście tysięcy osób.

W przedwojennej Polsce panowała zasada, że ambasadorami zostawali arystokraci, którzy za swoją służbę publiczną nie otrzymywali wynagrodzenia. Praca na rzecz ojczyzny była dla nich zaszczytem, a nie sposobem zarobkowania. Ówczesnym ambasadorom nie przyszło by do głowy pobieranie zasiłku na rzekomo niepracującą żonę, zatrudnioną w rzeczywistości w telewizji. Wykluczony byłby także udział w antyrządowych demonstracjach na terenie ambasady.

Mieli oni kontakty międzynarodowe (często rodzinne), a znajomość francuskiego – ówczesnego języka dyplomacji, wynosili z domu. Podobnie jak dobre maniery. Dawni dyplomaci nie potrzebowali odbywać kursów jedzenia drobiu nożem i widelcem (w kręgach dyplomatycznych obgryzać kości nie wypada), nie mieli też przeszkolenia szpiegowskiego w moskiewskim MGIMO.

To dlatego dwaj bracia Raczyńscy Edward i Roger zostali ambasadorami. Edward jako ambasador Polski w Wielkiej Brytanii był architektem sojuszu polsko-brytyjskiego, zasługą zaś Rogera – ambasadora w Bukareszcie – było bezpieczne przejście polskich oficerów i rządu (wraz ze skarbem narodowym!) przez Rumunię do Francji.

Obaj bracia zdawali sobie sprawę, że dojdzie do wybuchu wojny i nie chcieli powtórzyć błędu swojego ojca, który cenne zbiory pozostawił na wsi w Zawadzie pod Dębicą, gdzie zostały spalone przez kozaków. Bracia Raczyńscy postanowili ukryć zbiory w bezpiecznym miejscu, czyli w Warszawie. Zbiory zostały złożone w Muzeum Narodowym i tam przetrwały bombardowania września 1939 roku, całą okupację niemiecką, Powstanie Warszawskie i następnie dzięki profesorowi Lorencowi zostały ewakuowane do Niemiec i ukryte w kopalni. Później wpadly w ręce Rosjan i zostały wywiezione do ZSRR jako trofeum wojenne, lecz w latach pięćdziesiątych zostały rewindykowane!

Fundacja

Mimo takich przejść, zbiory obrazów cudownie przetrwały niemal w całości i zostały zwrócone właścicielowi, a Edward Raczyński przekazał je, za zgodą swoich trzech córek, Fundacji Raczyńskich (możemy je podziwiać w muzeum rogalińskim).

Biblioteka w Rogalinie | Fot. J. Skutecki (CC A-S 3.0, Wikipedia)

Prezydent Raczyński zawsze podkreślał, że ich rodzina jest depozytariuszem dóbr narodowych, a oni są tylko kustoszami tradycji. Takie podejście spowodowało, że Edward Raczyński utworzył fundację, którą afiliował do Muzeum Narodowego w Poznaniu i jej zapisał całą schedę rogalińską, tj. pałac z zespołem pałacowym, park, majątek rolny i gigantyczne zbiory dzieł sztuki (nie mające sobie równych w Polsce).

Gdy w 1991 roku powstawała fundacja, wszyscy spodziewali się, że najdalej w ciągu tygodni albo miesięcy dojdzie do wydania ustawy reprywatyzacyjnej i zwrotu majątku na rzecz fundacji. Nikt z nas nie wiedział wówczas, że powstała III RP ma bardzo ograniczoną suwerenność i reprywatyzacja jest niemożliwa, bo nie było na nią zgody Moskwy. Również kręgi emigracyjne, skupione przy legalnym polskim rządzie w Londynie, nie miały pojęcia, co jest grane. To dlatego prezydent Kazimierz Sabbat zmarł na serce na wieść, że generał Jaruzelski został prezydentem formalnie niekomunistycznej już Polski. Następny prezydent, Ryszard Kaczorowski, w 1990 roku uznał, że Polska jest już wolna i przekazał insygnia i urząd prezydencki… Lechowi Wałęsie.

Nie tylko my nie wiedzieliśmy, że najważniejsze stanowisko w państwie objął konfident komunistycznych służb. Edward Raczyński pozbył się majątku wielkiej wartości w geście niczym nie wymuszonym. Gdyby nie pewien idealizm czy naiwność, swój majątek rolny mógłby po prostu odkupić, sprzedając kilka obrazów. Prezydent nie spodziewał się problemów z utrzymaniem całości darowizny.

Zresztą podobny błąd popełnił Józef Maksymilian Ossoliński, przekazując swoją bibliotekę „miastu Lwów”, czym uniemożliwił odzyskanie zbiorów przez obecne Ossolineum, mające siedzibę we Wrocławiu. W 1827 roku darczyńca nie mógł przypuszczać, że we Lwowie kiedyś nie będą mieszkać Polacy…

W naszych czasach

Majątek Rogalin przetrwał zabory, okupacje, reformę rolną i niepewny czas po 1989 roku. Fundacja dzierżawi grunty (po cenach rynkowych) od zasobów skarbu państwa, czyli Agencji Nieruchomości Rolnych. Istnieje groźba nieprzedłużenia umowy dzierżawnej i ewentualnej sprzedaży gruntów deweloperom. To, co wolą Edwarda Raczyńskiego miało stanowić niepodzielną i wieczystą całość, może zostać rozparcelowane.

W Rogalinie rolnictwo (zresztą dochodowe) nie jest celem samym w sobie, ale środkiem do utrzymania krajobrazu w stanie nienaruszonym. Dzięki takim działaniom Rogalin wygląda dziś dokładnie tak samo, jak na dziewiętnastowiecznych obrazach Wyczółkowskiego, Malczewskiego czy Wiewiórskiego. Raczyńscy zmagali się już 100 lat temu z problemem stepowienia Wielkopolski. Sadzono zadrzewienia śródpolne jako ostoję zwierzyny i jako kurtyny przeciwwiatrowe zapobiegające wysychaniu. To dlatego tutejszy krajobraz jest tak malowniczy. I to zaledwie 17 km od centrum milionowej aglomeracji!

Ponieważ Rogalin to ładne miejsce i bardzo dobry adres, istnieje olbrzymie ciśnienie urbanizacji ze wszystkich stron. Fundacja ma statut obwarowany licznymi zastrzeżeniami, który bardzo trudno zmienić. Statut stanowi, że wszystko, co zostało wniesione przez Edwarda Raczyńskiego do fundacji, jest niezbywalne – nawet na cele statutowe, a w celach statutowych jest dbałość o dziedzictwo krajobrazowe i kulturowe.

Pałac w Rogalinie | Fot. Julo, Wikipedia

Konserwator zabytków wpisał cały majątek do rejestru zabytków, ale ta decyzja nie jest wciąż prawomocna. Istnieje realne niebezpieczeństwo, że Raczyńscy zostaną kolejny raz „przekręceni”, a jest więcej niż pewne, że w obronie majątku Rogalin nie będą protestować Obywatele RP czy „ekolodzy”. Zarząd fundacji liczy 9 osób, w tym sześciu członków rodziny Raczyńskich. Mikołaj Pietraszak Dmowski (sekretarz fundacji od początku jej istnienia), będąc historykiem sztuki i filologiem, pozyskał nowoczesną wiedzę rolniczą i administruje majątkiem w imieniu fundacji. Można go określić jako ostatniego ziemianina polskiego.

Gdy na gruntach Fundacji Raczyńskich powstaną galerie handlowe, osiedla apartamentowców czy pola golfowe, utracimy ważną część naszego dziedzictwa narodowego. Czy „dobra zmiana” okaże się dobra także dla Fundacji Raczyńskich, zagrożonej przez komercyjne decyzje, nieliczące się z jej unikalną wartością kulturową?

Artykuł Jana Martiniego pt. „Koniec »świata obszarników«” znajduje się na s. 6 styczniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 43/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jana Martiniego pt. „Koniec »świata obszarników«” na s. 6 styczniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 43/2018, wnet.webbook.pl

Miejsce Ukrainy w polityce niepodległościowej Piłsudskiego. Jej niepodległość uważał za warunek polskiego bezpieczeństwa

Porażki polityczne (głównie porządek ryski) ani zamach 25 IX 1921 r. na Targach Wschodnich we Lwowie, z którego cudem uszedł śmierci, nie zniechęciły J. Piłsudskiego do popierania sprawy ukraińskiej.

Zdzisław Janeczek

Miejsce Ukrainy w polityce niepodległościowej Józefa Piłsudskiego

Józef Klemens Piłsudski (1867–1935), urodzony w Zułowie na Żmudzi, dziecko Kresów i potomek rycerza Gineta, który w 1413 r. reprezentował w Horodle bojarów litewsko-ruskich, był wychowany w duchu tolerancji i tradycji republikańskich I Rzeczpospolitej, ojczyzny wielu narodów.

Józef Piłsudski | Fot. Narcyz Witczak-Witaczyński, źródło: NAC

Miarą polskości i praw obywatelskich były według niego zasługi dla kraju i lojalność wobec państwa, a nie urodzenie, nie krew i uprzywilejowana pozycja przodków. Tak rozumował również ulubiony poeta Naczelnika Państwa, Juliusz Słowacki, autor Króla Ducha. Dla obu ideałem była republika obywateli zasłużonych dla Rzeczpospolitej. Nieprzypadkowo więc w 1931 r. niedemokratycznie wybrany parlament, zdominowany przez piłsudczyków, zniósł wszelkie ograniczenia praw obywatelskich związane z językiem, narodowością czy religią, a rabini nawoływali wiernych do głosowania na Pana Piłsudskiego! Wyjątek stanowiły obce kulturowo żywioły najpierw rosyjskie, a potem sowieckie, reprezentowane przez partie komunistyczne i ich agentury.

Początek działalności konspiracyjnej przyszłego Naczelnika Państwa Polskiego wiązał się z niepodległościowymi organizacjami studenckimi i rosyjskim ruchem rewolucyjnym Narodna Wola, z którym w 1885 r. zetknął się podczas studiów medycznych na Uniwersytecie Charkowskim na Ukrainie. 2 i 3 III 1886 r. brał udział w studenckiej demonstracji z okazji 25. rocznicy uwłaszczenia, znajdując się potem wśród ponad 150 zatrzymanych przez carską policję. J. Piłsudski, już jako przywódca rodzimego ruchu socjalistycznego, zmierzał do wyrugowania wpływów rosyjskiego ruchu rewolucyjnego z terenów byłej I RP, zastrzegając sobie na tym obszarze dominację PPS. Dlatego ekspozytury tej organizacji funkcjonowały m.in. na Ukrainie. W kręgu J. Piłsudskiego dla Organizacji Bojowej PPS–Frakcji Rewolucyjnej, w ramach tzw. eksów, tj. akcji wywłaszczeniowych, w czerwcu 1907 r. opracowano plan opanowania skarbca filii banku państwowego w Kijowie, w którym wartość depozytów oceniano na miliony rubli. Zdobycz miała być wykorzystana do finansowania partii i działań niepodległościowych. W tym celu jakiś czas w Kijowie przebywali J. Piłsudski i Aleksandra Szczerbińska. Rozpatrywane były dwie możliwości: wariant z objęciem przez „beka” (bojowca) stanowiska palacza, z którego miejsca pracy można było przebić się do sejfu. Niestety było ono zajęte. W tej sytuacji alternatywę stanowił projekt podkopu z sąsiedniej posesji. Jednak w tym przypadku na przeszkodzie stanął brak pieniędzy na jej zakup. Ostatecznie na miejsce akcji wybrano małą stacyjkę Bezdany, oddaloną 25 km od Wilna, a celem stał się konwojowany wagon pocztowy. Broń z Kijowa przywiozła A. Szczerbińska.

Aleksandra Szczerbińska. Fot. Wikipedia

Bojowcy zdobyli ponad 200 tys. rubli, papiery wartościowe i worek srebra. Pieniądze posłużyły do spłaty długów organizacji, wsparcia uwięzionych i ich rodzin oraz sfinansowania organizacji niepodległościowych w Galicji. J. Piłsudski ponownie udał się za rosyjski kordon w związku z przygotowaniami do niezrealizowanej akcji ekspropriacyjnej w Mozyrzu. Prowadził wówczas rekonesans łodziami po Dnieprze. Opublikowany wcześniej w numerze 226 „Robotnika” z 4 II 1908 r. artykuł pt. Jak gotować się do walki zbrojnej zapowiadał likwidację Organizacji Bojowej i konieczność stworzenia nowej, dobrze przygotowanej do walki o niepodległość formacji o charakterze militarnym. Odtąd J. Piłsudski zaczął propagować przede wszystkim „taktykę czynu”. We Lwowie razem z Kazimierzem Sosnkowskim (1885–1969) omówił sprawę nie tylko likwidacji OB PPS, ale i narodzin Związku Walki Czynnej. Powstały struktury Związku Strzeleckiego we Lwowie i Towarzystwa „Strzelec” w Krakowie, formalnie kierował nimi Wydział Związku Strzeleckiego, praktycznie ZWC i J. Piłsudski.

POW na Ukrainie

Na Ukrainie pierwsze struktury organizacyjne POW powstały już w sierpniu 1914 r. W Kijowie jej początki związane były z ZWC. Dużą rolę odegrali polscy studenci, którzy weszli w skład Komendy Naczelnej III (Wschodniej) POW i rozpoczęli działania zwiadowcze, kolportaż materiałów propagandowych, szkolenia wojskowe oraz gromadzenie broni. Podjęto także akcje sabotażowo-dywersyjne. Wszyscy członkowie POW szykowali się do długiej wojny o Polskę. W 1917 r. organizacja była już mocno zakorzeniona w Kijowie. Jej oficerowie otrzymali jednak rozkaz niepodejmowania bezpośrednich działań przeciwko imperium rosyjskiemu, które i tak wojnę przegrywało. Do tego czasu POW rozszerzyła swoje struktury na obszar dzisiejszej Białorusi, Rosji (Petersburg i Moskwa), Krymu, Kaukazu, Donu i Kubania. Na mocy traktatu brzeskiego 1918 r. Niemcy zajęli Ukrainę i rozwiązali Ukraińską Radę Centralną. W 1918 r. Polska odzyskała niepodległość, a J. Piłsudski rozkazem z 11 listopada 1918 r. rozformował POW, jednak zakonspirowana Komenda Naczelna III POW nie została rozwiązana i, podporządkowana Wojsku Polskiemu, kontynuowała działalność wywiadowczą m.in. na Ukrainie.

J. Piłsudski stawiał na Ukrainę z powodów geopolitycznych, licząc na to, że niepodległe Kijów i Warszawa będą zdolne wspólnie obronić się przed zaborczością Imperium. Problemem był jednak brak dominującej ukraińskiej orientacji politycznej na Ukrainie. Jej tereny były wielonarodowym pograniczem ważnym dla kultury polskiej, rosyjskiej i żydowskiej. Problem sprawiała także chwiejność poczucia własnej tożsamości, wynikająca m.in. z wpajanego przez Rosjan przekonania, iż język ukraiński to tylko mowa ludu „do użytku domowego”. Odzwierciedleniem istniejących podziałów była dawna stolica Rusi Kijowskiej.

Hetman Pawło Skoropadski. Fot. Wikipedia

Obok atelier polskiej malarki Marii Salinger-Gierzyńskiej mieścił się przy Zjeździe Andriejewskim dom autora Białej gwardii Michaiła Bułhakowa, któremu Pawło Skoropadski – germanofil, anachroniczny arystokrata, potomek Iwana Skoropadskiego, który zagarnął buławę hetmańską (1709–1722) po upadku Iwana Mazepy (1639–1709), jawił się jako samozwańczy hetman, przewodzący egzotycznej koalicji ukrainofilów, białych monarchistów i niemieckich władz okupacyjnych. Kijów pisarz utożsamiał z cywilizacją, której wyrazem była kultura rosyjska. Natomiast otaczające stolicę i mówiące po ukraińsku chłopskie wojska S. Petlury postrzegał jako ciemne moce, jako wysłanników piekła szerzących anarchię, dopuszczających się odrażających gwałtów i okrucieństw. Dla Bułhakowa Petlura był tylko „czarnym mitem, mgłą”, tak naprawdę „nie istniejącym” wobec przemożnych sił w Rosji, tj. ugrupowań białych i czerwonych.

Dopełnieniem tej politycznej i narodowościowej mozaiki był austriacki arcyksiążę Wilhelm Franciszek Habsburg-Lotaryński (1895–1948), niedoszły król Ukrainy, nazywany „Wyszywanym Wasylem”. Na początku 1919 r. podjął on służbę w Sztabie Generalnym URL. 16 XI 1919 r. wraz z Jewhenem Omelanowiczem Petruszewyczem (1863–1940) oraz grupą działaczy URL i ZURL opuścił Kamieniec Podolski zagrożony przez Armię Ochotniczą i udał się przez Rumunię na emigrację do Wiednia. Później prowadził w Lipsku negocjacje z hetmanem P. Skoropadskim. Latem 1921 r. udało mu się zdobyć znaczne fundusze na działalność polityczną od bawarskich kół monarchistycznych i przemysłowych oraz od szwagra, króla hiszpańskiego Alfonsa XIII.

Wilhelm Franciszek Habsburg Lotaryński, tzw. Wasyl Wyszywany. Fot. Wikipedia

Na przeciwnym biegunie politycznym znajdował się ukraiński nacjonalista Dmytro Iwanowycz Doncow (1883–1973), który miał brata bolszewika, a równocześnie głosił całkowite zerwanie więzi z Rosją i propagował orientację na Zachód oraz wieszczył „zmierzch bogów, którym cześć oddawał wiek XIX”, równocześnie proponując nietzscheańskie „przewartościowanie wartości”.

Trudno było w tym kalejdoskopie sprzeczności zdefiniować narodowość, a ponadto w całym kraju panował chaos społeczny! Nieufni, niepiśmienni ukraińscy chłopi, wrogo nastawieni do Żydów oraz ziemian polskich i rosyjskich, kierowali się głównie własnym interesem ekonomicznym, którego miały strzec liczne oddziały zbrojne. Z tysięcy samozwańczych atamanów największą siłą dysponował anarchista Nestor Machno (1884–1934), który emitował nawet własne banknoty, zaopatrzone w klauzulę przyznającą wszystkim prawo ich fałszowania. Stałym zagrożeniem były Siły Zbrojne Południa Rosji gen. Antona Denikina i Piotra Wrangla.

Przyszłość Ukrainy była niepewna. Na wschodzie odradzającej się Rzeczpospolitej panowała polityczna próżnia. Biała i Czerwona Rosja traktowała Ukrainę jako integralną część Imperium. Z kolei J. Piłsudski jej niepodległość uważał za warunek polskiego bezpieczeństwa. W tym czasie działanie POW III Komendy miało dać podstawy trwałemu polsko-ukraińskiemu braterstwu. Zasiedziały w Kijowie artysta malarz, uczeń Jacka Malczewskiego, kubista Henryk Jan Józewski (1892–1981) ps. Niemirycz vel Olgierd, został przez J. Piłsudskiego namaszczony na męża zaufania obu narodów. Wybór był nieprzypadkowy. Józewski, urodzony w Kijowie, od 1915 r. pełnił tam funkcję zastępcy komendanta POW.

Przez cały ten czas Komenda Naczelna III zbierała informacje zwiadowcze dla Warszawy. W lipcu 1919 H.J. Józewski objął jej kierownictwo. Prowadził zwiad za liniami wroga, dowodził dywersyjnym oddziałem partyzanckim, wydawał publikacje propagujące federację polsko-ukraińską i rekrutował agentów na potrzeby odrodzonego państwa polskiego. Gdy pod koniec 1919 roku do Kijowa zbliżali się bolszewicy, pojechał do Warszawy po instrukcje w sprawie dalszych działań. Podczas spotkań z Naczelnikiem Państwa opowiadał się za programem prometejskim i zbliżeniem polsko-ukraińskim.

Jan Józewski. Fot. Wikipedia

Petlura do Ukraińskiego Narodu

Rok 1920 przyniósł przewartościowanie w relacjach polsko-ukraińskich, co wyrażało się w uznaniu Rosji za wspólnego wroga. J. Piłsudski i S.W. Petlura zawarli porozumienie, które zaowocowało odejściem Ukrainy „od litery ugody perejesławskiej” zawartej w 1653 r. z Moskwą i wspólną ofensywą na Kijów. W przeszłość odeszły także żale poety ubolewającego, że nikt nie udusił w kołysce Bohdana Chmielnickiego, autora ugody. Na Ukrainie przypomniano sobie, jak to dawniej bywało i co Taras Szewczenko (1814–1861) w poemacie Do Polaków (ok. 1850) pisał:

Kiedyśmy byli Kozakami,
Zanim nasz cichy, zgodny świat
Wzburzyła unia, każdy rad
Bratersko jednał się z Lachami.

Także historyk Wiaczesław Łypynski (1882–1931) podtrzymywał tezę o bliskości obu nacji. Gdyż Ukraińcy mieli naturalną skłonność do demokracji ludowej, Polacy do ustroju arystokratycznego, a Rosjanie gustowali w turańskim despotyzmie. Treści te zawarł S.W. Petlura w odezwie skierowanej Do Ukraińskiego Narodu:

Ujawnione w tej bohaterskiej walce bezprzykładne czyny poświęcenia, ofiary, przywiązania do kraju rodzinnego, kultury i wolności przekonały inne narody świata o słuszności twoich żądań i o świętości twych ideałów, które znalazły oddźwięk przede wszystkim w sercach wolnego już narodu polskiego.

Naród polski w osobie swego Naczelnika Państwa i Wodza Naczelnego, Józefa Piłsudskiego, i w osobie swego Rządu uszanował twe prawo do stworzenia niepodległej republiki i uznał twoją niezawisłość państwową. Inne państwa nie mogą nie uznać twojej niepodległości, gdyż cel twoich wysiłków jest czysty i sprawiedliwy, a sprawiedliwość zawsze zwycięża.

Rzeczpospolita Polska weszła na drogę okazania realnej pomocy Ukraińskiej Republice ludowej w jej walce z moskiewskimi bolszewikami-okupantami, dając możność u siebie formować się oddziałom jej armii, i ta armia idzie teraz walczyć z wrogami Ukrainy.

Ale dziś armia ukraińska walczyć będzie już nie sama, jeno razem z przyjazną nam armją Rzeczypospolitej Polskiej przeciw czerwonym imperialistom-bolszewikom moskiewskim, którzy zagrażają również wolności narodu polskiego.

Pomiędzy rządami Republiki Ukraińskiej i Polskiej nastąpiło zgodne porozumienie, na którego podstawie wojska polskie wkroczą wraz z ukraińskimi na teren Ukrainy jako sojusznicy przeciw wspólnemu wrogowi, a po skończonej walce z bolszewikami wojska polskie wrócą do swojej ojczyzny.

Wspólną walką zaprzyjaźnionych armii — ukraińskiej i polskiej — naprawimy błędy przeszłości, a krew, wspólnie przelana w bojach przeciw odwiecznemu historycznemu wrogowi, Moskwie, który ongiś zgubił Polskę i zaprzepaścił Ukrainę, uświęci nowy okres wzajemnej przyjaźni ukraińskiego i polskiego narodu.

Symon Petlura. Fot. Wikipedia

Uwieńczeniem wyprawy była defilada polsko-ukraińska w zdobytym Kijowie. Polska kawaleria i piechota maszerowała bez końca. Był to fortel, gdyż te same oddziały paradowały wielokrotnie. Na gmachach miasta wywieszono ukraińskie sztandary. H.J. Józewski został w kwietniu 1920 r. członkiem rządu URL. Swój status u boku S. Petlury określał słowami: „Byłem Polakiem – mężem zaufania Polski i byłem Polakiem – wiceministrem ukraińskim, mężem zaufania Ukrainy. Nie byłem narzędziem Polski w ukraińskim rządzie, nie byłem agentem albo wtyczką. Polska mogła mieć do mnie zaufanie. W mierze nie mniejszej mogła mieć do mnie zaufanie Ukraina”.

Ukraińska Republika Ludowa miała być związana z Rzeczpospolitą Polską nie tylko ścisłym sojuszem wojskowym, ale oba kraje miały łączyć wspólne interesy gospodarcze. Nawiązywano do najlepszych tradycji Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Ukraina i Polska miały zawrzeć coś na kształt unii celnej, która zezwalałaby na wolny przepływ towarów. Ponadto Polska na terenie Ukrainy uzyskiwała wiele istotnych koncesji, m.in. na wydobycie rud żelaza w Karnawatce i Kołaczewskoje, dwóch ważnych kopalniach w metalurgicznym Zagłębiu Krzyworoskim; mogła też mieć udziały w eksploatacji złóż fosforytów w Wańkowcach na Podolu.

Przypomniano sobie, iż już w epoce stanisławowskiej dążono do wykorzystania dostępu Rzeczpospolitej do Morza Bałtyckiego i Morza Czarnego. W tym celu zbudowano dwa wodne kanały: Królewski i Ogińskiego. Ten ostatni powstał w latach 1765–1783 jako prywatna inwestycja Michała Kazimierza Ogińskiego (1728 lub 1730 –1800), hetmana wielkiego litewskiego. Miał długość 46 km, łącząc dorzecze Dniepru i Niemna (przez co pośrednio Morze Bałtyckie z Morzem Czarnym). Połączył Jasiołdę wpadającą do Prypeci ze Szczarą uchodzącą do Niemna.

 

Antoni Protazy Potocki. Fot. Wikipedia

Z kolei Antoni Protazy Potocki (1761–1801), pionier polskiej bankowości, współzałożyciel, a od 1785 r. kierownik Kompanii Handlowej Czarnomorskiej, zakupił część Jampola, gdzie urządził port i magazyny. Namawiał też osobiście wielu przedstawicieli magnaterii i znaczniejszych kupców do podjęcia prób przeniesienia handlu wiślanego w rejon Morza Czarnego. Na mocy nowych porozumień na linii Warszawa–Kijów otworem dla polskich statków miały stanąć trzy czarnomorskie porty: Odessa, Mikołajów oraz Chersoń. Planowano także współpracę w dziedzinie transportu lądowego, w szczególności budowę trzech nowych linii kolejowych i udostępnienie ukraińskiej infrastruktury dla polskich pociągów. Zamierzano nadto połączyć kanałami Wisłę z Dnieprem. W ten sposób Polska uzyskiwała dostęp do Morza Czarnego, a Ukraina do Morza Bałtyckiego. Warto także wspomnieć, iż na terenach, które na mocy umowy z 21 IV 1920 r. zostały przyznane Ukrainie, mieszkały setki tysięcy Polaków, przy czym to właśnie polskie ziemiaństwo oraz polscy kupcy i przedsiębiorcy stanowili jej elitę gospodarczą, zwłaszcza na obszarze wschodniego Wołynia, Podola oraz Ziemi Kijowskiej. Wybitnym reprezentantem tych kręgów był Józef Mikołaj Potocki (1861–1922), który cieszył się dużym uznaniem cara Mikołaja II. Jego najważniejszym przedsięwzięciem gospodarczym była w latach 1895–1910 budowa, za sprzedane udziały w afrykańskich kopalniach złota, podolskiej linii kolei normalnotorowej prowadzącej z północy na południe od Korostenia przez Owrucz do Kamieńca Podolskiego. Linia ta połączyła część Polesia i Wołynia z zachodnim Podolem. Tak więc były tradycje i podstawy do owocnej współpracy obu narodów. Na nich opierał się projekt polityczny, za którym stał ataman Symon Wasylowycz Petlura i któremu patronował Józef Piłsudski.

Józef Mikołaj Potocki. Fot. Wikipedia

Symon Wasylowycz Petlura usiłował nakłonić Józefa Piłsudskiego, by Wojsko Polskie po zdobyciu Kijowa kontynuowało ofensywę, kierując jej ostrze na Połtawszyczyznę. Byłby to jednak krok iście samobójczy. Piłsudski doskonale wiedział, że na północnym odcinku frontu ma miejsce koncentracja wojsk bolszewickich, które szykują się do podjęcia generalnej ofensywy, mającej na celu zniszczenie Polski. Armie polskie biorące udział w wyprawie kijowskiej otrzymały więc zadanie dotarcia do granic I Rzeczypospolitej (sprzed pierwszego rozbioru), zdobycie Kijowa i uchwycenie w rejonie tegoż przyczółka na lewym brzegu Dniepru. Zadanie to zostało w pełni wykonane, oddziały polskie wyzwoliły Wołyń i Podole, a także Ziemię Kijowską, zdobyły Kijów oraz uchwyciły przyczółek na lewym brzegu Dniepru, którego głębokość wynosiła od 15 do 20 km.

Z kolei zadaniem strony ukraińskiej było odbudowanie na wyzwolonym obszarze armii ukraińskiej, docelowo liczącej 300 000 żołnierzy, zdolnej do podjęcia dalszych działań ofensywnych – na lewym brzegu Dniepru i w kierunku Morza Czarnego. Zluzowane przez oddziały ukraińskie formacje Wojska Polskiego miały tymczasem zostać możliwie jak najprędzej przerzucone na północny odcinek frontu (Front Białoruski), gdzie uprzedziłyby spodziewaną generalną ofensywę Armii Czerwonej i przejęły inicjatywę operacyjną. Zdaniem J. Piłsudskiego był to plan optymalny, a jego powodzenie zależało od postawy Ukraińców, których, jak oświadczył w wywiadzie dla angielskiego wysokonakładowego dziennika „The Times”, „rzucił na głęboką wodę, by nauczyli się pływać”.

Niestety S. Petlurze nie udało się na czas zebrać na tyle dużej armii, aby mogła ona zluzować Wojsko Polskie, a na Froncie Białoruskim pierwsza ruszyła kontrofensywa Armii Czerwonej, która latem 1920 r. dotarła pod Warszawę. Ostatecznie rozstrzygnięcie przyniosły zwycięskie dla Polaków bitwy: Warszawska i Nadniemeńska. Wojnę zakończył traktat pokoju między Polską a Rosją i Ukrainą, podpisany w Pałacu Czarnogłowców w Rydze 18 III 1921 r. Położył on kres marzeniom o niepodległym państwie ukraińskim, kończąc wojnę polsko-bolszewicką z lat 1919–1920, ustalał przebieg granic między tymi państwami oraz regulował inne sporne dotąd kwestie. Poprzedzony był Umową o preliminaryjnym pokoju i rozejmie między Rzeczpospolitą Polską a Rosyjską Federacyjną Socjalistyczną Republiką Rad i Ukraińską Socjalistyczną Republiką Rad, podpisaną w Rydze 12 X 1920 r.

Czeka już w 1920 r., po wyparciu wojsk polskich i ukraińskich, dokonała egzekucji agentów III Komendy POW w Kijowie. Wielu aresztowanych wywieziono do Charkowa. Tam uwięzionych przed wykonaniem wyroków śmierci brutalnie torturowano, stosując m.in. tzw. „krwawe rękawiczki”. Na szczęście J.H. Józewski ocalał z pogromu, wykonując swoje obowiązki przy rządzie S.W. Petlury, u którego boku schronienie znalazł w Tarnowie, a wraz z ministrami na terytorium II RP przeszło około 40 tys. uchodźców, głównie wojskowi. Wszyscy oni cieszyli się nadal moralnym i materialnym wsparciem Polaków.

W Tarnowie działały ukraińskie władze: prezes Dyrektoriatu, Rada Ministrów i parlament na uchodźctwie, a w obozach były dyslokowane oddziały wojska URL. Nadal dobrze układała się współpraca petlurowców ze zdominowanym przez J. Piłsudskiego Oddziałem II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, dla którego poufne zadania wykonywali ukraińscy zwiadowcy. „Dwójka” wsparła ukraińskie przygotowania do tzw. drugiego pochodu zimowego, dowodzonego przez gen. Jurko Tiutiunnyka (1891–1930), rajdu wojsk URL, mającego stać się sygnałem do wybuchu nad Dnieprem antybolszewickiego powstania. Niestety wyprawa nie powiodła się, a gen. J. Tiutiunnyk, w 1923 r. aresztowany w ramach operacji specjalnej przez sowieckie OGPU, podpisał deklarację lojalności wobec ZSRR. Odtąd stał się wykładowcą taktyki walk partyzanckich w Akademii Czerwonych Dowódców i aktorem w filmach propagandowych. Zagrał m.in. samego siebie w „ruchomym obrazie” pt. PKP Piłsudski kupił Petlurę (1926), który był paszkwilem na atamana. Ponadto opublikował w 1924 r. utwór Z Polakami przeciw Ukrainie (З поляками проти Вкраїни). Aresztowany ponownie przez OGPU w 1929 r., został osądzony i rozstrzelany 20 X 1930 r. w Moskwie.

Gen. Jurko Tiutiunnyk, 1929. Fot. Wikipedia

Porażki polityczne (najważniejszą z nich był porządek ryski) ani zamach 25 IX 1921 r. na Targach Wschodnich we Lwowie, z którego cudem uszedł śmierci, nie zniechęciły J. Piłsudskiego do popierania sprawy ukraińskiej. Zamachowcem był 20-letni Stepan Fedak, który oddał do niedoszłej ofiary trzy strzały, raniąc jedynie wojewodę Kazimierza Grabowskiego. Organizatorem zamachu były grupy młodzieżowe związane z emigracyjną Ukraińską Organizacją Wojskową byłego pułkownika Ukraińskiej Armii Ludowej Jewhena Konowalca (1891–1938) – Komitet Ukraińskiej Młodzieży oraz Wola; w większości przypadków byli członkowie Strzelców Siczowych.

Wykonawca zamachu Stepan Fedak (1901–1945; zaginął bez śladu w Berlinie) ps. Smok był zaopatrzony w fałszywy paszport z wizą niemiecką; zaraz po zamachu miał wyjechać do Berlina. W akcji pomagali mu: student prawa Dmytro Palijiw, który stał tuż obok S. Fedaka i zaraz po strzałach miał go obezwładnić oraz wezwać policję. Z pomocą miał przyjść trzeci spiskowiec, przebrany w mundur majora Wojska Polskiego. Mieli oni wyprowadzić S. Fedaka z tłumu, wsiąść z nim do wynajętego samochodu osobowego i rzekomo odstawić do więzienia, w rzeczywistości wywieźć za miasto. Plan nie powiódł się, a S. Fedaka tłum lwowian omal nie zlinczował. Według wspomnień Aleksandry Szczerbińskiej, żony marszałka, J. Piłsudski skutecznie zabiegał o łagodny wymiar kary dla zamachowców. W następstwie S. Fedak nie odbył całej kary. Zwolniony na skutek amnestii w 1923 r., wyjechał do Niemiec i osiadł w Berlinie. Natomiast Dmytro Palijiw (1896–1944) i Mychajło Matczak (1896–1958) po odbyciu części kary byli posłami na Sejm, pierwszy z ramienia centro-prawicowego Ukraińskiego Zjednoczenia Narodowo Demokratycznego (UNDO), drugi – Ukraińskiej Radykalnej Partii Socjalistycznej.

Porządek ryski

Józef Piłsudski od początku go negował, uważając, iż bolszewicy traktat pogwałcą. Zapowiedzią takiego rozstrzygnięcia był zawarty przez Moskwę z Niemcami w 1922 r. układ we włoskim mieście Rapallo, podpisany przez Georgija Wasiljewicza Cziczerina (1872–1936), komisarza spraw zagranicznych RF SRR, i Walthera Rathenau`a (1867–1922), ministra spraw zagranicznych Niemiec. „Traktat w Rapallo powinien był zerwać resztę łusek z oczu – porozumienie rosyjsko-niemieckie zaszło tak daleko, że jest nie tylko faktem dokonanym, wspartym na doskonałej znajomości interesów stron obu, ale co więcej, faktem nie do odrobienia. Istnieje sprzysiężenie rosyjsko-niemiecko-litewskie […] skierowane przeciwko Polsce” oświadczył Józef Piłsudski na posiedzeniu Rady Gabinetowej 5 VI 1922 r. Marszałek, mimo iż po wyborze prezydenta usunął się z polityki i zamierzał poświęcić się tylko wojsku, zachowując przewodniczenie Ścisłej Radzie Wojennej, nie próżnował, skupił wokół siebie takich ludzi jak Henryk Jan Józewski i Tadeusz Hołówko, a Symonowi Petlurze i jego oficerom starał się zapewnić bezpieczny pobyt w Polsce. Odmówił stronie sowieckiej wydania ukraińskich przywódców.

W 1921 r. w Warszawie powołano Ukraiński Komitet Centralny, którego członkiem został Stanisław Stempowski. Z kolei J.H. Józewski reprezentował marszałka w kontaktach z przywódcami ukraińskimi oraz dysponował środkami pieniężnymi na ten cel. Osiadł na Wołyniu w kolonii im. Gabriela Narutowicza, gdzie dostał kawałek ziemi. Przewrót 12 V 1926 r. i powrót J. Piłsudskiego do władzy był wydarzeniem znaczącym zarówno dla Ukraińców, jak i emigrantów rosyjskich reprezentujących tzw. „trzecią Rosję”.

7 wątków dotyczących śmierci ukraińskiego „Bonaparte”

Symon Wasylowycz Petlura po odejściu od władzy J. Piłsudskiego, zmuszony przez rządzącą koalicję Chjeno-Piasta, która m.in. zaprzestała subsydiowania petlurowców i zlikwidowała obozy dla internowanej armii URL, 31 XII 1923 r. wyjechał z Polski i przebywał kolejno w Budapeszcie, Wiedniu, Genewie, by ostatecznie osiąść w Paryżu. Jako uznana międzynarodowo głowa rządu ukraińskiego na uchodźctwie mógł od 12 V 1926 r. żywić nadzieję na powrót do Warszawy i dalszą współpracę z J. Piłsudskim. Niestety 25 V 1926 r. na „paryskim bruku” został zamordowany przez Szolema Szwarcbacha, agenta rosyjskiej OGPU. Dla dezinformacji wśród opinii publicznej rozpowszechniano co najmniej siedem wątków mających wyjaśnić przyczyny tej tragicznej śmierci:

  1.  bolszewicy,
  2. anarchiści Nestora Machno,
  3.  „swoi” atamani – konkurenci do władzy, którą nie chciał się dzielić,
  4. Żydzi paryscy – czarny piar antysemityzmu,
  5. Ententa – zdradził, współpracując z P. Skoropadskim, tj. Niemcami,
  6. masoneria,
  7. zamach majowy J. Piłsudskiego i powrót do władzy byłego Naczelnika Państwa Polskiego według „Kuriera Warszawskiego” był wyrokiem śmierci dla ukraińskiego „Napoleona”. Wydał go Józef Stalin.

Podczas głośnego w Europie procesu paryskiego dobrego imienia atamana bronił tylko Józef Piłsudski. Wyrok sądu był stronniczy. Żona S.W. Petlury Olga musiała pokryć koszty sądowe, a przyznane jej odszkodowanie za śmierć męża wyniosło jednego franka. Zabójca Szolem Schwarcbard skazany został tylko na zapłacenie mandatu za zabrudzenie chodnika krwią swojej ofiary.

Mord polityczny popełniony w Paryżu nie zapobiegł współpracy polsko-ukraińskiej. Następcą S.W. Petlury, przewodniczącym Dyrektoriatu i prezydentem URL został Andrij Mykołajowicz Liwyckij (1879–1954). Już 4 VIII 1926 r. nowy naczelny ataman wraz z ministrem spraw zagranicznych URL gen. Wołodymyrem Salskim (1883–1940) złożyli na ręce J. Piłsudskiego poufny memoriał, będący propozycją odnowienia sojuszu z kwietnia 1920 r., którego celem długofalowym miało być „wspólne przeciwstawianie się potędze przyszłej Rosji”. Natomiast w bliższej perspektywie chodziło o zapobieżenie z polską pomocą rozkładowi sił URL na emigracji i podjęcie akcji organizacyjno-agitacyjnej na sowieckiej Ukrainie. J. Piłsudski po tajnych rozmowach zaaprobował warunki współdziałania, a polski minister August Zaleski odnowił kontakty z Ukraińską Republiką Ludową w całej Europie, wzywając polskich dyplomatów do śledzenia wydarzeń w środowisku ukraińskich emigrantów.

Oddział II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego przystąpił do kontynuacji programu prometejskiego. Współpraca ta trwała do wybuchu II wojny światowej. Jej część tajna obejmowała sporządzenie planów organizacji i mobilizacji armii ukraińskiej jako sojusznika Polski, w przypadku wojny polsko-sowieckiej. Ponadto został sporządzony, w porozumieniu z polskim Sztabem Głównym, plan mobilizacyjny wojska ukraińskiego w oparciu o emigrantów i Ukraińców zamieszkałych w Polsce. Oficerowie i podoficerowie armii URL zostali przyjęci do Wojska Polskiego jako tzw. oficerowie i podoficerowie kontraktowi. Ze strony polskiej na polecenie J. Piłsudskiego współpracę nadzorowali generałowie: Julian i Wacław Stachiewiczowie oraz Tadeusz Kutrzeba; ze strony ukraińskiej gen. Pawło Feofanowycz Szandruk (1889–1979), który w ramach tej współpracy, po wstąpieniu do Wojska Polskiego (w stopniu majora WP) ukończył w 1938 r. Wyższą Szkołę Wojenną i został (na wniosek gen. W. Andersa) kawalerem Krzyża Virtuti Militari za dowodzenie w wojnie obronnej 1939 r. W bitwie pod Tomaszowem Lubelskim ocalił przed zagładą swoją 29 Brygadę Piechoty, ciężko ranny dostał się do niemieckiej niewoli i był więźniem gestapo. Podczas okupacji pomagał Polakom. Prezydent A.M. Liwycki do 1939 r. mieszkał w Warszawie pod ochroną polskiej policji. Piłsudczycy chcieli w ten sposób ustrzec go przed losem Petlury. Po niemieckiej agresji Liwycki pozostał w okupowanej Polsce do 1944 r.

Prometeizm i Prometejska Ukraina

Ruch prometejski był międzynarodówką antykomunistyczną, której celem było zniszczenie ZSRR i przekształcenie jego republik w niepodległe państwa. Cieszył się sympatią Tatarów Krymskich, Gruzinów i dużej grupy Ukraińców. H.J. Józewski oraz były współzałożyciel i prezes Polskiej Centralizacji Demokratycznej na Ukrainie, a także były minister Ukraińskiej Republiki Ludowej Stanisław Stempowski (1872–1952) utrzymywali kontakty z emigracją w Polsce. Z kolei Jerzy Stempowski (1893–1969) utrzymywał stosunki z emigrantami ukraińskimi we Francji.

Tadeusz Hołówko. Fot. Wikipedia

W 1925 r. J. Piłsudski był już gotów wdrożyć program prometejski. Na jego determinację miały wpływ dwa wrogie imperia (ZSRR i Niemcy), których agentury działały w Polsce i infiltrowały środowisko ukraińskie. Zadanie to powierzył T. Hołówce (1889–1931), naczelnikowi Wydziału Wschodniego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, który wydał francuskojęzyczną publikację „Promethee” i miał kontakty z Ankarą i Teheranem.

Placówka „Hetman”

W ścisłej tajemnicy 28 II 1927 r. odtworzono na terytorium Polski armię Ukraińskiej Republiki Ludowej, jej sztab podzielono na trzy sekcje. Na Ukrainie powołano tajną placówkę wywiadowczą „Hetman”, którą kierował były partyzant wyprawy zimowej, szef wywiadu URL, płk Mykoła Czebotariw (1884–1972); jednym z jego atutów była kontrola nad archiwum S. Petlury. Współpracował on z Oddziałem II, który dość krytycznie oceniał wartość dostarczonych z sowieckiej Ukrainy materiałów wywiadowczych.

Natomiast doceniano działalność propagandowo-wydawniczą 2 Sekcji. W październiku 1927 r. płk M. Czebotariw wydał pierwszy numer organu prasowego zakonspirowanego Związku Walki o Niezależną Ukrainę, zatytułowanego „Do boju!”, którego winieta była ozdobiona rysunkiem przedstawiającym oblężenie Kremla, szturmowanego przez ukraińskich powstańców. W rocznicę śmierci S.W. Petlury wydrukowano odezwę Męczennik za Ukrainę, którą kolportowano na obszarze całej USRR. W ulotkach wzywano do strajków i bojkotu zarządzeń związanych z kampanią zbożową i „dobrowolnymi” pożyczkami wymuszanymi na ludności. Ponadto deklarowano, iż celem ostatecznym działalności konspiratorów jest przygotowanie powstania zbrojnego przeciw bolszewikom. Poirytowany J. Stalin miał poinformować szefa GPU Wsiewołoda Balickiego (1892–1937), że nawet Sowiecka Ukraińska Akademia Nauk jest narzędziem kontrrewolucji Józefa Piłsudskiego na Ukrainie.

Wołyń ukraińskim „Piemontem”

H.J. Józewski uwielbiał język ukraiński, Ukrainę uważał „za drugą Ojczyznę Polaków” i był piewcą kultury ukraińskiej oraz wspólnej przeszłości. Za ważne narzędzie uważał reformę rolną. Nawet sportretował ukraińskiego chłopa jako ukrzyżowaną ofiarę polskiego obszarnika. W budynkach publicznych obok portretu Piłsudskiego wisiał portret Petlury. H.J. Józewski obchodził święta i śpiewał pieśni narodowe ukraińskie, działał na rzecz ukrainizacji Kościoła prawosławnego, finansował teatr ukraiński, otaczał się petlurowcami. W 1929 r. Wołyń odwiedził Ignacy Mościcki, by poprzeć H.J. Józewskiego; prezydent II RP w Łucku przyjmował osobiście petycje mieszkańców. Rok później, w 1930 r., popi na Wołyniu po raz pierwszy jednoznacznie zademonstrowali lojalność wobec Polski. Podczas wyborów parlamentarnych kapłani poprowadzili wiernych do urn pod sztandarami kościelnymi i portretami J. Piłsudskiego. Blok Piłsudskiego zdobył 79% głosów. Tymczasem Wołyń w sejmie reprezentował wybitny statysta, ordynat ołycki Janusz Radziwiłł (1880–1967).

J. Piłsudski w 1928 r. wysłał H.J. Józewskiego na Wołyń, by pokonał komunizm, w jej twierdzy, tj. KPZU agitującą naród ukraiński za opcją przyłączenia do ZSRR. KPZU określała Polskę jako kraj faszystowski i optowała za jego rozbiorem! J. Piłsudski chciał zmniejszyć atrakcyjność komunizmu, a jego liderów często wtrącano w Polsce do więzień. Tylko dla mniejszości narodowych zarezerwowana była tolerancja. Tysiące zbiegów Ukraińców przynosiło informacji o terrorze, kolektywizacji i wielkim głodzie. Komuniści tracili wpływy. Działa jednak partyzantka wspierana przez ZSRR, która dokonywała aktów terrorystycznych. Przedstawiciele społeczności izraelickiej w Lubomlu na Wołyniu, spekulując na temat wpływów wojewody, rozpuścili plotkę, jakoby Henryk Jan Józewski był nieślubnym synem marszałka Józefa Piłsudskiego. Zagrożone było również życie wojewody.

Gen. Bronisław Pieracki. Fot. Wikipedia

Mimo tak wielu przeciwności, H.J. Józewskiemu udało się załagodzić m.in. konflikt między Żydami i Ukraińcami. Otaczał się petlurowcami, których ściągał nawet z Kijowa, ale nie był antysemitą. Stąd Sowieci mówili o „okupacji petlurowskiej”. Tolerancyjny porządek lokalny doceniało wielu Ukraińców i Żydów. Wypracowany przez Józewskiego standard miał zaprowadzić na całych Kresach Tadeusz Hołówko. Do tego dochodziła obietnica wyzwolenia reszty Ukrainy spod okupacji Moskwy.

Niestety w Galicji Wschodniej nacjonaliści ukraińscy z OUN na tolerancję odpowiedzieli brutalnym terroryzmem. Śmierć tak przyjaznych Ukraińcom polityków, jak Tadeusz Hołówko i minister spraw wewnętrznych gen. Bronisław Pieracki (1895–1934), ofiar ekstremistów z OUN, poskutkowała zakłóceniem dialogu. Skrajni szowiniści sparaliżowali politykę J. Piłsudskiego i ukraińskich kół centrowych chcących współpracy z Polakami. Podczas zjazdu OUN w Berlinie zapadła decyzja o zorganizowaniu zamachu na polskiego ministra ds. wyznań religijnych Janusza Jędrzejewicza lub właśnie gen. B. Pierackiego. Zabójstwo miało być odpowiedzią na aresztowania, których dokonały władze po nieudanym napadzie ekstremistów na pocztę w Gródku Jagiellońskim. Decyzja o zamachu na gen. B. Pierackiego zapadła, gdy podjął on próbę porozumienia z umiarkowanymi grupami Ukraińców. Zdaniem radykałów zagrażało to ich dalszej konfrontacyjnej polityce. Druga wojna światowa z udziałem Niemców i Sowietów dokonała ostatecznej destrukcji wzajemnych relacji polsko-ukraińskich.

Artykuł Zdzisława Janeczka pt. „Miejsce Ukrainy w polityce niepodległościowej Piłsudskiego” znajduje się na s. 6 i 7 styczniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 43/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Zdzisława Janeczka pt. „Miejsce Ukrainy w polityce niepodległościowej Piłsudskiego” na s. 6 i 7 styczniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 43/2018, wnet.webbook.pl

 

Okiem sceptyka. Kto (nie) dokonał zbrodni na księdzu Popiełuszce? Kontrowersje ws. zbrodni założycielskiej Trzeciej RP

Dlaczego Kiszczak nie kazał zamordować w więzieniu członków gangu Piotrowskiego? Wiemy, że wypadki takie chodzą w Polsce po ludziach nawet współcześnie, o czym świadczy los morderców Olewnika.

W swej książce „Teresa, Trawa, Robot” (Fronda 2009) Wojciech Sumliński opisuje prowadzoną na rozkaz Kiszczaka akcję inwigilacji esbeków skazanych w procesie toruńskim i następnie uwięzionych, oraz ich rodzin czy kręgów towarzyskich. SB zakładała podsłuchy, dokonywała tajnych rewizji i prowadziła obserwacje. Zdaniem autora, ta szeroko zakrojona akcja zmierzała do ukrycia sprawstwa i dowodów – prawdy w sprawie mordu dokonanego na bł. księdzu Jerzym Popiełuszce.

Czy naprawdę taki właśnie był cel tej akcji?

Nie sądzę, by dla oberubeka, jakim był Kiszczak, zlecenie podwładnym zamordowania kogokolwiek w PRL było tak łatwe, jak się to zwykle opisuje. Wymagałoby to struktury w jakiś sposób wyodrębnionej nawet z szeregów zbrodniczego z definicji MSW, uproszczonego systemu podległości i raportowania – swoistej „konspiracji w konspiracji”. Z drugiej strony wiemy, że komuniści takie właśnie struktury tworzyli. Mogli nadto sięgnąć po „bratnią pomoc”.

Rozkaz zamordowania kogokolwiek w Polsce, choć nieprosty, to jednak przypuszczalnie nie stanowił dla Kiszczaka nadmiernego wyzwania. O ile pamiętam, Wojciech Sumliński sądzi dość podobnie – w każdym razie w bodaj każdej swej książce opisuje Kiszczaka jako główną lub jedną z głównych postaci komunistycznego systemu zbrodni – kogoś, kto nie cofał się przed niczym.

Ale skoro tak, to dlaczego Kiszczak nie kazał zamordować zamkniętych w więzieniu członków gangu Piotrowskiego?

Wiemy, że wypadki takie chodzą w Polsce po ludziach nawet współcześnie, o czym świadczy los morderców Olewnika. Ludzie ci rozstali się z życiem, by tak rzec, hurtowo i w czasie zbliżonym, tedy urzędowe wyjaśnienia ich śmierci brzmią mało wiarygodnie. Skoro można dzisiaj zorganizować komuś samobójstwo w monitorowanej celi w Polsce, to bodaj można było i za PRL-u, zwłaszcza dla kogoś takiego, jak szef MSW. Dygresja: rozumowanie powyższe opiera się na prawdopodobieństwach i przypuszczeniach; być może śmierć morderców Olewnika naprawdę nastąpiła z przyczyn naturalnych – a jeśli nawet nie, to może ten, kto postanowił ich śmierć zaaranżować, miał potrzeby operacyjne i środki działania większe nawet od tych, którymi w PRL dysponował Kiszczak. Życie nie musi być logiczne ani tym bardziej odpowiadać naszym o nim wyobrażeniom. Koniec dygresji.

Przyjmujemy więc, że szef MSW Kiszczak mógł kazać zgładzić w więzieniu albo całą ekipę Piotrowskiego – co naturalnie wzbudziłoby podejrzenia – albo przynajmniej samego Piotrowskiego lub Pietruszkę; co właściwie przeszłoby bez echa. Ba! Ze swego punktu widzenia i w swym własnym zbrodniczym interesie – nawet powinien ich kazać zgładzić.

Skazani mordercy księdza, gdyby rzeczywiście wiedzieli poważnie więcej o sprawie mordu, a zwłaszcza gdyby mieli dowody współudziału kolejnych zbrodniarzy z MSW, w tym być może nawet i samego Kiszczaka – byliby przecież czymś w rodzaju bomby z opóźnionym zapłonem, blotkami do wykorzystania w każdej wyobrażalnej grze politycznej wymierzonej w ekipę Jaruzelskiego, potencjalnie jej gwoździem do trumny.

Co więcej, zbrodniarze Piotrowskiego własną śmierć zdawali się kilka razy wręcz prowokować, dając do zrozumienia, że owe dodatkowe informacje w rzeczy samej posiadają, że za czas jakiś (po odbyciu wyroku? W razie nieobniżenia wyroku?) „oni im (swemu naczalstwu?) dopiero pokażą” itp. Takie sugestie i takie gesty niezmiernie podnieciły Sumlińskiego, każąc mu wierzyć, że w rzeczy samej coś było na rzeczy, że skazani to li tylko najniższy krąg sprawców tej zbrodni.

Jednak niżej podpisany sam był w komunistycznym więzieniu i z doświadczenia wie, że bodaj nie ma więźnia, co nie odgraża się ludziom, których uważa za sprawców swej niedoli.

A może Kiszczak kazał inwigilować sprawców w ramach czegoś w rodzaju wewnątrzresortowej rutyny, ot – bo inwigiluje się zawsze i wszystkich skazanych. Tego nie wiem i sądzę, że taka hipoteza wymagałaby rozległej wiedzy na temat niejawnych operacji SB, by określić, czy inwigilacja szajki Piotrowskiego była rutynowa, czy też była operacją szczególną, specjalną. Dość, że za specjalną uważa ją Wojciech Sumliński; podtytuł jego książki brzmi: „Największa operacja komunistycznych służb specjalnych” i nawet, jeśli jest to gruba przesada, to jednak możemy przyjąć, że inwigilacja sprawców banalna nie była.

A może Kiszczak kazał inwigilować sprawców w ramach akcji dezinformacyjnej, swoiście „wielopiętrowej”? Kiszczak mógł wszak np. osobiście odpowiadać za mord na księdzu Popiełuszce, a gdy upewnił się, że nie wiedzą tego/nie mają dowodów ubecy skazani w procesie toruńskim (w przeciwnym razie nakazałby ich zgładzić) – poprzestał na samej tylko inwigilacji sprawców, chcąc w ten sposób zademonstrować swą i Jaruzelskiego rzekomą niewiedzę, tym samym budując sobie i Jaruzelskiemu, nawet tylko wewnątrz resortu i partii, swego rodzaju alibi. Ale teorię wielopiętrowej dezinformacji mam za zbyt wydumaną, skomplikowaną; a ubecy skomplikowani nie byli.

Cóż więc sądzić o inwigilacji w więzieniu sprawców mordu na błogosławionym księdzu Popiełuszce? Oto – najprawdopodobniej nie mają oni informacji poważnie wpływających na nasz stan wiedzy o tej zbrodni. W przeciwnym razie byliby nie inwigilowani, a zgładzeni.

Żyją do dziś. Więc nic nie wiedzą.

Po drugie, zbrodnia na błogosławionym Kościoła najprawdopodobniej, przynajmniej w zasadniczym zarysie, została dokonana w sposób przedstawiony w skandalicznym skądinąd procesie toruńskim sprawców. Gdyby na przykład to nie członkowie szajki Piotrowskiego jej dokonali, a kto inny – to patrz wyżej: byłoby to informacją poważnie wpływającą na nasz stan wiedzy o tej zbrodni, a Piotrowski i spółka dziś by już nie żyli.

Po trzecie: informacji poważnie wpływających na nasz stan wiedzy o zbrodni na księdzu najprawdopodobniej nie mieli też Kiszczak ani Jaruzelski. Oczywiście dużo lepiej od Piotrowskiego czy Pękali znali oni realia polityczne i personalne PRL-u i całego bloku sowieckiego, również w kontekście dokonanej zbrodni i jej konsekwencji, ale i bez związku bezpośredniego z samą zbrodnią.

Choć zarządzona przez Kiszczaka inwigilacja sprawców mogła być banalna i rutynowa (czemu Sumliński przeczy) albo miała rzekomą niewiedzę Kiszczaka i Jaruzelskiego tylko pozorować (którego to alibi Kiszczak i Jaruzelski nie potrzebowali albo byli na nie zbyt prymitywni), jednak logicznie i najprościej: szuka informacji tylko ten, kto jej nie posiada.

Mariusz Cysewski

Tylko u nas: Co łączy obronę Westerplatte z ,,Klątwą” Wyspiańskiego oraz o wójcie, który został wicemarszałkiem Sejmu

W audycji Stefana Truszczyńskiego m.in. o tym, czemu podczas obrony Westerplatte doszło do zmiany na stanowisku dowódcy. Gośćmi Wolnej Anteny Radia WNET byli Romuald Karaś oraz Jerzy Biernacki.

W Wolnej Antenie Radia WNET Stefan Truszczyński gościł dziś polskich publicystów-Romualda Karasia oraz Jerzego Biernackiego. Pierwszym z poruszonych dziś wątków była historia nazywanego czwartym wieszczem polskim Stanisława Wyspiańskiego. Legenda głosi, iż dramat ,,Klątwa” napisał na podstawie opowieści swojej żony Teodory, wedle której wieś Gręboszów pod przewodnictwem wójta wojowała z księdzem, mającym dwójkę dzieci z nieprawego łoża. Wspomnianym wójtem był Jakub Bojko, przedwojenny prezes PSL ,,Piast”, a także wicemarszałek sejmu i senatu w II RP. Cała historia skończyła się jednak nieporozumieniem, ponieważ oskarżenia wobec księdza zostały wycofane, natomiast gnębiony i dręczony kapłan w efekcie doznał obłędu.

[related id=48323]Romuald Karaś, który uczestniczył w spektaklu wystawianym w Teatrze Powszechnym podkreślił, iż wielkie dzieło Wyspiańskiego zostało zhańbione, a same sceny przedstawienia nazwał paszkwilem wymierzonym w Kościół Katolicki. W tej kwestii Jerzy Biernacki dodał, iż taka narracja to element walki z Chrześcijaństwem.

Kolejnym tematem dzisiejszej audycji była postać majora Henryka Sucharskiego, notabene urodzonego w Gręboszowie krewnego Jakuba Bojko.

Major Sucharski znany jest głównie z obrony Westerplatte, której był dowódcą. Jak zaznaczył Romuald Karaś, major Sucharski to postać często szykanowana w polskiej historii, uzasadniając przy tym, iż jedynym powodem może być jedynie zawiść. Temat w każdym razie nie jest mu obcy, albowiem podczas studiów na UMSC w Lublinie miał okazję poznać profesora Leona Halbana, który z kolei znał Henryka Sucharskiego z wykładów, które prowadził dla polskiego wywiadu w Oddziale II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.

Obaj goście dzisiejszej audycji Stefana Truszczyńskiego przedstawili dwie dość barwne teorie odsunięcia majora Sucharskiego od dowództwa w obronie Westerplatte. Według Jerzego Karasia na zmianę na stanowisku komendanta Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte podczas kampanii wrześniowej miały wpływ osobiste ambicje zastępcy majora Sucharskiego, kapitana Franciszka Dąbrowskiego, którego ojciec w stopniu generała został decyzją marszałka Piłsudskiego przeniesiony w stan spoczynku w wyniku sprzeciwu wobec przewrotu majowego. Z kolei Jerzy Biernacki powołał się na wersję przedstawioną przez Janusza Roszko, urodzonego we Lwowie krakowskiego reportera, który twierdził, iż odsunięciem Sucharskiego zainteresowana była lewica polska oraz komuniści, stąd przez długie lata przypinano polskiemu majorowi łatkę tchórza, który drugiego dnia chciał poddać bitwę o Westerplatte.

[related id=48038 side=”left”]Następnym wątkiem omawianym przez rozmówców była zapomniana postać Witolda Hulewicza, którego imienia stowarzyszeniu prezesuje Romuald Karaś. Witold Hulewicz był kierownikiem Wileńskiej Rozgłośni Polskiego Radia (piątej uruchomionej w Polsce). Goście Radia WNET podkreślili także, iż w 100. rocznicę urodzin polskiego pisarza ustanowiono nagrodę jego imienia. Rozmówcy wspomnieli także zmarłego w Nowy Rok posła z VIII kadencji w okręgu Lublin Stanisława Roztworowskiego, należącego do ugrupowania Chrześcijańskie Stowarzyszenie Społeczne. Goście Radia WNET zaznaczyli, iż był to człowiek, który troszczył się o dobro zwykłych ludzi. Roztworowski był wiceprezesem Stowarzyszenia im. Witolda Hulewicza.

W dalszej części rozmowy grono rozmówców poszerzyła Barbara Kukulska, która w korespondencji z Johannesburga opisała działalność Zjednoczenia Polskiego w Johannesburgu. Organizacja działa od 70 lat i zrzesza Polaków mieszkających w RPA. Rozmówczyni podkreśliła, iż celem stworzenia polonijnej organizacji była chęć podtrzymania przez polskich migrantów tożsamości narodowej, kulturowej i religijnej. Dodała także, iż dopóki w RPA nie było polskiej ambasady, organizacja zajmowała się również reprezentowaniem formalnych spraw Polaków w urzędach. Stowarzyszenie redaguje także pismo, które dotychczasową nazwę-,,Wiadomości polonijne”-przyjęło w 1998 roku. Od kilku lat materiały prasowe dostępne są w formie elektronicznej na stronie Jagiellońskiej Biblioteki Cyfrowej. Prezesem założonej 31 maja 1948 pod nazwą Zjednoczenie Osadników Polskich jest właśnie Pani Barbara.

jon